Ponownie na Midweście
środa, 29 listopada 2006
Przeszłość i przyszłość

Bardzo bliski mi Kłapouchy, po którym odziedziczyłam część własnej skłonności do ponuractwa napisał mi tak:

W moim świecie, za mną, stoi nieskończony szereg moich poprzedników, a przede mną wyrasta zastęp moich następców. I w kącie stoi pachnąca lasem choinka, pod obrusem leży siano, a przy stole ktoś łamie się opłatkiem, tak jak robili to mój pradziadek, dziadek, ojciec i wreszcie ja. To sprawia, że czujemy się rodziną i w rodzinie. Zaś kiedy wiemy, że za ścianą siedzi inna rodzina czyniąca to samo, to czujemy się wspólnotą lokalną i dalej - narodem. Bo czymże innym jest dziś naród jak nie zbiorem jednostek połączonych tradycją i nawykami kulturowymi?
At - szkoda gadać! Jestem zapewne konserwatystą i jako takiemu wszelkie wymuszone czy dobrowolne zrywanie z tradycją (nie mylić z ewolucją) jest godne potępienia.

Na pewno nie szkoda gadać, choć temat rzeczywiście dość smętny i dodatkowo, dla mnie przynajmniej, trudny.

W moim domu stoi choinka pachnąca lasem, a pod obrusem jest siano. To dom, z którego wyrosłam i któremu ogromnie wiele zawdzięczam. Nie byłabym sobą, gdybym wyszła z innego domu. Żaden dom nie jest doskonały, ale takiego domu, jak mój własny, mogłam życzyć wielu osobom.

Do czego zobowiązuje mnie przynależność - nie wybrana i zarazem jak najbardziej wybrana - do takiej właśnie rodziny? Kłapouchy napisał jasno: "przede mną wyrasta zastęp moich następców". W ważnym wymiarze ja takim następcą nie będę. W moim mieszkaniu w tym roku, podobnie jak w roku ubiegłym, nie będzie choinki, nie będzie opłatka. Nie będzie kultywowania tej tradycji, która w moim rodzinnym domu jest żywa.

"Dobrowolne zrywanie z tradycją jest godne potępienia", pisze Kłapouchy. I tu powstaje problem lojalności. Komu powinnam być lojalna? Tradycji, w której się wychowałam, rodzinie, którą kocham czy sobie samej?

Oczywiście, zgodnie z duchem liberalizmu i indywidualizmu powinnam odpowiedzieć: sobie samej przede wszystkim. Ale zarazem judaizm właśnie, ta inna tradycja, którą wybrałam i chcę uczynić swoją, uczy mnie, że moja wolność niekoniecznie musi być najważniejsza. To judaizm, innymi słowy, każe mi w pewien sposób mój wybór przemyśleć.

Nie wiem, czy potrafiłabym zawrócić z wybranej już drogi. Chyba nie chciałabym tego zrobić. Czego jednak może uda mi się uniknąć, to potępienie tradycji, z której wyrosłam i za której granice wyszłam.

Smuci mnie zawsze widok ludzi, cierpiących na tę wersję syndromu kwaśnych winogron. Takie osoby czują przemożną potrzebę negowania i deprecjonowania tego, co inne, każdej drogi innej niż ich własna. W przypadku konwersji religijnej nagle zaczynają z typowo neoficką gorliwością krytykować inne religie. W przypadku konwersji politycznej koniecznie muszą napluć na ugrupowanie, które wspierali wcześniej. W przypadku konwersji intelektualnej - zdeptać światopogląd wyznawany uprzednio.

Takie osoby spotkać można wszędzie. Także wśród Żydów. Ot, na przykład, jeden z najwybitniejszych żydowskich historyków XIX wieku, Heinrich Graetz. Wychowany w ortodoksyjnej rodzinie z czasem ortodoksję żydowską po prostu znienawidził. Jego wypowiedzi na temat wschodnioeuropejskich Żydów ortodoksyjnych są pełne pogardy i nienawiści.

Mam nadzieję, że uda mi się czegoś takiego unikąć. Że nie zacznę wyśmiewać się z choinki i drwić ze śpiewania kolęd przy wigilijnym stole.

Drzwi do dużego pokoju są przeszklone, drewniane elementy przeplatane są płytkami szkła, w których wytłoczono coś na kształt bąbelków. W tych płytkach pięknie załamuje się światło. Szczególnie światło kolorowych lampek zapalonych na choince, która stoi w kącie dużego pokoju. Stoję za tymi drzwami i patrzę na grę kolorowych światełek - to jedno z najprzyjemniejszych wspomnień z mojego dzieciństwa.

04:32, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 27 listopada 2006
If each day is a gift...

Ta mocno zgryźliwa starsza pani (a raczej - seniorka, gdyż w Stanach nie ma starszych pań, są jedynie seniorki) to Maxine, która po raz pierwszy pojawiła się na kartach pocztowych Hallmark (seria Shoebox) w 1986 roku.

Od tamtego czasu zrobiła sporą karierę. Zwykle jest tak, że postacie z kreskówek trafiają na karty pocztowe. Garfield czy Peanuts najpierw zdobyli popularność medialną, a potem zawędrowali w inne rejony masowej kultury. Z Maxine było odwrotnie.

Dziś ma swoją stronę w internecie, swoje książki, plakaty, kalendarze, koszulki i wszelkie możliwe inne gadgety. I oczywiście nadal pojawia się na pocztowych kartkach.

Może jej popularność świadczy o tym, że z amerykańskim poczuciem humoru nie jest tak źle, jak mi się czasem wydaje.

niedziela, 26 listopada 2006
Obcy język i poczucie humoru

Kiedy w 1951 roku Antoni Słonimski zdecydował się wrócić do Polski, znajomi pytali go, co stało za tą decyzją. W końcu powrócił do raczej ohydnego, stalinowskiego świata. Pytanie nie było więc bezzasadne.

"Po angielsku nie mogłem opowiadać dowcipów", odpowiedział Słonimski.

Kto zna jego felietony albo teatralne recenzje, ten wie, jak ważne było dla poety poczucie humoru i zrozumie, dlaczego wspomniany powód wcale nie był trywialny.

Pamiętam, jak podczas zajęć z hebrajskiego, mniej więcej rok temu, zażartowałam na jakiś temat, po hebrajsku. Nauczycielka powiedziała mi później: jeśli ktoś potrafi żartować w obcym języku, to znaczy, że naprawdę zaczyna go czuć.

Moja nauczycielka ma wielkie doświadczenie w nauczaniu obcych języków, nie tylko hebrajskiego, więc zapewne wie, co mówi.

Doświadczenie również podpowiada mi, że istnieje tutaj jakiś istotny związek. Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w Stanach, przez długie miesiące miałam poczucie, że zgubiłam jakąś część osobowości. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że tym, co zagubiłam, było poczucie humoru. Moje poczucie humoru nie potrafiło znaleźć formy ekspresji w obcym języku.

Jestem wielbicielką Kabaretu Starszych Panów, humoru Słonimskiego i Tuwima, do łez potrafią mnie doprowadzić zjadliwe recenzje "książek najgorszych" Barańczaka oraz jego gry językowo-literackie.

Ot, na przykład, stworzona przez Barańczaka właśnie przeróbka znanego wiersza:

Rzadko na moich wargach
Pojawia się słodka, jedyna,
W dymie pożarów wędzona,
Najdroższa nazwa: słonina.

Jednak, gdy zjawi się,
Warga, drżąca, lecz trwodze daleka,
Idzie od razu na całość:
- Proszę dwadzieścia deka.

(Cytuję z pamięci, więc może z błędami.)

Nie umiem tego przełożyć na angielski. Rzecz bowiem nie tyle w słowach, oczywiście, ale w kontekście kulturowym i historycznym, który dla osoby nie znającej polskiej poezji i polskich dziejów jest kompletnie nieczytelny.

Najlepszy dowcip jest sytuacyjny i ociera się o absurd. Często igra także z językiem wykorzystując swojskie konstrukcje do własnych celów. (Przykład: recenzja Słonimskiego ze sztuki pt. "Dom otwarty" brzmiała: "Zupełnie niepotrzebnie".) Takie poczucie humoru wymaga niebywałej znajomości języka, w którym się wyraża. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy osiągalne jest dla kogoś, kto w danym języku nie został wychowany.

Do tego dochodzą kwestie może mniej kulturowe, a bardziej psychologiczne. Otóż jedną z moich ulubionych form komunikacji stanowi ironia, szczególnie jeśli jestem w odpowiednim nastroju. Nie wiem, na ile jest ona właściwa Słowianom, ale o tym, że dziwna jest przynajmniej części mieszkańców Nowego Świata mogłam przekonać się w czwartek, podczas świątecznego spotkania w gronie mniej i bardziej znanych znajomych.

Moja znajoma z Litwy, która dysponuje znacznie lepszym ode mnie wyczuciem tego, co Amerykanie rozumieją, a co jest zwykle poza ich zasięgiem, chodziła za mną i śmiejąc się z różnych moich uwag równocześnie zapewniała pozostałe osoby: "To była ironia".

To powtórzone kilkakrotnie wyjaśnienie mocno mnie zastanowiło.

Niemniej, możliwe, że to naprawdę nie jest sprawa kulturowa. Bliska znajoma opowiadała mi kiedyś, że podczas pierwszych lat małżeństwa, na wszystkich prawie przyjęciach mąż musiał chodzić za nią i większości rozmówców tłumaczyć, że żona nie jest wcale źle wychowana, a po prostu ma szczególne poczucie humoru.

Ze znajomą ową rozmawia mi się notabene doskonale. Rozumiemy się w lot i wzajem przerzucamy lekko złośliwymi komentarzami na różne tematy. Choć pogadać możemy wyłącznie po angielsku.

czwartek, 23 listopada 2006
Święto Dziękczynienia

Kilka dni temu na mieście, w tym samym miejscu, co zawsze, pojawił się ten oto plakat:

Miasteczko opustoszało. Teraz, późnym wieczorem, większość okien w okolicy jest ciemna. Mieszkają tu głównie studenci, którzy teraz są w drodze do rodzinnych domów. W Święto Dziękczynienia usiądą razem z rodzinami przy stołach, będą jeść indyka i cieszyć się tym wszystkim, co mają.

Religijni Żydzi swoje Thanksgiving mają właściwie codziennie. Codziennie rano bowiem mówią tuż po przebudzeniu: Mode ani lefanecha, melech chaj wekajam, szehechezarta bi niszmati bechemla, raba emunatecha (Dzięki Ci, Królu Żyjący i Trwający, że zwróciłeś mi moją duszę, wielka jest Twoja wierność).

Nie wierzę w to, żeby moja dusza opuszczała ciało podczas snu i wracała do niego w chwili przebudzenia. I na szczęście nie muszę w nic takiego wierzyć, żeby słowa tej bodaj najprostszej modlitwy wypowiadać z przekonaniem.

To jedna z licznych w judaizmie modlitw dziękczynnych. Ksiądz Józef Tischner zauważył kiedyś, że najpiękniejsza teologia rodzi się z zachwytu i wdzięczności. Przy całej mojej miłości do myśli religijnej o dość ponurym charakterze, muszę Mu przyznać rację. Judaizm dla mnie jest właśnie religią zachwytu i wdzięczności.

Nie chodzi tu o wdzięczność za coś konkretnego, namacalnego. Staram się uniknąć postawy typu "co-Haszem-dla-mnie-ostatnio-zrobił". Nie widzę ręki Boga za każdym zdarzeniem w swoim życiu, dobrym czy złym.

Ale cieszę się, że czasem mogę Mu być wdzięczna za wszystko i za nic równocześnie. Za to, że jestem, choć czasem wolałabym nie być. Za to, że są ludzie, których kocham. Za to, że to, co jest, jest.

Judaizm pozwolił mi tę wdzięczność ubrać w słowa.

Jedzenie indyka nie jest konieczne.

02:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
środa, 22 listopada 2006
Post scriptum

Przeczytałam właśnie wpis Żydóweczki i się zaniepokoiłam bardzo. Z uwagi na to, że wprost przywołała mój poprzedni wpis tutaj, muszę odpowiedzieć. Zaniepokoiłam się, że Żydóweczkę - i inne Żydówki, które żyją i myślą podobnie - mogłam obrazić. A przecież kompletnie nie o to chodzi.

Ja jestem feministką i byłam nią zanim postanowiłam zostać Żydówką. Dlatego jest to dla mnie ważne. Rezygnacja z części własnych przekonań - z tych przekonań i różnych innych również - byłaby dla mnie równoznaczna z rezygnacją z samej siebie. A to ja właśnie, taka jaką jestem, chcę zostać Żydówką. Dla takiej siebie chcę znaleźć miejsce w judaizmie i tradycji. Miejsce to widzę i do niego dążę idąc śladami choćby Blu Greenberg, Havivy Ner David, Judith Hauptman i wielu innych żydowskich kobiet.

Nie ma jednego feminizmu tak samo jak nie ma jednego judaizmu. W moim feminizmie doskonale mieści się zapalanie szabatowych świec, robienie prania i wychowywanie dzieci. Gdzie problem? Ja go nie widzę. Świece zapalam w każdy piątkowy wieczór i raduję się tym, że mogę to robić. Zmywaniem zajmuję się wręcz namiętnie, bo sprawia mi to przyjemność.

Mam bardzo religijną znajomą, która kompletnie nie rozumie mojego pragnienia zakładania tałesu do porannej modlitwy. Ona tego nie robi i nie potrzebuje. Skrajnym debilizmem z mojej strony i bezczelnością byłoby nakładać jej tałes na siłę i wmawiać jej, że nie robiąc tego daje się stłamsić trybom ohydnego patriarchatu.

Feminizm dla mnie oznacza, między innymi, prawo do wyboru i szacunek dla wyborów innych niż mój własny. Chcę, żeby moje prawo do wyboru uszanowali ci, którzy kształtują żydowskie życie religijne. Chciałabym, żeby każda żydowska kobieta mogła swój judaizm kształtować i przeżywać w taki sposób, by był on dla niej źródłem sensu, siły i radości. Niezależnie od tego, co sądzi o feminizmie.

Tyle na szybko. O feminizmie na pewno będzie jeszcze więcej.

wtorek, 21 listopada 2006
Być religijną Żydówką i feministką I

Znajoma M: oj, z tym to będziesz miała kłopot, nie da się być ortodoksyjną Żydówką i feministką.

Rabin S: ależ oczywiście, że można być ortodoksyjną Żydówką i feministką, nie widzę problemu.

Znajoma M jest ortodoksyjną Żydówką i nie jest feministką. Rabin S chyba nie jest feministą, ale na pewno jest Żydem ortodoksyjnym.

Ortodoksyjny judaizm ma więcej niż jedno oblicze. W ogóle nie ma jednego judaizmu, a i w ramach każdego z tzw. głównych nurtów są rozmaite strumienie.

Żydowskie prawo religijne, czyli halacha, jest seksistowskie. Przeczyć temu, moim zdaniem, trudno, choć są tacy, którzy namiętnie i z głębokiego przekonania uprawiają w tym zakresie mniej i bardziej zręczną apologetykę. Naprawdę lepiej by było, gdyby swoje umysły, często wybitne, zaangażowali w jakieś inne sprawy.

Seksistowskie elementy halachy nie są niczym zaskakujących. Prawo żydowskie było tworzone przez mężczyzn. W czasach, kiedy powstawał Talmud oraz wtedy, gdy powstawały obowiązujące do dziś w judaizmie ortodoksyjnym kodeksy halachiczne, pozycja kobiety była jaka była. Rabini byli współtwórcami pewnej kultury, ale byli przez nią również kształtowani. Np. wpływy helleńskie w zakresie obrazu i statusu kobiety w literaturze talmudycznej znaleźć bardzo łatwo.

Nie oznacza to, że w żydowskiej legislacji religijnej nie ma elementów, które pozycję kobiety poprawiały, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę analogiczne prawodawstwo w innych kulturach tamtych czasów. Można takie wątki wskazać i są one istotne.

Co może zrobić dziś żydowska religijna feministka, która nie chce pójść śladem judaizmu reformowanego i uznać, że halachę należy odwiesić na kołek? Otóż może pokładać nadzieję w zmianach. W zmianach w mentalności - które są często ogromnie trudne - i w legislacji religijnej - które są niemniej skomplikowane, ale są równocześnie możliwe.

Dla mnie judaizm bez halachy nie istnieje. Wiem, że wielu Żydów taką drogą wybrało i wybiera, ale to nie jest moja droga, to nie jest mój judaizm. Równocześnie mam jednak świadomość tego, że w judaizmie jest wiele antykobiecych uprzedzeń, z których niektóre przyjęły formę prawną.

Co z tym fantem począć?

Spojrzeć mu prosto w oczy. Nie udawać, że problemu nie ma. To moja strategia. Przygotowując się do konwersji szczególną uwagę poświęcam właśnie kwestii statusu kobiety i odkrywam różne problemy, kwestie, które budzą mój opór intelektualny i emocjonalny. Szukam powodów danych regulacji, źródeł obyczajów i zmagam się z nimi. Czytam teksty nowe i stare, opinie rabinów dawnych i dzisiejszych, ortodoksyjnych i konserwatywnych, wykształconych i zaangażowanych w judaizm kobiet i mężczyzn. Znajduję opinie, które podzielam i opinie, które działają na mnie jak płachta na byka.

Jedno jest jednak pewne: judaizm jest żywy i zmienny o czym świadczą toczące się w jego ramach debaty. To nie żadna skamielina, przed którą należy paść plackiem i oddawać jej hołd, dlatego jedynie, że stoi za nią autorytet Tradycji. Czytając rozmaite debaty, słuchając różnych ludzi wiem, że są religijni Żydzi, z którymi niewiele mam wspólnego i z którymi nie chcę mieć wiele wspólnego. Wiem jednak, że są i inni. Wiem, że w swoim pragnieniu by miłość dla judaizmu i jego tradycji połączyć z feminizmem nie jestem osamotniona. Dowód na to jest choćby tutaj: Jewish Orthodox Feminist Alliance

Dzisiaj wiem, że nie muszę rezygnować z siebie, z przekonań, które są dla mnie ważne, żeby stać się religijną Żydówką. Oczywiście są sytuacje, w których muszę dokonać szybkiego wyboru. Słyszę, że nie powinnam prowokować mojej społeczności przychodząc w tałesie na poranne nabożeństwo. I jestem gotowa się z tym pogodzić. Czasem muszę wybierać pomiędzy dwiema równorzędnymi dla mnie wartościami. Żaden z tych wyborów nie jest łatwy.

Ostatecznie decyduje bilans. U mnie nie wychodzi on na zero. Wychodzi na plus. Bo w judaizmie z jego problematycznymi elementami, w moim zmaganiu się z niektórymi kwestiami odnajduję sens i wartość, których nie odnalazłam nigdzie indziej. I to mi wystarcza.

23:14, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Ezrat naszim

Synagoga A jest ortodoksyjna czy - może trafniej rzecz ujmując - tradycyjna. Względnie tradycyjny jest także sam budynek: neoklasycystyczna budowla wzniesiona przed II wojną światową.

To synagoga, w której do czasu wyjazdu z Polski modliłam się najczęściej. Kilka razy zdarzyło mi się uczestniczyć także w nabożeństwach w innej, nazwijmy ją B, w innym mieście, ale tej szczerze nie lubię.

W A, jak w każdej synagodze tradycyjnej, mężczyźni i kobiety modlą się oddzieleni od siebie. Na dole wyznaczona jest specjalna sekcja dla kobiet, a na górze znajduje się specjalna galeria dla nich przeznaczona, tzw. ezrat naszim. Zawsze modliłam się tam właśnie. Część synagogi wyznaczona dla kobiet na parterze jest niefortunnie umiejscowiona - nie widać z niej ani bimy, ani aron ha-kodesz. Z góry można przynajmniej coś zobaczyć.

Czy ma to znaczenie? W końcu synagoga to nie teatr ani kino. Nie ma ekranu, który może człowiekowi zasłonić kapelusz jakiejś eleganckiej pani albo głowa jakiegoś koszykarza. Podczas modlitw w synagodze nie jest też, ściśle rzecz biorąc, potrzebny widok osoby prowadzącej modlitwy. Zupełnie normalne jest to, że każdy modli się we własnym tempie. Oczywiście dobrze jest przynajmniej pewne modlitwy odmawiać w tym samym czasie, co reszta zgromadzonych, ale konieczności takiej nie ma.

Dla mnie jednak widok ma znaczenie. Nie o estetykę tu chodzi, ale o poczucie uczestnictwa.

Judaizm ortodoksyjny przyjmuje, że kobieta nie ma obowiązku uczestniczenia w modlitwach publicznych czyli tych, które odbywają się w synagodze. Żeby się modlić nie potrzebuje minjanu. A nawet jeśli w synagodze jest, to do minjanu jej obecność nie jest liczona. Coś jak piąte koło u wozu, ujmując rzecz nieco zbyt brutalnie.

Czasem jednak to piąte koło u wozu chce się pomodlić w synagodze razem z innymi Żydami. Dla mnie jest to szczególnie ważne w piątkowe popołudnia. Bez możliwości uczestniczenia w kabalat szabat szabat jest dla mnie jakoś niepełny. Żeby jednak mieć realne poczucie współuczestniczenia z innymi w nabożeństwie nie mogę czuć się od nich kompletnie odseparowana fizycznie. Dlatego wybieram galerię na piętrze, która umożliwia przynajmniej kontakt wzrokowy.

Synagoga B takiej galerii niestety nie ma. Sekcja dla kobiet wydzielona jest na parterze i stanowi praktycznie osobne pomieszczenie - z główną salą modlitw łączą je okna.

Nie jestem w stanie tam się modlić, bo szlag mnie trafia już po wejściu. W pomieszczeniu dla kobiet są zdekompletowane krzesła i jakieś połamane ławki. Wszystko razem sprawia wrażenie składziku rzeczy niepotrzebnych i aż nadto dosłownie powoduje, że czuję się kompletnie niepotrzebna niczym jeden ze zgromadzonych tam, zmęczonych życiem mebli. Przebywając w takim miejscu czuję się zbyt upokorzona, żeby stać mnie było na modlitwę.

Oczywiście, mogłoby być gorzej. Kto był w synagodze w Tykocinie (obecnie muzeum), ten wie, że w oknach łączących sekcję dla kobiet z salą główną mogą być zamontowane kraty...

Do balkonu u synagodze A zdążyłam się przyzwyczaić. Ba, dostrzegłam nawet parę jego zalet. Łatwiej mi się skupić na modlitwie, kiedy nikt nie stoi zbyt blisko mnie. Sekcja dla kobiet w synagodze B kojarzy mi się jednak jak najgorzej - z nadal silną w środowiskach ortodoksyjnych tendencją do wykluczania kobiet z życia liturgicznego poza czterema ścianami domostwa. Jeśli już przychodzą do synagogi, to niech trzymają się z daleka od jej centrum.

Z punktu widzenia ortodoksji kobieta w synagodze rzeczywiście potrzebna nie jest. Co więcej jej obecność stanowić może kłopot. Rabini od wieków martwili się zgubnym wpływem kobiet na męską uwagę. Z troski o nią wzięły się rozmaite ograniczenia - kobieta nie może modlić się z mężczyznami czy śpiewać w synagodze, bo zebrani w niej faceci nie będą mogli skupić myśli na Bogu. Biedacy... Tylko dlaczego cenę za podniesienie jakości męskich modlitw mają ponosić kobiety?

Oczywiście pojawia się pytanie: skoro moja feministyczna dusza ma zastrzeżenia, to dlaczego przy judaizmie (i to w jego wersji bardziej tradycyjnej) jednak się uparłam? Ale o tym już przy innej okazji.

04:45, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (11) »
niedziela, 19 listopada 2006
Dobra pora na dobry jazz

Wieczór, za oknem okropne warunki atmosferyczne, deszcz nie tam, że "o szyby dzwoni, deszcz dzwoni jesienny", ale wręcz łomoce, więc co można zrobić, poza otuleniem się ciepłym kocem i puszczeniem dobrej muzyki?

Dobra muzyka na dziś to Avishai Cohen: jazzman urodzony w Izraelu, a od lat 90. mieszkający w Nowym Jorku. W przeszłości pracował z gwiazdami (Chick Corea, Bobby McFerrin czy Herbie Hancock), dziś sam jest gwiazdą.

Cohenowi towarzyszą, jak zawsze, pianista Sam Barsh i perkusista Mark Guiliana.

Na stronie internetowej można posłuchać krótkich fragmentów z płyt tego trio. Dla mnie okazały się wystarczające, by natychmiast popędzić do sklepu i nabyć najnowszą płytę, zupełnie rewelacyjne "Continuo".

Szczęśliwcy, którzy byli w Warszawie podczas ostatnich Jazz Days mieli możliwość posłuchania Cohena na żywo. Aż mnie skręca z zazdrości.

02:10, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 listopada 2006
Angel Soft

Małe audiotele:

Czy Angel Soft to:

1. odżywka do włosów, po użyciu której stają się one puszyste i lśniące?

2. balsam do ciała, dzięki któremu nasza skóra nabierze wyjątkowego powabu?

3. krem do twarzy, który wygładzi wszelkie zmarszczki łącznie z tymi, których jeszcze w ogóle nie widać?

4. preparat do depilacji, dzięki któremu nasze nogi tudzież inne części ciała staną się jedwabiście gładkie?

Nie, nie, nie i nie. Bardzo mi przykro. Prawidłowa odpowiedź: Angel Soft to papier toaletowy.

W ten sposób w smętną rzeczywistość WC można wprowadzić nieco poezji...

piątek, 17 listopada 2006
Mój tałes

"I powiedział Haszem do Moszego wyjaśniając mu: Przemów do synów Jisraela i powiedz im: Niech zrobią dla siebie cicit na rogach swoich ubrań i niech czynią tak przez wszytkie ich pokolenia... To będzie dla was cicit. Gdy go zobaczycie, będziecie pamiętali o wszystkich przykazaniach Haszem, żebyście je wypełniali i żebyście nie podążali za szpiegami słej skłonności, a są nimi wasze serca i wasze oczy, które was zwodzą, i żebyście pamiętali i wypełniali wszystkie Moje przykazania..." [Bemidbar 15:37-40]

W starożytności tałes był noszony powszechnie jako wierzchnie okrycie, z czasem został zastąpiony przez noszony cały czas pod ubraniem tałes katan - "mały talit", zazwyczaj nazywany po prostu cicit, a oryginalny nazywany jest tałes gadol (talit gadol) - "duży talit", czy krótko właśnie tałes i używany jedynie podczas modlitw lub innych czynności religijnych i liturgicznych. Tałes noszony jest we wszystkich społecznościach żydowskich w czasie modlitw szachris (porannej) oraz musaf (dodatkowej w Szabasy i święta), a także często w czasie wszystkich modlitw w Jom Kipur.

Wedle tradycji przykazanie - micwa - noszenia cicit dotyczy mężczyzn. W niektórych społecznościach tałes nakłada każdy mężczyzna po bar micwie, w innych - mężczyna żonaty.

Wedle generalnej zasady kobiety zwolnione są z przestrzegania micwot, które związane są z określoną porą dnia, z określonym czasem. Nie jest to sformułowanie precyzyjne, gdyż np. micwa zapalania świec szabatowych jest jak najbardziej związana z określoną porą dnia, niemniej często się ją przywołuje w odpowiedzi na pytanie o to, czy tałes może nosić kobieta.

Można więc usłyszeć, że tak, może, aczkolwiek nie jest do tego zobowiązana.

Jest też inna odpowiedź - nie, stanowczo nie może. Dlaczego? Ponieważ kobiecie nie wolno nosić ubrań męskich, a mężczyźnie - kobiecych. Tałes tradycyjnie jest nakryciem męskim. Czasem rabini idą jeszcze dalej. Wczoraj przeczytałam wypowiedź pewnego ultraortodoksyjnego rabina, zdaniem którego, jeśli kobieta założy do modlitwy tałes, to jest to przejawem jej pychy i próżności.

Tałes kupiłam kilka lat temu, za pośrednictwem sklepu wysyłkowego. Przez długi czas leżał w zapieczętowanej torbie, w szufladzie. Wyciągałam go z szuflady czasami, przesuwałam palcami po materiale, żeby poczuć jego fakturę.

Kiedyś jednak postanowiłam okryć się tałesem przed poranną modlitwą. Najpierw owinęłam się nim z głową, w całości i szeptem wyrecytowałam stosowne błogoławieństwo. I choć zabrzmi to idiotycznie - ogarnął mnie wielki spokój. Wtedy zrozumiałam, dlaczego tradycja uczy, że okrycie się tałesem jest skryciem się pod skrzydłami Szechiny, Bożej Obecności.

Gdy w porannej modlitwie doszłam do tekstu Amidy pierwszy raz w życiu mogłam - wypowiadając słowa "cicit" w niej zawarte - zgodnie z tradycją podnieść cicit do ust.

Od tego dnia nie chciałam zrezygnować z noszenia tałesu przy porannej modlitwie. Znając opinie przeciwne takiemu zachowaniu, spytałam rabina, co o tym sądzi. Rabin odpowiedział, że skoro noszenie tałesu wspomaga moje doświadczenie modlitwy, to mogę go nosić, nie powinnam tego jednak robić w synagodze.

To zastrzeżenie wydaje mi się zupełnie zrozumiałe. Założenie tałesu przez kobietę w ortodoksyjnej synagodze zostałoby uznane za polityczną manifestację. Choć uważam się za feministkę, to na takiej manifestacji w tym konkretnym przypadku mi nie zależy. Nie noszę tałesu, żeby komukolwiek cokolwiek udowodnić. Noszę go dlatego, że bez niego nie potrafię się już modlić.

Tałes to zaledwie prostokątny kawałek materiału. Cicit to jedynie splecione w odpowiedni sposób nitki przymocowane do jego rogów. Ale zarazem tałes okrywający moją głowe, ramiona i plecy, to bariera chroniąca mnie przed rozgardiaszem zewnętrznej rzeczywistości. Przed modlitwą potrzebuję się wyciszyć i tałes mi to umożliwia. Potrzebuję również cicit - potrzebuję je widzieć, potrzebuję trzymać je w dłoni, ponieważ one mówią mi kim jestem i dokąd zmierzam.

Nie widzę w tym żadnej pychy, żadnej próżności. Jeśli ktoś nie potrafi o noszeniu cicit przez kobietę myśleć inaczej niż w kategoriach politycznych demonstracji i zagrożenia dla pozycji mężczyzny, mogę mu jedynie szczerze współczuć.

Szabat szalom.

19:33, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3