|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
U mnie godzina
Czytam
Fotografuję
Blogi zagraniczne
Po sąsiedzku
Trochę dalej
Blogi znajome
Warto zajrzeć
|
środa, 28 października 2009
niedziela, 25 października 2009
sobota, 24 października 2009
Dlaczego tyjemy w Ameryce?
Dlaczego tyjemy my - czyli Europejczycy. O tym, że tyją Amerykanie, wie cały świat (a w każdym razie ta jego - znikoma - część, którą ten fakt o amerykańskim społeczeństwie w ogóle może zainteresować). Dlaczego jednak szczupli Europejczycy w Ameryce prędzej czy później - zwykle prędzej - zaczynają przybierać na wadze? Ja przytyłam upiornie podczas pierwszego roku pobytu w Stanach. Gdy przyleciałam na wakacje do Polski z ust stęsknionych członków Rodziny usłyszałam między innymi pełne osłupienia "o matko, aleś przytyła..." Nie były to słowa, którymi chciałam być powitana, ale nie dało się ukryć (ani zakryć), że reakcja ta miała swoje uzasadnienie, o czym przekonałam się po wejściu na wagę. Tak, tutaj nie miałam wagi, a konieczność nabycia nieco większych ubrań jakoś nie wzbudziła mojego niepokoju. Jak to mawiają - ignorance is bliss. "Wszyscy tu tyją", pocieszała mnie Znajoma Polka, gdy wiedza o dodatkowych kilogramach na dobre do mnie dotarła. Chyba rzeczywiście wszyscy. Właśnie spotkałam w sklepie znajomą Paryżankę, której nie widziałam od wyjazdu do Waszyngtonu. "Jak szczupło wyglądasz!", wykrzyknęła na mój widok, a ja niestety nie mogłam się odwzajemnić. Znajoma bowiem przytyła i to okropnie. Podobnie jak ja - przez pierwszy rok swojego pobytu za oceanem. Dlaczego więc tyjemy? W moim przypadku głównym winowajcą była chyba słabość do lodów. O ile Amerykanie kompletnie nie potrafią robić dobrych ciast czy ciastek, o tyle są pewne firmy, które produkują zupełnie fenomenalne moim zdaniem lody. Jadłam je więc. Taki smak, owaki smak, a ten też warto spróbować... Jadłam i rosłam. Czy znajoma Paryżanka również padła ofiarą tej pokusy? A może zaczęła opychać się niezwykle tutaj popularną pizzą? Słyszałam, że sprawa jest bardziej złożona. Podobno nawet osoby, które po przyjeździe tutaj nie zmieniają nawyków żywieniowch, zaczynają tyć, a to z powodu różnych szczególnych składników, które dodawane są do produktów żywnościowych w Stanach, a nie są używane w Europie. Jakie to składniki? Nie mam zielonego pojęcia. Niestety na żadnej z informacyjnych etykiet nie udało mi się odnaleźć zapisu w rodzaju "pogrubiacz - 10%" A może jednak zaczynamy opychać się tanim fast foodem? Prawdą jest, że trudno tutaj nie utyć, jeśli ma się mało pieniędzy. Najtaniej jest żyć na hamburgerach i frytkach. Najwięcej wydaję na jedzenie, gdy kupuję świeże warzywa. A jeśli jeszcze zachce mi się warzyw opatrzonych naklejką "organic"... Gdy w budżecie robi się ciasnawo, najprostszym rozwiązaniem jest sięgnięcie po mrożone frytki albo pizzę. Widać to szczególnie w okolicach pośredniaka - wyraźnie im biedniej, tym grubiej. Może więc Europejczycy tyją z oszczędności?
środa, 14 października 2009
Głowa
To moja ulubiona z publicznych rzeźb w Waszyngtonie - głowa Sacharowa, podparta jedynie dłońmi. Choć ciałem jestem już w Bloomington, IN, duchem nadal przebywam w stolicy. Fakt ten być może wyjaśnia, dlaczego ciągle obijam się tutaj o ściany i meble, a nawiązanie pełnej interakcji z rzeczywistością zewnętrzną jest dziwnie trudne... Z czasem dusza dołączy do ciała jednak. Tak przynajmniej podejrzewam.
poniedziałek, 05 października 2009
Dobre dla Żydów
Znajomy, amerykański Żyd, otrzymał z rąk prezydenta Kaczyńskiego wysokie odznaczenie państwowe. Niewątpliwie wielki honor i honor zasłużony. Szkoda tylko, że z tych rąk - skomentowałam. Znajomy nie chciał się odnieść do mojej oceny prezydenta. Czuł się jednak zobowiązany zwrócić uwagę na bardzo pozytywny stosunek Kaczyńskiego do Żydów i jego wkład w polsko-żydowskie relacje. Zgadzam się ze znajomym w tym względzie. Nie mogę się jednak powstrzymać od prostego pytania - i co z tego? Czy bycie "dobrym dla Żydów" wystarcza, żeby być dobrym prezydentem? Żydzi - przez wieki żyjący w diasporze i podlegli najróżniejszym władzom - często w przeszłości zadawali sobie to pytanie: czy dany władca jest lub będzie dobry dla Żydów? Nie ma w tym nic złego. Członkowie każdej mniejszości mają prawo zastanawiać się, czy rządząca w danym państwie osoba czy w dzisiejszych czasach partia polityczna, będzie dla nich dobra. Dziś naturalnie sprawa wygląda nieco inaczej niż, powiedzmy w średniowieczu. Coraz rzadziej mamy do czynienia z absolutnymi władcami, którzy nie podlegają jakiejś formie społecznej kontroli. W demokracji mamy także rozmaite mechanizmy - lepiej lub gorzej funkcjonujące - które mają za zadanie zapewnić np. przestrzeganie praw mniejszości. Nie wszystko więc zależy już od tego, czy dana osoba "będzie dla nas dobra czy nie". Wracając do prezydenta Kaczyńskiego. Tak, zarówno on sam, jak i jego małżonka zrobili wiele dobrych rzeczy w zakresie polsko-żydowskich relacji. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Ja jednak nie mam także najmniejszych wątpliwości do co tego, że sam ten fakt nie czyni z prezydenta Kaczyńskiego dobrego prezydenta. W czasie amerykańskiej kampanii wyborczej pisałam, że zastanawiając się nad tym, na kogo głosować członkowie Polonii nie powinni kierować się tym, czy nowy prezydent Stanów Zjednoczonych będzie dobry dla Polski czy też nie. Podobnie - amerykańscy Żydzi nie powinni czynić sprawy kluczowej ze stosunku przyszłego prezydenta do Izraela. Nadal jestem przekonana, że decydujące powinno być to, co dany kandydat proponuje dla Ameryki. A dziś nie oceniam prezydenta Obamy ani przez pryzmat tego, co zrobił i czego nie zrobił dla Polski ani przez pryzmat tego, co zrobił bądź czego nie zrobił dla Izraela. Relacje polsko-amerykańskie i amerykańsko-izraelskie stanowią zaledwie część polityki Obamy i to wcale nie jej najważniejszą część. Podobnie z Polską i polskim prezydentem. Tak, prezydent Kaczyński jest "dobry dla Żydów". Ale to stanowczo nie dość, żeby uznać go za dobrego prezydenta. Z żydowskiej perspektywy - jeśli w ogóle mówienie o jednorodnej żydowskiej perspektywie ma sens, a wątpię, by tak było - wiele gestów i działań prezydenta Kaczyńskiego niewątpliwie należy waloryzować pozytywnie. To jednak nie powinno być decydujące w ocenie tej prezydentury. Relacje polsko-żydowskie (i polsko-izraelskie) są zaledwie jedną z rozlicznych spraw, którymi zajmuje się prezydent. Tak, na tym polu wypada dobrze, a może nawet bardzo dobrze i trzeba o tym pamiętać. Jest jednak spora różnica pomiędzy pamiętaniem i braniem pod uwagę a uznaniem za kwestię zasadniczą. Jak zwykle wszystko jest kwestią zachowania odpowiednich proporcji. I jak zwykle często umiejętności ich zachowania nam brakuje.
wtorek, 22 września 2009
Ramadan w synagodze
Swego czasu pisałam o tym, że jedna z synagog w Indianapolis udostępniła swoje wnętrze dla grupy chrześcijan, których kościół akurat znajdował się w remoncie. W piątek wpadła mi w oko informacja o podobnej sytuacji - tym razem nieopodal Waszyngtonu. Otóż w miejscowości Reston w stanie Wirginia lokalna społeczność muzułmańska miała problem w czasie Ramadanu - meczet nie był w stanie pomieścić przychodzących na modlitwy wiernych. Muzułmanie zaczęli rozglądać się za jakąś dodatkową przestrzenią do wynajęcia. Poszukiwania na szczęście nie były długie - do wykorzystania miejscowej synagogi zaprosili ich przedstawiciele lokalnej społeczności żydowskiej. Wedle relacji AP obie strony były bardzo zadowolone ze współpracy. Co tu dużo gadać - serce rośnie! To zaledwie jeden z wielu przypadków pokazujących, że w różnych miejscach na świecie dobre relacje pomiędzy muzułmanami a Żydami nie tylko są możliwe, ale są faktem.
niedziela, 20 września 2009
Kłopot w święta
"A niech szlag trafi te wszystkie święta", przeklinałam dziś rano czując narastającą frustrację. Dziś drugi dzień Rosz Haszana. Planowałam spędzić poranek w synagodze, na modlitwach. Planowałam usłyszeć dźwięk szofaru (wczoraj nie dęto w szofar, ponieważ był szabat). Plany spaliły na panewce, a dokładniej rzecz ujmując - w ogniu gorączki, z którą obudziłam się około godziny 4 rano. Ostry stan zapalny tego i owego. Żadna przyjemność. Trzeba iść do lekarza. Pójście do lekarza nie jest takie proste dla osoby, która tzw. swojego lekarza ma w całkiem innym stanie. Nie jest też proste w niedzielę, kiedy wielu lekarzy cieszy się zasłużonym wypoczynkiem. Na szczęście w Arlington istnieje punkt pomocy działający 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Niestety znajduje się on w miejscu, do którego dojechać można wyłącznie samochodem. Nie dziwi to w kraju, w którym każdy obywatel rodzi się z prawem jazdy, a za kierownicą pierwszego własnego samochodu zasiada wkrótce po zdjęciu ostatniej pieluchy. Gorzej, gdy jest się dziwaczną istotą, która prawa jazdy i samochodu nie posiada. Wtedy trzeba brać taksówkę. Zadzwoniłam, zamówiłam, taksówka przyjechała. W klinice obsłużono mnie uprzejmie, sprawnie i względnie szybko. Dostałam zastrzyk, dostałam receptę na antybiotyki, można wracać do domu. Ponownie zadzwoniłam po taksówkę. "Tak, dziękujemy, że wybrała pani Firmę Taką-a-Taką, taksówka przyjedzie w ciągu 10-20 minut". Usiadłam na stojącej w cieniu ławeczce, oparłam głowę na kolanach, przymknęłam oczy i czekałam. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny. Dzwonię ponownie. "Ach, tak, tak, Barbara, adres taki i taki, zaraz połączę panią z dyspozytorem". W słuchawce odzywa się pan dyspozytor i zapewnia mnie, że taksówka została wysłana i niebawem po mnie przyjedzie. Niebawem to niebawem, myślę sobie. Nie tak źle. Z powrotem siadam na ławce. Nie mogę za długo stać, bo kręci mi się w głowie. I coś mi burczy w brzuchu. Czekam dalej. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny... Sięgam ponownie po telefon i wybieram numer Firmy Takiej-a-Takiej. Tym razem spokojny głos pani po drugiej stronie nie działa na mnie kojąco. Gorączka w połaczeniu z burczeniem w brzuchu i godzinnym już oczekiwaniem na taksówkę najwyraźniej obniżają mój poziom tolerancji dla czegokolwiek. Pan dyspozytor wzdycha. "Bardzo przepraszam, ale mamy teraz niewielu kierowców. Nasi kierowcy to w większości muzułmanie, a dziś jest święto..." Rzeczywiście, jest święto - ostatni dzień Ramadanu. "A co mnie to obchodzi" - warczę w słuchawkę niczym rozeźlony brytan - "Albo państwo świadczycie usługi albo nie!" Pan zapewne pomyślał, że nie lubię muzułmanów. Nie miałam w telefonie komórkowym numeru żadnej innej firmy taksówkowej. Zadzwoniłam pod numer świadczonej przez operatora usługi pomocnej w takiej sytuacji: dzwonisz, mówisz, gdzie jesteś, maszyna łączy cię z odpowiednią osobą, a ta następnie znajduje firmę, której usługi akurat potrzebujesz. "Arlington, Wirginia" - mówię maszynie. Po sekundzie zamiast maszyny odzywa się męski głos. "Czy może mnie pan połączyć z jakąś firmą taksówkową" - proszę uprzejmie - "Byle nie żydowską, bo dziś Rosz Haszana i nie muzułmańską, bo dziś koniec Ramadanu..." A niech szlag trafi te wszystkie święta. Leszana towa. Id mubarak.
czwartek, 17 września 2009
Niefortunna koincydencja
Dawno temu, kiedy składałam wniosek o stypendium w Bardzo Szacownej Jednostce Badawczej i wypełniałam konieczne dokumenty, zupełnie nie myślałam o tym, że koniec mojego pobytu w Waszyngtonie zbiegnie się w czasie z Wielkimi Świętami. Doprawdy, wysoce niefortunna koincydencja. Mam jeszcze trochę czasu do wyjazdu, to prawda. Czas ten jest jednak wypełniony najróżniejszymi rzeczami, którymi koniecznie trzeba się zająć. Koniecznie trzeba zakończyć tę sprawę i tamtą kwestię. Muszę zająć się tym i owym, dopilnować sprawy owej, zadbać o siamto i owamto. W międzyczasie trzeba zapakować parę pudeł i rozwiązać rozmaite sprawy logistyczne związane z transportem niewielkiego dobytku do Bloomington. Niezbędnych jest też parę spotkań z różnymi osobami. Minuty i godziny upływają błyskawicznie w takich okolicznościach. We mnie zaś narasta irytacja, bowiem z całego serca nie cierpię poświęcania czasu i uwagi na sprawy, które normalnie uważam za kompletne duperele, a które obecnie stanowią najważniejsze rzeczy pod słońcem. Tu właśnie jest problem - "najważniejsze rzeczy pod słońcem" przysłaniają mi horyzont, a w piątek o zachodzie słońca zaczyna się Rosz Haszana. Czy przypadkiem całkiem inne rzeczy nie powinny być teraz najważniejsze? Oczywiście, powinny. Bodaj Miłosz zanotował kiedyś, że czasem ma poczucie, że powinien wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć. "Powinienem. I co z tego?", dodał. (Naturalnie to mógł być ktoś zupełnie inny. Ze wstydem przyznaję, że moja pamięć do cytatów, swego czasu znakomita, szwankuje od jakiegoś czasu.) Ja także powinnam. I co z tego? Brutalna to i trywialna zupełnie prawda - ciężko jest znaleźć czas i miejsce dla Boga pomiędzy spakowanym i niedopakowanymi pudłami, pomiędzy rachunkami do zapłacenia, usługami do załatwienia, notatkami z badań do uporządkowania, pomiędzy jakimiś rozliczeniami finansowymi do dokonania i sprawozdaniami do napisania... Rzeczywistość może nie tyle mi tu skrzeczy, co raczej rozpycha się łokciami zajmując kolejne minuty, godziny, dni. Pozostaje mieć nadzieję, że nadejście szabatu połączone z nadejściem Rosz Haszana pozwoli mi na chwilę wytchnienia. Wyłączę komputer, wyłączę komórkę, schowam kalendarz wypełniony datami spotkań oraz terminami ważnych rzeczy do zrobienia. Schowam go gdzieś bardzo głęboko... Wyjmę natomiast sidur, sięgnę po Torę i spróbuję przynajmniej na parę godzin pokazać figę rzeczywistości.
poniedziałek, 14 września 2009
Czysta radość
Wybrałam się w niedzielę na odbywający się w waszyngtońskiej dzielnicy Adams Morgan od lat ponad trzydziestu festiwal. Działo się wiele. Tłum ludzi sie kłębił, przeżuwał smakołyki nabyte po niskich cenach w licznych stoiskach gastronomicznych, oglądał i kupował wyroby mniej i bardziej artystyczne, przysłuchiwał się grającym grupom i miksującym DJom. Najwięcej czasu spędziłam patrząc na tę tańczącą kobietę z grupy Malcom X Drummers and Dancers. Wprost nie mogłam od niej oczu oderwać. Od jej ciała, którego każde włókno zdawało sie wibrować energią, od jej płynnych ruchów i od jej uśmiechu, w którym odzwierciedlała się czysta radość płynąca z dynamicznego tańca w rytm bębnów.
niedziela, 13 września 2009
|