Ponownie na Midweście
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Rezolucja nr 933

Lubię sobie czasem zerknąć, co tam słychać w Kongresie. Wróciłam z uczelni, włączyłam kanał C-SPAN - właśnie lecą na żywo obrady Izby Reprezentatów.

Słucham jednym uchem przygotowując sobie coś do jedzenia, ale po chwili - z lekkim zdumieniem - zaczynam się przysłuchiwać dokładniej. Czy ja dobrze słyszę? Chyba dobrze.

Panowie rozmawiają o rezolucji nr 933, której pomysłodawcą jest, jak to się tutaj pięknie mówi, gentleman from Louisiana, Richard Baker.

Rezolucja jest niebywała. Dotyczy mianowicie wyrażenia uznania dla uniwersyteckiej drużyny futbolowej - Tygrysów z Louisiana University w związku z tym, że dzielni chłopcy wygrali mistrzostwo kraju w ubiegłym roku.

Kto nie wierzy, niech sprawdzi. Z tekstem rezolucji można zapoznać się na stronie Izby Reprezentantów

Fascynująca debata trwa, choć temat się nieco zmienił. Teraz panowie z różnych stanów wygłaszają peany pod adresem innej drużyny uniwersyteckiej, mianowicie West Virginia Mountaineers. Też coś wygrali, ale nie wiem jeszcze, co. Na pewno coś bardzo ważnego.

Może panowie w parlamencie muszą się czymś zrelaksować przed wieczornym wystąpieniem prezydenta Busha, który - ostatni raz w życiu, na szczęście - wygłosi State of the Union Address.

Choć nie, panowie i panie są śmiertelnie poważni. Właśnie przegłosowali poprawkę do tekstu rezolucji nr 933 - będzie ona wyrażała uznanie zarówno dla Tigers, jak i dla Mountaineers.

Kluczowa decyzja podjęta. Przewodniczący ogłasza przerwę.

Dzień Pamięci

Wczoraj w różnych miejscach na świecie obchodzono Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Ja obchodziłam go w najlepszy sposób, jaki przyszedł mi do głowy - studiując tekst napisany w warszawskim getcie przez rabina Kalonimusa Kalmana Szapirę.

Wspominałam już o nim wcześniej. Szapira, rabin Piaseczna i jeden z najwybitniejszych liderów środowiska chasydzkiego w Polsce, znalazł się w Warszawie krótko przed wybuchem wojny. Zamieszkał przy ulicy Dzielnej, w domu, w którym poza jego mieszkaniem znajdował się również niewielki beit midrasz.

Od Rosz Haszana 5700 (14-15 września 1939) rabin Szapira zaczął spisywać wygłaszane przez siebie w beit midraszu nauki. Latem 1942 roku, przed rozpoczęciem wielkiej akcji deportacyjnej, Szapira ukrył ten rękopis wraz z innymi swoimi pracami. Zostały odnalezione po wojnie w ruinach getta. Dzięki temu niewielkiemu cudowi możemy dziś czytać "Esz kodesz".

Mam wydanie hebrajskie oraz angielskie. Po polsku, o ile wiem, ukazały się jedynie fragmenty, w miesięczniku Znak. Dzięki znajomemu mam także fotokopie całego oryginalnego rękopisu, który dziś znajduje się w jerozolimskim Jad wa-Szem. Nie jestem w stanie - jeszcze - czytać rękopisu. Charakter pisma rabina jest dla mnie nadal nieczytelny, mogę odczytać tylko niewielkie fragmenty. Korzystam więc z wydania hebrajskiego. To w sumie mała książka, ale czytać należy ją raz po raz. Ja czytam ją od ponad roku, wracając do różnych fragmentów, ciągle odnajdując coś nowego.

To niebywały tekst. Niebywałe świadectwo konfrontacji głęboko religijnego człowieka, człowieka, dla którego Bóg był tak bliski, że nieomal namacalny, z codziennym koszmarem prześladowań i mordu.

W Rosz Haszana 5702 (22-23 września 1941) Szapira mówił do zgromadzonych w swoim beit midraszu Żydów:

Każdy Żyd tak bardzo dziś cierpi, szczególnie ci, którzy są zabijani. Niech Miłosierny nas chroni. Ale Bóg jest sprawiedliwy. Będzie miał miłosierdzie i powie "dość" naszej udręce, cierpieniu swojego narodu...

A Bóg milczał.

02:54, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 stycznia 2008
Który wybrać?

Wyobrażacie sobie takie znaczki za dwa lata?

No to popuściłam wodze graficznej wyobraźni... Wszelkie prawa rzecz jasna zastrzeżone.

niedziela, 20 stycznia 2008
Szotei Hanewua

To moje najnowsze odkrycie muzyczne. Nieco spóźnione, prawdę mówiąc, ale usprawiedliwia mnie trochę to, że dopiero w 2005 Szotei Hanewua zostali wybrani grupą roku w Izraelu.

Sami swoją muzykę określają jako mieszankę dub reagee, hip-hopu i dance. Wydali dotychczas dwie płyty: "Szotei Hanewua" w 2000 roku i w 2005 "Mechapsim et Dorot".

Mi szczególnie przypadła do gustu na razie piosenka "Ein ani" z pierwszej płyty. Usłyszałam ją pierwszy raz oglądając "Free Zone" Amosa Gitai - stanowi w filmie podkład do jednej z ważnych scen.

Wideo przedstawia różne widoki z Izraela, średnio to pasuje, ale popatrzeć można i tak.

כן איזה כייף יהיה בסוף ימי
כשכל החברה ידברו עלי
יגידו שהייתי I&I
בשעות רצון בשעות הפנאי

אין אני אין אני אין אני אין אני אין אני

כשמישהו יגיד דבר אחר
אני פשוט אעוף בלי לדבר
ואתפזר בשקט בחלל
ללא ריגשות אשם ובלי אבל

Ale będzie fajnie na koniec moich dni
Gdy wszyscy przyjaciele będą o mnie mówić
Powiedzą, że byłem ja&ja
Kiedy było dobrze, kiedy było przyjemnie

Nie ma mnie, nie ma mnie, nie ma mnie...

Jeśli ktoś powie coś innego
Po prostu odlecę bez słowa
Rozpłynę się cicho w przestrzeni
Bez poczucia winy, bez żadnego "ale"

PS: Zapomniałam dodać, że kilka utworów Szotei Hanewua można posłuchać na ich stronie na MySpace.

19:24, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 stycznia 2008
Zaraz Tu biSzwat

Właśnie się zorientowałam, że w przyszłym tygodniu wypada święto - 15 dzień miesiąca szwat czyli Nowy Rok Drzew.

Podobno w Izraelu o tej porze pojawiają się najwcześniejsze oznaki nadchodzącej wiosny. W takich okolicznościach zapewne można w jakiś sposób odczuć to świeto. Rosz Haszana Leilanot, nowy rok drzew, powolne budzenie się z zimowego snu, początek nowego cyklu owocowania.

Za oknem mam jednak śnieg w połączeniu z pluchą. W prognozie zaś zapowiedzi mrozów na przyszły tydzień.

Jednym ze zwyczajów Tu biSzwat jest sadzenie drzew. W okolicy niczego mi się zasadzić nie uda, a i sama idea sadzenia jakiejkolwiek rośliny w środku zimy wydaje mi się mocno chybiona, oględnie rzecz ujmując.

Tu biSzwat stanowczo powinno być na wiosnę.

01:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
czwartek, 17 stycznia 2008
Jakość debaty

Śledzenie debaty na temat książki Grossa spowodowało, że odechciało mi się prawie wszystkiego. Głównie dlatego, że to w ogóle nie jest debata. To jest obrzucanie wyzwiskami. Okazało się, że moje najbardziej pesymistyczne przewidywania były nieco zbyt optymistyczne, a to nie zdarza mi się często.

Zaszokowały mnie wypowiedzi kardynała Dziwisza oraz Jarosława Gowina, którzy stwierdzili praktycznie, że Znak nie powinien był wydać tej książki. Gowina, który jest już bardziej politykiem niż intelektualistą, mogę jeszcze jakoś pojąć. Trzeba w końcu patrzeć na słupki popularności. Postawy kardynała Dziwisza zrozumieć już jednak nie jestem w stanie.

Wydanie "Strachu" przez Znak właśnie świadczy o odwadze wydawców i w moim przekonaniu - o zakorzenieniu w chrześcijaństwie w najlepszym wymiarze tego nurtu. Wydanie "Strachu" nie oznacza pełnej identyfikacji wydawcy z wydanym tekstem. Świadczy tylko o tym, że wydawca uznał, że dany tekst jest i powinien być ważnym głosem w publicznej debacie.

Sensowne, rzeczowe i krytyczne głosy w tejże pojawiły się jednak dotąd w ilościach zupełnie żałosnych. Mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Oczywiście, upłynęło jeszcze niewiele czasu. Wątpię jednak w to, by sytuacja zmieniła się wraz z jego upływem. Dotychczasowe wypowiedzi skłaniają mnie raczej ku temu, by oczekiwać kolejnej fazy wrzasków, po której zapadnie głucha cisza.

Podobnie było dawno temu, gdy swój tekst "Biedny Polak patrzy na getto" opublikował w Tygodniku Powszechnym Jan Błoński. Wylano na niego kubły pomyj, a mogło być gorzej, gdyby w tamtych latach sfera medialna w Polsce była tak rozbudowana, jak ma to miejsce dzisiaj.

To przygnębiające, gdyż świadczy o tym, że wbrew temu, co twierdzili niektórzy - mianowicie, że coraz lepiej potrafimy sobie radzić z mroczną przeszłością - nadal nie potrafimy sobie z nią radzić. Od czasów eseju Błońskiego niewiele się w tym zakresie w Polsce zmieniło.

Słychać głosy, że radykalizm nie sprzyja dialogowi. To prawda. Gross jest radykalny w swojej moralnej pasji. I jak napisałam wcześniej, nie zachęcimy do dialogu nikogo, waląc go pałą po głowie.

Nie wiem, czy my w ogóle mamy jakiś dialog. Nie wiem też czy przy publikacji Grossa dialog jest najważniejszy. Chodzi raczej o odkrywanie przeszłości. O to, by ją poznawać i tak, by spierać się o nią - naświetlać ze wszystkich możliwych stron, pokazywać konteksty i fakty. Książka Grossa nie powinna być głosem ostatnim - powinna być głosem pierwszym, po którym przyjdą następne. A nasza wiedza będzie coraz pełniejsza. I może wreszcie, na przykład, zniknie głoszony nadal uparcie pogląd, wedle którego pogrom kielecki był prowokacją. Zdaniem historyków, na 99% nią nie był - tylko kto czyta ich prace?

Nieco podobna dyskusja, na temat równie drażliwy, przetoczyła się jakiś czas temu w Izraelu, po publikacji książki izraelskiego historyka, Benny'ego Morrisa, o wojnie 1948 i początku problemu uchodźców palestyńskich. Morrisa oskarżano o antyizraelskość i zdradę narodową. Izraelczycy mają swoje ukochane mity, w tym mit założycielski i podważenie go spotkało się z reakcją podobną do tej, która dziś w Polsce spotkała książkę Grossa. Święte oburzenie i mniej święte wyzwiska.

Mosze nie bez powodu prowadził Izraelitów przez pustynię czterdzieści lat. Trzeba było czasu, by zmienić świadomość zbiorową. By Izraelici z niewolników stali się wolnymi ludźmi we własnych głowach. Ciekawe, ile lat trzeba na takie zmiany dziś. Też czterdzieści? Wyglada na to, że niestety więcej. Dziś można się tylko śmiać z naiwnej wiary oświeceniowej w siłę i zbawczą moc rozumu. Jesteśmy jako ludzkość coraz starsi, a rozumu nam nie przybywa. Nadal kochamy swoje mity i za nic nie chcemy się ich wyrzec.

Chyba potrzeba nam jakiejś zbiorowej wycieczki na pustynię.

środa, 16 stycznia 2008
Smutny szabatowy wieczór

Jom menucha wesimcha - dzień radosnego odpoczynku. Tak mówi się o szabacie. Takim dniem szabat powinien być. Przedsmak raju. Dzień, na który czeka się cały tydzień. W praktyce jednak sprawy nie wyglądają tak pięknie. Przynajmniej dla mnie, ale z pewnością nie jestem jedyną osobą w podobnej sytuacji. W praktyce - na czym polega jej wątpliwy urok - na wierzch wyłażą trudności. Rzeczywistość skrzeczy.

Nabożeństwo w piątki wieczorem (lub popołudniu, w zależności od momentu zachodu słońca) jest jednym z moich ulubionych. Gdy synagoga jest pełna ludzi radujących się z nadejścia szabatu, trudno jest samemu nie ulec tej radości, nie zostać nią zarażonym. Niestety, w Bloomington takich nabożeństw nie udało mi się znaleźć. W lokalnym Chabadzie minjan należy do rzadkości. W uniwersyteckim Hillelu minjan owszem bywa, ale całość ma charakter stanowczo bardziej towarzyskiego spotkania niż uroczystości bądź co bądź religijnej. Synagoga jest zaś za daleko.

Wielu Żydów wita szabat w domu, szczególnie w Stanach. Witają szabat w domu, z rodziną. Niestety moja rodzina jest po drugiej stronie oceanu, a nawet gdyby była bliżej, to i tak nie witałaby ze mną szabatu. Czy nie mogłabym dołączyć zatem do jakiejś innej rodziny? Mogłabym, gdyby nie to, że nie ma tu żadnej żydowskiej rodziny, która miałaby koszerną kuchnię i dodatkowo mieszkała w zasięgu spaceru.

Dlaczego spaceru? Czy nie mogę wsiąść do autobusu?

Sieć autobusowa w Bloomington istnieje, ale jest dość ograniczona. W szabat jednak to i tak opcja wykluczona. Jak pisałam wcześniej, nie wolno w szabat przenosić przedmiotów z przestrzeni prywatnej do publicznej oraz nosić tychże w przestrzeni publicznej. Nie wolno także uruchomić samochodu (co trapi mnie mniej, bo i tak nie mam prawa jazdy). Podróż autobusem zaś wymaga z mojej strony albo noszenia pieniędzy na bilet (których w szabat nie wolno w ogóle dotykać) albo noszenia biletu.

Czy nie mógłby mnie ktoś podrzucić samochodem? Teoretycznie tak, najlepiej, gdyby to był jakiś nie-Żyd. Z Żydem gorzej, gdyż nie powinno się czerpać żadnych korzyści z łamania praw szabatu przez innego Żyda. Taksówka też odpada, z powodu pieniędzy (z kartą kredytową ten sam problem).

Witam więc szabat w domu sama. I czasem trudno mi z siebie wykrzesać jakąkolwiek radość. Można modlić się samemu, można samemu zrobić kidusz, samemu odmawiać wszystkie błogosławieństwa czy nucić szabatowe pieśni. Ale to smutne. I w głębi serca, zamiast szabatowej spokojnej radości, narasta smutek. Smutno i trudno być Żydem samotnie.

PS: Mam dziwne przeczucie, że moje najbliższe wpisy nie będą szczególnie optymistyczne. Ale może pomimo tego ktoś postanowi oddać na niego głos. (SMS treści A00542 na numer 71222. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto)

02:00, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (13) »
piątek, 11 stycznia 2008
Zobowiązanie wobec kogo?

- W końcu konwersja to ostatecznie zobowiązanie wobec Boga - powiedziała rabin Mira spoglądając na mnie.

Kiwnęłam głową, bo niewiele czasu zostało nam na rozmowę, a parę kwestii zostało do omówienia. Kiwnęłam głową, choć po chwili namysłu doszłam do wniosku, że Mira nie miała racji. Konwersja na judaizm jest przede wszystkim zobowiązaniem wobec narodu żydowskiego, a jeszcze dokładniej - wobec klal Jisrael czyli Żydów mniej w sensie określonego narodu żyjącego w określonym miejscu i czasu, a bardziej w sensie narodu związanego przymierzem z Bogiem.

Dlaczego tak sądzę? Wydawałoby się w końcu, że konwersja to generalnie religijna sprawa, a skoro religijna, to raczej chodzi o Boga niż o ludzi (nawet ludzi w wymiarze symbolicznej zbiorowości).

Powód jest w sumie prosty. Otóż Bóg Tory nie domaga się od nikogo, kto się Żydem nie urodził, stosowania zasad judaizmu, wyznawania i praktykowania tej właśnie religii. Boga można uznawać za Boga nie będąc Żydem. Można zostać zbawionym nie będąc Żydem. Bóg Żydów nie jest Bogiem Żydów tylko i wyłącznie. Jest Bogiem po prostu, jeśli można tak powiedzieć.

Można oddawać Mu cześć w dowolnych okolicznościach. Nie musi to być synagoga. Można się do Niego modlić w dowolnym języku. Nie musi to być hebrajski.

Konwersja na judaizm jest więc czymś innym - i czymś więcej - niż zobowiązanie jedynie wobec Boga. Wobec Niego mogę podjąć zobowiązanie pozostając tym, kim jestem, nie będąc Żydówką. Konwersja na judaizm jest zobowiązaniem wobec zbiorowości, do której się w jej wyniku przystępuje. Zbiorowości, którą jednoczy mniej czy bardziej określony sposób oddawania czci Bogu, wspólne rozumienie przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wspólna tradycja. W centrum tej tradycji, rzecz jasna, znajduje się Bóg. Ale On jej nie wyczerpuje.

Szabat szalom

01:28, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Szczyt paranoi niedaleko

Nie zdziwiła mnie specjalnie informacja, że Andrzej Lepper domaga się, by prezydent Kaczyński wystąpił oficjalnie i potępił "Strach" Grossa. Czego można się w końcu spodziewać po Lepperze, który szczęśliwie zniknął z pierwszej linii polskiej sceny politycznej i od czasu do czasu rozpaczliwie będzie próbował do niej powrócić.

Ale na podaną dziś przez Gazetę wiadomość o tym, że "Strachem" ma się zająć prokuratura podskoczyło mi ciśnienie. Bardzo dobrze, że prokuratorzy przeczytają tę książkę - to nie zaszkodzi nikomu, ale jeśli rozpocznie się jakieś śledztwo w tej sprawie, albo wręcz śledztwo przeciwko Grossowi, to trzeba będzie bić na alarm.

A może lepiej bić na alarm już dziś? Zanim Polska zbliży się do kolejnego szczytu paranoi?

Książka Grossa powinna wzbudzić kontrowersje i debatę. Z jednej strony dlatego, że porusza temat niezmiernie bolesny i ważny, z drugiej zaś dlatego, że przedstawione przez autora argumenty na rzecz głównej tezy są częstokroć wątpliwe.

"Strach", który w wydaniu angielskim czytałam przeszło rok temu, porusza kwestię, o której wielu Polaków nie wie, a wielu innych wiedzieć nie chce. Mówi mianowicie o morderstwach Żydów, którym udało się przeżyć nazistowską Zagładę. Mordach, które dokonały się już po wojnie, mordach na ludziach, którzy dopiero co mogli odetchnąć, którzy chcieli wrócić do swoich domów, którzy chcieli żyć. Tych mordów dokonali Polacy. Ta karta polskiej historii powinna utorować sobie drogę do świadomości społecznej podobnie jak wcześniej prawda o Jedwabnem.

Gross nie tylko opisuje fakty. W "Strachu" robi to, czego nie zrobił (niestety) w "Sąsiadach" i przedstawia hipotezę wyjaśniającą. O ile z "Sąsiadów" dowiedzieliśmy się o nowych faktach, o tyle w "Strachu" nowych faktów nie ma. Jest za to właśnie próba interpretacji. Czy ta próba jest przekonująca? Moim i nie tylko moim zdaniem nie jest. Czy to oznacza, że Grossowi takiej tezy nie wolno było postawić? Czy to oznacza, że nie wolno mu było jej bronić i przedstawiać argumentów na jej rzecz?

Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach wpadłby na pomysł, żeby prokuratura niemiecka zajęła się słynną i kontrowersyjną książką Goldhagena "Gorliwi kaci Hitlera"?

Czy naukowcowi nie wolno postawić kontrowersyjnej hipotezy? Czy naukowiec polski zajmujący się naukami społecznymi powinien przed powiedzeniem czegokolwiek ugryźć się w język i sto razy zastanowić, czy aby jakiś maniak nie będzie go oskarżał o "znieważanie narodu polskiego"?

Czy jeśli powiem, że Polacy są homofobicznym narodem, to również ktoś mi zagrozi trzema latami odsiadki za znieważanie? A może jednak chodzi o Żydów? Może jednak chodzi o to, że pomimo debaty o tekście Błońskiego, pomimo debaty o Jedwabnem, pomimo wszystkiego, co już wiemy o stosunkach polsko-żydowskich ten temat jest jednak bardziej tabu niż jakiekolwiek inne tematy?

Książka Grossa powinna wzbudzić debatę. Nie powinna jednak wzbudzać zadymy, a jak dotąd niemal wszystko wskazuje na to, że od zadymy się zaczyna i na zadymie się skończy.

Ja z Grossem mam własny problem. Z jednej strony od lat podpisuję się obiema rękami pod zdaniem Żeromskiego - "trzeba rozdrapywać polskie rany, żeby nie zarosły błoną podłości". To właśnie powinni moim zdaniem robić intelektualiści. Wszystkich nacji, bo błony podłości zbyt często i zbyt szybko zarastają trudną przeszłość w każdym społeczeństwie. Z drugiej strony jednak nie sposób nie zauważyć, że walenie kogoś pałą po głowie nie jest najlepszym sposobem ani na wyedukowanie go ani na nawiązanie z nim debaty czy dialogu.

Dopóki jednak prawda o Jedwabnem nie znajdzie się w każdym polskimi podręczniku do historii dwudziestego wieku; dopóki o pogromie kieleckim nie będzie słyszało w szkole każde polskie dziecko; dopóki ten nieszczęsny mit Polski niewinnej, który teraz próbuje się bronić za pomocą prokuratury, nie zostanie ostatecznie pogrzebany - dopóty potrzebny będzie Gross i jego książki.

czwartek, 03 stycznia 2008
Co masz w apteczce?

Powiedz mi, co masz w apteczce, a powiem ci, kim jesteś. Co sądzicie o takiej zasadzie? Jak wiele mówi o nas zawartość naszej podręcznej domowej apteczki? Oczywiście mówi ona wiele o dolegliwościach mniej lub bardziej poważnych, na które cierpimy. To zaś z kolei może zdradzać coś więcej na temat naszego trybu życia. Szczególnie w niektórych wypadkach.

Zastanawiałam się nad tym podczas ostatniej wizyty w drugstorze (tego się nie da nazwać apteką, w aptekach nie sprzedaje się kopert i pocztówek), w którym rozglądałam się za jakimś preparatem magnezowym (to jedyna informacja na temat mojej własnej apteczki, którą zdradzę). Pisałam już kiedyś o ogromie najróżniejszych suplementów dietetyczych, które można tutaj nabyć. Tym razem próbowałam zdiagnozować, jakie środki farmakologiczne oraz quasi-farmakologiczne poza owymi suplementami dominują na półkach lokalnych CVSów.

Z tych obserwacji wynikło mi niezbicie, że Amerykanie cierpią przede wszystkim na problemy z przewodem pokarmowym. Z jednej strony dominują bowiem środki na zgagę, a z drugiej - środki rozwalniające. Na trzeciej pozycji znajdują się chyba środki przeciwbólowe.

Podobnie, mam wrażenie, kształtują się proporcje w przypadku telewizyjnych reklam.

Dawno, dawno temu uczestniczyłam w konkursie na esej na temat kultury analgetyku zorganizowanym przez wydział polonistyki UJ. O spożywaniu środków przeciwbólowych - także w Polsce - napisano już wiele.

A teraz może pora na konkurs na esej o kulturze nadkwaśności i zgagi? Oraz, wybaczcie brak subtelności, o kulturze zatwardzenia?

Generalnie wiadomo, że Amerykanie jedzą źle. Tony atramentu wylano na ubolewanie i narzekanie na to, jak wielu z nich cierpi na nadwagę. Nie mniej atramantu poświęca się w mediach na informacje o wszelkiego rodzaju dietach oraz zdrowym trybie życia.

Wygląda jednak na to, że o zdrowym trybie życie czytają głównie ci, którzy go już skądinąd uprawiają. Widuję takie osoby codziennie, biegające po okolicy, kupujące w sklepie masy sałaty i kilogramy warzyw. Równie często widuję także tych, którzy tych tekstów chyba nie czytają i objadają się generalnie tonami sprzedawanych wszędzie słodyczy, które popijają napojami gazowanymi i przegryzają pizzą.

Oj, tak, pizza to narodowa potrawa amerykańska. Szkoda tylko, że w smaku niewiele ma wspólnego z naprawdę porządną pizzą...

Kulinarno-spożywczy świat Ameryki jest naprawdę tyleż frapujący, co nieco dziwaczny. Bliska Znajoma podczas swojej wizyty tutaj zwróciła uwagę na to, że wiele w sklepach produktów "fat free" albo "light" (uśmiał ją serdecznie "light" majonez z mojej lodówce). Mnie już od dawna intrygują "nutrition facts" zamieszczane na każdym pudełku każdego produktu. Ich lektura czasem bywa naprawdę pocieszna. Z etykiety na butelce wody można dowiedzieć się np. że nie zawiera ona w ogóle tłuszczu! Ta informacja jest zresztą zwykle - nomen omen - wytłuszczona. Inna kluczowa wiadomość na każdym opakowaniu wszystkiego, to zawartość błonnika. Błonnik to ostatnimi czasy absolutna podstawa egzystencji.

Innymi słowy, wydawałoby się, że Amerykanie przejmują się tym, co jedzą i jak jedzą. Z drugiej jednak strony, ilość sprzedawanych środków na zgagę oraz zatwardzenie, wskazuje na to, że niewiele z tego przejmowania się wynika.

Tak, kultura zatwardzenia jest frapująca. Szczególnie zatwardzenia umysłowego.

PS: O Nowym Roku nie zapomniałam. Wszystkim życzę poczucia humoru.