Ponownie na Midweście
Blog > Komentarze do wpisu
Ojczyzna polszczyzna?

"Daj spokój z tym 'wow!'" - szturchałam się mentalnie po każdym użyciu tego wykrzyknika w rozmowie z polskimi znajomymi. Siedzieliśmy sobie wieczorem na schodkach prowadzących na niewielką werandę nieco zrujnowanego domu nieopodal Connecticut Avenue, ciesząc się przyjemną rozmową o wszystkim i o niczym. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te moje "wow!"

Gdyby nie "wow" i parę innych rzeczy.

- O macie tutaj nawet ten... no, jak to się nazywa po polsku... fireplace.
- Kominek - uprzejmie podpowiada znajoma.
- Właśnie, kominek... - powtarzam posłusznie wdzięczna za przypomnienie.

Rozmawiamy o kartach kredytowych. Mówię, że takowej jeszcze w tym kraju nie zdażyło mi się mieć. Raz składałam wniosek, ale mi odmówiono z powodu braku "credit history". Hmm... jak powiedzieć credit history po polsku? I jak się mówi "reliable"?! Jak powiedzieć, że dobra "credit history" pokazuje, że jest się "reliable"?! Ratunku!

Zgroza, myślę sobie idąc opustoszałą o tej porze Connecticut Avenue w stronę najbliższego przystanku metra. Po drodze zaglądam do sklepu, kupuję galon mleka i paczkę papierosów. "Have a nice night", mówi sprzedawca. "Dziękuję" - odpowiadam odruchowo - "I mean... thanks" - poprawiam się natychmiast.

Fascynująca rzecz ten ludzki umysł, stwierdzam czekając na metro. Przestawia się z jednego języka na drugi niczym jakaś maszyna.

Tylko w moim przypadku ta maszyna zaczyna cierpieć na dziwną czkawkę. Na angielski przestawia się bez trudu, z polskim bywają problemy...

Dzień wcześniej siedzę przed komputerem pisząc tekst dla pewnej Szacownej Instytucji w Polsce. "Jeez", męczę się nad jednym zdaniem - jak będzie "disruption"? Pisząc po polsku myślę po angielsku. Złoszczę się na to, że w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy słowa angielskie.

Wystarczyło kilka lat, by zmieniła się moja relacja do języka polskiego. Na początku pobytu w Stanach odczuwałam jego brak. Otaczająca mnie angielszczyzna wymagała stałego skupienia uwagi, co na dłuższą metę było męczące. Nosiłam angielski jak parę nowych butów. Skrzypiały, uwierały, obcierały tu i ówdzie. Polski był parą ukochanych, miękkich kapci, które zakładałam z ulgą, które pozwalały odpocząć zmęczonym stopom.

Teraz kapcie zakładam zasadniczo na mniej więcej półtorej godziny tygodniowo - skype'owe rozmowy z Rodziną. W ostatnich tygodniach zdarza mi się po nie sięgać nieco częściej. W mojej Jednostce Badawczej pojawiło się kilka sympatycznych osób z Polski. Po polsku bardzo dobrze mówi także jeden z pracowników biblioteki. W rozmowach z nim jednak sama często przechodzę na angielski. Dlaczego? Bo mówienie po angielsku w amerykańskim kontekście przychodzi mi znacznie naturalniej.

Mówienie po polsku stało się z czasem czymś dziwnym. Stare kapcie przestały być zawsze wygodne. Nowe buty dopasowały się do stóp i można w nich maszerować na długich dystansach bez ryzyka obtarć i bąbli.

Jasna sprawa - to się nazywa "total immersion" i nie bez powodu uważane jest za najlepszą metodę uczenia się nowego języka.

W moim przypadku to nawet więcej niż "total immersion". Raczej "totally total immersion". Niemal wszyscy Polacy, których tutaj poznałam, przyjechali do Stanów z partnerami lub po jakimś czasie związali się z innymi Polakami. W ich przypadku zatem "total immersion" nie jest tak naprawdę "total". W domu funkcjonują bowiem w języku polskim. Angielski jest językiem rzeczywistości zewnętrznej, językiem pracy, ulicy, mediów. Nie jest jednak językiem, w którym komunikują się z najbliższymi osobami. Ta językowa podwójność prowadzi do owych serdecznie obśmiewanych pokrak językowych w rodzaju samochodów zaparkowanych na kornerach.

Dla mnie angielska rzeczywistość językowa jest niemal totalna. Gdy wyjadę z Waszyngtonu pod koniec tego miesiąca, zniknie z horyzontu tych kilka osób, z którymi rozmawiam tutaj po polsku i kontakt z tym językiem będę miała ponownie tylko w czasie weekendowych pogaduszek z Rodziną. Znowu będzie to jedyny kontekst, w którym polszczyzna będzie brzmiała naturalnie, choć obawiam się, że i tutaj z czasem coraz częściej będę się potykać o przychodzące do głowy w pierwszym momencie słowa angielskie.

Wiem, że to skądinąd zrozumiałe zjawisko. Z drugiej strony wydaje mi się jednak jakoś dziwne i nieco niepokojące. Co będzie za parę lat?

PS: Dodam, że problemy z ojczyzną-polszczyzną, są jedną z przyczyn okresów ciszy na tym blogu.

piątek, 04 września 2009, kakofonia

Polecane wpisy

  • Napisów końcowych nie będzie

    Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skup

  • Z dawnych czasów

    Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.On i Ona – ballada

  • Podziękowania

    O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegna

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Agnieszka, *.zone2.bethere.co.uk
2009/09/04 20:33:37
Hej,
czytam Twojego bloga od wielu miesięcy - trafiłam tu zupełnie przypadkiem i już zostałam ;-)
Miałam dokładnie ten sam "problem", może nawet większy, bo np. wszystkiego o komputerach nauczyłam się od razu w języku obcym a nie po polsku. Mieszkam za granicą od ponad 20 lat i dokłdanie Cię rozumiem.
Ja osobiście postanowiłam aktywnie dbać o swój polski zanim zacznę go na serio kaleczyć i od kilku lat organizuję sobie dostęp do niego... Jednak co język ojczysty to ojczysty i kropka.
-
2009/09/04 22:47:52
...a tak swoją drogą - jeśli się modlisz w zaciszu swego pokoju i jeśli nie jest to zbyt intymne pytanie - to w jakim języku się modlisz ?
-
Gość: Klu, *.chello.pl
2009/09/04 23:11:57
Podśmiewamy się z Polaków, którzy po ledwie paroletnim pobycie za granicą mówią z obcym akcentem i naleciałościami ... i głósno poszukują polskich wyrazów do angielskich terminów. Widać jednak, że to zjawisko obiektywne a nie szpan :-)
-
kakofonia
2009/09/04 23:12:02
po hebrajsku :-)
-
Gość: Iseder, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/09/05 00:07:06
Między innymi dzięki wysokiemu poziomowi ojczyzny-polszczyzny tak chętnie odwiedzam ten blog :-)

!
-
Gość: Klu, *.chello.pl
2009/09/05 12:48:56
Właśnie gdzieś wyczytalem, że językiem srca ludzi się modlą, liczą i klną. Czy klniesz i liczysz również po hebrajsku :-)
-
socjopatyczna_malkontentka
2009/09/05 15:53:44
To jest także problem lektorów języka polskiego za granicą. Wytyczne ministerstwa mówią, że co 4-5 lat powinni przerywać pracę, wracać do kraju i przez rok mówić po polsku. Odwiedzam czasem lektorów polskiego za granica, czasem ich spotykam też w Polsce. Mają to samo. Odczulam to, gdy Polka próbowała mi coś wytłumaczyć po macedońsku.
PS. Klnę najczęściej po niemiecku, czasem po włosku, nie modlę się, a liczę po polsku, ale też nie zawsze. Jestem kundlem środkowoeuropejskim
-
Gość: Alex, *.cst.pl
2009/09/06 12:38:03
Masz przyjemny, lekki i wciągający styl pisania, wiesz? ;D
-
kakofonia
2009/09/06 15:26:25
Modlę się po hebrajsku. Klnę po angielsku. Liczę zwykle po polsku, choć czasem po angielsku. Może to i dobrze, że moja znajomość jidysz jest głównie bierna...

Dziękuję za miłe słowa na temat mojego stylu. Potraktuję je jako znak, że degrengolada nie jest jeszcze zbyt daleko posunięta :-)

Te językowe sprawy są dla mnie jakoś dwuznaczne... Z jednej strony naprawdę drażnią mnie kłopoty z polski, ale jednocześnie są one - jak sądzę - symptomem coraz głębszego zanurzenia w świecie, w którym funkcjonuję teraz, a zatem czymś chyba pozytywnym. Hmm... sama nie wiem. Całe szczęście, że nie muszę tu nikogo uczyć polskiego!
-
2009/09/06 22:07:20
No skad ja to znam? ;) Tez zauwazam, ze niemiecki wkrada mi sie w zycie coraz bardziej, ale twardo sie trzymam i staram sie uzywac polskich odpowiednikow niemieckich pojec. Nawet jesli brzmi to nieco nietypowo, gdy opisuje zjawiska niefunkcjonujace w Polsce. Granica jest niestety na jezyku zawodowym, niektorych pojec po polsku w ogole nie ma.
I mysle, ze gwozdz calej sprawy jest wlasnie w tej walce - i to rozni i Ciebie i mnie od tych, ktorzy lukaja czy kara stoi na kornerze.
-
anetacuse
2009/09/07 21:28:43
Temat bliski sercu większości emigrantów. Ja mam ten sam problem, zwłaszcza że mój mąż jest Amerykaninem i w domu mówimy po angielsku. Modlę się i liczę zawsze po polsku, klnę po polsku i po angielsku, ale w sytuacjach ekstremalnych po polsku. Staram się pielęgnować język pisząc poprawną polszczyzną na swoim blogu i zwykle staram się znaleźć prawidłowe polskie odpowiedniki, choć czasem o nie trudno. Ilekroć napiszę coś na chybcika z użyciem wtrąceń angielskich, co raz ktoś mi wpadnie na blog i nie przebierając w słowach zarzuci poczucie wyższości i popisywanie się. Ludzie, którzy tego nie doświadczyli po prostu nie rozumieją, że naprawdę można zapomnieć swój własny ojczysty język. Najczęściej wtedy, kiedy kontest rozmowy jak np. zagadnienia zawodowe znamy tylko po angielsku. Ja również bardzo lubię tu zaglądać między innymi ze względu na bogatą polszczyznę autorki. Pozdrawiam.
-
andsol-br
2009/09/10 20:13:49
Ludzie są taktowni i sympatyczni i tylko od czasu do czasu zwracają mi uwagę, że jest coś niecodziennego w mojej interpunkcji, ortografii, słownictwie, stylistyce i frazeologii. Poza tym nie ma problemów.

Ale dobrze jest mieć przykłady. Oczywiście te pozytywne są lepsze od innych. Więc moim jest Stefan. Od bardzo dawna w Londynie, ma blogi po polsku i po angielsku, mówi piękną czystą polszczyzną (choć czyni to rzadko)... ale i on nie jest doskonały. Ma jakiś dziwny lubelski akcent. U nas tak się nie mówiło.
-
2009/09/11 22:24:48
Witam. Antrim to Stefan inaczej,jak napomknął andsol. Moja angielszczyzna niepojąco ginie w morzu polszczyzny odkąd bloguje i blipuje w tym pięknym języku. Dziś zapomniałem jak jest sosna po angielsku i z zawstydzeniem musiałem określić to drzewo jako tree with needles. Pine, fir, spruce. Teś nie byłem pewien. Język ojczysty może tak szybko utonąć bez ciągłego, instensywnego używania jak ten drugi przyswojony. Mózg to dziwny komputer. Dwujęzyczność to woltyżerka na linie wiszącej nad przepaścią, w której leżą na dnie ruiny Wieży Babel.
-
anna_w_japonii
2009/09/13 01:46:42
No tak... skad ja to znam??? Sama zaczelam najpierw czytac, i potem pisac, a w koncu mowic po polsku w zeszlym roku po 20 latach przerwy i ciezko bylo. Gdyby nie moj blog po polsku to pewnie nie pisalabym po polsku w ogole. Ale ciezko jest i sama zastanawiam sie czy ma to sens aby kontynuowac.
Pozdrawiam serdecznie!
-
nudniejszy
2009/09/13 03:10:12
Mieszkam 20 lat w Niemczech, i też miałem tak ze starałem się jak najszybciej zintegrować - teraz znam niemiecki na poziomie języka ojczystego, idiomy, humor językowy, konteksty kulturowe i wszystkie te sprawy. Od paru lat znów intensywniej używam polskiego, tak że już rzadko brakuje mi słowa, ale z kolei - w niemieckim zdarza mi się pomylić rodzajnik! Parę lat temu mi się to nie zdarzało. Już dawno nie zastanawiam się nad tym, jak (poprawnie językowo) coś powiedzieć - a tu coś takiego.
-
aniabuzuk
2009/09/17 00:49:03
Niestety, tak to jest, jak sie wpadnie miedzy wrony. Zlapalam sie ostatnio na tym, ze do corki mowie po angielsku, nawet, gdy jestem z nia sama i nie ma potrzeby uzywania angielskiego. Musze zaczac nad tym pracowac.
-
Gość: Jawa, 77.255.174.*
2009/10/22 04:12:52
A co powiedzieć na chleb z "prezerwatywami" (preservatives) zamiast konserwantów.