Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
How are you?

Mieszkam na Midweście w sumie już trzeci rok, a dopiero niedawno przyswoiłam sobie niezwykle istotną lekcję o charakterze lingwistyczno-kulturowym.

To straszne "How are you?", które człowiek - jeśli nie ma szczęścia - może usłyszeć kilkanaście razy dziennie... I za każdym razem słysząc je ma poczucie jakiegoś kompletnego absurdu: po co pytają, skoro odpowiedź ich nie interesuje?

O tym, że odpowiedź jest w istocie rzeczy bez znaczenia można przekonać się choćby na tej podstawie, iż jest ona dokładnie skodyfikowana. Żadnych tam swojskich "beznadzieja", "ech...", "co to za życie" etc. W grę wchodzą wyłącznie odpowiedzi typu: "ok", "w porządku", "świetnie" czy "znakomicie". Tym słowom powinien towarzyszyć przynajmniej lekki i krótki uśmiech.

I co z tym fantem począć, kiedy ostatnią rzeczą, na jaką ma się ochotę jest wmawianie komukolwiek, że jest świetnie, kiedy nie jest?

Sprawę rozwiązuje potraktowanie "how are you?" tak, jak traktowane być powinno - to nie jest pytanie, tylko przywitanie. To nie jest wyraz zainteresowania, a jedynie językowy rytuał. Jak się przekonałam, na "how are you?" można swobodnie odpowiedzieć drugim "how are you?"

Nikt nie oczekuje odpowiedzi, więc dawać jej nie trzeba. Trzeba natomiast uczestniczyć w rytuale. Inaczej narażamy się na zdumione spojrzenia.

I w sumie nie ma w tym nic dziwnego. W Polsce ciągle mówimy "dzień dobry". Z pewnością nie jest to prognoza pogody (nie mówimy "dzień deszczowy" na powitanie spotkanego znajomego, gdy za oknem leje), ani życzenie dobrego dnia (bo mówimy "dzień dobry" także osobom, które najchętniej zepchęlibyśmy ze schodów).

niedziela, 15 października 2006, kakofonia

Polecane wpisy

  • Sierpień miesiącem przeprowadzek

    Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej

  • Jest lato, niestety

    Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim

  • Reaktywacja

    Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/10/17 11:19:32
Cześć. Ciekawie opisujesz to święto żydowskie - Simchat Tora. Święto Radości i Zabawy. Szkoda tylko, że tak enigmatycznie. Ostatnio zainteresowałem się kulturą żydowską - jest ona naprawdę niesamowita. Chciałbym poznać ją od strony osoby przeżywającej ją dzisiaj od środka. Liczę na to, że napiszesz tu jeszcze coś od siebie, bo przyjemnie mi się Ciebie czyta.

Mam nadzieję, że ewentualne smutki (związane z kontaktami z powierzchownymi Amerykanami), nie zepsuły Ci święta?
-
2006/10/27 12:01:39
To jeszcze nic - powiedz np. Japończykowi na jego gruncie że dobrze sobie radzi z normalnymi sztućcami :) - zalecane tylko w wypadku posiadania po ręką broni palnej...
-
Gość: Chris, *.security.pl
2010/02/08 11:40:04
To tylko pozornie nie ma sensu. Przeczytaj uważnie to, co sama piszesz! Właśnie, co nam, Polakom przychodzi do głowy na powitanie: "beznadzieja", "nic specjalnego", "do bani" itd. Co robimy sobie, tak myśląc i tak odpowiadając innym?

Otóż: afirmujemy ową "beznadzieję", utwierdzamy siebie i innych w przekonaniu, że "wszystko jest do d..." i takie też mamy potem życie (przynajmniej w naszym przekonaniu).

Inne narody nie dały się wpędzić w taki kanał? Brytyjskie "How are you?" to jeszcze nic. W USA na ten przykład w ogóle nie jest przyjęte mówienie o niemiłych rzeczach. Słowem: wszystko jest cool, wszyscy są zdrowi, szczęśliwi i zadowoleni (nawet, jeśli nie są.. ale wówczas nie mówią o tym znajomym, a już szczególnie napotkanym obcym). Co to daje? Otóż daje pozytywne "programowanie", lepszy odbiór otaczającego nas Świata. To tylko tyle i aż tyle. Uwierz mi, nikt nie pamięta cały czas, że to tylko "się tak mówi".. po prostu gdzieś w podświadomości koduje Ci się, że everything is OK i o to tu właśnie chodzi. Dzięki temu, Ty sama masz inne podejście do każdego dnia (skoro zewsząd Ci mówią, że jest fajnie, że jest OK, że wszyscy są zdrowi i zadowoleni). I to naprawdę działa - nie tylko w kręgu kultury anglosaskiej. To samo występuje w kręgu romańskim. Tyle, że formy są bogatsze. Np. we Francji - sprzedawczyni w narożnej piekarni wita Cię uśmiechem, zagaduje, pyta jak Ci mija dzień itd.. u nich różnica polega na tym, że odpowiada się więcej niż zdawkowe powtórzenie pytania, niemniej też pozytywnie. Też nie mówi się "do bani, pokłóciłam się z szefem, pociąg się spóźnił i coś tam", tylko "cudowny dzień! Świeci słońce i jest tak pięknie i miło!". I znowu - zdecydowana większość ludzi ma wrażenie, że jest ślicznie, miło i przytulnie. Teraz.. wystarczy popatrzeć jakie osiągnięcia cywilizacyjne i kulturowe mają te kraje, a jakie my, tu u siebie... i zastanowić się przez moment, że może coś jednak jest w nie-podkreślaniu i uwypuklaniu tylko szarych i ciemnych stron życia!

Ja osobiście nie trawię tego ciągłego, polskiego narzekania... ciągłego wybrzydzania, ciągłego marudzenia. Tym bardziej, że to jest tylko poza w 90% przypadków (u nas nie wypada być zadowolonym, czy szczęśliwym, bo to zaraz wzbudza podejrzenia albo chorą zawiść... to jest bardzo przykre indeed, ale ktoś musi przestać to tolerować i "na złość" skwaszonym pokazywać, że nie jest wcale źle, że u nas też może być pięknie i fajnie).