Ponownie na Midweście
sobota, 31 stycznia 2009
Myśląca twarz Kościoła

Ewa obejrzała właśnie film dokumentalny o księdzu Tischnerze. Tischner - czy jak zawsze o nim myślałam: "Ksiądz profesor" - był dla mnie bardzo ważną osobą.

Prywatne archiwum dokumentów niezwykle ważnych zostało w Polsce, więc nie mogę sprawdzić, kiedy napisałam pierwszy list do Księdza Profesora. Nie pamiętam dat. Pamiętam za to doskonale zdumienie i wzruszenie, które mnie ogarnęły, gdy otworzyłam kopertę z adresem zwrotnym z Łopusznej.

Nie pamiętam, o co pytałam i co mnie sprowokowało do napisania tego pierwszego listu. Być może coś, co Tischner powiedział podczas rozmów o Katechizmie z Jackiem Żakowskim, które oglądaliśmy prawie całą rodziną i które później dyskutowałam z bratem? A może to była jakaś inna kwestia, która pojawiła się w związku z jakąś czytaną książką?

Znajomy poprosił mnie o napisanie tekstu dla pisma Jednota, kiedy zbliżała się trzecia rocznica śmierci Księdza Profesora. Napisałam tak:

Myśląca twarz Kościoła

Kilka minut po tym, jak prezenter wieczornego wydania Wiadomości przekazał informację o śmierci księdza profesora Józefa Tischnera, zadzwonił telefon. Odruchowo podniosłam słuchawkę. Usłyszałam w niej przejęty głos przyjaciółki: "Słyszałaś, co się stało? Od razu pomyślałam o tobie. Jest mi tak strasznie przykro. On był dla ciebie taki ważny..." Rzeczywiście był. Ale właściwie dlaczego? Dlaczego katolicki duchowny, myśliciel i publicysta miałby być ważny dla osoby, która zdecydowanie sytuowała siebie samą poza widzialnymi granicami Kościoła?

Dogmatyczna drzemka bezmyślnego antyklerykalizmu bywa przyjemna. Można okryć się miękkim i dziwnie przytulnym kocem niechęci, wyjrzeć spod niego co jakiś czas i z satysfakcją odnotować kolejny przypadek potwierdzający uprzednio przyjętą regułę: o, ksiądz antysemita; no proszę, temu proboszczowi bardziej zależy na pieniądzach niż na wiernych, a ten z kolei przekonuje zebranych na mszy o wzniosłości ubóstwa sam jeździ zaś mercedesem. Nieco perwersyjna ciekawość zaprowadziła mnie kiedyś na prowadzone w mojej szkole podstawowej lekcje religii. I jakaż satysfakcja! Niemiłosiernie bezmyślna katechetka wyrzuciła mnie za drzwi, gdy ośmieliłam się zakwestionować wygłoszony przez nią pogląd. Na domiar nieszczęścia przez cały czas opowiadała nam o aborcji. Jak gdyby katolicyzm od tego się właśnie zaczynał i na tym kończył. Tak, stanowczo można było drzemać dalej. Kościół to jakiś okropny anachronizm, wiara religijna to najwyraźniej i jedynie coś na kształt laski, na której podeprzeć mogą się ci, którzy o własnych siłach przez życie nie są w stanie przejść. Krótko mówiąc: nic ciekawego, chyba że dla patologa.

Spokój mojej drzemki zakłóciły najpierw "Notatniki" Anny Kamieńskiej, "Kościół, lewica, dialog" Adama Michnika kazał mi przetrzeć oczy. Ale prysznic, chłodny i pobudzający, przyszedł wraz z lekturą tekstów pewnego księdza z Łopusznej. Zobaczyłam człowieka, a wraz z nim inne oblicze Kościoła. Oblicze tak odmienne od zaciętej twarzy mojej szkolnej katechetki, głos tak różny od tego, który usłyszałam zabłądziwszy przypadkiem na jakieś kazanie: "Ludzie niewierzący psują się od środka", grzmiał proboszcz jednej z warszawskich parafii. "Nie można powiedzieć, by Pani nie miała wiary. Przecież Pani pyta. Jest to wiara, która szuka rozumienia. Na razie to wystarczy", napisał mi w liście ksiądz Tischner.

Wiara, która szuka rozumienia. Oczywiście, to nie Ksiądz Profesor wymyślił tę formułę. Potrafił jednak ludziom takim, jak ja, pokazać tradycję, w której powstała i udowodnić, również samym sobą, że nie jest ona martwa. Pytanie jest pobożnością myśli, mówił za Heideggerem i pisał o tych, którzy właśnie wielkością swojego myślenia byli pobożni. To oczywiste, że katolicyzm nie kończy się na aborcji, prezerwatywach i antykoncepcyjnych pigułkach. Jasne, że istota i działalność Kościoła nie sprowadza się do tropienia żydowsko-masońsko-liberalnych spisków. Chwilami jednak wcale niełatwo było owe oczywistości dostrzec. "Kościół schorowanej wyobraźni nie lubi rozumu", pisał Tischner. Ale to nie schorowana wyobraźnia stanowi Kościół.

Ksiądz Tischner obserwował, rozmyślał, analizował, krytykował, pisał, rozmawiał i wygłaszał, ale przede wszystkim – nieustannie wskazywał poza samego siebie. Najbardziej daje do myślenia to, że jeszcze nie myślimy, powtarzał (znowu Heidegger) i tym samym mówił: czytajcie wielkich myślicieli, patrzcie uważnie wokół, Bóg nie po to dał człowiekowi rozum, by ten go schował na dnie szafy.

"Ja mam osobisty kłopot: czy dobrze robię, gdy ukazując ludziom wspaniałe perspektywy chrześcijaństwa, pociągam ich do Kościoła, w którym spotykają ciasnotę myślową i grzech?" napisał mi jednym z listów. To właśnie robił, pokazywał chrześcijaństwo i katolicyzm nie zamknięte w kruchcie, rzeczywistość większą niż ten czy inny proboszcz wygłaszający pełne jadu kazania. Takim katolicyzmem można się było zachwycić. I choć jego Kościół nie stał się i najprawdopodobniej nigdy nie stanie się moim, nie mogę nie być księdzu Tischnerowi wdzięczna za to, że przed takimi jak ja otwierał do niego drzwi i mówił: "Przynajmniej zajrzyj. Być może zechcesz wejść i zostać".

Z jakichś powodów nie mogłam pojechać na pogrzeb Księdza Profesora. Pojechałam do Łopusznej później. Wybrałam się na całodzienną wyprawę. Z Warszawy do Krakowa, z Krakowa do Nowego Sącza, z Nowego Sącza do Łopusznej i z powrotem. To był dziwny dzień. Wypełniony muzyką i spokojem. Dopiero na cmentarzu, przed grobem, na którym leżały jeszcze wyschnięte kwiaty i wieńce pogrzebowe, zaczęłam płakać czując wewnątrz wielką pustkę.

Stałam tam myśląc między innymi o wykładach i seminariach Księdza Profesora, na które jeździłam do Krakowa. O jego książkach, o tekstach w Tygodniku Powszechnym, o tym, jak wiele dał mi i wielu osobom do mnie podobnym.

A potem poszłam na spacer, pod górę, najpierw drogą, a potem zwężającą się ścieżką. Szłam powoli stokiem góry, której nazwy nie znałam i wracał do mnie spokój. Spokój i radość. Pogoda była piękna, deszcz przestał padać niedawno i pozostawił wszystko świeżym, czystym i lśniącym. To był po prostu bardzo piękny dzień i może rzeczywiście w górach człowiek jest nieco bliżej Boga.

Ostatecznie znalazłam sobie inne miejsce, inną religijną tradycję, inną wiarę. Kościół Księdza Profesora nie stał się moim kościołem, ale nigdy nie przestanę mu być wdzięczna za to, że pokazał mi tego Kościoła myślącą twarz.

piątek, 30 stycznia 2009
Śladem Obamy

Ruszyłam więc śladami prezydenta Obamy. Wprawdzie on z Chicago do Białego Domu, a ja z Bloomigton do Arlington, to kierunek zasadniczo ten sam, a i dystans pomiędzy stanowiącym właściwie przedmieścia Waszyngtonu Arlington a samym centrum nie jest wielki. Mojej przeprowadzce towarzyszyły jednak i towarzyszą nadal atrakcje, które prezydenta z pewnością ominęły.

Atrakcję zasadniczą (i wątpliwą) stanowi brak mebli w moim nowym lokum. Rzecz wiąże się zaś przynajmniej częściowo z moim upośledzeniem polegającym na braku prawa jazdy. Gdybym potrafiła prowadzić samochód, wynajęłabym przyczepę bądź wręcz niewielką ciężarówkę, zasiadła za jej kierownicą i ruszyła w podróż na wschód z całym zgromadzonym dotychczas dobytkiem. Nie tylko zaznałabym doświadczeń rodem z filmów drogi, ale także miałabym w nowym mieszkaniu na czym usiąść. Ba, miałaby także przy czym usiąść.

Niestety, prawa jazdy nie mam. Podróżowałam więc samolotem z dwiema walizkami i gitarą na plecach. Pocztą kurierską podróżowało jedno pudło z dodatkowym wyposażeniem.

Nowe mieszkanie stanowi głównie puste pole do popisu. Popisy musiałam rozpocząć szybko - dotarłam popołudniem, a wieczorem dobrze było mieć na czym położyć się spać. Dywan, jakkolwiek czysty, nie wydawał się dostatecznie zachęcający. Przyjemnie by było także móc się napić herbaty, nie wspominając już o jakimś posiłku. Wszystko jednak puste. Żadnego garnka, żadnego czajnika, żadnego materaca...

Wtorkowe popołudnie oraz wieczór, a także 3/4 środy spędziłam więc łażąc po okolicy w poszukiwaniu różnych sklepów, nabywając dobra i nadwyrężając sobie mięśnie. Oczywiście, gdybym miała samochód albo choć to cholerne prawo jazdy, wszystko byłoby znacznie łatwiejsze i nie musiałabym się obawiać tego, że moje ramiona wyciągnięte noszeniem ciężarów zaczną niebawem sięgać moich kolan.

Bez dwóch zdań - zaczynanie życia na nowo w nowym miejscu jest zajęciem absorbującym, czasochłonnym, cholernie męczącym oraz względnie kosztownym.

Wielką pomoc, jak się okazuje, stanowi internet. Nie dlatego, że można za jego pośrednictwem kupić różne rzeczy z dowozem do domu, gdyż na to mnie aktualnie nie stać. Życie upraszczają jednak google maps. Co za genialny wynalazek! Nie mam niestety drukarki, żeby mapkę wziąć ze sobą, ale przynajmniej mogę dokładnie sprawdzić lokalizację różnych istotnych miejsc i zapisać ją sobie na kolejnej karteluszce z ważnymi informacjami. Wiem już zatem, gdzie pójść po zakupy spożywcze. Daleko, niestety, ale wiedziałam już wcześniej, że będę musiała na nowo przyzwyczajać się do regularnego korzystania a miejskiej komunikacji. Wiem także, przynajmniej mniej więcej, gdzie kupić sobie materac dmuchany, na którym prześpię parę nocy.

Drugie wspaniałe źródło informacji to Yellow Pages na stronie internetowej Washington Post. W wyszukiwarkę wrzucam Crystal City, VA (to część Arlington, w której mieszkam) oraz, na przykład, sklepy Goodwill, gdzie zamierzam nabyć to i owo za grosze. I bęc - już znam dokładny adres sklepu z mapką włącznie.

No dobrze, adresy znam, ale jak się tam dostać? Tu z kolei pomocą służy bardzo dobra strona www.commuterpage.com z informacjami na temat lokalnych i innych środków komunikacji, cenami biletów i rozkładami jazdy.

Gdyby tylko te autobusy jeździły częściej niż co pół godziny...

Dziś obudziłam się z optymistyczną myślą, że wreszcie będę miała stół. Jak się okazuje, za stara jestem na życie w kucki lub na kolanach. Wczoraj przywlokłam do domu dwa krzesła, dziś powinien przyjechać zamówiony w niedzielę stół. Oczyma duszy widzę już, jak zasiądę dziś wieczorem do szabatowej kolacji przy stole, który zastąpi mi stworzoną wczoraj tę oto konstrukcję:

Będzie pięknie. Będzie normalnie. Za jakiś czas.

Szabat szalom z Wirginii.

czwartek, 22 stycznia 2009
Na pobojowisku

Moje mieszkanie coraz bardziej przypomina pobojowisko. Trudno w tych warunkach zachować pozory normalności. Plączę się więc pomiędzy pudłami, upycham dobytek i narasta we mnie przygnębienie.

Nie cierpię się pakować. Nie znoszę wyjeżdżać.

Najwyraźniej niezbyt nadaję się do życia w amerykańskiej rzeczywistości, która cechuje się między innymi, jak wiadomo, wysoką mobilnością populacji. Ja stanowczo jestem średnio mobilna. Oczywiście, mogę się spakować, mogę wynająć mieszkanie w innym mieście, mogę się do tego mieszkania przenieść. Wszystko to męczące i uciążliwe, ale fizycznie wykonalne. Ba, jest w tym nawet coś, powiedziałabym, wyzwalającego - w świadomości, którą wielu tutaj ma, że zawsze można spakować manele, wrzucić wszystko do samochodu, pojechać na zachód, wschód, północ lub południe i w razie potrzeby zacząć życie na nowo.

Życia na nowo zaczynać nie zamierzam i obawiam się, że nie byłabym do tego zdolna.

Lubię mieć korzenie albo choćby korzonki zapuszczone w jeden punkt.

W odróżnieniu od większości moich znajomych studentów, którzy przeprowadzają się do nowych lokali praktycznie na początku każdego roku akademickiego, ja uparcie tkwiłam w tym samym mieszkaniu. Wysoce prawdopodobne, że mogłam znaleźć lepsze, ale nawet nie szukałam. Zamiast rozglądać się za nowym miejscem starałam się z tego, w którym byłam, uczynić swój dom. Powoli, krok po kroku wypełniałam przestrzeń nie tylko przedmiotami, ale także - a może przede wszystkim - myślami, uczuciami, wspomnieniami. Oswajałam swoje mieszkanie.

Podobnie oswajałam Bloomington, które z miesiąca na miesiąc coraz bardziej stawało się moim miastem. Dziś je za takie uważam. Powinnam zapewne żałować, że siedziałam cały czas na tyłku, zamiast przemierzać wielkie przestrzenie tego wielkiego kraju, ale jakoś nie żałuję. Wyżej od nomadycznego bytowania, które ponoć właściwe jest wszystkim ludziom żyjącym w postmodernistycznych czasach, cenię sobie psychiczne zakorzenienie i związane z nim - choćby złudne - poczucie bezpieczeństwa.

Co tu dużo gadać, dobrze jest się czuć swojsko w jakimś miejscu. Mieć swój sklep, ulubioną knajpkę, swojego fryzjera i panią na stacji benzynowej, której nie muszę nawet już mówić, jakie papierosy chcę kupić. Dobrze jest wiedzieć, gdzie najlepiej pójść na kawę, a gdzie dają przyzwoitą pizzę. Dobrze jest widywać codziennie te same drzewa i krzewy, obserwować je w różnych porach roku, patrzeć, jak się zmieniają i jakie ptaki tym razem postanowiły na nich zbudować swoje gniazda.

Będzie mi brakowało Bloomington.

Jak to możliwe, że ja w ogóle wyjechałam z Warszawy i z Polski? Ot, tajemnica.

wtorek, 20 stycznia 2009
Cuda są kłopotliwe

Dzisiejszy dzień - mroźny i słoneczny - wydaje mi się dobrym do tego, żeby pisać o cudach.

Dla wielu ludzi, szczególnie tych stłoczonych na waszyngtońskim National Mall - dzisiejszy dzień jest cudowny, ale oczywiście to jedynie metafora. Używamy jej często, bo na szczęście często różne rzeczy nas zachwycają (utrata zdolności do zachwytu to chyba dobry moment na popełnienie samobójstwa), ale pozostaje to metaforą z tego powodu, że owe rzeczy, wydarzenia czy zjawiska, mają bardzo dobrze znane przyczyny naturalne.

Cudowne może być narodzenie dziecka. Cudowny może być zachód słońca. Cudem może być człowiek, którego kocham. Cudem może być sama miłość. Nie wszystkie z tych drobnych i mniej drobnych cudów codzienności daje się wytłumaczyć w pełni poprzez odwołania do naukowych pryncypiów. Żadne z nich nie stanowią jednak naruszenia porządku naturalnego i z tego właśnie powodu nie są one cudami w sensie ścisłym.

Cudem jest przypadek naruszenia porządku natury i dlatego właśnie jest to cud. Cudem jest rozstąpienie się wód Morza Trzcinowego przed uciekającymi z Egiptu Izraelitami. Problem w tym jednak, że - jak słusznie zauważył David Hume - cud tak zdefiniowany (a inaczej zdefiniować się go nie da) nie może zaistnieć. Definicja cudu wyklucza jego zajście. Cud stanowi naruszenie porządku natury i jako taki nie może mieć miejsca.

Cuda są zatem kłopotliwe.

Majmonides miał problem z cudami. Judaizm bowiem - przynajmniej tak sądził Majmonides - nie może obejść się bez założenia, że cuda są możliwe i stwierdzenia, że miały miejsce w historii.

Najłatwiejszym wyjściem z sytuacji byłoby przyjęcie, że Bóg może zrobić wszystko i tyle. Jeśli chce, może zawiesić prawa natury, może spowodować, że wody morza się rozstąpią. Cóż to za problem dla Boga?

Dla Boga może żaden, ale dla nas, ludzi, dość poważny. Wiara w Boga często bowiem łączy się z dodatkową wiarą na temat boskiej natury - chcemy wierzyć, że Bóg jest racjonalny. Jeśli nie jest, w jaki sposób możemy Go zrozumieć? W jaki sposób możemy choćby próbować Go zrozumieć? Odcyfrować Jego plan wobec nas samych i świata? Bóg nie może w stopniu absolutnym wykraczać poza naszą zdolność rozumienia. Oczywiście religijni myśliciele śpieszą zapewnić, że Bóg zawsze poza nią wykracza - człowiek nigdy w pełni nie pojmie Boga. Coś jednak pojąć może. Innymi słowy - przynajmniej część boskiej natury musi być i jest inteligibilna. Inaczej z Bogiem nie sposób by było mieć żadnej relacji.

Majmonides bardziej niż wielu innych żydowskich myślicieli był przywiązany do idei, że wiara nie sprzeciwia się rozumowi. Wiara jednak, przyznawał równocześnie, obejmuje również wiarę w cuda. Co począć z tym fantem?

Odwołując się do Talmudu Majmonides sformułował teorię, którą bardzo lubię. Stwierdził mianowicie, że cuda wpisane są w porządek natury, ale w szczególny sposób. Zostały one mianowicie wpisane, by tak rzec, w samą osnowę istnienia podczas stwarzania świata. Świat został stworzony z czymś na kształt zapisu kilku wydarzeń przyszłych - owych cudów właśnie. Stworzenie było początkiem świata, początkiem praw rządzących światem i początkiem praw zakładających naruszenie porządku natury w przyszłości. Innymi słowy - wydarzenia cudowne wydarzają się zgodnie z prawami zapisanym w stworzeniu na samym jego początku.

Takim cudem było na przykład objawienie na Synaju.

Cuda Majmoniesa są więc cudami, a jednocześnie cudami nie są. Stanowią naruszenie porządku naturalnego, ale zarazem są w ten porządek wpisane.

Sprytny wybieg?

Lubię tę teorię, gdyż w takie cuda mogę - choć i tak z wielkim trudem - uwierzyć. Nie potrafię uwierzyć w cuda będące radykalnym naruszeniem porządku naturalnego, w cuda par excellence. Wprawdzie nigdy nie przekonały mnie słowa Hegla, zdaniem którego świat - jeśli tylko spojrzymy na niego rozumnie - okaże się rozumny i mam poważne wątpliwości co do rozumnego charakteru rzeczywistości, to jednak (być może jako dziecko swojej epoki) przekonana jestem o istnieniu pewnego porządku świata natury, który zasadniczo jest nienaruszalny. Hume miał rację.

Na szczęście jest jeszcze mnóstwo drobnych cudów, całkiem zwykłych i zupełnie niezwykłych zarazem. Jak mężczyzna, którego kocham. Jak migotliwe refleksy promieni słonecznych na falach jeziora. Jak słoneczny i mroźny dzisiejszy dzień.

PS: Pardes Lauder wydał polski przekład "Przewodnika błądzących" Majmonidesa. Zachęcam do lektury!

17:19, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Różowo mi

Nie cierpię koloru różowego i nic na to nie poradzę. Nie cierpię go podobnie jak szpinaku. Niechęć być może wrodzona, a z całą pewnością intensywna i zapewne nieuleczalna. Trudno i darmo. Szpinak kojarzy mi się wyłącznie z wielką, zieloną michą, z której pani w przedszkolu - odziana jak należy w białawy i mocno poplamiony również szpinakiem fartuch - nakładała nam bezlitośnie na talerze ogromne łyżki obmierzłej szpinakowej paciaji. Różowy zaś to wszystko, co słodziutkie, z falbankami, chichoczące, rzekomo - o zgrozo - kobiece, rozkosznie szczerzące równe, białe ząbki i mówiące o pieniążkach, a nigdy o pieniądzach. Stefcia Rudecka mogłaby być różowa.

Po tym pełnym wrogości wyznaniu przechodzę do sprawy znacznie przyjemniejszej i tłumaczącej obecność na moim blogu tej oto - rozkosznej - różowej kokardki.

Tak, Drodzy Czytelnicy, nagrodzono mnie nią oraz znamienitym i absolutnie wyjątkowym pod względem lingwistycznym tytułem "Uber Amazing Blog". Nagrodę otrzymałam ze znakomitych rąk Pawiana, więc wyczuwam ukrytą gdzieś pomiędzy zawijasami kokardki pokaźną dawkę ironii, która nieco przyćmiewa różowość i dodaje nagrodzie bardziej ludzkiego wymiaru.

Regulamin nagrody przyznawanej każdorazowo przez powołaną ad hoc kapitułę jednoosobową wymaga przekazania kokardki dalej - pięciu blogom, które kapituła uważa za godne tytułu i koloru różowego.

Kapituła w postaci mojej skromnej osoby znalazła się w kropce, bo wiele blogów uważa za Uber Amazing i wielu chciałaby przyznać nagrody (lista po lewej). Regulamin jest jednak regulaminem, dura lex sed lex, a zatem oto pięć:

1. Na początek blog anglojęzyczny pisany z Jerozolimy - South Jerusalem. Pisany wspólnie przez Gerszona Gorenberga i Chaima Watzmana, który cenię ogromnie za perspektywę na sprawy izraelskie oraz judaizm. Nie sądzę, by panowie włączyli się do zabawy, ale bardzo bym chciała, żeby ich blog czytany był przez jak największą ilość osób, więc korzystam z możliwości zareklamowania obu autorów.

Przechodząc na bliższe mi podwórko emigracyjne:

2. Nowojorskie gadanie Bigapple, która niestety zamilkła jakoś od Nowego Roku, a której długie i płynne narracje ogromnie lubię czytać przy porannej kawie.

3. Andsol z położonego nieopodal kontynentu, który swoimi wpisami przypomina mi jakoś tak z wdziękiem, nienachalnie i nieomal mimochodem, że na świecie jest mnóstwo fascynujących rzeczy i zjawisk, o których nie wiem nic albo bardzo niewiele.

Zbliżając się coraz bardziej do Wisły:

4. Oddychająca, bo oddycha, a nie wzdycha i choć wyniosła się już z emigranckiego podwórka, to nadal pozostaje mi bliska swoją refleksyjnością. (Jednej rzeczy tylko nie lubię na tym blogu - podziału wpisu na wstęp i resztę. Może za leniwa jestem, żeby tyle klikać?)

Last but not least zaś:

5. Pawian i to wcale nie z powodu prostej wzajemności, ale dlatego, że zapiski Pawiana (także gdy skrywał się pod postacią bardziej malkontencką i socjopatyczną) czytam od dawna, z nieustającym zainteresowaniem dziwiąc się, ileż to inteligencji może skrywać się w jednym umyśle.

niedziela, 18 stycznia 2009
Garść krzywdzących uogólnień, ale z serca

W Waszyngtonie zaczyna się już szaleństwo związane z nadchodzą inauguracją Obamy. Sama się nie wybieram, ale zamierzam obejrzeć inauguracyjne przemówienie nowego prezydenta. I mam nadzieję, że będzie dobre. Mam nadzieję, że będzie podobne do słynnego przemówienia "Yes, we can".

Włączyłam sobie właśnie świetny klip sprzed paru miesięcy i przypomniało mi się, jak znajomi deklarowali, że zagłosują na Obamę między innymi dlatego, że ten człowiek potrafi obudzić nadzieję.

Czy ktokolwiek powiedziałby coś podobnego o jakimkolwiek polskim polityku?

Pamiętam komentarze wielu polskich internautów na temat tego klipu i przemówienia. Że wielkosłowie, że puste, że naiwne, że o matko, kto może kupić takie podniosłe ględzenie... Robiło mi się wówczas po prostu niedobrze - niedobrze od zalewu goryczy i cynizmu obecnego w tych i wielu innych komentarzach. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby na polskiej scenie politycznej pojawił się odpowiednik Baracka Obamy, zostałby bezlitośnie wyśmiany.

Bo Polacy nie chcą słyszeć "yes, we can". Polacy chcą słyszeć, że nic nie możemy, że życie jest do niczego, że władza jest wrogiem, że odpowiedzialność za państwo ponosi każdy tylko nie ja, że wszyscy kradną, a jak nie kradną, to tylko dlatego, że nie mają okazji, ale gdyby ją mieli, to zaraz napchaliby sobie kieszenie, że politycy chcą wyłącznie dopchać się do żłobu, itd., itp.

Ja wiem, że to częściowo przez historyczne garby. Amerykanie nie mieli takich doświadczeń, jak Polacy. Można tu zaraz wyliczać wszystkie nieudane powstania, rzezie Pragi i innych miejsc, szwedzkie i rosyjskie potopy, rozbiory, wojnę, komunizm, faszyzm i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy. Polacy to naród z wielkim i ciężkim historycznym garbem. Ale przez ile jeszcze pokoleń będziemy się tym tłumaczyć?

Przez ile pokoleń jeszcze będziemy sobie powtarzać, że musimy być cyniczni i zgorzkniali, bo taką mieliśmy przeszłość, że ciągle nas ktoś deptał albo zdradzał?

A w mniejszej i nieco bliższej skórze skali - jak długo będziemy sobie wmawiać, że chamstwo, agresja i brak kompetencji pani w urzędniczym okienku bierze się z tego, że ona biedaczka tak mało zarabia? Że profesor na uczelni nie może poświęcać więcej czasu studentom, bo generalnie ma ciężkie życie?

Polacy tak strasznie sobą gardzą, tak bardzo sobie nieufają, tak bardzo siebie nie lubią. Czy to się kiedyś zmieni?

Mam nadzieję, że tak. Wierzę, że tak. Ale kiedy? A może już się zmienia, tylko ja jestem zbyt daleko, żeby to zobaczyć? Oby tak było.

Tak, ja wiem, że to krzywdzące uogólnienia, ale czy naprawdę nie ma w nich całkiem sporego ziarna prawdy, które uparcie siedzi w bucie i uwiera w piętę, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej obolała, coraz bardziej czerwona i nabrzmiała bólem?

W każdym razie dziś cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem - bo "in the unlike story that is America, there has never been anything false about hope"

wtorek, 13 stycznia 2009
Przeprowadzka cd. czyli absurdy dnia codziennego

W Ameryce nie da się żyć bez telefonu. Podanie własnego numeru jest koniecznością w najrozmaitszych i praktycznie niezliczonych przypadkach.

Przykład: numer telefonu jest mi potrzebny do zamówienia aktywacji łącza internetowego w moim nowym miejscu zamieszkania. Nie mogę podać obecnego, gdyż zostanie niebawem odłączony. Muszę zatem postarać się o nowy.

Po kilku latach oporu i uporu nabędę zatem komórkę.

Sprawa przypomniała mi o sytuacji uroczo absurdalnej, która miała miejsce tuż po moim przyjeździe do Bloomington kilka lat temu.

Zachciało mi się wówczas telefonu stacjonarnego. Dom był okablowany przez AT&T. Wybrałam się zatem na spacer w poszukiwaniu publicznego telefonu w jakiejś spokojnej okolicy pozwalającej na dłuższą rozmowę z kimś z AT&T.

Wszystko przebiegało po mojej myśli. Do momentu, w którym pani po drugiej stronie kabla poprosiła mnie... ni mniej ni więcej tylko o podanie mojego numeru telefonu.

Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam w słuchawkę śmiechem. "Przecież właśnie dzwonię po to, żebyście państwo mi aktywowali telefon i przyznali numer", odparłam.

Pani zamilkła. Mogłam niemal zobaczyć trybiki myśli powoli obracające się w jej głowie. W trybiki nagle wpadło jakieś ziarnko piasku, mechanizm zaczął chrząkać i chrychać, by po chwili zatrzymać się rzeżąc rozpaczliwie. "Pani nie ma telefonu?", dobiegło mnie ze słuchawki pytanie wypowiedziane dziwnie słabym głosem. "Ale my musimy mieć jakiś numer".

Podałam numer znajomej.

Bez telefonu ani rusz.

środa, 07 stycznia 2009
Przeprowadzka

Dziś, podobnie jak wczoraj, obudziłam się w okolicach niebywale wdzięcznej pory pt. 5 rano. Panujące za oknem cisza i spokój znajdowały się w rażącej sprzeczności ze stanem mojego umysłu, który w ostatnich dniach do złudzenia przypomina nieustającą kanonadę dział artyleryjskich. A to wcale nie z powodu wojny. Powody są znacznie bardziej przyziemne.

Dostałam jakiś czas temu bardzo prestiżowe stypendium naukowe, które miało mi umożliwić prowadzenie badań do doktoratu w znakomitej placówce badawczej znajdującej się w stolicy. Ogromnie się ucieszyłam na tę wiadomość. Stypendium nie tylko prestiżowe i umożliwiające różne rzeczy wzniosłe w rodzaju pracy naukowej, ale dodatkowo rozwiązywało palący problem: "za co do jasnej cholery i gdzie ja mam przeżyć następne miesiące?!"

Aktualnie wydaje mi sie jednak, że sprawa rozwiąże się sama. Nie dlatego, że wyjadę do Waszyngtonu, ale dlatego, że niebawem wyląduję w zamkniętej placówce, której troskliwi pracownicy ubiorą mnie w wygodną białą koszulę z bardzo długimi rękawami, które można zawiazać na plecach.

Krótko rzecz ujmując - szukam mieszkania. Wie o tym już Sporothrix, której zawracam czasem głowę jakimiś rozpaczliwymi emailami.

W Waszyngtonie byłam dotychczas dwa razy, ale na krótko i znam miasto w stopniu minimalnym. Teraz poznaję bliżej jego rynek mieszkaniowy i narasta we mnie szczera oraz niebywale intensywna nienawiść do tego tworu urbanistycznego nad brzegami Potomacu. Równocześnie z każdym dniem silniejsza staje się moja miłość do Bloomington i niechęć do opuszczenia tego jakże przyjemnego i niewielkiego akademickiego miasteczka.

Tutaj mieszkam w niewielkim tzw. one bedroom - sypialnia plus pokój dzienny z kuchnią - za przystępną cenę 480 dolarów miesięcznie. Koszt mediów łącznie z telewizją kablową (marną), telefonem i internetem zmienia się w zależności od pory roku, ale powiedzmy, generalnie jakieś dodatkowe 200 dolarów. Moje żebracze stypendium zaś to ok. $1,000 miesięcznie. I żyję. Mieszkam w przyjemnej, cichej okolicy, na pierwszym piętrze. Na uniwerek chodzę spacerkiem. Po zakupy podobnie.

Oferty waszyngtońskie są jak z innego świata. Oto, na przykład, ogromnie atrakcyjna kawalerka (tudzież studio) w pozbawionej okien piwnicy - zaledwie $1,500! Świetna lokalizacja - hektar do najbliższego przystanku metra. Niewielkie one bedroom, ale za to z paroma meblami - ok. $1,400. Czarująca okolica. Strzelają tam do ludzi, dwie znajome osoby stanowczo mi odradzają tę dzielnicę. Studio, a ściślej rzecz biorąc - klitka - w dla odmiany naprawdę dobrej dzielnicy, bez żadnych mebli - ledwie nieco ponad $2,000 plus wszystkie media. W sumie pewnie będzie ze $2,500 i to jest bardzo tania oferta. Ceny większych mieszkań w tym rejonie przekraczają znacznie nie tylko mój budżet, ale i moją wyobraźnię. Nie mogę płacić miesięcznie więcej niż ok. $1,800.

Znajomy w Bloomington wynajął właśnie niedawno dom - dwie sypialnie, studio, pokój dzienny. Umeblowane. Cena - $1,000 za miesiąc.

Codziennie spędzam parę godzin na przeglądaniu ogłoszeń i wysyłaniu emaili. Niestety poważny problem stanowi fakt, że ja do Waszyngtonu wybieram się na 8 miesięcy. Standardowo mieszkania wynajmuje się na rok. Jeśli chcesz na krócej, cena natychmiast skacze do góry. Jeśli chcesz mieć jakiś mebel - bęc, kolejne parę setek.

Obłęd. Kompletny obłęd. A ja się cieszyłam z tego stypendium. To klątwa jakaś, a nie powód do radości!

PS: Pisząc ten post znalazłam ciekawe ogłoszenie. Cena znośna, lokalizacja w porządku. Zaświeciła mi się w głowie żaróweczka, że może, wreszcie... Błyskawiczna odpowiedź - tak, mamy takie mieszkanie, jakiego Pani szuka, na taki okres, bla, bla, bla. No świetnie! Następny email: wymagamy, aby najemca zarabiał miesięcznie co najmniej trzykrotną wysokość czynszu oraz by miał historię co najmniej dwuletniego zatrudnienia. No tak. To by było na tyle. Szukamy dalej.

PPS (8 stycznia): Najwyraźniej moje przesilenie emocjonalne, które zaowocowało powyższą notką, zbiegło się w czasie z jakimś przesileniem w świecie zewnętrznym. Nie będę bezdomna w Waszyngtonie! Udało mi się znaleźć pozbawioną mebli kawalerkę za względnie przystępną kwotę $1,350 za miesiąc (plus media) oraz przejść procedurę weryfikacyjną. Zamieszkam zatem w Arlington, VA, niedaleko Pentagonu i słynnego cmentarza. O meble postanowiłam martwić się później. Chwilowo pozwalam sobie odetchnąć z ulgą.