Ponownie na Midweście
niedziela, 25 lutego 2007
Jestem "happy"

Nie, nie jestem szczęśliwa, ale właśnie "happy". Każdy znany mi słownik angielsko-polski słowo "happy" tłumaczy jako "szczęśliwy/szczęśliwa", ale jest to mylące. Drogi mojemu sercu Ludwig Wittgenstein słusznie zauważył, że aby poznać znaczenie słowa, trzeba śledzić sposoby jego użycia.

Śledziłam zatem sposoby użycia słowa "happy", a raczej - same rzucały mi się w oczy powodując narastające osłupienie.

"I'll be happy to do this", mówi sekretarka mojego szefa, gdy proszę ją o przekazanie mu jakichś papierzysk. "Sure, I was happy to", mówi znajoma, gdy dziękuję jej za pożyczenie mi książki.

Tę formę usłyszeć można najczęściej. Amerykanie są notoroczynie "happy", że mogą coś zrobić. Co więcej, "happiness" owa wiąże się z sytuacjami wręcz boleśnie trywialnymi. Pożyczenie książki czy długopisu, przekazanie dokumentów, podanie czegoś...

"Happy" są także spotykając innych ludzi. "I'm so happy to see you", mówi koleżanka studentka, której nazwiska nawet nie pamiętam i która prawie z pewnością nie pamięta mojego imienia. Ale doprawdy nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie trzeba wcale być szczęśliwym na czyjś widok, żeby radośnie oświadczyć, że jest się "happy to see her".

"Are you any happier?", spytał mnie znajomy, który widział, że ostatnio miałam parę złych dni. To pytanie zdumiało mnie ogromnie. Jak to "happier"? Czy coś wielkiego wydarzyło się w moim zyciu? Wychodzę za mąż? Zakochałam się z wzajemnością? Dostałam spadek?

Co zatem znaczy słowo "happy"? Właściwie nic. To znaczy - nic w porównaniu z tym, co ja rozumiem przez słowa "szczęście" i "szczęśliwy". Może to moje słowiańskie (lub północnoeuropejskie) ponuractwo, ale o szczęściu sądzę, po pierwsze, że jest stanem ducha i jako takie nie może być trwałe (to Voltaire; choć Francuz to też miał skłonności do ponuractwa). A po drugie - że tenże stan ducha osiąga się rzadko. Szczęście czy poczucia szczęścia jest dobrem rzadkim i dlatego tak cennym. Szczęśliwi jesteśmy, gdy w naszym życiu zdarza się coś wielkiego i wspaniałego, a nie wtedy, gdy otacza nas wyłącznie szara codzienność. Szczęście jest właśnie wyłomem w codzienności.

Amerykańskie użycie sugeruje zupełnie coś innego. Sugeruje mianowicie, iż szczęście jest czymś zupełnie zwyczajnym i codziennym. Happy jesteśmy nieustannie, z powodów błahych lub praktycznie bez powodu.

Takie podejście ma swoje niewątpliwe zalety, powiedzmy sobie szczerze. Moje podejście czyni ze szczęścia rzecz być może praktycznie nieosiągalną. Podejście amerykańskie - wyrażane na poziomie werbalnym - powoduje, że szczęście staje się normą, nie odległym ideałem.

Jest jednak jeden problem. Co mam powiedzieć, gdy naprawdę ogromnie cieszę się na czyjś widok, skoro spotkanie nie budzące we mnie specjalnych emocji pozytywnych okraszam "I'm happy to see you"? Jakiego słowa mam użyć, żeby wyrazić, że teraz właśnie czuję się szczęśliwa, skoro "happy" jestem dlatego, że autobus przyjechał na czas?

Jeśli słowa "happy" używamy w okolicznościach, w których ja posłużyłabym się słowem "w porządku", to czego mam użyć, gdy naprawdę chciałabym powiedzieć "happy"?

Słowa dewaluują się tak samo jak pieniądze.

Nauczycielka hebrajskiego powiedziała mi kiedyś: "I'll be happy to read your essay". Kurczę, pomyślałam, czy ta zaraza dotarła także do Izraela? Czy tam też wszyscy są ciągle "happy"? Nie dotarła, ale funkcjonując w "happy reality" Ajelet kracze, jak inne otaczające ją wrony.

Więc kraczemy razem: jestem "happy", "happy", "happy"...

piątek, 23 lutego 2007
Suplementy dietetyczne

Kilka dni temu zachciało mi się nabyć witaminę C w pastylkach w ramach wzmacniania systemu immunologicznego. Wybrałam się zatem do drugstoru znajdującego się w markecie, w którym najczęściej robię zakupy. Dotychczas nigdy nie poświęcałam szczególnej uwagi temu działowi, kupując w nim jedynie pastę do zębów. Nie wiedziałam, co tracę, doprawdy. Dział opatrzony wielką etykietą "dietary supplements" okazał się miejscem fantastycznych zupełnie odkryć.

Witamy. Wszelkie możliwe witaminy w pastylkach, pigułkach powlekanych i niepowlekanych, łatwe do przełknięcia i jeszcze łatwiejsze do przełknięcia. Witamina C, E, B i inne, a do tego wszelakie mieszanki. Martwią cię podstępne wolne rodniki? Nie ma problemu - nabądź mieszankę X i łykaj dziennie jedną pastylkę popijając szklanką wody. Najlepiej w czasie posiłku.

Potrzebujesz wapna, cynku albo magnezu? Sięgnij po słoiczek z "Universal Nutrition", który zawiera "w pełni zbilansowany zestaw wapna, magnezu, cynku oraz żelaza", a do tego jeszcze inne rzeczy, które wspomagają trawienie.

Połowy nazw na etykietkach nawet nie rozumiem. Mogę nabyć metaboliki i lipotropiki. Mieszanki protein, proteiny z jajek oraz soi. Aminokwasy i polipeptydy. Środki rozwalniające i konstypujące.

A może by sobie zbudować więcej masy mięśniowej? Pomoże w tym inny specyfik, który zawiera: "7-isopropoxyisoflavone, 5,7-dihydroxyflavone, 20-hydroxyecdysone, isoflavonol, and triboxybol".

Jeśli męczy cię stres - oto specyfik Y zawierający wyciąg z czegoś tam, co znajduje się w zielonej herbacie. Jeśli nie ufasz substancjom ziołopochodnym, znajdziesz także bardziej zaawansowaną chemię, która, na przykład, działają jako inhibitory monoaminy oksydazy A.

Kwas foliowy nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Na zestawy wspomagające trawienie i ułatwiania odchudzania nie zwracam w ogóle uwagi.

Tubki, buteleczki, słoiczki, torebeczki, saszetki, pastylki, pigułki. Po co jeszcze cokolwiek jeść, jeśli "dodatków do diety" jest taka obfitość, że z powodzeniem starczą za samą dietę?

Nabyłam skromnie całkiem zwykłą witaminę C, a wracając do domu doszłam do wniosku, że wreszcie wiem, dlaczego wszyscy mają tu tak bardzo mało czasu - przecież ciągle muszą łykać jakieś pastylki.

Zdrowia życzę.

wtorek, 20 lutego 2007
Ale czasem

...czasem życie Ci dokopie. Dokopią Ci ludzie, których uważałaś za bliskich, którym ufałaś.

I jak wtedy dziękować? I za co? Zwyczajem Pollyanny szukać dobrych stron i pocieszać się tym, że mogli dokopać bardziej?

Ja tak nie potrafię.

Wolę powiedzieć co innego.

Daj nam zasnąć, Haszem, nasz Boże, w pokoju. I daj nam wstać, nasz Królu, do życia. Rozpostrzyj nad nami namiot Twojego pokoju i udoskonalaj nas Swoją dobrą radą. Zbaw nas ze względu na Twoje Imię. Broń nas i usuń od nas wroga, zarazę i miecz, i głód, i rozpacz... Ukryj nas w cieniu Twoich skrzydeł... Strzeż naszego wyjścia i przyjścia, dla życia i dla pokoju, od teraz i na wieki...

Z modlitwy wieczornej na dzień powszedni

Dobranoc.

05:12, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 lutego 2007
Jehudi

Hebrajskie słowo "Jehudi", po polsku "Żyd", pochodzi od hebrajskiego czasownika "lehodot", dziękować. Dokładnym tłumaczeniem słowa "Jehudi" jest więc "ten, który dziękuje".

Rabin Icchak Rapoport

Jedną z większych przyjemności przy nauce hebrajskiego jest śledzenie pokrewieństwa wyrazów. Które słowo pochodzi od którego, które słowa wywodzą się ze wspólnego korzenia...

Lingwistyczna genealogia częstokroć rzuca światło na rzeczy i zjawiska, do których opisu posługujemy się danymi słowami.

Jak w przytoczonym powyżej przypadku, wskazanym przez rabina Wrocławia.

Judaizm jest religią wdzięczności i dziękczynienia - to wiedziałam już wcześniej. Teraz ta wiedza została dodatkowo oświetlona faktem lingwistycznym.

Język hebrajski skrywa w sobie jeszcze wiele sekretów. Z nieciepliwością czekam na ich odkrycie.

01:42, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
środa, 14 lutego 2007
Spełnione marzenie studenta

Kampus zamknięty. Bramy uniwersytetu zatrzaśnięte na cztery spusty. Marzenie każdego studenta.

Wielka fala śnieżnych zawiei i zamieci, która zasypała część wschodniego wybrzeża, postanowiła odwiedzić również Indianę. Wczoraj mieliśmy potop - wbrew biblijnej obietnicy, że więcej potopów nie będzie - następnie potop zamarzł i został zasypany śniegiem.

Krótko mówiąc - można wybić sobie wszystkie zęby wychodząc poza domowy próg. A kto ponosi odpowiedzialność za wybite zęby oraz połamane kończyny?

Właściciel gruntu, na którym doszło do kontuzji. Powinien był przecież rozpuścić lód oraz śnieg, choćby za pomocą chuchania, a przynajmniej postawić wielkiej znaki ostrzegawcze: "Ślisko! Zagrożenie dla życia i zdrowia!"

I w ten sposób studenci stają się beneficjentami powszechnej dostępności do usług prawnych w Stanach Zjednoczonych. Gdyby ktokolwiek z nas cokolwiek sobie złamał lub zwichnął z powodu oblodzenia na ścieżkach kampusu, uniwerstytet można byłoby pozwać do sądu.

Lepiej więc odwołać zajęcia. Tak, na wszelki wypadek...

wtorek, 13 lutego 2007
Orzeźwiające

Przed zamieszczeniem poprzedniego postu zajrzałam na blog Tierralatina zaciekawiona tytułem wpisu: "Michałkiewicz Żydem? Czy schizofrenia w USOPAŁ?". Rzecz dotyczy Jana Kobylańskiego, znanego i w Polsce polonusa żyjącego w Ameryce Południowej, zaprzyjaźnionego z Radyjem i oddanego wielce szczytnej misji - tropieniu żydowskich spisków w domu i zagrodzie.

Autor Tierrylatiny zwraca uwagę na działający w ramach bloxu blog organizacji Kobylańskiego. Jego treść jest zaiste godna uwagi.

Czy to nie podpada pod jakiś paragraf?

Już mi się chciało spać. A tu takie orzeźwienie.

Odwiedzić Izrael

Nigdy w życiu nie byłam w Izraelu. Mój rabin uważa, że każdy konwertyta powinien tam pojechać, żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda żydowskie państwo.

Sama mam chyba inną motywację. Nie wiążę pragnienia odwiedzenia Izraela bezpośrednio z procesem konwersji, choć z pewnością jakoś się to z sobą wszystko splata. Izrael, to, co o nim myślę, to, co czuję do niego, wiąże się z przemianą, która dokonuje się we mnie i w moim życiu.

Słowo "przemiana" przywodzi mi na myśl od razu Kafkę, nie do końca wiem dlaczego. Skojarzenie jest zresztą do niczego, podobnie jak samo słowo. Bo to nie jest żadna przemiana. To raczej proces podobny do, dajmy na to, znanego chyba wszystkim ze szkolnego doświadczenia osadzania się kryształków soli na nitce zanurzonej w słoiczku z mocno posoloną wodą.

Coś wyparowuje, coś się wytrąca, coś się gromadzi, coś się krystalizuje.

Powiedziałabym, że to coś, to żydowska tożsamość, gdybym tylko wiedziała, czym żydowska tożsamość jest.

Na pewno jakoś wiąże się ona z Izraelem. I z tym pragnieniem zobaczenia go, bycia w tym kraju.

Czym jest dla mnie Izrael dzisiaj? W sumie nie mam pojęcia. Nie znam tego kraju. Śledzę wiadomości z niego na bieżąco, z równą uwagą, jak te z Polski, a czasem jeszcze pilniej. Naczytałam się mnóstwo książek wszelakich - od historyczne po poezje. Oglądałam tony zdjęć. Znam trochę izraelskie kino i staram się ciągle oglądać nowe filmy. Uczę się języka, poznając jego dziwną chwilami logikę i widząc, że myślę w nim inaczej niż po angielsku czy po polsku. Rozmawiam z Izraelczykami, zaprzyjaźniam się z nimi.

I wiem, że ten kraj pozostaje dla mnie nadal kompletną tajemnicą. Co więcej, podejrzewam, że nawet gdy w końcu do niego pojadę, tajemnica pozostanie.

Nie ma w tym nic dziwnego i nie ma to żadnego związku z faktem, że akurat o Izrael chodzi. Z każdym innym krajem byłoby podobnie. Trzeba lat, żeby poznać miejsce, w którym się mieszka, kulturę, w której się funkcjonuje. A co dopiero, gdy wiedzę czerpać możemy jedynie pośrednio?

Zadziwiające jest tylko to, że miejsce, w którym nigdy nie postawiłam choćby małego palca u nogi, może być dla mnie tak ważne. To trochę tak, jak kochać człowieka znanego tylko ze zdjęć i opowieści.

Ktoś jednak zauważył kiedyś słusznie (niewykluczone, że był to Jerzy Andrzejewski, ale kompletnie nie pamiętam, gdzie; może w "Bramach raju"?), że nie sposób kochać człowieka, który jest dla nas wyłącznie tajemnicą i tak samo nie sposób kochać człowieka, w którym nie ma ani odrobiny tajemnicy.

Może tak samo jest i z krajami.

A refleksja ta naszła mnie po lekturze kolejnej książki o Izraelu i Izraelczykach: Valerie Zenatti, "Żołnierka", Świat Książki, 2005. Polecam.

04:07, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 lutego 2007
W telewizji pokazali

W oparach gorących herbatek, pomiędzy stosami zasmarkanych chustek do nosa oraz pastylek wypełnionych jakimś cudotwórczym żelem, który ma mnie postawić na nogi, siedzę i rozmyślam nad dzisiejszym wydarzeniem.

Uczestniczyło w nim wielu moich przyjaciół i znajomych. Widziałam już parę fotografii. Uśmiechnięte, radosne twarze, pomimo mrozu. Jakaś nadzieja w spojrzeniach? Tańce, śpiewy.

Nawet w telewizji pokazali, donieśli mi znajomi z Polski.

Myślę oczywiście o niedzielnym otwarciu synagogi w gmachu dawnej Jesziwas Chachmej. Podobno to moment "wyjątkowy" i "bez precedensu". Czy rzeczywiście? Czy rzeczywiście coś wielkiego się wydarzyło?

Co zmieni otworzenie tej synagogi? Może w Lublinie przywróci choć odrobinę pamięci o rabinie Majerze Szapiro i o uczniach jesziwy, którą tak bardzo kochał. Zapewni bardzo nielicznym żyjącym w Lublinie Żydom stałe miejsce modlitw. Ucieszą się z niego z pewnością również dość liczni w Lublinie żydowscy turyści spoza Polski.

Podobno w gmachu ma powstać miejsce spotkań Żydów i nie-Żydów. Bardzo ładnie. Tylko po co? Przecież w tym dialogu spotykają się ciągle te same osoby. Co więcej w Lublinie takie miejsce już jest. W ośrodku Brama Grodzka - Teatr NN dzieje się wiele dobrych rzeczy w tym zakresie.

Otworzenie synagogi w Lublinie - choć samo w sobie jest wydarzeniem radosnym - dźwięczy mi żalem i smutną ironią. Bo nie ma i nie będzie lubelskich minjanów, które w jej murach mogłyby się codziennie modlić. Bo nie ma i nie będzie w gmachu przy Lubartowskiej dziesiątek młodych ludzi studiujących Torę.

Gmach Jesziwy Chachmej, nawet pięknie odnowiony, nawet z czynną synagogą wewnątrz, stanowi jedynie smutne wspomnienie po sobie samym. Nigdy nie będzie już w Polsce tego, czego ta jesziwa była symbolem i kwintesencją. Tamten świat zniknął bezpowrotnie.

Dla ciekawych - do poczytania o Jesziwie i jej Twórcy: Majer Szapiro i Jesziwas Chachmej

A ja wracam do chorowania.

00:17, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 lutego 2007
Niespodziewane skutki zimy

Jednak zima

Zima postanowiła odwiedzić Indianę. Już zaczęłam podejrzewać, że w tym roku nas ominie.


Zima na kampusie

W Indianie zasadniczo nie ma klimatu, moim zdaniem. Nie ma klimatu czyli nie ma pewnych stałych, mniej czy bardziej przewidywalnych regularności w zakresie zjawisk atmosferycznych. Z małymi wyjątkami: wiadomo, że będą tornada, wiadomo, że lato będzie kompletnie nie do wytrzymania z powodu upałów i wilgotności. Poza tym jednak możliwe jest prawie wszystko. Wiosna, jesień i zima, na przykład, w jednym tygodniu naprawdę nie powinna nikogo tutaj zaskakiwać. Nie ma klimatu, jest wyłącznie pogoda.

Jakkolwiek jazda na rowerach jest aktualnie mocno utrudniona...

...to muszę przyznać, że służby miejskie oraz kampusowe sprawiają się znakomicie. Wszędzie da się przejść. Gorzej nieco poza centrum, gdzie za odśnieżanie odpowiedzialni są właściciele posesji, w większości prywatnych domów.

Żadnej wojennej retoryki, którą tak kocham w polskich mediach: "Nagły atak zimy", "Zima zaatakowała" itp. Językowe wygibasy w polskich mediach w chwili, gdy pojawiają się pierwsze poważne oznaki zimy, przywodzi mi na myśl nieodmiennie taktyczne operacje wojenne prowadzone przez wielkich strategów. Coś w rodzaju bitwy pod Kurskiem albo Al Alamein tyle że zamiast czołgów mamy pługi śnieżne i łopaty, a zamiast Monty'ego i Rommla - groźną porę roku i szefa służb oczyszczania.

A tu: nic. Cisza i spokój. Pługi śnieżne gotowe do pracy. Aż dziwne. I nikt nie wypowiada rytualnej formuły: "zima nas zaskoczyła".

 
1 , 2