Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
Myśląca twarz Kościoła

Ewa obejrzała właśnie film dokumentalny o księdzu Tischnerze. Tischner - czy jak zawsze o nim myślałam: "Ksiądz profesor" - był dla mnie bardzo ważną osobą.

Prywatne archiwum dokumentów niezwykle ważnych zostało w Polsce, więc nie mogę sprawdzić, kiedy napisałam pierwszy list do Księdza Profesora. Nie pamiętam dat. Pamiętam za to doskonale zdumienie i wzruszenie, które mnie ogarnęły, gdy otworzyłam kopertę z adresem zwrotnym z Łopusznej.

Nie pamiętam, o co pytałam i co mnie sprowokowało do napisania tego pierwszego listu. Być może coś, co Tischner powiedział podczas rozmów o Katechizmie z Jackiem Żakowskim, które oglądaliśmy prawie całą rodziną i które później dyskutowałam z bratem? A może to była jakaś inna kwestia, która pojawiła się w związku z jakąś czytaną książką?

Znajomy poprosił mnie o napisanie tekstu dla pisma Jednota, kiedy zbliżała się trzecia rocznica śmierci Księdza Profesora. Napisałam tak:

Myśląca twarz Kościoła

Kilka minut po tym, jak prezenter wieczornego wydania Wiadomości przekazał informację o śmierci księdza profesora Józefa Tischnera, zadzwonił telefon. Odruchowo podniosłam słuchawkę. Usłyszałam w niej przejęty głos przyjaciółki: "Słyszałaś, co się stało? Od razu pomyślałam o tobie. Jest mi tak strasznie przykro. On był dla ciebie taki ważny..." Rzeczywiście był. Ale właściwie dlaczego? Dlaczego katolicki duchowny, myśliciel i publicysta miałby być ważny dla osoby, która zdecydowanie sytuowała siebie samą poza widzialnymi granicami Kościoła?

Dogmatyczna drzemka bezmyślnego antyklerykalizmu bywa przyjemna. Można okryć się miękkim i dziwnie przytulnym kocem niechęci, wyjrzeć spod niego co jakiś czas i z satysfakcją odnotować kolejny przypadek potwierdzający uprzednio przyjętą regułę: o, ksiądz antysemita; no proszę, temu proboszczowi bardziej zależy na pieniądzach niż na wiernych, a ten z kolei przekonuje zebranych na mszy o wzniosłości ubóstwa sam jeździ zaś mercedesem. Nieco perwersyjna ciekawość zaprowadziła mnie kiedyś na prowadzone w mojej szkole podstawowej lekcje religii. I jakaż satysfakcja! Niemiłosiernie bezmyślna katechetka wyrzuciła mnie za drzwi, gdy ośmieliłam się zakwestionować wygłoszony przez nią pogląd. Na domiar nieszczęścia przez cały czas opowiadała nam o aborcji. Jak gdyby katolicyzm od tego się właśnie zaczynał i na tym kończył. Tak, stanowczo można było drzemać dalej. Kościół to jakiś okropny anachronizm, wiara religijna to najwyraźniej i jedynie coś na kształt laski, na której podeprzeć mogą się ci, którzy o własnych siłach przez życie nie są w stanie przejść. Krótko mówiąc: nic ciekawego, chyba że dla patologa.

Spokój mojej drzemki zakłóciły najpierw "Notatniki" Anny Kamieńskiej, "Kościół, lewica, dialog" Adama Michnika kazał mi przetrzeć oczy. Ale prysznic, chłodny i pobudzający, przyszedł wraz z lekturą tekstów pewnego księdza z Łopusznej. Zobaczyłam człowieka, a wraz z nim inne oblicze Kościoła. Oblicze tak odmienne od zaciętej twarzy mojej szkolnej katechetki, głos tak różny od tego, który usłyszałam zabłądziwszy przypadkiem na jakieś kazanie: "Ludzie niewierzący psują się od środka", grzmiał proboszcz jednej z warszawskich parafii. "Nie można powiedzieć, by Pani nie miała wiary. Przecież Pani pyta. Jest to wiara, która szuka rozumienia. Na razie to wystarczy", napisał mi w liście ksiądz Tischner.

Wiara, która szuka rozumienia. Oczywiście, to nie Ksiądz Profesor wymyślił tę formułę. Potrafił jednak ludziom takim, jak ja, pokazać tradycję, w której powstała i udowodnić, również samym sobą, że nie jest ona martwa. Pytanie jest pobożnością myśli, mówił za Heideggerem i pisał o tych, którzy właśnie wielkością swojego myślenia byli pobożni. To oczywiste, że katolicyzm nie kończy się na aborcji, prezerwatywach i antykoncepcyjnych pigułkach. Jasne, że istota i działalność Kościoła nie sprowadza się do tropienia żydowsko-masońsko-liberalnych spisków. Chwilami jednak wcale niełatwo było owe oczywistości dostrzec. "Kościół schorowanej wyobraźni nie lubi rozumu", pisał Tischner. Ale to nie schorowana wyobraźnia stanowi Kościół.

Ksiądz Tischner obserwował, rozmyślał, analizował, krytykował, pisał, rozmawiał i wygłaszał, ale przede wszystkim – nieustannie wskazywał poza samego siebie. Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy, powtarzał (znowu Heidegger) i tym samym mówił: czytajcie wielkich myślicieli, patrzcie uważnie wokół, Bóg nie po to dał człowiekowi rozum, by ten go schował na dnie szafy.

"Ja mam osobisty kłopot: czy dobrze robię, gdy ukazując ludziom wspaniałe perspektywy chrześcijaństwa, pociągam ich do Kościoła, w którym spotykają ciasnotę myślową i grzech?" napisał mi jednym z listów. To właśnie robił, pokazywał chrześcijaństwo i katolicyzm nie zamknięte w kruchcie, rzeczywistość większą niż ten czy inny proboszcz wygłaszający pełne jadu kazania. Takim katolicyzmem można się było zachwycić. I choć jego Kościół nie stał się i najprawdopodobniej nigdy nie stanie się moim, nie mogę nie być księdzu Tischnerowi wdzięczna za to, że przed takimi jak ja otwierał do niego drzwi i mówił: "Przynajmniej zajrzyj. Być może zechcesz wejść i zostać".

Z jakichś powodów nie mogłam pojechać na pogrzeb Księdza Profesora. Pojechałam do Łopusznej później. Wybrałam się na całodzienną wyprawę. Z Warszawy do Krakowa, z Krakowa do Nowego Sącza, z Nowego Sącza do Łopusznej i z powrotem. To był dziwny dzień. Wypełniony muzyką i spokojem. Dopiero na cmentarzu, przed grobem, na którym leżały jeszcze wyschnięte kwiaty i wieńce pogrzebowe, zaczęłam płakać czując wewnątrz wielką pustkę.

Stałam tam myśląc między innymi o wykładach i seminariach Księdza Profesora, na które jeździłam do Krakowa. O jego książkach, o tekstach w Tygodniku Powszechnym, o tym, jak wiele dał mi i wielu osobom do mnie podobnym.

A potem poszłam na spacer, pod górę, najpierw drogą, a potem zwężającą się ścieżką. Szłam powoli stokiem góry, której nazwy nie znałam i wracał do mnie spokój. Spokój i radość. Pogoda była piękna, deszcz przestał padać niedawno i pozostawił wszystko świeżym, czystym i lśniącym. To był po prostu bardzo piękny dzień i może rzeczywiście w górach człowiek jest nieco bliżej Boga.

Ostatecznie znalazłam sobie inne miejsce, inną religijną tradycję, inną wiarę. Kościół Księdza Profesora nie stał się moim kościołem, ale nigdy nie przestanę mu być wdzięczna za to, że pokazał mi tego Kościoła myślącą twarz.

sobota, 31 stycznia 2009, kakofonia

Polecane wpisy

  • Napisów końcowych nie będzie

    Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skup

  • Z dawnych czasów

    Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.On i Ona – ballada

  • Podziękowania

    O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/01/31 18:47:52
+...a wiesz ,ja z ciekawością bym przeczytał tekst p.t. Kakofonia i wegetarianizm ...takie kakofoniowe refleksje na ten temat...nawet jesli miałoby to być w stylu - ot przyzwyczaiłam się i tyle;-) ...choć nic na siłę ...
-
evek
2009/01/31 18:57:58
wlasie jak sluchalam w tym filmie jego wypowiedzi, juz archiwalnych, bo to koncowka lat 90-tych przeciez, to ze zgroza pomyslalam - czemu sie go wtedy nie sluchali?? przeciez on dokladnie mowi - szczegolnie w odniesieniu do polityki, o tym, co sie wlasnie w PL dzieje...

brakuje ksiedza Tischnera, oj brakuje...
a Twoj tekst swietny! dzieki za zacytowanie - mam okazje poczytac!

a ten film widzialas?
-
2009/02/01 00:19:02
Dwie silne emocje mi sie odezwaly.
Zazdrosc i smutek.
Taka smutna zazdrosc odczuwam, o to ze jestes o tyle starsza, ze moglas bardziej aktywnie rozumiec Profesora, a wrecz wejsc z nim w dialog. Gdy umieral, ja dopiero dorastalam do rozumienia, o czym mowi. Strasznie mi tego zal.
Odczuwam smutek, gdy mysle o moim Kosciele, ktory pozbawiony takich ludzi jak Tischner i Wojtyla skreca w zdecydowanie inna strone niz bym chciala. Nie lubie braku myslenia. Coraz mniej czuje sie w KK u siebie.
I znow smutna zazdrosc, bo Ty znalazlas juz sobie miejsce duchowe. Ja sie zaczynam coraz bardziej miotac. Rozwazam przystan w obrebie protestantyzmu, ale sam fakt, ze czuje sie do tych rozwazan zmuszona wywoluje u mnie smutek.

Eeeech, life is brutal and full of zasadzkas.
-
sporothrix
2009/02/02 01:22:38
Masz rację co do bezmyślnego antyklerykalizmu. Natomiast co do nie-bezmyślnego - cóż, niektórzy przedstawiciele Kościoła sami się pięknie podstawiają. I rzeczywiście zauważanie wówczas ich błędów jest wygodne, bo szalenie łatwe. Poza tym, jak słusznie zauważył kiedyś o. Ludwik Wiśniewski, dominikanin, 'uczciwy katolik powinien być antyklerykałem' :-) .
Natomiast ksiądz Tischner budził moją sympatię do czasu, kiedy przeczytałam, jak wstrętne, ohydne antyfeministyczne miał poglądy, jak obrzydliwie traktował swoją doktorantkę, panią Karoń-Ostrowską, o czym ta opowiada w wywiadzie zebranym w pozycji "Kobiety uczą Kościół". Po przeczytaniu o erupcjach chamskiego i seksistowskiego dowcipu ks. Tischnera trudno mi jest, choć staram się, pamiętać o jego filozoficznym i innym dorobku. Jego katolicyzm nie zachwyca mnie jednak i nie jest on dla mnie myślącą twarzą Kościoła. Chyba, że Kościoła dla mężczyzn wyłącznie.
-
2009/02/02 16:32:21
.. kakofonia .. są takie chwile, kiedy się dochodzi do kresu drogi ..

.. co by to było
gdybyśmy stanęli
jak dwa świstaki
i zapomnieli
że trzeba stąd odejść ? ..

.. takie zdarzenia nas dozbrajają .. śmierć bliskich osób jest nieunikniona .. podejrzewam, że wiem, co czujesz teraz .. mój ojciec też niedawno umarł nagle ..
-
geagea
2009/02/02 20:42:29
Kakofonio,
dziękuję Ci za ten tekst.

Motyle,
Mój też. Ale ja wciąż nie jestem pewna, czy "takie zdarzenia nas dozbrajają", czy raczej zmiękczają własnie, odzierają z pracowicie wyhodowanej skorupy. Trudno się potem pozbierać, bez względu na upływ czasu.
-
kakofonia
2009/02/02 22:38:20
Dzieki, Motyle. Gaegea, moj Tata umarl nagle wczoraj wieczorem.
-
geagea
2009/02/02 23:08:32
Kakofonio, ściskam bardzo mocno...