Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
W poszukiwaniu Dzikiego Zachodu

Poszukiwanie Dzikiego Zachodu w okolicach Dallas, Austin i San Antonio jest - jak poszukiwanie straconego czasu - zajęciem z góry skazanym na niepowodzenie. Stracony czas jest stracony, a Dziki Zachód już dawno przestał być dziki. Pozostały strzępy, muzealne zabytki (w tym budzący prawdziwą grozę zestaw narzędzi denstycznych z połowy XIX wieku), stare fotografie przedstawiające facetów w kapeluszach i kobiety w niewygodnych butach.

Dallas w nocy imponuje oświetlonymi wieżowcami, a w dzień przypomina permanentny plac budowy. To dobry znak, notabene, świadczący o tym, że miasto nie zatraca swojej dynamiki. Z pewnością nie zatraca. Rozwija się nadal, zagarniając kolejne połacie ziemi i sięgając do nieba kolejnymi biurowcami oraz apartamentowcami.

W Austin łatwiej spotkać studenta niż kowboja, a zamiast rancha pełnego bydła tudzież saloonu w oczy rzuca się nieco demoniczna bryła Frost Banku:

Człowiek jednak nigdy nie był - wbrew niektórym filozofom - istotą racjonalną, więc poszukiwał i nadal poszukuje straconego czasu i miejsca. Bywa i tak, że w tym poszukiwaniu nie ma nic romantycznego czy idealistycznego, a wprost przeciwnie - za cienką warstwą quasi-historycznej patyny skrywa się całkiem rozsądny zmysł do biznesu. W takich przypadkach powstają skanseny.

Jeden z nich znajduje się tuż koło Dallas, w Fort Worth. Fort Worth ma ważne miejsce w historii: kiedyś stanowił wielkie centrum handlu bydłem. Dziś jego stara część stanowi turystyczną atrakcję:

Stock Yards dziś są malutką plamką na mapie Fort Worth, który rozrósł się niebywale i stanowi praktycznie część Dallas. Ta plamka jednak przyciąga turystów spragnionych smaczku Dzikiego Zachodu, świata bydła, rancherów, rangersów... Mnie też przyciągnęła.

Skanseny mają swój wdzięk, nawet jeśli mają charakter głównie komercyjny. Pozwalają nam mieć złudzenie dotknięcia przeszłości, której już nie ma. Chciałoby się czasem zaufać temu złudzeniu zupełnie, ale znajomość historii i realia miejsca często czynią to niemożliwym. Można próbować, jak się człowiek bardzo uprze, i na przykład dosiąść jednego z dostępnych tu rumaków (za sporą opłatą, rzecz jasna) i na moment poczuć się kowbojem, jak ten oto pan:

W wielkich drewnianych halach Stock Yards kiedyś hanldowano owcami. Dziś wypełniają je sklepy i sklepiki z mniej i bardziej upiornymi pamiątkami. Kowbojskie kapelusze i buty, laleczki ubrane w indiańskie stroje, tandetne fajki pokoju z plastiku, mnóstwo koszulek z napisem "Texas" i podobizną kowboja lub longhorna.

Właśnie: longhorny. Dla nich warto było przyjechać do Fort Worth. Bez dwóch zdań:

Imponujące zwierzęta o fantazyjnych rogach. Ten longhorn akurat nie ma rogów klasycznych - klasyczne są proste i długie, ale mi ogromnie przypadł do gustu. Wielkie bydle w towarzystwie kilkunastu podobnych osobników leżało sobie spokojnie na nieco błotnistym wybiegu. Ciekawe, o czym rozmyślał. Zapewne o jedzeniu. A może o tym, że za parę godzin znowu będzie musiał z towarzyszami i kilkoma niby-kowbojami przespacerować się statecznym krokiem po głównej ulicy Stock Yards, Exchange Avenue, by zapewnić zgromadzonym turystom kolejny skansenowy widoczek.

Longhorny to jeden z symboli Texasu, obok pancerników, między innymi. Jak wszystkie zespoły sportowe Uniwestytetu Indiana określa się mianem Hoosiers, tak wszystkie Uniwersytetu Texańskiego to Longhorny. University of Texas w ogóle uczynił z longhorna swoje logo i znak rozpoznawczy: bycza rogata głowa na pomarańczowym tle jest na koszulkach, bluzach, znakach drogowych na kampusie w Austin, wszędzie.

Poszukiwanie Dzikiego Zachodu pognało mnie i dalej, mianowicie w okolice miasteczka Bandera położonego nieopodal San Antonio. Podróż pobocznymi drogami (które i tak są lepsze od polskich głównych) zapewniła mi sporo odpowiednich widoków. Texas jest niebywale zróżnicowany pod względem krajobrazowym, czemu trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę jego ogrom. Niewykluczone, że są tam okolice piękniejsze niż Hills Country - część stanu pokryta wzgórzami - ale ja byłam usatysfakcjonowana.

Bandera lubi nazywać się szumnie "Cowboy Capital" i nazwa ta niewątpliwie jest mocno na wyrost. Okolice miasta mają jednak wiele uroku. Wiele tu rancz, niektóre w pełni działające, inne prawie wyłącznie nastawione na turystów, ale zawsze. Sucho i bardzo ciepło choć to dopiero marzec. Nie wyobrażam sobie, co tam się dzieje w lato i z pewnością nie wybrałabym się na takie rancho w wakacje. Ten widoczek jednak zapamiętam na długo:

Bandera okazała się ciekawa z jeszcze innego powodu. Otóż, jak się dowiedziałam, tam właśnie znajdowało się jedno z pierwszych w USA osiedli polskich, Ślązaków, którzy znaleźli się w miasteczku w 1855 roku. W Baderze do dziś stoi zabytkowy kościół św. Stanisława z małym muzeum. Notabene niedaleko Bandery i San Antonio znajdują się miejscowości o swojskich nazwach: Panna Maria (najstarsze polskie skupisko w USA) oraz Cestohowa czy Pawelekville. Przypomniały mi te nazwy o tym, że dawno, dawno temu, jakaś członkini mojej rodziny wyjechała właśnie do Texasu. Może należałoby poszukać kuzynów.

Niestety w Texasie spędziłam tylko cztery dni i niewiele udało mi się zobaczyć. Następnym razem będzie lepiej. Wyprawię się dalej za południowy zachód, zobaczę dolinę Rio Grande i dalej będę szukać Dzikiego Zachodu. Choć z drugiej strony... Po co komu kowboje i konie, skoro ma się takie drogi:

poniedziałek, 17 marca 2008, kakofonia

Polecane wpisy

  • Sierpień miesiącem przeprowadzek

    Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej

  • Jest lato, niestety

    Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim

  • Reaktywacja

    Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
hjuston
2008/03/17 17:29:53
w poszukiwaniu dzikiego zachodu trzeba sie bylo wybrac do houston. mamy wlasnie rodeo. jesli chodzi zas o longhorny to wlasciwie mamy tutaj tylko takie krowy i sa one teoretycznie wszedzie.
a mialas okazje sprobowac texanskiego bbq w austin?
-
geagea
2008/03/17 19:15:17
Mnie się jednak marzy Teksas z westernów - wielkie, spieczone przestrzenie i kłaki suchej trawy, ganiane wiatrem. I Ennio Morricone w tle:))) Ostrzę sobie na te moje wyobrażenia zęby, jeśliby miało mi się udać wybrać tam do Was, na drugą stronę Wielkiej Wody.
Ale może ja nie do końca normalna jestem:) A straconego czasu szkoda jednak... Myślicie, że nie znajdę już ani ociupiny takich klimatów?
-
hjuston
2008/03/17 19:52:02
raczej nie znajdziesz tam gdzie jedziesz. w okolicach el paso z pewnoscia, ale w dallas raczej nie.
-
geagea
2008/03/17 21:06:16
Mam nadzieję, że uda mi się choć trochę pomigrować w takim razie:)
-
kakofonia
2008/03/17 21:18:59
Następnym razem marzy mi się wyprawa wzdłuż granicy z Meksykiem mniej więcej oraz wzdłuż Zatoki, z El Paso i Houston włącznie rzecz jasna. Rodeo bedzie i w Fort Worth i w Banderze, ale jakos w maju. Nieco za wcześnie się pojawiłam na tę atrakcję.

Geagea, jedź do El Paso! Albo do Rio Grande Valley.

Hjuston, jak najbardziej. Załapałam się na all you can eat bbq w Austin, ale nie jadłam wiele z powodów religijnych. Ciężko trzymać koszer w Texasie...

Ale jeszcze tam kiedyś wrócę :)
-
Gość: sceptnick, 217.97.158.*
2008/03/18 07:40:48
Z polskich akcentów w TX, to - o ile dobrze pamiętam - drogowskaz "Warszawa", na trasie z Houston do San Antonio.