Ponownie na Midweście
piątek, 29 lutego 2008
Mały posmak jesziwy

Serwis Forum Żydów Polskich ma prawdziwą gratkę dla zainteresowanych judaizmem internautów. Można na nim teraz posłuchać wykładów rabina Wrocławia i Śląska, Icchaka Rapoporta, na temat Miszny.

Miszna to jeden z podstawowych tekstów rabinicznych, który został zredagowany przez rabina Judę ha-Nasiego ok. 200 r.n.e. Zawiera tekst dysput i rozważań rabinów zwanych tanaitami. Miszna jest także częścią Talmudu - Miszna wraz z Gemarą stanowią właśnie Talmud.

Miszna podzielona jest na sześć porządków (sedarim, l.p. seder), które z kolei zawierają od 7 do 12 traktatów (mesachot, l.p. mesachet). Każdy traktat podzielony jest na rozdziały (perakim, l.p. perek), a rozdział na wersy albo paragrafy (misznajot, l.p. miszna).

Rabin Rapoport zaczyna swoje wykłady tak jak powinno się je zacząć, czyli od początku: od Seder Zeraim, Mesachet Berachot. Na razie są dwa wykłady o misznajot 1-5.

Dość wprowadzenia. Teraz słuchajcie!

Szabat szalom.

00:40, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Cadillac i puszka po Coli

W moim świecie ludzie nie jeżdżą Cadillacami. Raczej rowerami. Może przesadzam. Tutaj większość studentów jednak samochody ma i to czasem naprawdę bardzo dobre. Nie ma to jak bogaci rodzice... Ale to nie jest mój świat. Mój świat utrzymuje się za mniej niż półtora tysiąca dolarów miesięcznie, woli spacery, lubi rowery i ma słabość do komunikacji miejskiej. Cadillaca ma pewna para moich znajomych, jechałam nim parę razy i jakoś nie mogłam pozbyć się poczucia, że jestem zupełnie nie na swoim miejscu.

Ta reklama, choć pochodzi z zupełnie nie mojego świata, to jednak mnie zachwyca:

Nie mam pomysłu na to, jak przetłumaczyć na polski to ostatnie zdanie: "The real question is: when you turn your car on does it return the favor?" Nie wiem, kto to wymyślił, ale mam szczerą nadzieję, że dostał wielkie wynagrodzenie za to jedno jedyne zdanie, które jest zupełnie genialne.

Zabawne skądinąd, że ta reklama zawsze powoduje pojawienie się dziwnych, zakurzonych obrazów w moim prywatnym kinie introspekcji. Widzę drewniane pudło, w którym przechowywałam puste paczki po zagranicznych papierosach. Wcześniej zbierał je brat, później chyba mu to jakoś podebrałam i zawłaszczyłam znaleziska. Pudełka po Camelach, po Marlboro, dwa czy trzy rodzaje, niebieskie Galoisy, czerwone Dunhille... Skarby pobłyskujące luksusem, innym, bardziej kolorowym światem. Widzę też stojące na szafie puszki po napojach - po rozmaitych piwach, po Coca-Coli, po Pepsi, Mirandzie. Kolekcjonowało się je starannie, wymieniało z kolegami i koleżankami, gdy trafił się jakiś dublet.

Gdyby tak się nad tym zastanowić, to to było straszne. Straszne i żałosne. Zbieranie śmieci, którym powinno poświęcać się uwagę jedynie w kontekście odzyskiwania tworzyw sztucznych, a nie dekoracji wnętrz.

Nie miało to nic wspólnego z puszką po zupie Campbell Warhola. Miało to wszystko wspólne zaś z szarością i biedą, ze światem, w którym czymś wyjątkowo cudownym była jakaś wizyta za zachodnią granicą i przywieziony, wyświechtany egzemplarz "Brawo" w niezrozumiałym języku. W takim "Brawo" były kolorowe zdjęcia na przyzwoitym papierze. Czasem jakiś fajny plakat się trafił. To była gratka!

Zastanawiam się, czy którykolwiek z moich tutejszych znajomych byłby w stanie pojąć choć w małym stopniu to, jak wspaniałym znaleziskiem dla dziecka mogła być pusta puszka po Coca-Coli. Albo ile radości sprawiły mi pierwsze w życiu klocki Lego - nabyte za własne, ciężko zarobione pieniądze, które zostały zamienione najpierw na bony do Pewexu, a potem na pudełko klocków, z których można było zbudować kosmiczny statek. Nie, nie kupiłam ich sama. Nie byłoby mnie stać. Pracowaliśmy razem z bratem i razem je kupiliśmy. Nie chodziło już o to, by się tymi klockami bawić, trochę byliśmy na to za starzy. Chodziło o sam fakt posiadania ich. O to, żeby móc we własnych rękach trzymać tak bardzo namacalny przedmiot wieloletnich marzeń.

Moja mała bratanica nie będzie marzyła o pustej puszce po Coca-Coli. Kto wie? Może kiedyś zasiądzie za kierownicą Cadillaca?

piątek, 22 lutego 2008
Chesed

To zastanawiające, jak często można usłyszeć, że żydowski Bóg jest okrutny, mściwy, groźny, wręcz niebezpieczny. Oczywiście, nie da się zaprzeczyć temu, że są w Biblii Hebrajskiej takie fragmenty, które dla naszej współczesnej wrażliwości mogą być - a nawet powinny być - szokujące albo przynajmniej mocno zastanawiające.

Natknęłam się niedawno na fragment, który dobitnie pokazuje, że Żydzi Boga Tory postrzegali i postrzegają inaczej:

R. Simlai wyjaśniał: Tora zaczyna się aktem chesed i kończy się aktem chesed, jak czytamy: "A Bóg zrobił dla człowieka i jego żony ubrania ze skóry i ubrał ich" [Bereszit/Genesis 3:21]. Kończy się aktem chesed, jak czytamy: "[Bóg] pochował go [Moszego] w kotlinie" [Dewarim/Powtórzonego Prawa 34:6].

Sota 14b

Pierwsi ludzie zostali ukarani i wygnani z Gan Eden. Zanim opuścili jednak to miejsce, Bóg własnymi rękoma sporządził dla nich ubrania i sam ich odział. Mosze nie mógł wejść do Ziemi Obiecanej z boskiego wyroku, mógł ją jedynie zobaczyć i zmarł "na słowo Boga" [Dewarim 34:5]. I Bóg sam przygotował mu grób, sam go pochował.

W Talmudzie te czyny nazwane są aktami chesed. Ciężko to pojęcie przetłumaczyć na polski, a jest ono w judaizmie fundamentalne. Można jego znaczenie uchwycić zastanawiając się nad tymi dwoma aktami Boga - ubraniem kogoś, kto był nagi oraz pochowaniem zwłok. To proste czynności. Podobnie jak nakarmienie głodnego. Proste odpowiedzi stanowiące bezpośrednią odpowiedź na potrzebę stojącej obok nas osoby.

Kiedy widzimy kogoś, kto trzęsie się z zimna, nie musimy mu mówić, że powinien był się cieplej ubrać albo że jutro się ociepli. Taki człowiek nie potrzebuje ani dobrej rady ani prognozy pogody. On potrzebuje ciepłego ubrania. Jeśli jest głodny - ciepłego posiłku.

Przypadek pogrzebania Moszego przez Boga jest szczególny. Ciała zmarłych otaczamy szczególnym szacunkiem i są one szczególnie bezbronne. Zmarli nie mogą się bronić przed żywymi i dlatego potrzebują ich opieki. Ciało nie musi być najważniejszym aspektem człowieczeństwa, ale jest w jakimś sensie - jak cały człowiek - obrazem Boga.

Znajomy zaproponował, by chesed przetłumaczyć na polski jako "łaskę dobroci". Bardzo mi się spodobał ten odpowiednik. Słowo chesed spokrewnione jest znaczeniowo ze słowem łaska wskazując na to, że chesed łączy się z bezinteresownością. Bóg nie pochował ciała Moszego, bo spodziewał się jakiegoś wynagrodzenia. Nie oczekiwał od Adama i Ewy zapłaty za ubranie, które dla nich przygotował i które im dał. Akty chesed takie właśnie mają być - to akty bezinteresownej dobroci, która niczego nie domaga się w zamian.

Podczas porannego nabożeństwa szabatowego śpiewamy pieśń El Adon (Bóg, Pan), a w niej takie słowa:

chesed werachamim lifnei chewodo - dobro i miłosierdzie są przed Jego chwałą

Szabat szalom.

02:50, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Jael Naim

Słyszałam tę piosenkę w radiu wielokrotnie, ale nie miałam pojęcia, kto ją śpiewa. Teraz już wiem - to Jael Naim. Jael urodziła się w Paryżu, większość życia mieszkała w Ramat Hacharon, niewielkim mieście nieopodal Tel Awiwu. Jej rodzice przyjechali do Francji z Tunezji, a z Francji do Izraela kiedy Jael miała 4 lata.

W domu były organy, które nie dawały jej spokoju, a ona nie dawała spokoju im. W rezultacie znalazła się w muzycznym konserwatorium, gdzie przez dziesięc lat uczyła się grać na fortepianie. Była pod wielkim wrażeniem filmu "Amadeusz", koniecznie chciała komponować wielkie symfonie. Jej ojciec w domu puszczał Beatelsów i Jael porzuciła swoje ambicje w zakresie muzyki klasycznej i zaczęła komponować innego rodzaju utwory. Potem usłyszała Arethę Franklin i stwierdziła, że głos to też ważna rzecz. Szczęśliwie okazało się, że sama też może śpiewać.

W Izraelu zaczęła poznawać lokalną scenę muzyczną i muzyków. I tak to się zaczęło...

Dziś piosenka "New Soul" przebiła się do pierwszej dziesiątki amerykańskich list przebojów. Billboard nazwał ją "hot shotem", a piosenka to najwyżej notowany debiut w historii czasopisma. A miesiąc temu jeszcze nikt o Jael Naim w Stanach nie słyszał...

W marcu w Stanach ma się ukazać jej płyta. W październiku została opublikowana we Francji. Całość można już kupić na iTune.

Z uwagi na moją słabość do hebrajskiego, oto piosenka po hebrajsku (ale o Paryżu) z tegoż albumu:

17:04, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (9) »
niedziela, 17 lutego 2008
Martha Nussbaum

Mieszkanie w pobliżu dość dynamicznego uniwersytetu ma wiele zalet, z których jedną jest ta, że czasem można zobaczyć i posłuchać naprawdę ciekawych - bywa i że wybitnych - ludzi. W ubiegłym tygodniu taka osoba właśnie gościła w Bloomington: Martha C. Nussbaum.

Nussbaum to kobieta z mojego koszmaru - nie dość, że bardzo atrakcyjna i kobieca, to jeszcze niebywale inteligentna. Na domiar nieszczęścia pisze nie tylko dużo, ale i świetnie. Mam nadzieję, że we własnym pisaniu zbliżam się choć trochę do tego poziomu jasności wywodu i argumentacji, jaki prezentuje w swoich książkach i tekstach Nussbaum. Jest także konwertytką, przeszła kiedyś na judaizm, odchodząc w ten sposób nieco od tradycji rodzinnych - Nussbaum pochodzi z rodziny, której purytańscy przodkowie przybyli do Ameryki na Mayflower.

Trochę dziwne, ale w Polsce Nussbaum jest, o ile udało mi się zorientować, mało znana. A szkoda. Byłoby dobrze, moim zdaniem, gdyby przynajmniej jeden aspekt jej myśli jakoś przedarł się do polskiej świadomości.

Ten aspekt to stworzona przez Nussbaum teoria dotycząca praw jednostki, znana pod nazwą "capabilities approach". Widziałam polską wersję tej nazwy - "perspektywa zdolności", ale nie wydaje mi się to najlepszym przekładem. Sama zastąpiłabym słowo "zdolności" słowem "możliwości", może "potencjał" byłby jeszcze lepszy. Słowo "capability" jest niestety dość wieloznaczne.

Punkt wyjścia capabilities approach jest - przynajmniej z pozoru - bardzo prosty:

Istoty ludzkie mają godność, która zasługuje na szacunek ze strony prawa i instytucji społecznych. Ta idea ma wiele źródeł w różnych tradycjach. Dziś leży u podstaw nowoczesnej myśli i praktyki demokratyczno-liberalnej. Pojęcie ludzkiej godności zwykle połączone jest z ideą równej wartości: bogaci i biedni, mieszkańcy miast i mieszkańcy wsi, kobiety i mężczyźni - wszyscy w równy sposób zasługują na szacunek z tego powodu, że są ludźmi, a szacunek ten nie może być ograniczany z powodu cech przypadających poszczególnym osobom z powodu kaprysów losu. Często idea ta łączy się także z ideą wolności: szanować równą ludzką wartość to między innymi promować możliwość, by każdy mógł kształtować swoje życie w zgodzie z tym, co jego zdaniem jest najgłębsze i najważniejsze

[Sex and Social Justice, s. 5]

Ten punkt wyjścia - założenie równej godności i wartości każdego człowieka - wydaje się dość oczywisty i mało kontrowersyjny. Jego filozoficzną podstawę w przypadku Nussbaum stanowią Arystoteles, stoicy, Kant oraz Mill. Jest on jednakże dość ogólny, szczególnie jeśli zaczniemy próbować przekładać prawo do kształtowania własnego życia wedle własnej woli na bardziej konkretne przypadki i na bardziej konkretne rozwiązania prawne i etyczne.

Pytanie zasadnicze brzmi, rzecz jasna: jakie prawa w związku z ową godnością i wartością każdy z nas powinien mieć? Do czego powinien być uprawniony? Jak kształtują się granice naszych uprawnień i w zależności od czego kształtują się one tak, a nie inaczej? Każdy z nas chciałby różnych rzeczy - czy do wszystkich mamy prawo?

Lista pytań jest długa, ale najpierw należałoby odpowiedzieć na pytanie o to, które z owych capabilities (ludzkich zdolności i możliwości zarazem) są najważniejsze, które z nich czynią ludzkie życie ludzkim życiem właśnie.

Nussbaum taką listę przedstawiła. Amartja Sen, indyjski ekonomista i laureat Nagrody Nobla (po polsku wyszła jego książka "Wolność i rozwój"), z którym Nussbaum przez wiele lat współpracowała, woli się powstrzymać od jej sformułowania. Łatwo to zrozumieć, gdyż stworzenie takiej listy nie jest proste.

Nussbaum zaczyna jej konstruowanie od następującego pytania:

Lista podstawowych ludzkich zdolności (capabilities) powstaje w wyniku postawienia pytania, które od początku jest ocenne: jakie czynności charakterystyczne dla ludzi są tak istotne, że wydają się określać życie jako prawdziwie ludzkie?

[esej "Women and Cultural Universals"]

Odpowiedź nie może być czerpana z jakiejś ogólnej wizji "natury ludzkiej". Powinna wziąć się raczej z analizy, która bierze pod uwagę dane empiryczne i pochodzące z różnych kultur.

Ostatecznie Nussbaum przedstawia listę dziesięciu podstawowych ludzkich zdolności/możliwości:

1. Życie. Sama możliwość życia, do momentu naturalnej śmierci, która nie byłaby przedwczesna oraz życia takiego, które nie jest zredukowane do takiego poziomu, w którym przestaje być życia warte.

2. Zdrowie fizyczne i integralność cielesna: zdrowie, w tym zdrowie reprodukcyjne, adekwatne wyżywienie oraz schronienie.

3. Integralność cielesna rozumiana tutaj jako zdolność/możliwość do wolnego przemieszczania się, zabezpieczenia się przed przemocą (również seksualną), możliwość satysfakcji seksualnej oraz wybór w kwestiach reprodukcyjnych.

4. Zmysły, wyobraźnia, myśl: w tym punkcie chodzi o zdolność korzystania ze zmysłów, możliwość korzystania z wyobraźni oraz myślenia w sposób nie tylko najprostszy, ale taki, który wiąże się z wykształceniem (m.in. zdolność czytania, pisania, liczenia); zdolność/możliwość wolnej ekspresji artystycznej, politycznej, religijnej.

5. Emocje: zdolność/możliwość do odczuwania przywiązania wobec rzeczy i innych ludzi, zdolność do miłości i żalu, żałoby etc., taka, która nie byłaby ograniczana np. strachem. (Wspieranie tej zdolności/możliwości obejmuje wspieranie instytucji, dzięki którym może się ona rozwijać i funkcjonować.)

6. Rozum praktyczny: zdolność/możliwość do formułowania koncepcji dobra oraz do krytycznej refeksji związanej z planowaniem własnego życia (tu wchodzi także wolność sumienia).

7. Stowarzyszanie się: zdolność do życia dla innych i w relacjach z innymi, do okazywania szacunku i zatroskania o innych, do empatii i współczucia, do przyjaźni (to wszystko obejmuje istnienie instytucji, które umożliwiają takie formy związków z innymi, a także ochronę wolności słowa i zgromadzeń) oraz posiadanie społecznej podstawy dla szacunku dla samego siebie i życia bez poniżenia.

8. Inne gatunki: zdolność/możliwość do wpółżycia ze zwierzętami, roślinami, światem natury oraz troska o nie.

9. Zabawa: możliwość/zdolność do śmiechu, zabawy, czerpania przyjemności z czynności relaksujących

10. Kontrola nad własnym otoczeniem: polityczna obejmująca zdolność/możliwość do skutecznego uczestniczenia w wyborach politycznych, które kształtują nasze otoczenie oraz materialna - możliwość posiadania własności, poszukiwania zatrudnienia, ochrony przed nieuzasadnioną konfiskatą dóbr oraz przeszukaniem. W pracy - możliwość pracy, w której możemy wykorzystywać nasz rozum praktyczny oraz wchodzić ze współpracownikami w relacje oparte na wzajemnym uznaniu i szacunku.

Wedle Nussbaum jeśli w naszym życiu brakuje którejkolwiek z tych osobnych zdolności/możliwości, to przestaje być ono dobrym ludzkim życiem. Takie życie wymaga zapewnienia realizacji ich wszystkich.

Oczywiście lista nie jest zamknięta i nadal pozostaje dość ogólna, po to, by można ją było ewentualnie uszczegółowić i dalej rozważać. W tej formie jednak stanowi, zdaniem Nussbaum, rozsądną wskazówkę dla ludzi, którzy mając w rękach polityczną i ekonomiczną władzę, zajmują się kształtowaniem naszej rzeczywistości:

Podstawowa teza, jaką pragnę przedstawić - zgadzając się z Amartyą Senem - jest następująca: głównym celem publicznego planowania powinny być możliwości [capabilities] obywateli do wykonywania różnych istotnych funkcji. Oceniając jakość życia w danym kraju, która to ocena jest oczywiście zasadniczą częścią oceny porządku politycznego, powinniśmy pytać: w jakim stopniu obywatele mogą wykonywać podstawowe czynności ludzkie? Czy ich życie jest jedynie utrzymywaniem się przy życiu czy dobrym życiem? Twierdzę, zgadzając się z Rawlsem, że polityka powinna skupiać się na tym, by jak najwięcej osób było w stanie realizować możliwości wskazane na powyższej liście.

[esej "Women and Cultural Universals"]

Kiedy siedziałam słuchając wykładu Nussbaum na temat capabilities approach nie mogłam uniknąć myśli natępującej: jak dobrze by było, gdyby politycy w Polsce zapoznali się z tą teorią i potraktowali ją na poważnie. Żeby zaczęli w taki sposób myśleć o polityce.

Kolejne marzenie ściętej głowy...

środa, 13 lutego 2008
Tańce na lodzie

Nie tak dawno komplementowałam tutaj nasze służby miejskie w związku z poziomem zabezpieczeń dróg i chodników w przypadku opadów śniegu. Wczoraj jednak nas zawiedli...

Od poniedziałkowej nocy wszędzie narastała warstwa lodu. Lód pokrył każdy centymetr kwadratowy każdej powierzchni, łącznie z pniami i gałęziami drzew. Sceneria wyglądała pięknie, choć trudno było ją podziwiać, bo kąsający wicher odrywał ludziom fragmenty zamarzniętych na kamień twarzy.

Warto było jednak przejść się na spacer, a to głównie z powodu niesamowitych tańców na lodzie, które uprawiali wszyscy na ulicach. Samochody przejeżdżały na czerwonym świetle przez skrzyżowania i posuwały się statecznie do przodu niezależnie od naciskania hamulców. Twarze niektórych kierowców przedstawiały czasem zadziwiające grymasy.

A przechodnie! Co za gibkość ciał! Jakaż niespotykana i nieprzewidziana dynamika ruchów! Ileż wdzięku w tych nagłych i gwałtownych wygibasach! Wyglądało to niczym lokalne mistrzostwa w tańcach na lodzie dla szaleńców. Brakowało wprawdzie podkładu muzycznego, ale temu mogłam zaradzić puszczając sobie jakieś psychodeliczne utwory. Wyobraźcie sobie rozedrgany tłum ciał z obrazów Breughla w scenerii zimowej. Niezapomniany widok.

Od czasu do czasu rozlegało się po okolicy głuche łupnięcie, kiedy czyjeś ciało ulegało działaniu siły ciążenia i padało na lód. Czasem usłyszeć można było również ryk karetki, która pędziła w kolejne miejsce, żeby zebrać z podłoża jakiegoś nieszczęśnika ze złamaną kończyną.

Wieczorem na drogach nie było żadnych samochodów. Kiedy szłam na kampus, minęłam po drodze kilku zdesperowanych kierowców, którzy próbowali nie tyle oskrobać swoje auta, ale raczej wyrąbać je z lodu.

To jedna z nielicznych okazji, kiedy jestem zadowolona z tego, że nie mam samochodu...

poniedziałek, 11 lutego 2008
Babcia Turner, dziadek Hancock

Oglądałam sobie wczoraj jednym okiem i jednym uchem ceremonię Grammy's. Szczerze mówiąc nie pasjonuję się branżą muzyczną. Słucham tego, co mi się podoba niezależnie od panujących mód i gwiazd przelatujących po muzycznym nieboskłonie na podobieństwo komet.

Ale kiedy na scenie pojawiła się babcia Turner... Kto nie chciałby mieć takiej babci?!

Podoba mi się "Rehab" Winehouse, która ma zupełnie rewelacyjny głos. Żałuję, że nagrody nie dostał Timbaland za swój ostatni album. Nie obraziłabym się, gdyby nagrodzono Seala za "Amazing". Justin Timberland nie budzi we mnie żadnych wzruszeń, choć mam parę jego piosenek w zestawie do gimnastyki. Podobnie jak parę piosenek Beyonce, przy których też dobrze mi się podryguje tudzież przeciąga.

Ale co z tego pozostanie za, powiedzmy, dziesięć lat? A za piętnaście? Otóż nic z tego nie pozostanie.

Obroni się za to babcia Turner.

Obroni się Herbie Hancock.

Oni już są nieśmiertelni. Do innych gwiazd - tych nagrodzony i tych pominiętych - doskonale pasuje określenie Żeromskiego: "młodzi nieśmiertelni bieżącego sezonu".

17:27, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 lutego 2008
Przebłyski szczęścia

Po upływie ładnych kilku lat wróciłam do studiowania Levinasa. Wiedziałam, że sprawi mi to przyjemność, bo jego teksty zawsze niezwykle mnie przyciągały. Wiedziałam, że przyjemność będzie mi sprawiało uczestnictwo w zajęciach o Levinasie, które prowadzi profesor M. i to mimo tego, że zaczynają się one o zupełnie barbarzyńskiej dla mnie porze (9:30, koszmar).

Na jutro profesor M. zażyczył sobie pierwszą pracę. Analizę powieści Wasilija Grossmana i jej związków z poglądami Levinasa. Nie miałam czasu wcześniej się tym zająć, mogłam też zrezygnować z jej pisania. Zasiadłam do pracy dopiero dziś koło 13. Pisałam praktycznie bez przerwy przez pięć godzin. Dobierałam cytaty, budowałam zdania i obrazy, słowa - choć w obcym języku - słuchały się mnie. Znajdowałam te, które chciałam, wtedy, kiedy chciałam. Słowa układały się w zdania, zdania pokrywały kolejne strony. Dziesięć stron w pięć godzin.

Kiedy postawiłam ostatnią kropkę, nagrałam tekst na pen-drivie i przespacerowałam się do biblioteki wydziału prawa, żeby go wydrukować. Dziś w Bloomington szaleje wiatr, choć już mniejszy niż wczoraj - wczoraj wichurom towarzyszyły ulewy, ale udało nam się uniknąć tornada.

Szłam do biblioteki i choć wokół panowała już ciemność, wiał wiatr, a z nieba od czasu do czasu spadały krople deszczu, czułam się po prostu świetnie. Chciało mi się śmiać, zupełnie bez powodu, po prostu dlatego, że właśnie tak, że jest pięknie, choć ciemno i mokro. Szłam i cieszyłam się z tego, że mam nogi i idę, z tego, że mam grzbiet, który mogę wyprostować.

Prawie nic - a czasem zupełnie nic - nie może się równać z przyjemnością, jaką daje pochwycenie myśli w dobrze ułożone zdania, z satysfakcją, jaką daje widok kartek zadrukowanych takimi zdaniami, które wyszły spod mojej własnej ręki.

Ten tekst wcale nie musi być dobry. Za kilka tygodni czy nawet kilka dni mogę odkryć, że jest zupełnie przeciętny, że mogłam napisać to lepiej, że ktoś inny na pewno napisałby to lepiej. Takich myśli nie jestem w stanie uniknąć. Pojawiają się prędzej czy później, mogę na nie liczyć tak samo, jak na to, że jutro wstanie słońce, nawet jeśli zupełnie nie będzie go widać z powodu chmur.

Niezależnie od tych myśli, które przyjdą, tych chwil radości, które daje mi pisanie, nie odbierze mi nikt i nigdy. Warto kląć godzinami męcząc się nad tekstem, który nijak nie chce się napisać, nad myślami, które nijak nie chcą skleić się w sensowną całość. Warto, bo raz na jakiś czas po postawieniu ostatniej kropki, ogarnia człowieka ta zupełnie niezrozumiała radość.

Oscar leży na dywanie koło butów, obok niego mysz Ferdynand, którego właśnie zamordował. Mordowanie zabawki jest bardzo męczące, trzeba po nim odpocząć. Oscar zasłonił oczy łapką i zapadł w sen. Zamykam skończony właśnie przed chwilą ostatni tom Harry'ego Pottera. Przysiadam koło Oscara na podłodze i delikatnie głaszczę go po nosie, potem po zamkniętych powiekach. Oboje to lubimy. Oscar zaczyna cicho mruczeć.

Oboje jesteśmy szczęśliwi. Każde na swój sposób.

poniedziałek, 04 lutego 2008
Chad gadia

"Chad gadia" czyli "Małe koźlątko" to pieśń, którą śpiewa się pod koniec sederu pesachowego. Sposób, w jaki ją się wykonuje, przyćmiewa nieco drastyczny charakter tekstu: zebranym wokół sederowego stołu przypisuje się postaci wymienione w utworze z zadaniem wydania w odpowiednim momencie z siebie dźwięku, który będzie oddawał charakter owej postaci. Efekty bywają czasem naprawdę zabawne. Podczas ostatniego sederu mi przytrafił się Anioł Śmierci. Nie było mi łatwo wymyślić dźwięk, który może z siebie wydawać taka budząca grozę postać.

Może to wyglądać na przykład tak:

Tekst "Chad gadia" jednak wcale wesoły nie jest, o czym przypomniałam sobie niedawno czytając wiersz Jehudy Amichaja "Arabski pasterz szuka swojego koźlątka na Górze Syjon", który znalazłam w podręczniku do hebrajskiego.

Arabski pasterz szuka swojego koźlątka na Górze Syjon,
Na przeciwległym wzgórzu szukam swego małego syna.
Arabski pasterz i żydowski ojciec
W tymczasowej porażce.
Nasze głosy spotykają się powyżej
Nad Sadzawką Sułtana w dolinie pomiędzy nami.
Żaden z nas nie chce, by syn i koźlątko
Dostali się w straszną maszynę chad gadia...

(Przekład mój i kulawy, lepiej przeczytać oryginał, rzecz jasna.)

Czym jest ta "straszna maszyna chad gadia", o której pisze Amichaj? By to zrozumieć, wystarczy zerknąć na tekst tej pieśni:

Małe koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
Przyszedł kot i zjadł koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
Przyszedł kot i ugryzł kota,
który zjadł koźlątko,
które mój ojciec kupił za dwie monety.
I przyszedł kij i zbił psa,
który ugryzł kota,
który zjadł koźlątko...

I tak dalej... Po kiju pojawia się ogień, który spala kij. Potem woda, która gasi ten ogień. I kozioł, który wypija wodę. I rzeźnik, który zabija kozła. I Anioł Śmierci, który zabija rzeźnika. A na koniec - Święty, niech będzie błogosławiony - który niszczy Anioła Śmierci.

Koniec może jest optymistyczny, ale cała reszta naprawdę powinna napawać smutkiem, może nawet zgrozą, choć taka ponoć jest właśnie natura rzeczy. Machina chad gadia toczy się i toczy.

Jest i inna wersja "Chad gadia" napisana w 1989 roku przez Chawę Alberstein. Parę lat temu można było jej posłuchać podczas krakowskiego festiwalu. To jedna z największych postaci izraelskiej sceny muzycznej, a historia jej i jej muzyki w znacznej mierze odzwierciedla historię samego Izraela. Urodziła się notabene w Szczecinie.

Alberstein napisała swoją wersję "Chad gadia" po wybuchu pierwszej intifady. Israel Broadcasting Authority zakazało jej puszczania - miała być antypaństwowa. Na szczęście ówczesny prokurator generalny Josef Harisz szybko wtedy zareagował. A Alberstein nie przestała krytycznie odnosić się do różnych aspektów izraelskiej polityki.

"Chad gadia" Alberstein ma inną linię melodyczną niż wersja tradycyjna, znacznie ostrzejszą, znacznie bardziej przejmującą i drapieżną, szczególnie w tym wykonaniu, które pochodzi z filmu Amosa Gitai "Free Zone". Tekst zaczyna się zaś tak samo i zmienia dopiero w wersach dopisanych pod koniec. Pojawia się Święty, niech będzie błogosławiony, ale po nim pojawiają się pytania (w wersji tutaj od 3:06)

Ale dlaczego śpiewasz Chad gadia?
Jeszcze nie wiosna, jeszcze nie Pesach.
I co się dla ciebie zmieniło?
Co się zmieniło?
Ja się zmieniłam.

We wszystkie noce zadawałam tylko cztery pytania.
Dziś mam jeszcze jedno:
Jak długo będzie się toczyć to koło przemocy?
Ścigający ściganym,
Bijący bitym,
Kiedy skończy się to szaleństwo?

Co ci się stało? Co się zmieniło?
Ja się zmieniłam tego roku.
Byłam owcą i małym, spokojnym koźlątkiem -
Dziś jestem tygrysem i żarłocznym wilkiem.
Byłam już gołębiem i byłam sarną,
A dziś już nie wiem, kim jestem.

Wema pitom at szara chad gadia,
awiw od lo higia upesach lo ba
uma hisztana lach, ma nisztana
ani hisztaneti li haszana

Szebechol haleilot, bechol haleilot
szaalti rak arba kusziot
halaila haze jesz li od szeela
ad matai jimaszech maagal haima
rodef hu nirdaf, make hu muke
matai jigamer hateruf haze

ma hisztana lach, ma nisztana
ani hisztaneti haszana
haiti paam kewes ugdi szalew
hajom ani namer uzeew toref
haiti kwar jona wehaiti cwi
hajom eini yodaat mi ani

ומה פתאום את שרה חד גדיא
אביב עוד לא הגיע ופסח לא בא
ומה השתנה לך מה השתנה
אני השתנתי לי השנה
ובכל הלילות בכל הלילות
שאלתי רק ארבע קושיות
הלילה הזה יש לי עוד שאלה
עד מתי יימשך מעגל האימה
רודף הוא נרדף מכה הוא מוכה
עד מתי ייגמר הטירוף הזה
ומה השתנה לך מה השתנה
אני השתניתי לי השנה
הייתי פעם כבש וגדי שליו
היום אני נמר וזאב טורף
הייתי כבר יונה והייתי צבי
היום איני יודעת מי אני

02:53, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 lutego 2008
"Yes, we can"

Wciągnęła mnie amerykańska kampania wyborcza. Nie da się ukryć. I trudno się dziwić, skoro historia dzieje się tuż pod moim nosem.

Świetne wideo ukazało się w piątek na YouTube. Wyprodukowali je razem will.i.am z Black Eyed Peas i reżyser Jesse Dylan, syn Boba Dylana. Sporo tam znanych twarzy: Scarlett Johansson, John Legend, Herbie Hancock, Kate Walsh, Kareem Abdul Jabbar, Adam Rodriquez, Kelly Hu, Amber Valetta, Nick Cannon.

Oglądam właśnie wiec Obamy w St. Louis. Nie dziwię się ludziom, że dają się porwać entuzjazmowi i charyzmie senatora z Illinois. Przemówienie, które wygłosił po prawyborach w New Hampshire - owo już słynne "Yes we can" - to jedno z nalepszych przemówień ostatnich lat.

Will.i.am zapewnia, że wideo zostało wyprodukowane bez porozumienia z wyborczym komitetem Obamy. Nie widzę powodu, żeby w to nie wierzyć. Widzę zaś powody, żeby gratulować. Świetny kawałek, mocny przekaz i genialny timing - zaraz Wielki Wtorek.

Indiana we wtorek nie głosuje, więc u nas względny spokój polityczny. Również na kampusie, który znany jest jako jeden z najbardziej balujących - nie rozpolitykowanych.

Większość moich znajomych tutaj deklaruje, że zagłosuje na nominata Demokratów oraz że chcieliby, aby tym nominatem był Barack Obama.

Indiana jest zasadniczo konserwatywna, jak znaczna część Midwestu. Z wyjątkiem Bloomington. Kiedyś zerknęłam na mapkę przedstawiającą wyniki wyborów: wszystkie okręgi były konserwatywne, poza Bloomington.

Nie wiadomo jeszcze, kogo wybierze partia demokratyczna. Czy będzie to Obama czy Clinton: dzieje się historia. Może już coś zaczyna się zmieniać, może ta zmiana już zaczyna się przejawiać.

Obama miał rację, gdy podczas jednej z debat powiedział: "Słowa mogą inspirować". Wiemy, że Obama umie talk the talk. Mam nadzieję, że Amerykanie dadzą mu szansę udowodnić, że potrafi także walk the walk.

PS: Przysłuchując się "Yes we can" zorientowałam się przed chwilą, że jest w tym wideo hebrajski akcent - jedna z pań mówi mianowicie "Anu jecholim", czyli "We can" (1:44)

 
1 , 2