Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
62. rocznica wyzwolenia Auschwitz-Birkenau

Tak opisał ten dzień Primo Levi więziony w jednym z podobozów:

W pierwszych dniach stycznia 1945 roku, mocno naciskani przez Armię Czerwoną, Niemcy pośpiesznie ewakuowali śląski region górniczy. Choć w wielu miejscach, w analogicznych warunkach, nie wahali się zniszczyć obozów i ich mieszkańców, inaczej postąpili w Auschwitz. Nadeszły rozkazy (wydane osobiście, jak się zdaje, przez Hitlera), by za wszelką cenę ocalić każdego człowieka zdolnego do pracy. Wszyscy zdrowi więźniowie zostali ewakuowani, w potwornych warunkach, w stronę Buchenwaldu i Mauthausen, zdrowych zaś pozostawiono własnemu losowi. (...)

W obozie Buna-Monowitz pozostało nas ośmiuset. Około pięciuset osób zmarło od chorób, zimna i głodu zanim przyszli Rosjanie, kolejnych dwieście w następnych dniach, pomimo rosyjskiej pomocy.

Pierwszy rosyjski patrol pojawił się w okolicy obozu mniej więcej w południe 27 stycznia 1945 roku. Charles i ja byliśmy pierwszymi, którzy go zobaczyli: nieśliśmy ciało Somogyi'ego do wspólnego grobu. Jama była już pełna, a w okolicy nie było żadnego innego grobu. Zostawiliśmy ciało na splugawionym śniegu. Charles zdjął beret oddając cześć żywym i martwym.

To było czterech młodych żołnierzy na koniach, jechali drogą wzdłuż granicy obozu, czujnie trzymając w dłoniach karabiny. Kiedy dojechali do kolczastego muru, zatrzymali się, by popatrzeć, wymienili kilka nieśmiałych słów i dziwnie zmieszanym wzrokiem patrzyli na leżące ciała, sypiące się baraki i na nas, wciąż pozostających przy życiu.

Wydawali się nam doskonale konkretni i rzeczywiści, wysoko na swych niezwykłych koniach, pomiędzy szarością nieba a szarością nieba, nieruchomi pod podmuchami wilgotnego wiatru, który przynosił odwilż.

Zdawało się nam, i tak właśnie było, że wypełniona śmiercią nicość, w której błąkaliśmy się jak wygasłe gwiazdy przez dziesięć dni, znalazła swoje mocne centrum, ośrodek kondensacji. Czterej żołnierze, uzbrojeni, ale nie przeciwko nam: czterech posłańców pokoju o twarzach surowych i chłopięcych pod futrzanymi czapami.

Nie pozdrowili nas. Nie uśmiechnęli się. Krępowało ich nie tylko współczucie, ale i onieśmielona powściągliwość, która zamykała im usta i przykuwała wzrok do pogrzebowej sceny. To był wstyd, który znaliśmy tak dobrze, wstyd, który dopadał nas po selekcjach i za każdym razem, gdy musieliśmy patrzeć lub poddać się przemocy. Wstyd, którego Niemcy nie znali, wstyd, którego doznaje człowiek patrząc na popełnianą przez innego zbrodnię. Poczucie winy, że taka zbrodnia istnieje, że została wprowadzona pomiędzy istniejące rzeczy i że wola człowieka okazała się zbyt słaba, by temu zapobiec.

Dla nas nawet godzina wolności zabrzmiała dźwiękiem stłumionym i ponurym, wypełniła nasze dusze radością, ale i bolesnym poczuciem wstydu. Chcielibyśmy zmyć z naszych sumień i pamięci bród, który na nich zaległ. A także udręką, bo czuliśmy, że to się nigdy nie stanie, że teraz nic już nie będzie dość dobre i czyste, by oczyścić naszą przeszłość, że blizny przemocy pozostaną w nas na zawsze, w pamięci tych, którzy widzieli, w miejscach, gdzie się dokonała i w opowieściach o niej. Nikt lepiej od nas, to straszny przywilej mojego pokolenia i mojego narodu, nie był w stanie uchwycić natury nieuleczalnej krzywdy, która rozprzestrzenia się jak zaraza. Głupotą jest myśleć, że wykorzeni ją ludzka sprawiedliwość. To bezdenne źródło zła, łamie ducha i ciało tych, którzy mu ulegli, dusi i czyni ich podłymi. Powraca jako hańba na sprawców, przedłuża swe trwanie jako nienawiść wśród ocalałych i roi się wokół na tysiące sposobów, wbrew woli wszystkich, jako głód zemsty, jako moralna klęska, jako wyparcie, zmęczenie, kapitulacja.

To wszystko, wtedy zamazane i odczuwane przez większość z nas jako niespodziewany atak moralnego zmęczenia, towarzyszyło nam w radości z wyzwolenia. Dlatego też niewielu z nas podbiegło, by przywitać naszych wyzwolicieli, niewielu zaczęło się modlić. Charles i ja staliśmy przy jamie wypełnionej pozbawionymi barw ludzkimi członkami, gdy inni zrywali kolczasty drut. Potem wróciliśmy z pustymi noszami do baraku, by przekazać wiadomość naszym towarzyszom.

(Primo Levi, La Treuga, tłum. własne)

niedziela, 28 stycznia 2007, kakofonia

Polecane wpisy

  • Napisów końcowych nie będzie

    Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skup

  • Z dawnych czasów

    Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.On i Ona – ballada

  • Podziękowania

    O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/01/28 19:09:38
Dziękuję za piękne tłumaczenie, i za przypomnienie.
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/01/28 21:07:13
Czytałam tę książkę tylko po niemiecku w 1995 roku, dzięki za tłumaczenie i przypomnienie. Czy jest wydanie polskie?
-
2007/01/28 21:58:47
Niestety polskiego nie ma. Leviego po polsku jest tylko "Czy to jest człowiek" wydane dawno temu przez Muzeum Auschwitz-Birkenau.
-
Gość: , *.emea.veritas.com
2007/01/30 14:32:18
Auschwitz to niestety częśc mojej rodzinnej historii. Choć większość z dawniej ogromnej rodziny zginęła w warszawskim Getcie, Treblince do A. trafiła moja ciotka, a niemal równoczesnie jej mąż. Dożyli wyzwolenia i zobaczyli się przez druty. Paradoksalnie wujek był jednym z tych kilkuset którym wyzwolenie wraz z radzieckimi racjami żywnościowymi przyniosło smierc. Mając zaawansowana chorobę głodową nie dożył wyjścia z obozu. Paradoksalnie przeżyła ciotka, która jako okaleczona ofiara doktora Mengele miała teoretycznie zerowe szanse. Przezyła ale historia ją dopadła w Żihu, chyba tak naprawdę nigdy nie wyszła z tego obozu.

Zawsze przypominam sobie tę historię gdy słyszę różnych negacjonistów i o ich prawie do głoszenia alternatywnej wizji. Wtedy nie było żadnej alternatywnej wizji, była tylko śmierć i góry trupów a wśród nich nasi bliscy.