Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
Zmora

Zmora zerka na mnie z granatowego skoroszytu. Specjalnie wybrałam taki kolor - pasuje do zmory. Widział ktoś kiedyś zmorę w radosnej zieleni albo optymistycznej żółci? Oczywiście, że nie. Zmora musi być przybrana w jakiś poważny, nawet nieco smętny kolor. Czarny też byłby dobry, ale chciałam uniknąć skojarzenia z żałobą. Mam nadzieję bowiem jej uniknąć.

Zmora ma angielskie imiona. Nazywa się mianowicie Comprehensive Examinations, czasem zwana jest także Qualifying Examinations, w skrócie, nieomal pieszczotliwie - Quals.

Doktorant tutaj zaczyna od gromadzenia wiedzy. Chodzi na najróżniejsze zajęcia przez trzy, czasem cztery lata, by zaliczyć wymaganą ilość godzin/punktów. Zwykle studenci mogą przepisać część godzin zaliczonych w programie magisterskim do programu doktorskiego. W moim przypadku nie było to niestety możliwe, ale i tak udało mi się wszystkie konieczne zajęcia zaliczyć w trzy lata. Średnio doktorant zalicza 12-15 punktów na semestr, co przekłada się na 4-5 zajęć - każde lub prawie każde to dwa półtoragodzinne spotkania w tygodniu, tony literatury i tony prac pisemnych, których tworzenie jest zajęciem tyleż czaso- i pracochłonnym, co kompletnie beznadziejnym. Oczywiście branie takiej ilości zajęć jest kompletnie niemożliwe, jeśli doktorant musi uczyć. W takim przypadku - a jest ich mnóstwo - wszystko się przeciąga. Obowiązkowo - poza zaliczeniem wszystkiego, co potrzeba w ramach własnego wydziału - trzeba zaliczyć także tzw. outside minor, czyli co najmniej 15 punktów na innym wydziale. Interdyscyplinarność to podstawa.

Doktorant uczy się zatem najróżniejszych rzeczy - od standardowych zrębów wybranej dziedziny po kwestie bardziej związane z wybraną specjalizacją. Uczy się także języków obcych, bez których ani rusz. Na moim wydziale każdy musi opanować dwa języki nowożytne (najczęściej niemiecki i francuski) oraz wszystkie inne, które są konieczne do zapoznania się z literaturą w danej specjalizacji. W moim przypadku to hebrajski i jidysz. Inni uczą się greki i łaciny. Jeszcze inni hebrajskiego biblijnego i np. aramejskiego. Zainteresowani Indiami muszą opanować sanskryt. Najzabawniej jest oczywiście w przypadkach, kiedy potrzebnego języka nikt na kampusie nie uczy, co także się zdarza. Wtedy trzeba kombinować.

Moje doświadczenie na studiach doktorskich w Polsce pozwala mi jasno powiedzieć, że nijak się one mają - pod względem stawianych wymagań i ilości pracy - do studiów na Indiana University. O Harvardzie czy Stanfordzie wspominać nawet nie warto.

Student ma zasadniczo sześć lat, żeby uporać się z zaliczeniem wymaganych zajęć, opanowaniem języków i udowodnieniem ich znajomości oraz napisaniem dwóch wielkich i poważnych prac pisemnych, które po zaaprobowaniu przez profesora trafiają na wieczną rzeczy pamiątkę do dokumentów delikwenta.

I wtedy pojawia się Zmora. Delikwent, zwany w biurokratycznym żargonie doctoral student, musi stać się doctoral candidate. Rytuał przejścia z jednego stanu ontologicznego do drugiego to Qualifying Exams. Są one nieco podobne do egzaminów doktorskich, które zdawałam przed obroną w Warszawie, tyle że gorsze.

Zmora składa się z czterech części - trzech czterogodzinnych egzaminów pisemnych i jednego ustnego. Atrakcja zaczyna się od określenia tematów egzaminów i samodzielnego przygotowania bibliografii do każdego z nich. Nad procesem czuwa ciało profesorskie zwane Advisory Committee. Czuwa, czyli głównie zatwierdza przygotowane przez studenta bibliografie po dodaniu do każdej wielu niezbędnych i kluczowych pozycji, które tenże pominął w nadziei, że uda mu się rozmiary bibliografii utrzymać w rozsądnych granicach.

Moja Zmora w skoroszycie to trzy listy książek - po jednej do każdego egzaminu. Każda liczy sobie ponad trzydzieści pozycji, w sumie ponad setka.

W lato, kiedy nie zajmowałam się niemieckim, siedziałam w bibliotece, szykując bibliografie. Teraz moje mieszkanie zawalone jest stosami książek i papierów z notatkami, a w mojej głowie nieustannie pobrzmiewa paniczna myśl, że opanowanie tej masy materiału do grudnia lub stycznia jest kompletną niemożliwością.

Kilkoro moich znajomych ma qualsy już za sobą. Wszyscy wspominają czas przygotowania do nich jako połączenie maratonu z koszmarnym snem. Czytanie w tym czasie przestaje być jakąkolwiek przyjemnością, a staje się ciężką pracą wykonywaną przez kilka godzin dziennie. Koleżanka z wydziału historycznego jeździła do biblioteki każdego poranka, siedziała w niej do południa, szła coś zjeść, wracała i siedziała do wieczora.

Pocieszam się myślą, że znajomi przeżyli. Niewykluczone zatem, że i ja to przeżyję. Pytanie o to, czy nie zwariuję kompletnie od tej ilości wiedzy, pozostaje otwarte. Aktualnie skłaniam się ku odpowiedzi pozytywnej.

poniedziałek, 06 października 2008, kakofonia

Polecane wpisy

  • Sierpień miesiącem przeprowadzek

    Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej

  • Jest lato, niestety

    Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim

  • Reaktywacja

    Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: witold, *.cable.wsm.wielun.pl
2008/10/06 19:45:22
Czytam Cię prawie od początku.
Nie wiem czemu ale dziś zrobiło mi się Cię żal ....
Pozdrawiam
-
kakofonia
2008/10/06 20:45:16
Bardzo mi milo, Witoldzie, ze czytujesz mojego bloga. Milo mi takze, ze masz na imie Witold, bo to w mojej rodzinie imie dziedziczne. Powiem Ci, ze mi tez sie siebie zrobilo zal dzis. Stad ten post o Zmorze. Ale juz mi lepiej :)
-
2008/10/06 20:48:02
.. żal - ciekawy komć .. teraz poczekajmy na tradycyjną pryzmę wazeliny ze strony myślących inaczej ..
-
Gość: palulina18, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/10/07 07:44:52
jako, że zrobiłam duży zapas wazeliny to mogę spokojnie napisać, że dasz radę:)...poza tym...chyba sama chciałaś, nie??...aha, skutecznym sposobem radzeniem sobie z niemożliwym jest ciągłe wmawianie sobie, że się to bardzo lubi i że to jest szalenie interesujące i bardzo potrzebne itd,itd....mi pomaga
-
Gość: Klu, *.chello.pl
2008/10/07 13:42:01
;-) Jakże mi Ciebie żal, że Ci siebie żal ... swoją drogą wspominając tony literatury, którymi musiałem się wykazać z okazji egzaminów, obrony prac etc.. jakiż żal mam do siebie, nie mogąc dopatrzyć się sensu niegdysiejszej nadgorliwości :-)
-
2008/10/07 18:08:02
Bede trzymac ksciuki! Pomysl tylko, ze jus pozaliczalas wszystko co za toba, to i z tym sobie poradzisz. W koncu to tak jakby podsumowanie tych wszystkich ciezko przepracowancych lat. Powodzenia!
-
2008/10/07 18:35:37
A mi nie jest żal Kakofonii, bo z pewnością sobie poradzi.
Żal mi jest pewnej złośliwej osoby. Zieje złośliwością, bo jest nieszczęśliwa, dlatego jest mi jej szkoda ("pryzma wazeliny").
-
kakofonia
2008/10/07 18:59:00
Bardzo Wam dziekuje za slowa wsparcia. Nie da sie ukryc, ze "sam tego chciales Grzegorzu Dyndalo..."

A na Motyle zawsze mozna zawsze liczyc ;)
-
2008/10/07 20:26:01
Przypomina mi sytuacja po ważnym sprawdzianie z chemii . Ktoś skombinował klucz do kantorku gdzie leżały nasze jeszcze nie sprawdzone wypociny .Rzuciliśmy się nerwowo szukać swoich żeby poprawiać, dopisywać ...ale jeden koleś porwał te wszystkie jakże cenne kartki wskoczył na stół i zaczął je rozrzucać .Po prostu To było czyste szaleństwo :) no niewiarygodna chwila , zupełny odlot . Potem jakoś to poskładaliśmy , ale były tak wymięte ,ze chemiczka się oczywiście zorientowała ...była jakaś afera , tego już dobrze nie pamiętam... ale fruwające kartki i chłopaka stojącego na stole w swoim hmmm nie wiem jak to nazwać :))) szaleństwie wolności i nas zdenerwowanych i owszem .
-
2008/10/07 22:30:15
a tak swoją drogą ...może miast filozofii przerzuciłabyś się na ekonomię i byś ten amerykański kryzys jakoś zażegnała ..wtedy może i Nobla by Ci dali
-
drakaina
2008/10/08 00:53:43
No cóż, na pierwszych studiach (filologiczne) w Polsce musiałam czytać po ponad 100 książek rocznie, teraz, na drugich, może książek jako takich jest mniej, bo to już nie stricte humanistyczny kierunek, ale mimo to zdecydowanie ciężej niż na tym pierwszym, bo materiału do opanowania dużo więcej. Fakt, akurat na doktoranckich na wydziałach humanistycznych w Polsce można się obijać. Ale na studiach, zwłaszcza w systemie 3+2 (a mam porównanie z pięcioletnim, bo tak kończyłam pierwsze), bywa wcale nie lżej niż to, co opisujesz. Spróbuj się nauczyć na pamięć 300 absurdalnie brzmiących nazw węgierskich i rumuńskich, zapamiętaj, gdzie te wszystkie miejsca są na mapie, zapamiętaj jeszcze, co charakterystycznego łączy się z każdym z nich w sensie typów pochówków i kształtów ceramiki, a będziesz miała obraz jednego z kilku w ciągu roku egzaminów na archeologii. I też sama tego chciałam, więc nie narzekam. To tylko żebyś nie myślała, że tu wszyscy mają lekko i łatwo. Bo czy przyjemnie, to już zależy od stopnia zaangażowania, pasji i poświęcenia ;)
-
geagea
2008/10/08 02:07:03
Aż mam ochotę teraz polecieć z wazeliną:) Prowokatorzy to wdzięczne istoty niemożliwie, bo się człowiek od razu angażuje...
A tak serio - Kakofonio, najskuteczniej jest pomyśleć sobie: "Heh, po wszystkim będę się z tego śmiała..." I uwierzyć.
-
2008/10/08 17:55:43
Faktycznie studia doktoranckie w Polsce to właściwie rozrywka w porównaniu do tych amerykańskich. Z drugiej strony, ja bym bardzo chciała, żeby moja uczelnia uważała za stosowne opłacić swoim doktorantom lektoraty. Na UJ doktoranci mają prawo do łącznie 60 godzin lektoratu przez cały okres studiów. No a jakiego języka można się nauczyć w 60 godzin?? Na pewno statystyczny młody doktor amerykański jest lepiej wyedukowany od młodego doktora polskiego. Dlatego uważam, że warto się pomęczyć. Powodzenia!
-
kakofonia
2008/10/08 18:25:46
Moim zdaniem tak właśnie jest - siłą amerykańskiego systemu studiów jest to, że z masy często zupełnie beznadziejnych studentów potrafi on wyłowić potencjalnie znakomitych przyszłych naukowców, po czym daje im taką szkołę - ale i takie mozliwosci - że albo stają się bardzo dobrzy albo odpadają.

Oczywiście wiem, że na różnych uczelniach i wydziałach w Polsce jest różnie, ale moje studia doktoranckie w Warszawie a tutaj to dwa kompletnie różne światy.
-
Gość: cloe, *.spray.pl
2008/10/08 22:40:20
nie zgadzam sie co do koloru zmory.
Żółta zmora moze byc absolutnie.

No takie rzeczy sie przytrafiaja,pomyslmy o tych za kilkaset lat ,np studentach historycznych studiów ci beda dopiero mieli materiału o kilkaset lat wiecej....
Mnie tez czeka zmora....obejrzalam sobie plan zajec na ten semestr i .... co prawda moje to nie doktoranckie a juz przerażenie,trudno trzeba wchlonac te wiedze,nie ma rady.