Ponownie na Midweście
piątek, 05 lutego 2010
Walka z wiatrakami?

Jakiś czas temu postanowiłam zerwać z nałogowym czytaniem prasy izraelskiej. Uznałam, że życie codzienne dostarcza mi dostatecznej ilości stresów i nie potrzeba mi dodatkowych palpitacji serca. Nieco przypadkiem dowiedziałam się o artykule opublikowanym w czwartek na portalu gazety Jediot Achronot. Kiedy go przeczytałam, utwierdziłam się w słuszności mojej wcześniejszej decyzji.

Autor tekstu, Zew Cahor, niestety postanowił się podzielić z czytelnikami swoją niewiedzą na temat Holokaustu i swoimi uprzedzeniami wobec Polaków.

Przemawiając w obozie śmierci Auschwitz w Polsce, największej fabryce śmierci w historii, która została zbudowana na polskim terytorium (nieprzypadkowo) i była obsługiwana przez Polaków, Netanjachu zdołał pominąć entuzjastyczną rolę, jaką Polacy pełnili podczas Holokaustu. Jeśli chodzi o poświęcenie w prześladowaniu Żydów, przekazywanie ich nazistom i aktywną rolę w maszynie zagłady Polacy ustępowali jedynie Niemcom, a czasem byli nawet bardziej niż Niemcy oddani wysiłkowi eksterminacji.

Ręce opadają i opada szczęka na widok tego upiornego zbioru stereotypów sklejonych zaprawą ignoracji i uprzedzenia.

Pocieszające są za to komentarze zamieszczone przez czytelników. "Taka ignorancja zapiera dech w piersi", napisała Justine i zasugerowała, by Zew Cahor zapoznał się z pracami Debory Lipstadt. JK z Los Angeles zwraca uwagę na to, że w obozie zamordowano tysiące Polaków. Czytelnik z Holandii nazywa tekst "cholernym wstydem". Eli z Raanan wyraża przekonanie, że polska dyplomacja podejmie stosowne kroki prawne. Negev Girl podobnie ma nadzieję, że Polska pozwie autora do sądu i jest zdumiona, że ma on doktorat. Les z Nowej Zelandii sądzi, że powinien to zrobić rząd izraelski. Zdaniem Dany z Jerozolimy Cahor powinien przeprosić Polaków. Irina z Tel Awiwu jest oburzona tym, że Ynetnews opublikował taki "stek kłamstw".

Pan Cahor zapewne nie zasługuje na poświęcanie mu szczególnej uwagi. Nie jest ani pierwszym ani ostatnim ignorantem. Bardziej martwi mnie to, że tekst został zamieszczony na bardzo popularnym portalu. Czy jego redaktorzy są podobnymi bałwanami, których wiedza o Zagładzie jest albo żadna albo wykrzywiona antypolskimi uprzedzeniami?

Zawsze uważałam, że polscy Żydzi mają szczególną rolę do odegrania w zwalczaniu wyrażonych przez Cahora przekonań. Jak widać, jest jeszcze bardzo, bardzo wiele do zrobienia... A może nie warto? Może jest to syzyfowa praca?

poniedziałek, 01 lutego 2010
Jorcajt

Pierwsza rocznica śmierci wyznacza w judaizmie koniec okresu żałoby. Ale ta żałoba nigdy się nie skończy, myślałam, patrząc przez łzy na jorcajtową lampkę.

Zapalanie świeczki w rocznicę śmierci nie jest nakazem religijnym. To zwyczaj - minhag - który bardzo zakorzenił się w żydowskiej kulturze. Lampki nie stawia się na grobie. Zapalona stoi w domu i świecić ma przez pełną dobę. Migotliwy płomień ma przypominać o duszy zmarłego, zgodnie z wersem z Księgi Przysłów: "Dusza człowieka jest światłem Boga" (20:27)

Jorcajtową świeczkę zapala się w rocznicę śmierci wedle kalendarza żydowskiego. Jeśli ktoś zmarł, powiedzmy, 4 maja 1985 roku, świeczkę zapala się 13 dnia miesiąca ijar. Zapala się ją nie rano, tylko - znowu zgodnie z żydowskim kalendarzem, w którym dzień zaczyna się o zachodzie słońca - wieczorem dnia poprzedniego.

Zgodnie z tymi zasadami świeczkę powinnam zapalić 7 dnia miesiąca szwat czyli 22 stycznia. Mój Tata zmarł bowiem 1 lutego.

Tata nie był jednak Żydem. Dlatego postanowiłam jorcajtową lampkę zapalić dziś - nie wedle kaledarza żydowskiego tylko gregoriańskiego. Zapaliłam ją bardzo wcześnie rano, gdzieś koło godziny 5, gdy za oknem panowała jeszcze ciemność. W ostatnich latach Tata budził się tak wcześnie, ku ogromnej radości Jego Szczupłości, któremu ogromnie nudzi się, gdy wszyscy w domu śpią, zamiast poświęcać mu cały swój czas i uwagę. Dla kota pożytek ze śpiących ludzi jest, powiedzmy sobie szczerze, znikomy.

Jego Szczupłość przychodził do sypialni Rodziców jeszcze przed piątą. Najpierw czekał cierpliwie. Potem wskakiwał na łóżko i wnikliwie obserwował leżących czekając na jakiś ruch, który wskazywałby, że śpiący zbliżają się do chwili przebudzenia. Delikatnie podchodził do twarzy i - jak śmiał się Tata - sprawdzał, czy Tata oddycha. Kiedy wreszcie doczekał się momentu, w którym leniwa ludzka istota postanowiła wstać, radośnie dreptał do kuchni, gdzie razem z Tatą jedli sobie śniadanie.

Był chyba pierwszym, który wiedział, że Tata nie żyje. Choć zwykle niechętny i ostrożny wobec obcych nie odstąpił Taty na krok, gdy ludzie z pogotowia przeprowadzali reanimację. I w pewnym momencie, jak mówiła mi Mama, krzyknął. Wydał z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nikt nie słyszał. Jak gdyby wiedział, że to serce zatrzymało się już na zawsze i wszelkie wysiłki lekarzy skazane są na niepowodzenie.

Nie wiem, w jaki sposób koty przeżywają swoje żałoby po odejściu osób, które stanowiły stały element otaczającej je rzeczywistości. Nie wiem, jak długo taka żałoba trwa. Może podobnie jak moja - trwa ona zawsze.

Stojąca obok laptopa na stole jorcajtowa lampka, zapalona 1 lutego, a nie 7 szwat, nie tylko przypomina mi o Tacie. Uświadamia mi także moje własne bycie na zawsze gdzieś pomiędzy - pomiędzy moją teraźniejszością a przeszłością, pomiędzy byciem Żydówką a nie byciem nią, pomiędzy dawnymi a nowymi obyczajami.

To prawda, że mogłabym przynajmniej spróbować z tego pomiędzy wyjść. Wiem, że niektórzy konwertyci tak robią - starają się na ile to możliwe odciąć od poprzedniego życia. Wydaje mi się to jednak nie tylko wysiłkiem kompletnie pozbawionym sensu, ale również zachowaniem zakłamującym rzeczywistość, także tę własną, wewnętrzną rzeczywistość. Bo przecież jestem tym, kim jestem, dlatego, że moja przeszłość była taka, a nie inna. Jestem osobą, jaką jestem, między innymi dlatego, że mój Tata był, kim był. I dlatego jorcajtowa świeczka płonie dziś, a nie 7 dnia miesiąca szwat.

19:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
niedziela, 31 stycznia 2010
Na mrozie

frozen

Jedna z rzeźb na naszym kampusie przedstawia Adama i Ewę. Stoją naprzeciw siebie z lekko wysuniętymi ramionami. Rzeźba szczególnego mojego zachwytu nie budzi, ale z tej perspektywy wydała mi się ciekawa.

sobota, 16 stycznia 2010
Kobieta z zakupami

woman carrying groceries

czwartek, 14 stycznia 2010
"Pakt z diabłem" - Pat Robertson i teodycea

Pat Robertson to ogromnie barwna postać amerykańskiej sceny publicznej. Urodzony w 1930 roku założyciel Christian Broadcasting Network i przedstawiciel amerykańskiego bardzo konserwatywnego chrześcijaństwa opowiada światu o panu Bogu i Ewangelii za pośrednictwem telewicji. Dość regularnie staje się również przedmiotem większych i mniejszych kontrowersji, szczególnie kiedy w prowadzonym przez siebie programie 700 Club przedstawia milionom (wedle Wikipedii CBN nadawane jest dziś w 180 krajach) swoich zwolenników rozmaite interpretacje bieżących wydarzeń. Teraz postanowił powiedzieć coś na temat tragedii na Haiti.

Coś się wydarzyło dawno temu na Haiti i ludzie mogą nie chcieć o tym mówić. [Haitańczycy] Byli pod władzą Francuzów, wiesz, Napoleon III i ktoś tam. Zebrali się razem i zawarli pakt z diabłem. Powiedzieli 'Będziemy ci służyć, jeśli pomożesz nam pozbyć się księcia'. Prawdziwa historia. I diabeł powiedział 'W porządku'. I wypędzili Francuzów. Haitańczycy się zbuntowali i jakoś się wyzwolili. Ale od tego czasu ciągle spadały na nich jakieś nieszczęścia.

Tyle głębokiej analizy historycznej ze strony Pata Robertsona. Oczywiście nie o analizę ruchu wyzwoleńczego jednak tu chodzi, ale o religijną interpretację straszliwej katastrofy. Wyjaśnienie jest jasne - pakt z diabłem. W domyśle - teraz pan Bóg Haitańczyków za pakt ów każe.

Zawrzało natychmiast w amerykańskiej blogosferze, na Facebooku i Twitterze. Słowo "skandal" odmienianie byłoby przez wszystkie możliwe przypadki, gdyby język angielski przypadki miał.

To nie pierwsza tego rodzaju wypowiedź Robertsona. Po zamachach 11 września telewizyjny ewangelizator zwrócił się na antenie wprost do Boga:

Zgrzeszyliśmy przeciwko Bogu Najwyższemu, na najwyższych szczeblach naszej władzy. Wsadziliśmy palec w Twoje oko. Sąd Najwyższy obrażał Cię raz po raz, Panie. Zabrali Biblię z naszych szkół. Zabronili małym dzieciom się modlić. Odebrali wiedzę o Bogu, jak tylko mogli i teraz różne organizacje przyszły do sądu, żeby usunąć wiedzę o Bogu z publicznej sceny Ameryki.

Roberston w swoich poglądach nie jest osamotniony. Podzialają je nie tylko, jak można podejrzewać, jego wierni widzowie i fani. Podobne głosy można usłyszeć także w innych religijnych rejonach. Na przykład w ultraortodoksyjnym judaizmie.

Kiedy Nowy Orlean został zdruzgotany huraganem Katrina rabin Owadia Josef oświadczył, że jego mieszkańcy musieli zgrzeszyć przeciwko Bogu. Nie snuł żadnych teorii na ten temat, grzechów nie wymieniał i nie sugerował żadnego paktu z diabłem, ale ostatecznie odpowiedź na pytanie o przyczynę kataklizmu podał podobną - grzech. Gdzie jest cierpienie, jest kara. Gdzie jest kara, tam był grzech.

Tego rodzaju wypowiedzi mogą budzić skądinąd zrozumiałe oburzenie. Trudno jednak zaprzeczyć temu, że sposób myślenia, którego są wyrazem, ma swoje miejsce w żydowskiej tradycji. W Talmudzie R. Ammi stwierdza stanowczo:

Nie ma śmierci bez grzechu i nie ma cierpienia bez grzeszności. [Szabat 55a]

Są takie konstrukcje świata, które praktycznie wykluczają istnienie tego, co większość z nas nazywa naturalnymi katastrofami - takie, wedle których, nawet za taką, pozornie "naturalną", katastrofą stoi Bóg czy inna transcendentna siła. Istotnie, jeśli przyjmiemy, że Bóg w ogóle w naszą rzeczywistość ingeruje, to ciężko będzie nam znaleźć dobre argumenty na rzecz przekonania, że owszem ingeruje, ale tylko wtedy i tylko w taki sposób, jaki nam się podoba.

Z ideą Boga czyniącego coś, co w naszych oczach jest okrutne, mamy jednak duży problem. Czasem zastanawiam się, czy rzeczywiście nie ulepiliśmy sobie Boga takim, jakim chcemy Go widzieć. Tak sugerował Feuerbach - człowiek wziął te cechy własne, które sobie najbardziej ceni i rozdymając je do nieskończoności stworzył z nich Boga. I teraz siedzi sobie taki dobrotliwy Starszy Pan o ciepłym spojrzeniu na wielkim tronie daleko w chmurach...

Może powinniśmy przemyśleć naszą ideę Boga mając w pamięci słowa proroka:

Ja tworzę światło i stwarzam ciemności,
sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę.
Ja, Pan, czynię to wszystko. [Iz 45:7]
21:26, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (12) »
Pozwolę sobie pogratulować

Pozwolę sobie pogratulować sobie, a z Wami podzielić moją radością i zaprosić Was na otwarcie pewnej wystawy.

Wystawa będzie miała miejsce w waszyngtońskiej LongView Gallery, a pokazanych na niej zostanie 47 fotografii wybranych spośród ponad tysiąca.

Głównym organizatorem wystawy są wydawcy świetnego bloga DCist stanowiącego część większej sieci (jest i Bostonist, i Chicagoist, i Torontoist...). Kilka lat temu wpadli oni na pomysł, by poprosić czytelników o dzielenie się z nimi zdjęciami z miasta i okolic. Z tego pomysłu narodziła się na Flikr grupa DCist Photos. Dołączyłam do niej latem ubiegłego roku, kilka z moich zdjęć ukazało się na blogu.

Od trzech lat członkowie tej grupy mogą zgłaszać zdjęcia na wystawę. Z roku na rok chętnych jest coraz więcej. Z roku na rok coraz więcej osób przychodzi również oglądać wystawę, która stała się już znaczącym elementem kulturalnego życia Waszyngtonu.

W tym roku, w marcu, goście na wystawie zobaczą między innymi to oto zdjęcie:

the joy of it

Zapraszam zatem!


Design by Lynne Venart; photo by Angela Kleis

A tu można obejrzeć pozostałe wybrane zdjęcia: The DCist Exposed 2010 Winners

niedziela, 10 stycznia 2010
Czarno-biały

W skutek poważnych dolegliwości Jego Krągłość zmienił się w Jego Szczupłość, ale nadal panuje niepodzielnie - zarówno domem, jak i moim sercem. Nie będę ukrywać - już za nim tęsknię.

filled with wonder

sobota, 09 stycznia 2010
W drodze powrotnej

Powrót do Bloomington zajął mi 3 dni. Nie ma to jak śnieg i zagrożenie terrorystyczne.

Ale przynajmniej udało mi się zrobić niezłe zdjęcie na lotnisku we Frankfurcie, które w poniedziałek wypełnione było podróżnymi oczekującymi - z coraz mniejszą nadzieją - na możliwość wylotu.

layover

sobota, 02 stycznia 2010
Z dawnych czasów

Najlepiej zacząć nowy rok od odrobiny poezji. I to romantycznej, a jednocześnie zakorzenionej w rzeczywistości czasu, w którym powstała.

On i Ona – ballada współczesna

Noc ciemna w koło,
Wiatr zimny dmucha.
Na skrzydłach zimy
gra zawierucha.
W poświstach wiatru
jęk straszny kona.
Słuchajcie dzieci –
Był on i ona...

Ona – urocza córka rzeźnika,
On – tyrał w Społem za izwoszczika.
Obcych klasowo miłość szalona
rzuciła sobie wzajem w ramiona.

Jej groził ojciec,
Matka krzyczała,
Egzekutywa
z nim rozmawiała.
Nic nie pomogło,
w miłości trwali,
Aż z tej miłości
powariowali.

Powariowawszy – raz nocką czarną
wspólnie otruli się pod latarnią.
Teraz za karę, losu wyrokiem,
snują się jęcząc z wiatrem i mrokiem.

(Napisane we wrześniu 1985 roku)

Wiersz ten napisał mój Ojciec, który w przeszłości miewał napady poetyckiej - czy rymokleckiej - weny i od czasu do czasu popełniał krótkie utwory mową wiązaną.

Pozbawiony był ambicji poetyckich, obdarzony zaś, baruch Haszem, poczuciem humoru. Poczucie humoru walczyło o przetrwanie uparcie, ale zdawało się przygasać wraz z upływem czasu i zmianami w otaczającej Tatę rzeczywistości. A rzeczywistości tej nie lubił. Jakkolwiek doceniał demokrację, to fanem kapitalizmu być nie potrafił - lewicowa wrażliwość podsuwała mu pod oczy obrazy ludzi biednych, głodnych, cierpiących, wykluczonych. Poczucie humoru okazało się siłą niedostateczną, by widoki te złagodzić. Równocześnie życie domagało się, by pracował coraz więcej i więcej. Stąd też czasu na mowę wiązaną było coraz mniej.

Lecąc do Polski miałam zamiar odkopać w Tatowych papierach pisane przez niego wierszyki. Zachowało ich się zaledwie kilka. Czy napisał więcej? Prawdopodobnie. Na szczęście te, które pamiętałam, okazały się czekać na mnie schowane starannie pomiędzy innymi papierkami i karteluszkami. Pomyślałam, że podzielę się przynajmniej tym jednym.

czwartek, 31 grudnia 2009
Podziękowania

O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegnany właśnie rok 2009. Poszłam spać wcześniej i koniec. Nie przypominam sobie, żebym wobec tego roku miała szczególne oczekiwania (staram się w ogóle unikać szczególnych oczekiwań wobec kogokolwiek i czegokolwiek, choć czasem mi nie wychodzi). Może powinnam była je mieć. Może gdybym je miała, 2009 okazałby się lepszy.

Okazał się taki, jaki się okazał. Summa summarum, jak zwykł mawiać mój Tata, okazał się szary, tj. złożony z czarnych nici bólu i żałoby, z białych nici drobnych sukcesów i małych radości i z szarych nici zwyczajności. Wszystkie splecione razem na niewidzialnej osnowie czasu stworzyły dywan, który dziś bez większego żalu zwinę i zarzucę na ramię, by odnieść do kąta, w którym składam wszystkie upływające lata. Kąt nie jest zakurzony, bo dość regularnie do niego zaglądam. Na ten ostatni dywan spoglądać będę zapewne częściej niż na inne.

Kiedy moja religijność szukała dla siebie jakiejś bliżej określonej formy (żadna materia bez formy istnieć nie może, jak wiemy), miałam zwyczaj wypowiadania krótkiej modlitwy o północy w noc sylwestrową:

Dzięki Ci Panie za Twe hojne dary, dzięki za dobrodziejstwa, którym nie masz miary.

Powinnam była oczywiście mówić "Czego chcesz od nas Panie...", ale nie chodziło mi ani o zadawanie retorycznych pytań, ani o zachowanie wierności oryginałowi. Chodziło o wyrażenie wdzięczności.

Frazy tego rodzaju brzmią czasem zupełnie nieznośnie. Są napuszone. Pretensjonalne. "Za jakie dobrodziejstwa i za jakie hojne dary do ciężkiej cholery?!" - ma się czasem ochotę wrzasnąć - "Jeśli to są Twoje dary, to je sobie zachowaj". A jednak te słowa do mnie wracały. Może stąd właśnie, z jakiegoś bliżej nieokreślonego poczucia wdzięczności wzięła się moja religijność? Niewykluczone, że potrzebowałam tę wdzięczność skierować pod adresem konkretnego choć nieuchwytnego zarazem bytu. Jeśli tak było, to rację miał William James twierdząc, że ostatecznie to nasze najgłębsze potrzeby decydują o kształcie naszej rzeczywistości.

W tym roku powtórzę tę krótką modlitwę. Podziękuję w szczególności za ludzi, których w życiu spotkałam, bo pod tym względem jestem - co stwierdzam raz po raz - niebywałą wręcz szczęściarą. Podziękuję również za Was, drodzy Czytelnicy, których nie zniechęciły nawet długie okresy milczenia na tym blogu.

Lepszego roku.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40