Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
Uśmiech, którego już nie ma

Ogromnie przygnębiła mnie wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego. Co za feralny rok, pomyślałam, stwierdzając równocześnie ze zgrozą, że upłynęła zaledwie jego połowa. Jak tak dalej pójdzie...

Oczywiście dalej tak nie pójdzie, bo Leszek Kołakowski był jeden i jak każdy z nas umrzeć mógł tylko jeden raz, swoją własną śmiercią. Nie czytałam doniesień prasowych, więc nie wiem, czy cokolwiek o okolicznościach śmierci Profesora wiadomo. Niewiedza pozwala mi mieć nadzieję, że umarł spokojnie i bez bólu. Może po prostu zasnął, by się już nie obudzić.

Kołakowski przyjeżdżał czasem do Warszawy prowadzić zajęcia. Chodziłam bodaj na dwa jego cykle wykładów - szczególnie ciekawy dla mnie był ten poświęcony relacjom pomiędzy rozumem a wiarą - oraz na seminarium o Leibnizu, podczas którego studiowaliśmy zdanie po zdaniu "Monadologię".

Na seminarium co jakiś czas pojawiali się różni profesorowie, którzy albo Kołakowskiego znali albo bardzo chcieli go poznać. Niejednokrotnie byliśmy świadkami dość żenujących czasem podrygów i towarzysko-intelektualnych wygibasów, którymi profesorowie owi starali się zwrócić na siebie uwagę Kołakowskiego. Sprawiało to raczej przykre wrażenie. Nie wiem, jaki stosunek miał do tego Kołakowski, ale często wydawał się nieco zażenowany. Pamiętam, że kilka razy zwracał nam uwagę, by nie tytułować go profesorem - w Oksfordzie ponoć nie było takiego obyczaju.

Któregoś razu po jednym z wykładów zebrałam się na odwagę i zapytałam go o coś. O co - tego nie pamiętam. Kołakowski uśmiechnął się tym swoim uroczym, odrobinę jakby nieśmiałym uśmiechem i powiedział, żebym przyszła za pół godziny do Katedry Erazma z Rotterdamu, gdzie, jak się okazało, profesor spędzał trochę czasu po wykładach, spotykając się z zainteresowanymi studentami. Stawiłam się na miejscu rzecz jasna punktualnie, z duszą gdzieś w okolicach pięt.

Dziury w pamięci. Nie pamiętam, o czym żeśmy rozmawiali. Prawdopodobnie dlatego, że byłam pod zbyt wielkim wrażeniem samego faktu rozmowy z Leszkiem Kołakowskim. Niewykluczone, że rozmawialiśmy o Unamuno, którego pesymizm był mi jakoś w tamtym okresie bardzo bliski (na tyle bliski, żeby się nauczyć hiszpańskiego i czytać go w oryginale).

Pamiętam za to doskonale, jaki był podczas tej rozmowy Kołakowski. Ogromnie uprzejmy. Bez najmniejszego nawet śladu poczucia wyższości. Bez najmniejszej potrzeby pokazania studentowi "gdzie jego miejsce", co przecież tak często się zdarza profesorom. Słuchał uważnie, odpowiadał równie uważnie. Żartował ze smakiem i lekką ironią. Taki prawdziwy gentleman starej daty, pomyślałam sobie. Jeden z nielicznych jeszcze żyjących przedstawicieli wymierającego gatunku.

Potem zaprosił mnie na kawę. Chyba nigdy wcześniej w kawiarni Nowy Świat nie spotkałam się z tak szybką obsługą.

Od tamtego dnia Kołakowski zawsze witał mnie z uśmiechem. Nawet kiedy po roku czy może dwóch latach spotkałam go na Targach Książki w Warszawie. Najwyraźniej miał dobrą pamięć.

To smutne, że odszedł. Zwyczajnie i szaro smutne. Pozostają teksty, to prawda. Ale uśmiechu już nie ma.

środa, 22 lipca 2009, kakofonia

Polecane wpisy

  • Napisów końcowych nie będzie

    Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skup

  • Z dawnych czasów

    Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.On i Ona – ballada

  • Podziękowania

    O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/07/22 04:13:57
nie znalam profesora Kolakowskiego, ale z innych doswiadczen z wielkiej klasy umyslami pozostalo mi przeswiadczenie, ze naprawde wybitne osoby poznaje sie najczesciej po tym wlasnie,z e wyzbyte sa potrzeby prezentowania swej wyzszosci, bez wzgledu na to, czy rozmawiaja z adiunktami, czy ze studentami, czy ze sprzataczka.

wielka, wielka strata.
-
kakofonia
2009/07/22 04:52:44
Tak, to prawda. Mysle, ze miedzy innymi po tym mozna poznac czlowieka naprawde wielkiego umyslu i wielkiej klasy. Jakos dziwnie jest ich coraz mniej. Przynajmniej takie mam wrazenie.
-
2009/07/22 06:20:38
wracając z Berlina,w Warszawie kupiłem Wyborcza...i wśród tych wszystkich dodatków, wiesz,akurat był tez poświęcony Jemu ... 'Gazeta zegna filozofa'...z wielkim zdjęciem...myślałem ze poczytam w autobusie,ale tylko przejrzałem...bylem za bardzo zmęczony...wnikając głębiej jeno w to co sie dzieje na Tour de France
-
Gość: Klu, *.chello.pl
2009/07/23 10:30:31
Ano właśnie ... magia bezpośredniego spotkania, dotknięcia, uczestnictwa w czymś/z kimś wyjątkowym. Pamiętam Prof Kotarbińskiego - schludnego, niskiego staruszka, z sumiastymi wąsami kroczącego Krakowskim Przedmieściem od pałacu Staszica do uniwerku, co pare kroków uchylającego kapelusz by odpowiedzieć na kolejne ukłony i pozdrowienia - kroczył przesympatyczny wielki majestat w mini formie, promieniujący aurą zgoła unikalną. Pamiętm wykłady prof. Tatarkiewicza, prof. M. Ossowskiej i wielu wielu innych... Zdumiewające jest zjawisko pojawiających się już przed pogrzebem głosów mocno i krytycznych, nacechowanych silnymi negatywnymi emocjami wobec prof. L. Kołakowskiego ... niby mówi się, że o zmarłych nie należy mówić źle. Miło, że wróciłaś Basiu.
-
Gość: Marcin, *.acn.waw.pl
2009/07/26 17:55:49
To, o zym piszesz, to po prostu wielka klasa człowieka. Podczas moich studiów po przeciwnej stronie Krakowskiego Przedmieścia (IH UW) otarłem się o wielu "profów" i "dr-ów" i jeżeli miałbym wskazać jedną rzecz, jaką się nauczyłem, to byłoby to: prawdziwą klasą albo raczej, format człowieka, można poznać po tym, że ten wykrojony z wielkiego się nie unosi. Ja do dziś pamiętam jak jeden z Wielkich Profesorów (Barbarzyńska Europa, autorytet w swojej dziedzinie) ze spokojem, powagą przytakiwał pewnej sprzątaczce, która coś tam mu opowiadała (brutalnie mówiąc zawracała gitarę). Nie podał po sobie poznać zniecierpliwienia, sprawiał wrażenie głęboko zainteresowanego i zaintrygowanego, traktował jak równą sobie. To, że on był na szczycie drabiny intelektualnej, a ona nie wspięła się nawet na trzeci szczebel, nie grało roli. Co więcej, nas, studencką czerń, traktował z podobną atencją, wyrozumiałością i szacunkiem.