Ponownie na Midweście
wtorek, 30 stycznia 2007
Pani Irena raz jeszcze

Nagranie z 26 stycznia br. wykonane przez moich Przyjaciół podczas spotkania z Panią Ireną, której wręczyli księgę z podpisami zebranymi przez internet na Forum Żydów Polskich.

Czy coś się naprawdę w Polsce stało?

niedziela, 28 stycznia 2007
62. rocznica wyzwolenia Auschwitz-Birkenau

Tak opisał ten dzień Primo Levi więziony w jednym z podobozów:

W pierwszych dniach stycznia 1945 roku, mocno naciskani przez Armię Czerwoną, Niemcy pośpiesznie ewakuowali śląski region górniczy. Choć w wielu miejscach, w analogicznych warunkach, nie wahali się zniszczyć obozów i ich mieszkańców, inaczej postąpili w Auschwitz. Nadeszły rozkazy (wydane osobiście, jak się zdaje, przez Hitlera), by za wszelką cenę ocalić każdego człowieka zdolnego do pracy. Wszyscy zdrowi więźniowie zostali ewakuowani, w potwornych warunkach, w stronę Buchenwaldu i Mauthausen, zdrowych zaś pozostawiono własnemu losowi. (...)

W obozie Buna-Monowitz pozostało nas ośmiuset. Około pięciuset osób zmarło od chorób, zimna i głodu zanim przyszli Rosjanie, kolejnych dwieście w następnych dniach, pomimo rosyjskiej pomocy.

Pierwszy rosyjski patrol pojawił się w okolicy obozu mniej więcej w południe 27 stycznia 1945 roku. Charles i ja byliśmy pierwszymi, którzy go zobaczyli: nieśliśmy ciało Somogyi'ego do wspólnego grobu. Jama była już pełna, a w okolicy nie było żadnego innego grobu. Zostawiliśmy ciało na splugawionym śniegu. Charles zdjął beret oddając cześć żywym i martwym.

To było czterech młodych żołnierzy na koniach, jechali drogą wzdłuż granicy obozu, czujnie trzymając w dłoniach karabiny. Kiedy dojechali do kolczastego muru, zatrzymali się, by popatrzeć, wymienili kilka nieśmiałych słów i dziwnie zmieszanym wzrokiem patrzyli na leżące ciała, sypiące się baraki i na nas, wciąż pozostających przy życiu.

Wydawali się nam doskonale konkretni i rzeczywiści, wysoko na swych niezwykłych koniach, pomiędzy szarością nieba a szarością nieba, nieruchomi pod podmuchami wilgotnego wiatru, który przynosił odwilż.

Zdawało się nam, i tak właśnie było, że wypełniona śmiercią nicość, w której błąkaliśmy się jak wygasłe gwiazdy przez dziesięć dni, znalazła swoje mocne centrum, ośrodek kondensacji. Czterej żołnierze, uzbrojeni, ale nie przeciwko nam: czterech posłańców pokoju o twarzach surowych i chłopięcych pod futrzanymi czapami.

Nie pozdrowili nas. Nie uśmiechnęli się. Krępowało ich nie tylko współczucie, ale i onieśmielona powściągliwość, która zamykała im usta i przykuwała wzrok do pogrzebowej sceny. To był wstyd, który znaliśmy tak dobrze, wstyd, który dopadał nas po selekcjach i za każdym razem, gdy musieliśmy patrzeć lub poddać się przemocy. Wstyd, którego Niemcy nie znali, wstyd, którego doznaje człowiek patrząc na popełnianą przez innego zbrodnię. Poczucie winy, że taka zbrodnia istnieje, że została wprowadzona pomiędzy istniejące rzeczy i że wola człowieka okazała się zbyt słaba, by temu zapobiec.

Dla nas nawet godzina wolności zabrzmiała dźwiękiem stłumionym i ponurym, wypełniła nasze dusze radością, ale i bolesnym poczuciem wstydu. Chcielibyśmy zmyć z naszych sumień i pamięci bród, który na nich zaległ. A także udręką, bo czuliśmy, że to się nigdy nie stanie, że teraz nic już nie będzie dość dobre i czyste, by oczyścić naszą przeszłość, że blizny przemocy pozostaną w nas na zawsze, w pamięci tych, którzy widzieli, w miejscach, gdzie się dokonała i w opowieściach o niej. Nikt lepiej od nas, to straszny przywilej mojego pokolenia i mojego narodu, nie był w stanie uchwycić natury nieuleczalnej krzywdy, która rozprzestrzenia się jak zaraza. Głupotą jest myśleć, że wykorzeni ją ludzka sprawiedliwość. To bezdenne źródło zła, łamie ducha i ciało tych, którzy mu ulegli, dusi i czyni ich podłymi. Powraca jako hańba na sprawców, przedłuża swe trwanie jako nienawiść wśród ocalałych i roi się wokół na tysiące sposobów, wbrew woli wszystkich, jako głód zemsty, jako moralna klęska, jako wyparcie, zmęczenie, kapitulacja.

To wszystko, wtedy zamazane i odczuwane przez większość z nas jako niespodziewany atak moralnego zmęczenia, towarzyszyło nam w radości z wyzwolenia. Dlatego też niewielu z nas podbiegło, by przywitać naszych wyzwolicieli, niewielu zaczęło się modlić. Charles i ja staliśmy przy jamie wypełnionej pozbawionymi barw ludzkimi członkami, gdy inni zrywali kolczasty drut. Potem wróciliśmy z pustymi noszami do baraku, by przekazać wiadomość naszym towarzyszom.

(Primo Levi, La Treuga, tłum. własne)

Business is business

To zdjęcie zrobił latem mój znajomy pod warszawskim pomnikiem Bohaterów Getta.

Dziwnym trafem słowa "getto" i "souvenirs" jakoś nie chcą się w mojej głowie harmonijnie ułożyć obok siebie. A tu, proszę, w pełna harmonia. Kwestia smaku czy coś więcej?

W niedzielę pod pomnikiem uroczystości - w sobotę minęła 62. rocznica wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau. Ceremonie przeniesiono na niedzielę ze względu na szabat. Mam cichą nadzieję, że tego dnia nie będzie przy pomniku panów z "suwenirami". Może nie tylko mróz i śnieg skłonią ich do zwinięcia kramików.

sobota, 27 stycznia 2007
Prezent dla Pani Ireny

Ponad 12.000 podpisów. Z całego świata. Żydów i nie-Żydów. Mieszkańców małych i dużych miast, wsi i miasteczek. Z Polski, Stanów Zjednoczonych, Izraela, Kuby, Wielkiej Brytanii, Urugwaju, Francji, Niemiec, Litwy...


Księga z podpisami w odpowiedzialnych rękach Pawła

Każdy z tych podpisów to również myśli o Pani Irenie Sendler. Ciepłe, dobre myśli, których istnienie - jestem tego pewna - odczuwa także sama Pani Irena.

Wczoraj spotkało się z nią w Warszawie czworo z sześciorga organizatorów akcji zbierania podpisów pod kandydaturą Pani Sendler do Pokojowego Nobla. Podpisy zebrane w wielkiej księdze oprawionej w skórę zostały przekazane wraz z ogromnym koszem róż oraz pamiątkowym kubkiem, który ogromnie się Pani Irenie spodobał.

Księgę przeglądała ze wzruszeniem, przejęta tym, że tak wiele osób o niej pomyślało i pamiętało. Okazało się, że akcję śledziła prawie od początku, za pośrednictwem znajomego z Krakowa, który dzwonił do niej codziennie i opisywał bieżące zmiany na listach publikowanych w internecie.

Piąty współorganizator zadzwonił z Izraela. Jak relacjonował Pierwszy Znajomy: "było widać autentyczną radość w oczach Pani Ireny kiedy z nim rozmawiała. Wzruszającą wyglądała drobna staruszka, siedząca na fotelu, owinięta kocami... z komórką przy uchu i uśmiechnięta od ucha do ucha. 'A jaką macie pogodę w Izraelu? Ciepło? Pozdrawiam Pana serdecznie'".

Drugi Znajomy zadzwonił do mnie dzisiaj, żeby mi wszystko z detalami opowiedzieć. Słuchałam go i czułam choć część tego wzruszenia, które stało się ich udziałem. Słuchałam o drobnej starszej pani, która z wielką radością powitała gości i rozmawiała z nimi prawie dwie godziny. O Polsce, o człowieczeństwie, o swojej działalności podczas wojny. Opowiadała o żydowskich matkach, które oddawały jej swoje dzieci, by wyprowadziła je poza getto. To były dramatyczne sytuacje. Wręcz niewyobrażalne.

Pani Irenie nie zależy na samym Noblu. I słusznie. Nie nagrody są w tym wszystkim najważniejsze. Zależy jej na pamięci. Jak sama powiedziała: nie na pamięci o niej samej, ale o pamięci o tych matkach z warszawskiego getta.

O to, by na świecie znane było nazwisko Ireny Sendler, musimy zadbać my.

W pewnym momencie Pani Irena powiedziała mniej wiecej takie słowa: "A teraz coś wam powiem. Ja jestem dobrą aktorką. Czasem myślę, że minęłam się z zawodem. Tu do mnie często przyjeżdżają profesorowie, dziennikarze, politycy. I ja z nimi rozmawiam, opowiadam im o moim życiu. I się uśmiecham. Ale tak naprawdę myślę o czymś innym (...) Ale to wy sprawiliście mi największa przyjemność i niespodziankę. Bo to co zrobiliście jest szczere i spontaniczne. Zrobiliście to dla obcej zupełnie osoby... jakiejś Sendlerowej, o której przeczytaliście coś tam w gazecie... "


Pani Irena z Naczelną Forum Żydów Polskich, Haliną

Te słowa były skierowane do wszystkich, którzy odpowiedzieli na nasz apel.

Jeszcze nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Ogromnie żałuję, że nie mogłam z moimi Przyjaciółmi być w Warszawie i spotkać się z Panią Ireną. Nadal nie mogę uwierzyć, że ta akcja odniosła taki sukces. Na początku myśleliśmy: "fajnie by było zebrać 2.500 podpisów..."

Na prośbę kancelarii prezydenta akcja zbierania podpisów trwa nadal.

17:54, kakofonia
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 stycznia 2007
A mnie nie szokuje

Nie szokuje mnie szokujący podobno billboard autorstwa Petera Fussa zamieszczony nieopodal jednego z koszalińskich kościołów.

Nie szokuje mnie dlatego, że hasła o brzmieniu podobnym do "Żydzi won z katolickiego kraju" można napotkać w internecie w ilościach hurtowych. Podobne sugestie - choć czasem oględniej sformułowane - można usłyszeć na falach słynnej toruńskiej rozgłośni.

Dlatego, że przez całe lata w księgarni, która mieściła się w podziemiach jednego z warszawskich kościołów można było nabyć książki głoszące identyczną ideologię w nieco bardziej rozbudowany sposób.

Dlatego, że te książki są nadal sprzedawane na rozlicznych ulicznych straganach.

Dlatego, że w Warszawie stanął pomnik Romana Dmowskiego.

Dlatego, że wielu moich znajomych na ulicach ukrywa jarmułki pod czapkami w obawie przed napaścią werbalną lub fizyczną.

Dlatego, że podczas niedoszłego ingresu wiadomego biskupa mogliśmy usłyszeć od zgromadzonej przed kościołem gawiedzi, że to wszystko żydowski spisek.

Dlatego, że do dziś są ludzie skłonni usprawiedliwiać palenie żydowskich dzieci istnieniem żydokomuny.

Dlatego wreszcie, że sama znajduję się na internetowej liście "kto jest kto ... w chorobliwie zażydzonej, zniewalanej i indoktrynowanej Żydpospolitej Polsce - PRL-bis", której fragment Fuss wykorzystał w innej swojej instalacji.

Nie, nie twierdzę, że Polska jest antysemickim krajem, ani że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki - to brednie. Ale faktem jest, że antysemityzm w Polsce istnieje i że są ludzie, którym hasło "Żydzi won z katolickiego kraju" jest bliskie. I tylko tyle powiedział publicznie Peter Fuss.

Szabat szalom, mimo wszystko.

20:29, kakofonia
Link Komentarze (11) »
czwartek, 25 stycznia 2007
Prorok w oślej ławce

"Mosze spytał Haszem o znaczenie [kaligraficznych] ornamentów zdobiących litery Tory i usłyszał odpowiedź: 'W przyszłości żyć będzie człowiek imieniem Akiba, syn Josefa, który na podstawie każdej kropki tych liter budować będzie wielkie interpretacje'. Mosze powiedział do Haszem: 'Pokaż mi tego człowieka". (...) Haszem odpowiedział: 'Obróć się'. Mosze poszedł i usiadł w ostatnim rzędzie ławek [w klasie rabbiego Akiby]. Mosze nie był w stanie nadążyć za toczoną dyskusją i ogromnie się zasmucił. Ale wówczas usłyszał uczniów pytających mistrza w pewnej sprawie: 'Skąd to wiesz?', a ten odpowiedział: 'To jest prawo dane Moszemu na górze Synaj'. I Mosze był pocieszony" [Bawli, Menahot 29b]

To jedna z moich ulubionych talmudycznych opowieści. Jest bardzo znana, często cytowana i komentowana, a to dlatego, że jest naprawdę niezwykła. Oto Mosze, największy z proroków, jedyny człowiek, któremu dane było widzieć Haszem, siedzi w oślej ławce klasy, w której naucza jeden z największych rabinów wszechczasów - rabbi Akiba.

Jak to możliwe? Jak możliwe jest to, że Mosze - ten, któremu Bóg przekazał Torę - nie był w stanie zrozumieć rabinicznej dysputy, która dotyczyła przecież właśnie tejże Tory?

Nie mniej zadziwiająca jest odpowiedź Akiby na pytanie uczniów: "Skąd to wiesz?". "To jest prawo dane Moszemu na Synaju". Skoro prawo to otrzymał Mosze, jak mógł go nie rozumieć i nie znać? Gdyby znał i rozumiał, nie siedziałby w oślej ławce i byłby w stanie w rabinicznej debacie uczestniczyć.

Ta opowieść odsyła do jednego z fundamentalnych pojęć w judaizmie - pojęcia Tory ustnej. Judaizm jest nie tyle religią Biblii Hebrajskiej (czy też Starego Testamentu), ale jest religią Tory. Tora zaś składa się z dwóch elementów - Tory pisanej oraz Tory ustnej.

Tora pisana to Tanach, czyli mniej więcej to, co znamy pod nazwą Starego Testamentu. Tora ustna to całe nauczanie rabiniczne, czyli Miszna, Midrasz oraz Talmud w całości. Tora ustna to komentarze do Tory pisanej, komentarze do tych komentarzy, komentarze do komentarzy komentarzy i tak w prawie w nieskończoność. Dla Żydów jedno nie istnieje bez drugiego. Tora złożona z dwóch elementów stanowi całość i podstawę judaizmu.

Judaizm nie powstał na Synaju ani nawet w Erec Jisrael. Judaizm powstał w diasporze, po zburzeniu Świątyni Jerozolimskiej i w znacznej mierze w odpowiedzi na tę tragedię. Gdyby Izraelita żyjący przed zburzeniem Świątyni zasiadł w wehikule czasu i przeniósł się do najbardziej ortodoksyjnej z synagog dzisiejszego świata, czułby się jak Mosze w klasie rabbiego Akiby - nie miałby pojęcia, co się wokół niego dzieje.

Relacja Tory pisanej i Tory ustnej jest skomplikowana, ale jedno jest pewne - jedno bez drugiego w judaizmie nie istnieje. Bawi mnie w związku z tym niepomiernie, ilekroć jakiś mniej czy bardziej uważny czytelnik tekstu biblijnego przychodzi z cytatem i stara się wykazywać, że judaizm nie przestrzega jakichś biblijnych zaleceń. Nie rozumie bowiem żydowskiego stosunku do Biblii ktoś, kto nie ma przynajmniej minimalnej wiedzy o tradycji rabinicznej.

Czy to oznacza, że rabini powymyślali rzeczy, które z Biblią nie mają nic wspólnego? Wedle tradycji - nie, ponieważ zarówno Tora pisana, jak i Tora ustna stanowią części objawienia. Jak awers i rewers jednej monety. Tradycja naucza, że w objawieniu zawarte były - niczym roślina w nasieniu, z którego wyrośnie - wszystkie możliwe interpretacje. Mosze znał jedynie nasienie i dlatego dziwił się słysząc rozmowę o liściach rośliny, która z niego wyrosła.

19:34, kakofonia , Judaizm
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 stycznia 2007
Wygraliśmy

Wygraliśmy. Chciałoby się dodać: "oczywiście", ale wcale nie było to oczywiste, gdy w drugiej kwarcie Colts przegrywali z Patriots 21 do 3.

Panowie wzięli się jednak w garść i prowadzeni przez trenera Tony'ego Dungy i quterbacka Peytona Manninga doprowadzili do zwycięstwa 38 do 34.

XLI Super Bowl odbędzie się 2 lutego w Miami. Chyba po raz pierwszy staną na przeciwko siebie dwie drużyny z miast znajdujących się tak blisko siebie: Indianapolis i Chicago. Z pewnością zaś pierwszy raz o Super Bowl zagrają drużyny prowadzone przez czarnoskórych trenerów - to samo w sobie jest wydarzeniem w historii NFL.

A tak w niedzielny wieczór świętowało Indianapolis:

Radość kibiców chyba na całym świecie jest mniej więcej taka sama. Obrazki z Indianapolis przypominają mi sceny z berlińskiego Kurfürstendamm po wygranym przez Niemcy meczu z Argentyną podczas ostatnich mistrzost świata. Cały Berlin tańczył na tej ulicy do białego rana.

Zmęczeni długimi spacerami po Berlinie i emocjami podczas meczu siedzieliśmy z bratem w hotelu i przez okno patrzyliśmy na radosny tłum przewalający się po Kurfürstendamm.

Jeśli jeszcze nie jesteście kibicami - czegokolwiek i kogokolwiek - zostańcie nimi. Warto, właśnie dla tych momentów wielkiej radości. W Berlinie, na Midweście i gdziekolwiek indziej.

poniedziałek, 22 stycznia 2007
Go, Colts!

Chińskie przysłowie mówi: "Życie jest jak morze: im bardziej się w nie wpatrujesz, tym więcej bałwanów dostrzegasz". (Jak wiadomo przysłowia są mądrością narodów. Szczególnie moje ulubione o charakterze meteorologicznym: "Jeśli na św. Prota jest pogoda albo słota, to na św. Hieronima jest pogoda lub jej ni ma").

Dziś zabałwaniło się Bloomington. W nocy spadł śnieg i od rana dziatwa wraz z okoliczną młodzieżą ruszyły do lepienia bałwanów. Są wszędzie: w przydomowych ogródkach, przed dormitoriami na kampusie, na miejskich skwerach i trawnikach oraz w parkach. Gdzie nie spojrzeć, bałwan. Sama dołączyłam do ogólnej manii i ulepiłam bawłana wagi piórkowej czekając na autobus. Bałwanek ów choć mały został rzecz jasna wyposażony w łapki z patyczków oraz oczy z nasion klonu. Lepiąc go czułam się jak Kłapouchy w urodzinowe popołudnie, kiedy to był już dumnym posiadaczem Praktycznej Baryłeczki oraz Szmatki Po Baloniku. Innymi słowy, czułam się szczęśliwa.

Niestety nie miałam niczego niebieskiego do udekorowania bałwanka. Niebieski jest dziś bowiem barwą obowiązkową, która wyparła chwilowo uniwersyteckie kolory. Wiele bałwanów w okolicy ma różne niebieskie dodatki. Na szczęście prawie równie ważny jest dziś kolor biały, co nieco zmniejszyło moje poczucie niedosytu.

Niebiesko dziś zaś dlatego, że wieczorem w Indianapolis zmierzą się Indianapolis Colts z New England Patriots. Mecz ważny, a stawka niepomiernie wysoka - wygrany stanie do walki o Super Bowl.

Trzy czwarte Bloomington zasiądzie przed telewizorami, nad pizzą i piwem. Z zapartym tchem śledzić będziemy poczynania gromady wielgachnych facetów na ogromnym boisku i modlić się o to, by nasz quaterback, Peyton Manning, rzucał tak celnie, jak dotąd, a nasza obrona pozostała niezawodna.

Go Colts!

niedziela, 21 stycznia 2007
Dzieło księdza Pranajtisa

Przerażająco wielka jest ilość stron internetowych - zarówno po polsku, jak i po angielsku - na których znaleźć można różne "cytaty" z Talmudu, które dowodzić mają 1) że judaizm jest rasistowski, 2) że Żydzi tylko siebie uważają za istoty ludzkie, 3) że Żydzi pogardzają nie-Żydami etc.

Za głowę można by było się złapać, z rozpaczy załamać oraz z mostu skoczyć czym prędzej, gdyby nie jeden drobny czynnik - cytaty owe są "cytatami", a wprost mówiąc są najczęściej albo zupełnymi fałszerstwami albo zdaniami tendencyjnie wyrwanymi z kontekstu, co zasadniczo zmienia ich znaczenie.

Zadałam sobie kiedyś trud zweryfikowania niektórych zdań rzekomo z Talmudu pochodzących. Większości nie znalazłam w ogóle, część była błędnie przetłumaczona, część istotnie pojawia się, ale w następnych paragrafach tekstu zostaje zanegowana i odrzucona.

Jakie jest źródło tych nieszczęsnych "cytatów"? Nie jest nim Talmud, bo większość osób posługujących się nimi Talmudu nie zna. Źródło wskazał mi Znajomy z Kaliforni, który podobnie jak ja kiedyś był na tyle naiwny, by przejmować się owymi "cytatami", które napotykał w dyskusjach, w których starano się przekonać go, iż Talmud jest tekstem rasistowskim.

Wiekopomna zasługa odkrycia podstępnej mordy żydowskiego pomiotu talmudycznego przypada katolickiemu księdzu, Justynowi Bonawenturze Pranajtisowi (1861-1917), autorowi błyskotliwego dzieła "Christianus in Talmude Iudeorum sive Rabbinicae doctrinae de Christianis secreta" opublikowanego w St. Peterbursburgu w roku 1892. Polskie przekłady - całości lub fragmentów - ukazały się między innymi w latach 1937, 1985 (sic) oraz w 2005 (sic, sic!). Rzecz do nabycia w księgarniach internetowych również w przekładach angielskich (po angielsku całość można odszukać również w internecie).

Ksiądz Pranajtis był ponoć "hebraistą". Niestety jego znajomość hebrajskiego i aramejskiego pozostawia niezwykle wiele do życzenia, co wie każdy, kto zapozna się z elukubracjami autorstwa Pranajtisa oraz z tekstem oryginalnym przez niego nie tyle komentowanym, co bezlitośnie wypaczanym i fałszowanym.

Ksiądz Pranajtis zapisał się w annałach historii także uczestnictwem w procesie o mord rytualny. 12 marca 1911 roku w drodze do szkoły zaginął ukraiński chłopiec, Andriej Juszczyński. Jego ciało odnaleziono osiem dni później na terenie fabryki cegieł. O zabójstwo oskarżony został Menachem Mendel Beilis, którego czym prędzej osadzono w lokalnych kazamatach. W tychże Beilis dwa lata czekał na proces, a w międzyczasie przez Rosję przetoczyła się fala antysemickiej nagonki oraz gniewna reakcja na nią ze strony bardziej oświeconych części społeczeństwa. Ksiądz Pranajtis był podczas procesu w Kijowie jednym ze świadków oskarżenia - jako ekspert zeznawał, że Żydzi od wieków do niecnych celów wykorzystują krew chrześcijańskich dzieci. Dzięki zeznaniom innych osób sąd nie dał wiary zapewnieniom ks. Pranajtisa i Beilis został uniewinniony.

Uważnym uczniem i godnym następcą księdza Pranajtisa był inny wielki spec od judaizmu - sławetny ksiądz Trzeciak.

Dzieło księdza Pranajtisa funkcjonuje nadal i miewa się najwyraźniej bardzo dobrze, skoro zostało wznowione w Polsce ledwie dwa lata temu. Kto pozbyłby się tak wygodnego i przydatnego autorytetu? Nie wróżę tej książce szybkiej śmierci, podobnie jak nie podejrzewam, że kiedyś zniknie ostatecznie z księgarń inna fałszywka czasów carskiej Rosji, czyli "Protokoły Mędrców Syjonu".

Są ludzie, którym takie teksty są zbyt potrzebne, by kiedykolwiek mogły znaleźć się na śmietnisku historii, gdzie ich miejsce. Niestety. Będą więc wznawiane "Protokoły", będą kolejne wydania dzieła Pranajtisa, a w sandomierskiej katedrze dalej wisieć będzie urokliwy obraz przedstawiający stado Żydów o demonicznych rysach (z wielkimi nosami, kaprawymi oczkami i szpiczastymi uszami włącznie), którzy wciskają chrześcijańskie dziecko do beczki pełnej kolców, aby wydobyć z niego krew niezbędną przecież do upieczenia macy.

O Talmudzie będzie więcej. O księdzu Pranajtisie nie, bo nie zasługuje on na to.

I z tym optymistycznym akcentem wszystkim życzę szawua tow.

02:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (20) »
piątek, 19 stycznia 2007
Rebecyn

Socjopatyczna Malkontentka zapytała o rebecyn, czyli żonę rabina.

Zacytuję odpowiedź osoby w tym zakresie kompetentnej - żonatego rabina, a dokładnie głównego rabina Krakowa, Boaza Pasza. Rabin przybył do Polski latem. Kiedy przeprowadzana była z nim rozmowa, której fragment przytoczę, rabin był w mieście jeszcze sam, bez swojej rodziny. I powiedział tak:

"Rabin bez rodziny jest niekompletny. Rodzina jest jedną z najważniejszych wartości w judaizmie. Najważniejszą osobą w społeczności jest rebecyn. Dopiero na drugim miejscu jest rabin. Rebecyn jest przewodniczką rodziny. Jestem tu sam tylko chwilowo. Kiedy obejmuję gdzieś funkcję rabina, zawsze jadę na rekonesans. Ale kiedy już decyzje są podjęte, przybywa moja żona. To ona jest lokomotywą społeczności. Bez niej nic nie działa."

(Cała rozmowa z rabinem dostępna jest tutaj)

Słowa te są wdzięczne, ale moim zdaniem nieco przesadzone. Niewykluczone, że pobrzmiewa w nich element dość często praktykowany w dyskursie również publicznym, a mianowicie stawianie kobiety na piedestale, z którego nie może się ona potem zniżyć do wykonywania pewnych czynności. Matka Polka, Córka Ojca Swego, Rebecyn, Żona itp. - mogą prać i gotować (to przecież zaszczytna troska o Ognisko Domowe), ale działać w polityce? być naukowcami? Eee...

To dygresja jednak. Wracam do tematu rebecyn. Rebecyn istotnie często pełnią w gminach bardzo ważne funkcje. Lokomotywami może nie są (to zresztą mało wdzięczne porównanie), ale są często bardzo aktywnymi osobami w społeczności. Nie w warstwie liturgiczno-synagogalnej (jeśli chodzi o rebecyn ortodoksyjną), ale w towarzysko-społecznej.

Gmina powinna mieć w sobie coś z rodziny. Powinna być pewnego rodzaju rodziną. Za stworzenie takiej atmosfery w znacznej mierze odpowiedzialna może być właśnie rebecyn.

Rebecyn działa także jako wzorzec osobowy, podobnie jak jej mąż i cała rodzina. Rabin bez rodziny istotnie może być postrzegany jako w pewien sposób niekompletny, a to z uwagi na rolę rodziny w judaizmie. Nieżonaty rabin dla niektórych jest stworzeniem niewyobrażalnym. Rabin musi mieć rodzinę i to nie byle jaką rodzinę - rodzinę taką, która służyć może innym za wzorzec żydowskiego domu. Zarówno rabinowi, jak i rebecyn zatem w tym zakresie stawia się wysokie wymagania. Żona rabina jest jak żona cezara - musi być poza wszelkimi podejrzeniami.

Jako wzorzec osobowy rebecyn może być również autorytetem, głównie dla kobiet rzecz jasna. Może wiedzieć więcej o obyczajach, kaszrucie, zasadach prowadzenia domu, regułach czystości rodzinnej i tę wiedzę przekazywać innym członkom (a raczej członkiniom) społeczności.

To wszystko jest jednak zaledwie jedną z wielu możliwości. Osobiście znam dwóch rabinów, których życie rodzinne nie spełnia opisanych powyżej warunków i nijak nie przeszkadza im to w byciu świetnymi rabinami.

Jeden rabin jest żonaty, ale jego żona mieszka na drugim końcu świata i siłą rzeczy nie uczestniczy w życiu gminy rabina w żaden sposób.

Drugi rabin jest kobietą, a jej mąż - jakkolwiek można by było nazwać go rebecynkiem - w życiu gminy żadnej szczególnej roli nie pełni. Jest oczywiście jej członkiem, ale na przykład na porannych nabożeństwach go nie widziałam jeszcze nigdy. Powód jest prosty - podczas nabożeństw w synagodze jest rabinka, a mąż zajmuje się pozostawionymi w domu czterema małoletnimi synami. Czasem zjawiają się całą rodziną, ale to rzadkość ograniczona głównie do świąt.

Każdemu wedle potrzeb.

Szabat szalom.

22:03, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2