Ponownie na Midweście
sobota, 28 lutego 2009
"Żyd" czy "żyd"?

Zawsze i wszędzie "Żyd"! Zawsze z wielkiej litery!

Wittgenstein sądził, że język stanowi izomorficzne odwzorowanie rzeczywistości. Naturalnie każdy użytkownik języka zdaje sobie sprawę, iż tak nie jest, co w żadnej mierze nie stanowi zaprzeczenia tez "Traktatu logiczno-filozoficznego" z tego względu, że Wittgenstein (podobnie jak Frege) myślał o tzw. języku idealnym.

W każdym razie wedle jednego z moich ukochanych filozofów język powinien rzeczywistość odzwierciedlać. Bywa jednak tak, że gramatyka zamiast podążać za rzeczywistością, idzie jej na przekór. Przypadek słowa "żyd" w języku polskim jest tego dobrym przykładem.

Polska gramatyka nakazuje nazwy wyznawców religii (oraz nazwy samych religii) pisać z małej litery. Mamy więc chrześcijanina, muzułmanina i buddystę. Mamy też - niestety - w konsekwencji tej zasady "żyda". Odmiennie jest, na przykład, w języku angielskim, gdzie mamy Christianity, Islam, Buddhism oraz Judaism, a także Christians, Muslims, Buddhists i Jews.

Dlaczego niestety? Otóż dlatego, że twórcy owej zasady nie wzięli pod uwagę faktu, że rzeczywistość bywa stanowczo bardziej skomplikowana niż gramatyczne formuły. A w przypadku judaizmu i jego wyznawców tak właśnie jest.

Nie chodzi wcale o to, by wyznawców judaizmu nazywać "Żydami" z wielkiej litery z powodu szczególnego dla nich szacunku. Sprawa jest prostsza i nie związana z żadnymi postawami emocjonalnymi.

Otóż zawsze należy pisać "Żyd/Żydówka" dlatego, iż nie ma wyznawcy judaizmu ("żyda"), który nie byłby Żydem w sensie etnicznym. Z punktu widzenia judaizmu (w każdym jego odłamie) taka sytuacja jest po prostu niemożliwa.

Tak, Żydem - a nie "żydem" - staje się również konwertyta. Konwersja na judaizm, o czym pisałam wcześniej, wiąże się, wedle żydowskiej tradycji, z czymś na kształt nowych narodzin i zmianą etnicznej/narodowej przynależności.

Inaczej jest w przypadku chrześcijaństwa czy islamu. Bycie chrześcijaninem nie wiąże się z żadną narodowością - można być chrześcijaninem i Polakiem, katolikiem i Włochem, prawosławnym i Ukraińcem. Podobnie muzułmaninem może być Polak, Anglik czy Tunezyjczyk.

Natomiast w judaizmie tak się nie da. Bycie "żydem" jest równoznaczne z byciem Żydem. Innej możliwości nie ma.

Czy działa to w drugą stronę? Tzn. czy bycie Żydem jest równoznaczne z byciem "żydem"? Co z Żydem, który wybierze inną religię albo będzie ateistą? Zgodnie z zasadami judaizmu taki Żyd pozostaje Żydem, choć nie jest już wyznawcą judaizmu. Jeden Majmonides miał w tej sprawie odmienne zdanie, ale w tradycji się ono nie przyjęło. (Osobną sprawę w tym względzie stanowi decyzja izraelskiego Sądu Najwyższego w tym zakresie, ale to temat na inny post.)

Podsumowując: ilekroć ktoś pisze w religijnym kontekście o "żydach", pisze równocześnie o Żydach. Pisze więc ostatecznie o Żydach - członkach narodu - z małej litery, co - w zgodzie z zasadami polskiej gramatyki - jest błędem.

Moja rada byłaby taka: zawsze i wszędzie piszcie "Żyd". Żyd, Żydówka, Żydzi, Żydom... Jeśli ktoś koniecznie nie chce, żeby słowo "Żyd" się wyróżniało (np. gdy mowa jest o wyznawcach różnych religii), najlepiej pisać o wyznawcach judaizmu: "W spotkaniu gdzieś tam uczestniczyli katolicy, buddyści oraz wyznawcy judaizmu". W żadnym wypadku nie produkować dziwacznych tworów w rodzaju "judaiści"!

PS (4 marca): Do powyższego wpisu sprowokowała mnie zamieszczona w serwisie gazeta.pl wiadomość z serwisu KAI, w której użyto właśnie słowa "żydzi". Zdarzało się to wcześniej wielokrotnie, zawsze w kontekście religijnym i z pewnością bez żadnych złych intencji.

I dziś miła niespodzianka. W dwóch wiadomościach z KAI (tu i tu) napisane jest Żydzi. Tak jak powinno być. Nie sądzę, by miało to jakikolwiek kauzalny związek z moim postem, ale zrobiło mi się miło.

19:33, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (54) »
wtorek, 24 lutego 2009
Ręce opadają czyli tolerancja inaczej

W ostatnim czasie nie śledziłam na bieżąco wiadomości z Izraela - i tak mam na głowie za wiele trudnych spraw - po co jeszcze przejmować się sukcesem Liebermana? Wpadła mi jednak dziś w oko informacja zamieszczona przez dziennik Haarec, wedle której 75% Izraelczyków uważa, że państwo nie powinno wydawać zgody na budowę nowych kościołów chrześcijańskich w Jerozolimie.

Wyniki badania przeprowadzonego przez dwie instytucje i opublikowanego przez Haarec są frapujące, oględnie mówiąc. 74% badanych nie uważa chrześcijan za misjonarzy. Pięknie! 76% nie przeszkadza to, że chrześcijanie noszą krzyżyki. Co za otwartość! Tylko pogratulować.

Wszystko dobrze zatem. Żydowi w Izraelu chrześcijanin nie przeszkadza.

Do czasu jednak. Do czasu, kiedy chrześcijanin postanowi zbudować świątynię w Jerozolimie. 75% respondentów jest zdania, że państwo nie powinno na to wyrazić zgody. Dodatkowo 50% badanych nie zgadza się z tezą, jakże rewolucyjną, wedle której Jerozolima miałaby być miejscem dla chrześcijan istotnym. Zapewne nie słyszeli, że to właśnie w tym mieście znajduje się Bazylika Grobu Pańskiego.

Wyobraźmy sobie, że na przykład we Francji 75% uczestników badania opinii publicznej stwierdziłoby, że nie, Żydzi im nie przeszkadzają, niech sobie nawet noszą jarmułki i gwiazdy Dawida. Państwo jednak - w końcu świeckie - nie powinno wyrażać zgody na budowanie nowych synagog, szczególnie w Paryżu, które to miasto nie ma w końcu dla judaizmu szczególnego znaczenia.

Kiedy Kali ukraść krowę...

niedziela, 22 lutego 2009
Życie i śmierć

Żałoba w judaizmie trwa przez rok. Kolejne jej stadia mają umożliwić żałobnikowi zarówno pożegnanie zmarłego, jak i własny powrót do życia. Normalnego życia. Jestem gdzieś na początku tej drogi.

Pierwsze stadium - trwające przez siedem dni po pogrzebie - nazywane jest "sziwa". To okres najintensywniejszy okres żałoby, w którym żałobnik najmocniej odcina się od toczącego się wokół niego życia. Podczas sziwy poddajemy się bólowi kompletnie. Życie zamiera, a rzeczywistość kurczy się do jednego punktu - śmierci bliskiej osoby.

Po tygodniu następuje okres zwany "szloszim" - trzydzieści dni, w czasie których żałobnik powoli powraca do świata. Może zacząć pracować, może wychodzić z domu, na nowo, małymi krokami zaczyna splatać nici codziennych aktywności, w których biegu wyrwę uczyniła śmierć opłakiwanej osoby.

Potem żałoba trwa nadal, ale mniej jest intensywna. Życie toczy się dalej, ale jest pozbawione pewnych radosnych elementów. Żałobnik nie chodzi na koncerty muzyczne czy wesołe imprezy. Cień śmierci nadal pada na życie, ale powoli zaczyna się zacierać, rozmywać.

Odłożyłam właśnie czytaną książkę. Powinnam się przygotowywać do zaplanowanego na marzec na egzaminu. Od lektury esejów Richarda Rubinsteina na temat świata bez Boga po Auschwitz oderwały mnie jednak myśli o Ojcu. Nie smutne myśli, raczej pogodne, spokojne, dobre wspomnienia. Zanurzyłam się w nie na chwilę całkowicie i zaczęłam się zastanawiać, czy nie w taki właśnie sposób powinnam spędzać te dni - myśląc o nim, wspominając, rozpamiętując to, co było dobre.

Nagle wydało mi się niemożliwe połączenie żałoby i pracy. Obie czynności - czy raczej oba procesy - absorbują bowiem - czy powinny absorbować - całą uwagę. A uwagi mam tylko sto procent.

Praca zdaje mi sie teraz czynnością zastępczą, rodzajem ucieczki od tego, czemu powinnam i chciałabym poświęcać swój czas.

Jeszcze nie wiem, jak z tego wybrnąć. Jakiś z góry ustalony harmonogram z podziałem czasu na żałobę i pracę byłby sztuczny i zupełnie nie do zrealizowania. Nie sposób zapanować do końca nad myślami i skojarzeniami, które przychodzą, kiedy chcą i kiedy chcą odchodzą. Presja rzeczywistości nie pozwala zaś na zupełne poddanie się temu dziwnemu rytmowi umysłowych i emocjonalnych fluktuacji.

Nie chcę uciekać od żałoby. Ale wiem, że dla mnie nadal wschodzi i zachodzi słońce. Pytanie brzmi zatem: jak objąć w tym samym momencie życie i śmierć? Moje życie i jego śmierć?

03:03, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 lutego 2009
Życie po życiu?

Pytała mnie znajoma, czy judaizm daje mi wiarę w jakąś formę życia pozagrobowego mojego Ojca. Mógłby, ale w sumie odpowiedź na to pytanie brzmi: nie, nie daje.

W tym przypadku, podobnie jak w wielu innych w judaizmie, nie ma żadnej "oficjalnej" czy "jedynie słusznej" nauki. Religijni Żydzi mogą wierzyć w bardzo różne rzeczy, jeśli chodzi o pośmiertne funkcjonowanie ludzkiej duszy.

Mogą wierzyć w to, że dusze ludzi sprawiedliwych po śmierci trafiają do swego rodzaju raju. Że śmierć nie oznacza końca istnienia i że owo istnienie przybiera formę nie tylko radykalnie odmienną, ale i radykalnie lepszą.

Mogą wierzyć również w to, że dusza przechodzi do owego rodzaju istnienia dopiero po jakimś okresie oczyszczenia.

Mogą wierzyć także w formę reinkarnacji. To wierzenie zrodziło się w żydowskim mistycyzmie i w niektórych kręgach pozostaje popularne do dziś.

Wreszcie Żyd może wierzyć również w to, że dusza umiera razem z ciałem.

Ja należę do tej właśnie grupy.

Nie wierzę - choć bardzo bym chciała - w to, że mój Ojciec w jakiejś formie nadal istnieje. Wiem, że istnieją jeszcze jego prochy - w niewielkiej urnie przykrytej ziemią. Ale to wszystko, co pozostało. Jego dusza, jego psychika, pamięć, inteligencja, emocje, wszystko to, co ostatecznie czyniło go nim właśnie, zniknęło jako odrębny byt i jedyne istnienie ma w naszej pamięci.

Judaizm w większości swoich odłamów mieści w sobie wiarę w zmartwychwstanie. Na ten temat nie mam jednoznacznej opinii. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że jeśli Haszem będzie chciał, by mój Ojciec odzyskał swoje istnienie, to zapewne będzie mógł mu je przywrócić. Dlaczego nie? O czasach mesjańskich, o olam haba trudno jednak w ogóle cokolwiek powiedzieć.

Teraz pozostaje mi pamięć.

17:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (13) »
wtorek, 03 lutego 2009
Baruch Dajan ha-Emet

Baruch Dajan ha-emet - błogosławiony Sędzia Prawdy - mówimy na wiadomość o czyjejś śmierci. Nie były to pierwsze słowa, jakie przyszły mi do głowy, kiedy usłyszałam w słuchawce telefonu głos mojego Brata - "Tata zmarł". Jestem jednak Żydówką z niewielkim w sumie stażem. Może to dlatego. A może dlatego, że byłam po prostu ogłuszona. To stało się tak nagle.

Umarł nagle, szybko i bez bólu. Baruch Haszem, umarł bez bólu, powinnam powiedzieć, ale brzmi to dziwnie, bo jeśli mój Ojciec myślał o Bogu, to nie był to żydowski Bóg.

Jutro, być może pojutrze, pierwszy raz w życiu powiem kadisz jatom - kadisz, który dziecko odmawia za zmarłego rodzica.

Tata nie zareagował najlepiej na wiadomość o mojej konwersji. Nie wydaje mi się, że powodem była jego własna intensywna wiara katolicka. Nie był religijnym człowiekiem, ale był osobą otwartą na możliwość Boga. Ten możliwy Bóg był dla niego Bogiem chrześcijańskim - w takiej tradycji się urodził i wychował, taka była mu najbliższa. W emailu napisał mi, że jest mu przykro, że żadne z jego dzieci nie odmówi nad jego grobem tradycyjnej katolickiej modlitwy. Nie wiem, dlaczego tak sądził. Jedynym dzieckiem bowiem, które powie inną modlitwę, jestem ja. Jeśli w ogóle będę w stanie się modlić.

Zadzwonił dziś przyjaciel i rabin w jednej osobie. Powiedz kadisz, powiedział, jeśli tego chcesz. Przestrzegaj tych reguł żałoby, które będą Ci pomagać. Ostatecznie w żałobie chodzi o pociechę dla żałobnika. Zmarły jest zmarły.

Kadisz ściśle rzecz biorąc nie jest modlitwą za zmarłych. Jest to modlitwa chwaląca Boga, a dzieci zmarłych mówią ją dlatego, że stanowi to świadectwo faktu, iż zmarły rodzic wychował je odpowiednio religijnie.

Mnie mój Ojciec nie wychował religijnie, a już z pewnością nie na religijną Żydówkę. Ale wychował mnie, jak sądzę, na porządnego człowieka. Nie mam teraz jak mu za to podziękować. Ale może ten mój pierwszy kadisz będzie jakimś podziękowaniem za wszystko, co mi dał.