Ponownie na Midweście
niedziela, 28 lutego 2010
Idzie wiosna?

Sądząc z porannego świergotania przystojnego pana kardynałka, chyba idzie. Ożywiły się również wiewiórki:

what are you looking at, huh?

środa, 24 lutego 2010
To mi się nie podoba

Bardzo mi się nie podoba decyzja izraelskiego rządu o tym, by Grotę Patriarchów w Hebronie oraz Racheli w Betlejem zaliczyć do miejsc na trasie nowego Szlaku Dziedzictwa. Oburzenie Palestyńczyków nie dziwi mnie wcale.

Grota Patriarchów zwana po hebrajsku Machpela, w której wedle tradycji pochowani są Abraham, Icchak i Jaakow oraz ich żony, jest bardzo ważnym miejscem dla Żydów. Podobnie - choć w mniejszym stopniu - grób Racheli. Naturalnie miejsca te są istotne także dla chrześcijan oraz dla wyznawców Islamu. Żydzi uznają Grotę Patriarchów za drugie miejsce co do świętości (po Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie). Muzułmanie za czwarte.

Groby Patriarchów ukryte są pod meczetem al-Haram al-Ibrahim. Najwcześniejsza struktura w tym miejscu została zbudowana jeszcze przez Heroda Wielkiego. Potem, jak to w dziejach tamtej części świata bywało, budowla zmieniała się wraz ze zmianami politycznej i militarnej kontroli nad rejonem - chrześcijanie zbudowali bazylikę, muzułmanie zbudowali meczet, chrześcijanie przerobili meczet na kościół, muzułmanie przerobili kościół na meczet... Od zakończenia wojny sześciodniowej al-Haram al-Ibrahimi mieści w sobie również synagogi, ale zasadniczą kontrolę nad całym gmachem sprawują wyznawcy islamu.

Grób Racheli na przedmieściach Betlejem przykrywa niewielki budynek zbudowany za czasów ottomańskich i przebudowany w połowie XIX wieku z polecenia Sir Mosesa Montefiore. Dziś mieści jesziwę założoną w szybkim tempie w 1995, gdy izraelski rząd rozważał przekazanie Betlejem stronie palestyńskiej na mocy umów z Oslo (nie był to ani pierwszy ani ostatni przypadek zastosowania przez izraelskich osadników polityki faktów dokonanych). Podczas budowy muru bezpieczeństwa budynek został murem owym otoczony i wedle opisów przypomina niewielką fortecę, nad którą czuwają żołnierze izraelskiej armii. Muzułmanie tymczasem nazywają budynek meczetem Bilal i twierdzą, że jako meczet właśnie został on zbudowany.

Grota Patriarchów i grób Racheli to rzecz jasna nie jedyne miejsca w Izraelu i na terytoriach okupowanych, co do których prawa roszczą sobie różne religijne wspólnoty. Ich współistnienie w świątyniach bywa trudne. Nie jestem ani historykiem, ani archeologiem i nie do mnie należy rozstrzyganie tego, kto ma "większe" prawa do tych świętych miejsc różnych religii. Bardziej interesuje mnie polityczny aspekt decyzji izraelskiego rządu.

Haarec zamieścił na swojej stronie taką oto mapkę planowanego Szlaku Dziedzictwa:

Trudno nie zauważyć, że spora część Szlaku Dziedzictwa przebiega przez teren Autonomii Palestyńskiej. Na mapce nie zaznaczono Hebronu, więc dodałam kropkę tam, gdzie w przybliżeniu się znajduje.

Przedstawiciele Autonomii Palestyńskiej określili decyzję rządu Netanjachu mianem prowokacji, a władze Jordanii stwierdziły, że stanowi ona cios w proces pokojowy. Główny negocjator strony palestyńskiej Saeb Erekat powiedział, że Netanjachu sabotuje plan utworzenia państwa palestyńskiego. Przyznam, że tym razem się z nim zgadzam.

Nie kwestionuję wagi Groty Patriarchów i grobu Rachel w żydowskiej tradycji - zarówno religijnej, jak i świeckiej. Nie twierdzę, że te miejsca bardziej "należą się" Palestyńczykom. Ale decyzję izraelskiego rządu widzę mniej jako wyraz troski o kulturę, a bardziej jako przejaw chęci powiększania kontroli nad zachodnim brzegiem Jordanu.

Jako religijna Żydówka wiem, jak ważne są postaci Abrahama i Sary, Icchaka i Rebeki, Jaakowa, Lei i Racheli. Abraham i Sara są moimi przybranymi rodzicami. Ważniejszy jednak od ich grobów wydaje mi się pokój. Nawet jeśli jego wizja jest mglista.

niedziela, 21 lutego 2010
Celebrate EveryBODY

Rzadko sięgam po nasz studencki dziennik, gdyż zwykle niewiele jest w nim do czytania. Ostatnio jednak moją uwagę zwrócił tytuł na pierwszej stronie - "Celebrate EveryBODY Week".

Z artykułu dowiedziałam się, że luty jest miesiącem narodowej świadomości zaburzeń diety. Ta informacja zaciekawiła mnie jednak znacznie mniej niż fakt, że na mojej uczelni miał właśnie miejsce "Celebrate EveryBODY Week" czyli Tydzień Celebrowania Każdego Ciała.

- Co ty na to, moje ciało? - spytałam.

Zbliża się przerwa wiosenna. Tydzień wolny od zajęć, który wielu studentów spędzi daleko od Bloomington, w jakimś ciepłym miejscu, najlepiej z plażą i palmami. Studenci zrzucą ciepłe swetry i zimowe kurtki, zostawią w szafach czapki oraz rękawiczki i zaczną wciskać swoje ciała w kostiumy kąpielowe. Na kampusie są specjaliści od dobrego samopoczucia studentów. Ich zdaniem ów nadchodzący tydzień plażowej laby może wpędzić wielu studentów w stres typu "o matko, przytyłem i wyglądam okropnie!" Aby temu zaradzić zorganizowano Tydzień Celebrowania Ciała, a zestresowanych studentów zachęcano do tego, by polubili swoje ciała niezależnie od rozmiaru ubrań, którymi je okrywają.

Trudno mi powiedzieć, czy ta troska bardziej mnie wzruszyła czy rozbawiła. Próbowałam sobie przez moment przypomnieć, czy moja pierwsza alma mater kiedykolwiek wykazała tak wiele zainteresowania i troski o moje samopoczucie psycho-fizyczne. Ujrzałam oczyma wyobraźni wielki transparent nad bramą UW: "Pokochaj swoje ciało!" i zaczęłam chichotać w sposób niekontrolowany.

Tydzień Celebrowania jednak zobowiązuje. Postanowiłam się przyjrzeć moim nawykom żywieniowym. Niczego ciekawego się tam nie dopatrzyłam. Warzywa i warzywa, a do tego jeszcze trochę warzyw i owoców. Postanowiłam poszukać innego sposóbu na to, by okazać memu ciału mój ciepły do niego stosunek. Zabrałam je na basen.

- No dalej, ciało kochane, potrafisz, potrafisz - zachęcałam je do dalszego wysiłku w przyjemnie chłodnej wodzie basenu. Ciało wciągnęło nosem sporo wody podczas kolejnej nieudanej próby płynięcia prawidłowym kraulem. Ciało stanowczo woli żabkę, więc wróciłam do tego stylu. Nagły ból w barku po mocniejszym pociągnięciu ramionami zasygnalizował mi, że ciało chyba wolałoby zająć się jednak czymś innym. Wyciągnęłam je zatem z wody i starannie osuszyłam miękkim ręcznikiem. Ciało zamruczało przyjaźnie i dało mi do zrozumienia, że poprawnie zinterpretowałam wysyłane mi przez nie sygnały.

- To co, kochane moje? Idziemy do domu? - spytałam troskliwie. Ciało nie zaprotestowało. W domu zapragnęło nagle poczuć jakiś przyjemny aromat, więc zapaliłam kadzidełko. Następnie zafundowałam ciału niewielki masaż połączony z intensywnym nawilżaniem skóry odpowiednim kremem.

Ciało dało mi znać, że nadeszła pora na jakąś niewielką przekąskę.

- Co byś zjadło? - zapytałam otwierając lodówkę - Może marchewkę? Taką mamy tu ładną, świeżą.

Wsłuchałam się w dochodzące z mojego wnętrza sygnały. Głucha cisza. Ciało chyba nie chciało marchewki. Z podobną reakcją spotkała się propozycja zjedzenia sałatki. Spoglądając na owoce ciało jedynie się skrzywiło. Atrakcyjna zupa wielowarzywna również nie wzbudziła jego entuzjazmu. Powoli traciłam pomysły. Moja lodówka nigdy nie jest przepełniona bogactwem towarów, więc wybór był dość ograniczony.

- Daj mi lody! - ryknęło w końcu zniecierpliwione ciało.

Nałożyłam na talerzyk porcję lodów o trzech różnych smakach czekoladowych i posadziłam ciało w wygodnym fotelu. Ciało uśmiechnęło się do mnie promiennie.

Już wiem - moje ciało jest sybarytą!

Nie jestem pewna, czy o to właśnie chodziło organizatorom Tygodnia, ale przynajmniej próbowałam...

środa, 10 lutego 2010
Mini śniegokalipsa

Efekty śnieżycy w Waszyngtonie i okolicach podobno relacjonowały polskie media. Tutejsze pisały i mówiły o śniegogeddonie oraz śniegokalipsie narrację ubarwiając zdjęciami lub filmami pokazującymi sparaliżowaną stolicę tudzież jej mieszkańców brnących przez śnieg albo cieszących się bitwami na śniegowe kule. Śniegowe opady dotarły również do Bloomington. Lokalne stacje telewizyjne straszyły nadchodzącym kataklizmem już we wczesnych godzinach wieczornych. O matko - spaść może aż 30 centrymetrów śniegu!

Rzeczywiście straszna rewelacja. Kto by w końcu spodziewał się śniegu w lutym. Służby miejskie postawiono w stan wysokiej gotowości bojowej, piaskarki i pługi wyruszyły na ulice w ciemnościach nocnych, by zapewnić bezpieczeństwo kierowcom, którzy rano mogliby chcieć udać się do pracy. W wieczornych wiadomościach pokazano fragmenty odprawy grupy kierowców pługów. Do złudzenia przypominała spotkanie generałów sił zbrojnych, którzy pochyleni nad mapami ze zmarszczonymi czołami planują zaczepno-obronne działania wymierzone w straszliwego wroga.

Wróg okazał się nie taki straszny. Kiedy wyjrzałam rano przez okno, śnieg owszem był, ale w znacznie mniejszych ilościach niż straszyli nas meteorolodzy. Może 15 centymetrów. Zdziwiłam się więc ogromnie, gdy w lokalnym radiu usłyszałam, że wszystkie szkoły publiczne w hrabstwie Monroe zostały zamknięte. Dzień wolny dla dzieci i młodzieży z powodu śniegu.

Śniegowe dni wolne zdarzają się tutaj bardzo często. Można by było pomyśleć, że zima jest na Midweście czymś tak niespotykanym, że nagłe pojawienie się jej białych przejawów nawet w ograniczonych ilościach z konieczności musi pociągać za sobą paraliż szkolnictwa. Nie jest źle być uczniem w Bloomington, skoro 15 centymetrów śniegu oznacza dzień wolny od lekcji.

W przypadku naprawdę dużych opadów śniegu zamykanie szkół ma pewien sens. Do okolicznych szkół uczęszczają dzieci z najrozmaitszych części hrabstwa Monroe, a mieszkańcy niektórych jego okolic nigdy nie mają przyjemności zobaczyć śladów działalności pługów śnieżnych. Kiedy śniegu spadnie, powiedzmy z pół metra, szkolne autobusy nie mogą dojechać do dalej położonych domów, nie mogą odebrać i zawieźć do szkoły dzieci, więc szkoły się zamyka. Najwyraźniej wedle lokalnych władz lepiej jest szkoły zamknąć niż postawić niektóre dzieci w sytuacji nieuniknionej i niezawinionej nieobecności podczas cennych godzin lekcyjnych. Ta logika wydaje mi się nieco dziwna, ale cóż, ja jestem w końcu nietutejsza.

Niestety uniwersytet zamykany jest rzadko. Student nie dziecko, może się przekopać na zajęcia.

piątek, 05 lutego 2010
Walka z wiatrakami?

Jakiś czas temu postanowiłam zerwać z nałogowym czytaniem prasy izraelskiej. Uznałam, że życie codzienne dostarcza mi dostatecznej ilości stresów i nie potrzeba mi dodatkowych palpitacji serca. Nieco przypadkiem dowiedziałam się o artykule opublikowanym w czwartek na portalu gazety Jediot Achronot. Kiedy go przeczytałam, utwierdziłam się w słuszności mojej wcześniejszej decyzji.

Autor tekstu, Zew Cahor, niestety postanowił się podzielić z czytelnikami swoją niewiedzą na temat Holokaustu i swoimi uprzedzeniami wobec Polaków.

Przemawiając w obozie śmierci Auschwitz w Polsce, największej fabryce śmierci w historii, która została zbudowana na polskim terytorium (nieprzypadkowo) i była obsługiwana przez Polaków, Netanjachu zdołał pominąć entuzjastyczną rolę, jaką Polacy pełnili podczas Holokaustu. Jeśli chodzi o poświęcenie w prześladowaniu Żydów, przekazywanie ich nazistom i aktywną rolę w maszynie zagłady Polacy ustępowali jedynie Niemcom, a czasem byli nawet bardziej niż Niemcy oddani wysiłkowi eksterminacji.

Ręce opadają i opada szczęka na widok tego upiornego zbioru stereotypów sklejonych zaprawą ignoracji i uprzedzenia.

Pocieszające są za to komentarze zamieszczone przez czytelników. "Taka ignorancja zapiera dech w piersi", napisała Justine i zasugerowała, by Zew Cahor zapoznał się z pracami Debory Lipstadt. JK z Los Angeles zwraca uwagę na to, że w obozie zamordowano tysiące Polaków. Czytelnik z Holandii nazywa tekst "cholernym wstydem". Eli z Raanan wyraża przekonanie, że polska dyplomacja podejmie stosowne kroki prawne. Negev Girl podobnie ma nadzieję, że Polska pozwie autora do sądu i jest zdumiona, że ma on doktorat. Les z Nowej Zelandii sądzi, że powinien to zrobić rząd izraelski. Zdaniem Dany z Jerozolimy Cahor powinien przeprosić Polaków. Irina z Tel Awiwu jest oburzona tym, że Ynetnews opublikował taki "stek kłamstw".

Pan Cahor zapewne nie zasługuje na poświęcanie mu szczególnej uwagi. Nie jest ani pierwszym ani ostatnim ignorantem. Bardziej martwi mnie to, że tekst został zamieszczony na bardzo popularnym portalu. Czy jego redaktorzy są podobnymi bałwanami, których wiedza o Zagładzie jest albo żadna albo wykrzywiona antypolskimi uprzedzeniami?

Zawsze uważałam, że polscy Żydzi mają szczególną rolę do odegrania w zwalczaniu wyrażonych przez Cahora przekonań. Jak widać, jest jeszcze bardzo, bardzo wiele do zrobienia... A może nie warto? Może jest to syzyfowa praca?

poniedziałek, 01 lutego 2010
Jorcajt

Pierwsza rocznica śmierci wyznacza w judaizmie koniec okresu żałoby. Ale ta żałoba nigdy się nie skończy, myślałam, patrząc przez łzy na jorcajtową lampkę.

Zapalanie świeczki w rocznicę śmierci nie jest nakazem religijnym. To zwyczaj - minhag - który bardzo zakorzenił się w żydowskiej kulturze. Lampki nie stawia się na grobie. Zapalona stoi w domu i świecić ma przez pełną dobę. Migotliwy płomień ma przypominać o duszy zmarłego, zgodnie z wersem z Księgi Przysłów: "Dusza człowieka jest światłem Boga" (20:27)

Jorcajtową świeczkę zapala się w rocznicę śmierci wedle kalendarza żydowskiego. Jeśli ktoś zmarł, powiedzmy, 4 maja 1985 roku, świeczkę zapala się 13 dnia miesiąca ijar. Zapala się ją nie rano, tylko - znowu zgodnie z żydowskim kalendarzem, w którym dzień zaczyna się o zachodzie słońca - wieczorem dnia poprzedniego.

Zgodnie z tymi zasadami świeczkę powinnam zapalić 7 dnia miesiąca szwat czyli 22 stycznia. Mój Tata zmarł bowiem 1 lutego.

Tata nie był jednak Żydem. Dlatego postanowiłam jorcajtową lampkę zapalić dziś - nie wedle kaledarza żydowskiego tylko gregoriańskiego. Zapaliłam ją bardzo wcześnie rano, gdzieś koło godziny 5, gdy za oknem panowała jeszcze ciemność. W ostatnich latach Tata budził się tak wcześnie, ku ogromnej radości Jego Szczupłości, któremu ogromnie nudzi się, gdy wszyscy w domu śpią, zamiast poświęcać mu cały swój czas i uwagę. Dla kota pożytek ze śpiących ludzi jest, powiedzmy sobie szczerze, znikomy.

Jego Szczupłość przychodził do sypialni Rodziców jeszcze przed piątą. Najpierw czekał cierpliwie. Potem wskakiwał na łóżko i wnikliwie obserwował leżących czekając na jakiś ruch, który wskazywałby, że śpiący zbliżają się do chwili przebudzenia. Delikatnie podchodził do twarzy i - jak śmiał się Tata - sprawdzał, czy Tata oddycha. Kiedy wreszcie doczekał się momentu, w którym leniwa ludzka istota postanowiła wstać, radośnie dreptał do kuchni, gdzie razem z Tatą jedli sobie śniadanie.

Był chyba pierwszym, który wiedział, że Tata nie żyje. Choć zwykle niechętny i ostrożny wobec obcych nie odstąpił Taty na krok, gdy ludzie z pogotowia przeprowadzali reanimację. I w pewnym momencie, jak mówiła mi Mama, krzyknął. Wydał z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nikt nie słyszał. Jak gdyby wiedział, że to serce zatrzymało się już na zawsze i wszelkie wysiłki lekarzy skazane są na niepowodzenie.

Nie wiem, w jaki sposób koty przeżywają swoje żałoby po odejściu osób, które stanowiły stały element otaczającej je rzeczywistości. Nie wiem, jak długo taka żałoba trwa. Może podobnie jak moja - trwa ona zawsze.

Stojąca obok laptopa na stole jorcajtowa lampka, zapalona 1 lutego, a nie 7 szwat, nie tylko przypomina mi o Tacie. Uświadamia mi także moje własne bycie na zawsze gdzieś pomiędzy - pomiędzy moją teraźniejszością a przeszłością, pomiędzy byciem Żydówką a nie byciem nią, pomiędzy dawnymi a nowymi obyczajami.

To prawda, że mogłabym przynajmniej spróbować z tego pomiędzy wyjść. Wiem, że niektórzy konwertyci tak robią - starają się na ile to możliwe odciąć od poprzedniego życia. Wydaje mi się to jednak nie tylko wysiłkiem kompletnie pozbawionym sensu, ale również zachowaniem zakłamującym rzeczywistość, także tę własną, wewnętrzną rzeczywistość. Bo przecież jestem tym, kim jestem, dlatego, że moja przeszłość była taka, a nie inna. Jestem osobą, jaką jestem, między innymi dlatego, że mój Tata był, kim był. I dlatego jorcajtowa świeczka płonie dziś, a nie 7 dnia miesiąca szwat.

19:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »