Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
Stan gorączki przedwyborczej

Moje dni są aktualnie podzielone na cztery całkiem nierówne części - książki, jesień, muzyka i wybory. Największa z nich jest chyba część czwarta, wyborcza, choć szczęśliwie śledzenie politycznych wieści daje się pogodzić ze słuchaniem muzyki, przynajmniej czasami. Jeśli się nie daje - cóż, rezygnuję z muzyki na rzecz polityki.

Większość znajomych jest w podobnej sytuacji. Kampania wyborcza i wszystko, co się z nią wiąże, weszła w ich codzienność z rozmachem i rozpychając się łokciami, po czym zasiadła na kanapie i nijak nie można się jej pozbyć. Nawet jeśli ktoś z nas z początku próbował impertynentkę wypędzić z mieszkania, to teraz wszyscy poddaliśmy się i co najwyżej mierzymy stan własnej gorączki przedwyborczej. Są powody, by podejrzewać, że do 4 listopada będzie ona wyłącznie rosnąć.

W Indianie głosować można już od jakiegoś czasu. S. skorzystał z tej możliwości. Wybrał się wcześnie rano, żeby nie stać za długo w kolejce. Jak powiedział mi wczoraj, rzeczywiście nie musiał długo czekać - zaledwie pół godziny! D. czekała dłużej. Podobnie L., która - nierozważnie - postanowiła głosować popołudniu. L. skorzystała za to ze sponsorowanego przez lokalny komitet wyborczy Obamy busika, który za darmo dowozi do punktu wyborczego wszystkich chętnych studentów.

J., którego samochód nigdy wcześniej nie był przyozdobiony bumper stickerem, tydzień temu przykleił na zderzaku swojej Hondy wielką nalepkę "Obama '08". Podobnie zrobiła jego siostra. Nigdy wcześniej nie czuli potrzeby manifestowania swoich politycznych sympatii w taki sposób. Dziś chcą, żeby ich poparcie dla Baracka Obamy było na tyle publiczne, na ile to możliwe. Nie są w tym wyjątkowi.

Widzę zdjęcia ludzi stojących w ogonkach do urn w najróżniejszych stanach. W niektórych rejonach Georgii czeka się aktualnie kilka godzin. Podobnie w Wirginii, Północnej Karolinie, Florydzie...

Wielu oczekujących deklaruje, że świadomość wagi tych wyborów przeważa nad frustracją związaną ze sterczeniem w ogonku. Więc stoją. I głosują.

Jest w tym stanie pod- i całkiem gorączkowym coś poruszającego. Jakiś refleks autentycznego obywatelskiego zaangażowania, który śledzę ze szczerą ciekawością i podziwem. Zastanawiamy się czasem z S. co te wybory naprawdę zmienią. Co się stanie, jeśli wygra Obama? Co się stanie, jeśli wygra McCain? Oczywiście, wzrusza ramionami S., moje życie wcale się nie zmieni. Co się może zmienić w Bloomington? Niewiele. Ale jednak, wzrusza ramionami ponownie, obchodzi mnie to wszystko.

S. jest jednak Amerykaninem. Jego zainteresowanie wyborami, podobnie jak pasja wyborcza wielu innych moich znajomych, jest dla mnie całkiem naturalna i zrozumiała.

Ale dlaczego mnie także to obchodzi? Dlaczego tak wiele czasu spędzam przeglądając w internecie wiadomości z politycznego frontu? Dlaczego tak niemożliwie denerwuje mnie Sara Palin, której skądinąd - jako doskonałego przedmiotu wszelakich żartów - będzie nam tu chyba wszystkim brakowało?

Przecież głosować nie będę. Ameryka nie jest moim krajem. Barack Obama nie będzie moim prezydentem. Na szczęście nie będzie nim także John McCain, gdyby jakimś cudem udało mu się wygrać wybory.

Czy chodzi więc tutaj o to, że na moich oczach może w przyszłym tygodniu wydarzyć się Historia? Czy raczej o to, że jednak Ameryka jest już jakoś moim krajem. Tutaj w końcu mieszkam od ponad trzech lat. Tutaj płacę podatki. Tutaj wykupuję ubezpieczenie zdrowotne. Tutaj chodzę do sklepów, oddycham, jem, pracuję, śpię. Może niepotrzeżenie owo tutaj stało się jednak moim domem.

środa, 29 października 2008, kakofonia

Polecane wpisy

  • Sierpień miesiącem przeprowadzek

    Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej

  • Jest lato, niestety

    Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim

  • Reaktywacja

    Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Klu, *.chello.pl
2008/10/29 17:38:33
Czy już myślsz też w j. amerykańskim?
Z zaskoczeniem obserwuję jak Repubilkaninowi rośnie, czym bliżej do wyborów tym do Baraka maleje... Czy to jednak uprzedzenia rasowe zmieniają optykę Amerykanów - im blizej do wyborów, a zwycięstwo Obamy bardziej realne, rośnie refleksja i uruchamiają sę podświadome siły odpychające?
-
w_przejezdzie
2008/10/30 02:07:31
Ten sam dylemat mam. I tu nasuwa się pytanie, gdzie jest dom? Czy bycie właścicielem obywatelstwa mój dylemat by rozwiązał?
-
Gość: paulina, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/10/30 13:01:08
Nie wiem czemu, ale mam przeczucie, że wygra McCain. Że Amerykanie się jednak przestraszą koloru skóry Obamy. Bo może ta niewielka przewaga Obamy w sondażach to wynik tylko tego,że pytani ludzie nie chcą wyjśc na rasistów?
-
kakofonia
2008/10/30 13:01:56
Klu, myślę po polsku i po angielsku, zależy od kontekstu.

W Przejezdzie, szczerze mówiąc, nie sądzę. Obywatelstwo to papier. Domy będziesz miała dwa.
-
kakofonia
2008/10/30 14:30:12
Tak, niektorzy sie tu martwia o wynik w zwiazku z rasizmem. Ale przewaga Obamy wcale nie jest mala. A kampania McCaina goni w pietke i z godziny na godzine staje sie coraz bardziej zalosna (nawet nie wiedzialam, ze moze stac sie az tak zalosna).

Ja jestem dobrej mysli :)
-
2008/10/31 02:09:48
Kakofonio, zrób z tego dwa obywatelstwa i trzy domy ;)
-
kakofonia
2008/10/31 03:03:29
Wiesz, w czasach foreclosures to nie tak zle ;)