Ponownie na Midweście
wtorek, 24 sierpnia 2010
Sierpień miesiącem przeprowadzek

Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej decyzji zidentyfikowałam sierpień jako miesiąc przeprowadzek.

Nie cierpię się przeprowadzać i to nie tylko dlatego, że jestem istotą zasadniczo leniwą, a przeprowadzka zawsze oznacza mnóstwo roboty. Przeprowadzek nie lubię, ponieważ cenię sobie swoją przestrzeń - swoją czyli oswojoną, zaludnioną znanymi przedmiotami stojącymi w tych samych mniej więcej miejscach, zamieszkałą przez zaprzyjaźnione już cienie, a nawet pajęczyny starannie skonstruowane przez równie jak ja zadomowione pająki.

Pierwsze mieszkanie w Bloomington wypatrzyła dla mnie znajoma. Kiedy przyjechałam do Bloomington pewnego sierpniowego dnia, mieszkanie już na mnie czekało. Przystąpiłam do mozolnego nieco procesu oswajania, by po kilku miesiącach zadecydować, że jestem u siebie. W mieszkaniu następowały różne zmiany, ale żadne nie były rewolucyjne. Ot, na przykład, podniosłam sobie stopę życiową poprzez przywleczenie do mieszkania używanej kanapy. Albo nabyłam coś do powieszenia na ścianie.

W przeciwieństwie do większości moich znajomych studentów postanowiłam nie przeprowadzać się po roku - po roku czyli w sierpniu. Sierpień bowiem w Bloomington to właśnie sezon przeprowadzkowy. Umowy najmu podpisuje się z reguły na rok - od połowy sierpnia do połowy sierpnia mniej więcej. W tym okresie na ulicach pojawia się wiele ciężarówek i półciężarówek firm Budget i U-Haul. Widać także młodych ludzi obładowanych paczkami, dźwigających meble, pchających przed sobą lub ciągnących za sobą rozmaite wózki pełne wszelakich dóbr itp. Jest to również sezon przydomowych wyprzedaży.

Ja się zaparłam i zostałam w tym samym miejscu przez ponad 3 lata. Wyjazd do Waszyngtonu oznaczał konieczność zapakowania życia w pudła. Zajęło mi to kilka dni wypełnionych ciężką pracą i przyniosło ból w okolicach krzyża. Zapakowane życie poukładałam przy pomocy Dobrego Znajomego w pewnej piwnicy, pomachałam mu ręką, wzięłam walizkę i gitarę i wsiadłam w samolot. Do nowego lokum w Waszyngtonie wparadowałam z tak właśnie ograniczonym dobytkiem budząc szczere zdumienie pani, która wręczyła mi klucze.

Koniec pobytu w stolicy wiązał się z rosnącą paniką. Wracałam do Bloomington, gdzie, jak się okazało, jakoś dziwnie trudno było znaleźć mieszkanie do wynajęcia późną wiosną. Uczelnia zwiększyła nabór, do miasta przyjechać miała większa ilość studentów, toteż o mieszkania było trudniej.

Pamiętając o tej lekcji w tym roku za szukanie mieszkania zabrałam się nieco wcześniej. Nieco wcześniej jedynie, gdyż sytuacja finansowa nie pozwala mi na podejmowanie decyzji i podpisywanie ważnych umów z większym wyprzedzeniem. Mogłam się oczywiście nie przeprowadzać wcale. Myśl o przeprowadzce powodowała ból głowy. Nie mniejszy ból głowy powodowały jednak rachunki za elektryczność. Dom, w którym mieszkałam, był - jak się zdaje - kompletnie pozbawiony izolacji termicznej. Zimy jednak na Midweście bywają chłodne, ja zmiennocieplna nie jestem i w efekcie rachunki za prąd sięgnęły kwot z lekka astronomicznych.

Przeprowadzka zatem. Dokąd? Czy to nie oczywiste? Na stare śmieci. Niestety moje dawne mieszkanie było już wynajęte. Mogłam wziąć jednak inne na tym samym piętrze.

Życie nie może być jednak zbyt proste toteż zajęcie nowego lokum poprzedziły rozliczne peregrynacje po okolicy. Schowane w pudłach życie czekało w domu zaprzyjaźnionej osoby, a ja przenosiłam się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na dzień, w którym mogłam się w końcu wprowadzić. Parę dni tu, parę dni tam, dzień siam, parę chwil ówdzie... Na szczęście w międzyczasie były i chwile wakacyjnej natury, kiedy nie robiłam nic, popijałam chłodne piwo, bujałam się w hamaku, a dzień rozpoczynałam od kawy i grania na mojej nowej, cudownej gitarze.

earthly delights

Pozbawiona dostępu do internetu tkwiłam w błogiej ignoracji na temat dziejących się na świecie wydarzeń i miałam czas przyglądać się wydarzeniom nie mniej czasem dramatycznym choć na znacznie mniejszą skalę.

the end

Teraz jestem już wprowadzona. Niestety nadal nie mam w domu internetu, co mnie frustruje szczerze. Przestrzeń została zagospodarowana. Mezuzy przymocowane.

czwartek, 05 sierpnia 2010
Kruchość

Panujące nam niemiłościwie słońce powoduje, mam wrażenie, powolne wymieranie komórek mojego mózgu. Komórki wysychają niczym nasturcje, które z uporem godnym lepszej sprawy staram się tutaj hodować tego lata. Konswekwencją tego galopującego procesu zdają się być pewne trudności w zakresie komunikacji werbalnej.

Stawiam dziś zatem na komunikację pozawerbalną i zamieszczam mini serię zdjęć zrobionych wczorajszego popołudnia.

fragility 1

fragility 2

fragility 3

Jaka jest treść tego przekazu? Cóż, jeśli koniecznie chcecie werbalną, to musicie ją sobie wymyśleć sami ;-)

piątek, 30 lipca 2010
W upały cd.

Ludzie chodzą na lody, a z niektórymi przedmiotami dzieją się rzeczy dziwne...

ad infinitum

Szabat szalom.

środa, 28 lipca 2010
W upały

Ludzie chodzą na lody...

ice-cream break

wtorek, 27 lipca 2010
Po dwóch latach

W ostatni szabat przypadła druga rocznica mojej konwersji na judaizm. Sporo o tym myślałam zarówno w piątek, jak i w sobotę. W niedzielę spadły mi na głowę najrozmaitsze rzeczy (na szczęście nie cegły), które zakłóciły, a potem skutecznie zagłuszyły głębszą refleksję nad tą moją drogą.

Co się zmieniło i czy cokolwiek się tak naprawdę zmieniło, zastanawiałam się w piątkowe popołudnie w drodze do sklepu spożywczego. Czy cokolwiek zmieniło się we mnie?

Chyba niewiele, doszłam do wniosku w drodze powrotnej. Być może ciężkie siatki z zakupami przywiodły mi na myśl porównanie do wstąpienia w związek małżeński, jak to się pięknie mówi.

Wyobraźmy sobie ludzi, którzy mieszkają razem już kilka lat. Znają się dosyć dobrze, choć naturalnie nie kompletnie, co nigdy nie jest możliwe. Kochają się. Stworzyli wspólną rzeczywistość. Z przyczyn obojętnie jakich postanawiają się pobrać, idą do urzędu stanu cywilnego, wychodzą z niego jako małżeństwo. Wracają do mieszkania, z którego wyszli. Wracają do życia, które i tak razem wiedli. Nic wielkiego się nie stało, bo i dlaczego miałoby się stać?

Może w przypadku konwersji na judaizm jest podobnie. Szok - pozytywny czy negatywny - jest wykluczony. Podobnie zaskoczenie. Nie następuje żadna wielka zmiana codzienności, ponieważ proces przygotowania do konwersji oznacza między innymi stopniowe owej codzienności zmienianie. Człowiek, który staje przed bejt dinem, a następnie zanurza się w mykwie, nie dokonuje żadnej rewolucji po wynurzeniu. Judaizm i Żydzi są już częścią jego rzeczywistości.

A co się zmieniło od dnia konwersji?

Nieco paradoksalnie być może zaczęłam rzadziej chodzić do synagogi. Dziwne to o tyle, że dopiero po konwersji stałam się pełnoprawnym (przynajmniej w synagogach nieortodoksyjnych) członkiem minjanu. Po konwersji zatem zyskałam możliwość pełnego uczestnictwa w nabożeństwach. Jak się jednak okazało uczestnictwo to nie wszystko, a nawet nie rzecz najważniejsza.

Wolę się modlić w samotności. Niewykluczone, że jest to konsekwencja chorobliwego indywidualizmu, który jest cechą mojej osobowości od wielu lat. Równie prawdopodobne jest i to, że modlitwa indywidualna bardziej mi odpowiada - przynajmniej aktualnie - ponieważ sama reguluję jej tempo i poprzez to również do pewnego stopnia charakter. Wspólne modlitwy w synagodze są często raczej szybkie, o czym wie każdy, kto w synagodze na nabożeństwie był. Kiedy modlę się sama, mogę czytać tekst powoli, w skupieniu, koncentrując się na znaczeniu (lub znaczeniach) każdego hebrajskiego słowa.

Nie bez znaczenia jest tu także lenistwo, nie będę ukrywać. Nie chce mi się wstawać wcześnie rano w sobotę, żeby dotrzeć do synagogi na 9:30. Jestem strasznym śpiochem.

Druga rzecz, która ulegała stopniowej zmianie przez ostatnie dwa lata, to mój stosunek do Izraela. Nigdy nie byłam w Izraelu zakochana, więc trudno mówić o zawiedzionej miłości. Izrael był i jest dla mnie ważny. Im więcej jednak wiem, tym wyraźniej widzę, że syjonizm - w tej formie, która okazała się zwycięska, bo syjonizmów było więcej niż jeden - jest ideologią przeszłości.

Co nawet gorsze - wydaje mi się, że straciłam nadzieję na to, że sytuacja izraelsko-palestyńska kiedykolwiek się unormuje. Czytanie wiadomości z Izraela stało się czymś na kształt codziennego wylewania na siebie lodowatej wody z wielkiego kubła. Czy nie lepiej więc dla własnego zdrowia psychicznego dać sobie spokój i zacząć czytać coś innego przy porannej kawie?

18:38, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
środa, 21 lipca 2010
Z gitarą na bosaka

Jedną z nielicznych rzeczy, które lubię w lecie, jest chodzenie na bosaka. Muzyka zaś zajmuje ostatnio w moim życiu bardzo wiele miejsca.

against the wall

poniedziałek, 19 lipca 2010
Jest lato, niestety

Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem poranka. O święta naiwności! Jaka tam świeżość! Gdzie rześkość!

W Bloomington nie ma aktualnie powietrza. Jest raczej coś na kształt ciepłej zupy. Powietrze jest bowiem gęste, ciężkie, lepkie i gorące. Porównanie do zupy wydaje się o tyle trafne, że zupą raczej trudno jest oddychać. Stałam więc na podwórku i dyszałam niczym ryba wyciągnięta z wody. Niezależnie od tego, ile powietrza udawało mi się wciągnąć do płuc, było go za mało. Wniosek - powietrza w powietrzu nie ma, jest wyłącznie zupa.

Nie jest to pierwszy dzień tej upiornej pory roku zwanej latem, w którym regionalne władze wystosowały ostrzeżenie dotyczące warunków atmosferycznych takiej oto mniej więcej treści: "Siedź w domu, dobry człowieku, i nigdzie nie łaź co najmniej do godziny 8 wieczorem". Prawdę mówiąc po tej godzinie nie będzie wiele lepiej. Owszem, słońce będzie już mniej grzało, a w końcu nawet całkiem zniknie z pola widzenia, ale na temperaturę i poziom wilgotności będzie to miało wpływ znikomy. Nagrzane ulice, nagrzana ziemia, nagrzane chodniki, ściany domów - wszystko zacznie oddawać ciepło i nadal będzie nie do wytrzymania.

Serwis pogodowy informuje mnie, że odczuwalna temperatura w dniu dzisiejszym przekracza 40 stopni. Bardzo podoba mi się amerykański obyczaj podawania temperatury odczuwalnej. Jest to oczywiście zawsze jakieś tam przybliżenie, ale nawet przybliżeniem będąc daje lepsze niż sama temperatura powietrza wyobrażenie o tym, co czeka mnie po przekroczeniu progu mieszkania. Temperaturę odczuwalną wylicza się biorąc pod uwagę temperaturę powietrza oraz względną wilgotność. Generalnie - im wyższa względna wilgotność, tym bliżej jestem stanu całkowitego zawieszenia władz poznawczych oraz wszelkich innych. Im dłużej zaś utrzymuje się połączenie wysokiej wilgotności z wysoką temperaturą, tym bardziej skłaniam się ku założeniu kościoła Czcicieli Klimatyzacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są na świecie miejsca jeszcze cieplejsze, o jeszcze bardziej upiornych warunkach pogodowych. Nie w tym jednak rzecz. Co mnie zastanawia to fakt, że zanim znalazłam się w Stanach, nigdy nie przyszło mi do głowy, że lato tutaj może być tak gorąco-wilgotne.

Powód tego stanu rzeczy to naturalnie ignorancja. A wystarczyło popatrzeć na mapy. Na przykład na taką jak ta przedstawiająca w zarysie strefy klimatyczne Stanów Zjednoczonych:

Z mapki tej widać jasno i wyraźnie, że Indiana znajduje się w strefie wilgotnego klimatu kontynentalnego. Cecha dodatkowa - ciepłe lata. Sama przyjemność dla chłodnolubnej zasadniczo mojej skromnej osoby.

Spoglądając dalej na mapkę, można zobaczyć, że Waszyngton, DC znajduje się w innej strefie klimatycznej - otóż mamy tam klimat nie tylko wilgotny, ale na dodatek subtropikalny. Istotnie, lato w Waszyngtonie jest gorsze niż w Bloomington, a co gorsza zaczyna się wcześniej. O ile w Bloomington w czerwcu zdarzają się piękne, ciepłe, słoneczne i suche dni, o tyle Waszyngton w czerwcu - a bywa że i w maju - przypomina już wilgotny piec.

Nowy Jork jest na północ od Waszyngtonu. Nie dość na północ jednak, by uciec przed wysokim poziomem wilgotności. Pamiętam z Nowego Jorku całkiem przyjemne dni letnie, z temperaturą odczuwalną w granicach 35 stopni Celcjusza. Pamiętam jednak również takie, w których nie sposób było wyjść z klimatyzowanego wnętrza. Swoją drogą, jak to się człowiekowi zmienia postrzeganie rzeczy. Dawnymi czasy, jeszcze w Polsce, mianem "upalnego" określałam dzień, w którym temperatura przekraczała 27 stopni...

W każdym razie przyjeżdżając do Stanów znajdowałam się w stanie błogiej nieświadomości. Nie trwał on długo. Ściśle rzecz biorąc zakończył się dość brutalnie w chwili, kiedy pierwszy raz wyszłam z klimatyzowanego wnętrza terminalu lotniska w Indianapolis w sierpniu 2002 roku. Wyszłam i tchu mi zabrakło. Przez chwilę nie byłam w stanie oddychać.

Myśląc o moim szoku klimatycznym zastanawiam się, dlaczego na filmach, których akcja toczy się w Stanach, nie widzimy ludzi zalewających się potem. Dlaczego w filmach Woody'ego Allena nie ma nowojorczyków tonących we własnym pocie na Piątej Alei? Dlaczego bohaterowie CSI Miami zawsze wyglądają świeżo i to pomimo tego, że łażą po słońcu w środku lata i to w dodatku w marynarkach?! Dlaczego w scenach, dajmy na to, z Houston nie widać teksańczyków roztapiających się w upalnym słońcu?

No cóż, wiedzy o świecie zasadniczo z filmów czerpać nie należy. A w lato należy być całkiem gdzie indziej niż strefa wilgotnego klimatu kontynentalnego.

wtorek, 29 czerwca 2010
Dziś post

Dziś post. 17. miesiąca tamuz ustanowiono post w związku z rozmaitymi wydarzeniami, które spotkały naród żydowski tego właśnie dnia.

Wedle tradycji 17 tamuz Mosze rozbił kamienne tablice Przymierza. Może pamiętacie tę scenę - Mosze schodzi z wiadomej góry niosąc w rękach zapewne ciężkie tablice i widzi Izraelitów oddających cześć złotemu cielcowi. Proroka trafia szlag na ten widok, tablice uderzają o ziemię. I nie, nie chodzi o tę oto, niemniej słynną, scenę z filmu Mela Brooksa:

(Nie mogę się powstrzymać przed zamieszczeniem tego fragmentu tutaj, choć 17 tamuz to dzień smutny i okoliczność tym samym nie jest stosowna. Uwielbiam tę scenę.)

Inne tragiczne wydarzenie związane w tradycji z dniem 17 tamuz to zburzenie przez Rzymian murów Jerozolimy. Niebawem Rzymianie zniszczą również jerozolimską Świątynię.

Pościmy dziś zatem. Od wschodu do zachodu słońca.

Post nie jest celem samym w sobie. Nie chodzi o to, by się umartwiać w celu umartwiania się. Post ma być okazją do refleksji nad popełnionymi grzechami. Okazją do tego, by zastanowić się nad historią Przymierza i własnym w niej miejscem. Dzień postu jest czasem wyjętym z czasu, by tak rzec. Czasem odgrodzonym od normalnego upływu godzin, minut i dni i przeznaczonym na refleksję.

Niestety w moim przypadku post nie bardzo chce działać w ten sposób, co stwierdziłam już jakiś czas temu. Brak jedzenia nie ma na mnie specjalnie dramatycznego wpływu. Mogę nie jeść. Znacznie gorzej jest jednak z brakiem picia. Niestety, organizm domaga się wody i jej brak powoduje, że po kilku godzinach myśli z uporem powracają do wizji wysokiej szklanki po brzegi wypełnionej płynem. Szczególnie gdy temperatura na zewnątrz sięga 30 stopni, a słonce zajęte jest wypalaniem mojego mózgu z czaszki. Trudno jest mi w takich okolicznościach skupić się na czymkolwiek innym.

Niewykluczone jednak, że człowiek kompletnie zanurzony w modlitwie czy stanie medytacyjnym, jest zdolny stłumić prostą fizjologiczną potrzebę i zapomnieć o napojach na kilkanaście godzin. Ja niestety do takiej formy jeszcze nie doszłam. Może z czasem, kto wie.

19:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 czerwca 2010
Nikogo nie ma w domu

nobody home

piątek, 18 czerwca 2010
Reaktywacja

Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robieniu prawa jazdy w Stanach. Znajomy szczęśliwie jeżdżący samochodem po okolicy przekonywał koleżankę oraz mnie o tym, jak łatwo ten cenny dokument w tym kraju uzyskać i jak łatwo nauczyć się jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów.

Po chwili zastanowienia znajomy spytał "Jak długo planujecie zostać tutaj? Bo w Polsce to jednak bez automatu..." Pytanie mnie zdzwiło. Następnie zaś zdziwiło mnie moje zdziwienie. Pytanie w końcu zupełnie sensowne. A jednak wydało mi się dziwnie bez sensu. Moją pierwszą reakcją były bowiem (niewypowiedziane głośno) słowa: "Jak to 'jak długo?' Przecież moje życie jest tutaj". "Hmm... Tutaj? Sekundę" - toczyły się dalej myśli. "No tutaj, tutaj" - nieco śmielej zabrzmiał wewnętrzny głos. Wewnętrzny głos podświadomości, podejrzewam. Najwyraźniej podświadomie już te kości rzuciłam.

W Skype'owej rozmowie Brat przypomniał mi, że już jakiś czas temu, żegnając się z Rodziną na warszawskim lotnisku przed lotem za ocean stwierdziłam, że czuję się tak, jak gdybym wracała do siebie. Nie jak gdybym wyjeżdżała, ale właśnie wracała do siebie.

W sumie trudno się temu dziwić. W sierpniu minie pięć lat od mojego przyjazdu do Stanów. Szybko zleciały te lata, bo czas ma to do siebie, że w mojej percepcji w ogóle pędzi przed siebie jak szalony, zupełnie jak gdyby miał do czego tak pędzić, zupełnie jak gdyby miał w tym jakiś cel. Niemniej - pięć lat to nie jest nic. Zdążyłam się przyzwyczaić do bycia tutaj, nawet jeśli zarówno sama Ameryka, jak i Amerykanie w znacznej mierze pozostają dla mnie niezrozumiali. Zdążyłam się zadomowić także w sensie zupełnie dosłownym, nawet jeśli co jakiś czas muszę się przeprowadzić z jednego mieszkania do drugiego.

Podejrzewam, że ten proces wrastania w amerykańską rzeczywistość był i jest powiązany z faktem, że mój dom w Polsce przestał istnieć w pewnym ważnym sensie. Oczywiście, w Polsce jest moja Rodzina, w Polsce są moi bliscy. W Polsce nie ma jednak już miejsca, które nazywałam domem - nie ma już mieszkania przy ulicy Prądzyńskiego, w którym spędziłam większość życia.

Urodziłam się w warszawskim szpitalu Wolskim. Ze szpitala do domu było blisko - 5-10 minut spacerem. Pokonałam tę drogę jako niemowlę zapewne niesiona przez kogoś. W kolejnych latach przechodziłam tamtędy niezliczoną ilość razy. W drodze do szkoły podstawowej, w drodze do liceum, w drodze do sklepu, na przystanek autobusowy... Okolice Dworca Zachodniego i Szpitala Wolskiego - to była moja przestrzeń, której centrum stanowiło duże mieszkanie w bardzo starej kamienicy. Tyle że tego domu już nie ma. Najpierw wyprowadziła się Siostra. Potem Brat. W końcu musieli się wyprowadzić moi Rodzice wraz z Kotem. Spakowali dom w pudła, przewieźli w inne miejsce. Mnie przy tym nie było. Nie pożegnałam się z krzywymi ścianami naszego mieszkania. Nie pożegnałam się z raczej okropnym, ale dobrze znajomym podwórkiem. Nie pożegnałam się z niewielkim, ale miłym parkiem, w którym jako dziecko spędziłam długie godziny grając z Bratem w piłkę i w badmingtona.

I tak zniknął mój dom w Warszawie. Mój dom w Polsce. Oczywiście dom to nie tylko znajome ściany, meble i książki na swoich miejscach. Dom to ludzie. Nie potrafię jednak dziś powiedzieć, który z tych dwóch czynników jest ważniejszy. Może ostatecznie najważniejsze jest po prostu to, gdzie spędzamy większość naszego czasu? Nie wiem. Dla mojego Taty domem na zawsze pozostało mieszkanie, w którym się wychował. Śmiał się, że kiedy mieszkał już na Prądzyńskiego, zapytany o adres zamieszkania często w pierwszym odruchu mówił "Obozowa 31..." Ja w pierwszym i ostatnim odruchu mówię "416 E 2nd Street..."

A myśli te wszystkie w związku z nadchodzącymi w Polsce wyborami prezydenckimi, które - wyznaję bez bicia - obchodzą mnie w niewielkim stopniu. Poprzednimi przejmowałam się bardzo. Śledziłam z daleka kampanię wyborczą, złościłam się na polityków, a po ogłoszeniu oficjalnych wyników popadłam w stan lekkiej depresji zmieszanej z frustracją. Tym razem - hmm... Przegrana Hiszpanii w meczu ze Szwajcarią zrobiła na mnie większe wrażenie.

Kości zostały zatem rzucone?

Niewykluczone, że trzeba je kiedyś będzie rzucić jeszcze raz. O moim statusie w Stanach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest permanentny. Zaledwie w maju groził mi przymusowy powrót do Polski z powodów finansowych. Być może więc trzeba będzie wrócić. Być może trzeba będzie przenieść się gdzieś indziej. Podświadomość jednak podjęła swoją decyzję - moje życie jest tutaj.

Muszę tylko pamiętać, że wedle innej wersji losów Juliusza Cezara słowa wypowiedziane przez niego nad brzegiem Rubikonu brzmiały "albo rybka albo pipka".

PS: Jakkolwiek moje życie nigdy nie osiągnie stopnia organizacji, porządku i stabilności tak wysokiego jak te sfotografowane przeze mnie jakiś czas temu staniki, to jednak potrzeba ubierania doświadczeń w słowa i dzielenia się z nimi za pośrednictwem bloga powróciła. Wysuwam więc ponownie nieśmiało mackę mojego bytowania w Waszą stronę, pukam w drzwi i pytam "jest tam kto?" A może raczej "anybody home?"

brascape (rural life)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42