Ponownie na Midweście
piątek, 30 listopada 2007
Dziś tylko tyle

Szabat szalom.

czwartek, 29 listopada 2007
Nylonowe paskudztwo

Co jakiś czas nachodzi mnie refleksja następująca pod prysznicem: dlaczego znowu nie przywiozłam sobie normalnej gąbki?!

Fajnie by było mieć taką całkiem zwyczajną gąbkę, do nabycia wszędzie, ze sklepem spożywczym włącznie. Syntetyczne to to, z jedną warstwą szorstką, drugą bardziej delikatną, dość trwałe.

Prosta rzecz, a tutaj nie do nabycia.

Najpopularniejszym narzędziem do mycia się tutaj jest coś takiego:

Nazywa się to pufem. Puf, przynajmniej moim zdaniem, powinien być miękki, puszysty, przyjemny w dotyku. Sama nazwa na to wskazuje.

Nic z tych rzeczy jednak. Puf składa się ze skłębionej nylonowej siateczki.

Jak często można przeczytać w reklamach: znakomicie i błyskawicznie wysycha po kąpieli. To akurat się zgadza, ale dziwnym trafem kupując sobie coś do namydlania ciała pod prysznicem, nie kieruję się tym, czy to coś będzie szybko wysychało czy też nie.

Nie dziwi mnie jednak, że tę zaletę pufów się podkreśla. Innych bowiem nie ma

Jeśli ktoś lubi dotyk delikatnej piany na skórze pod prysznicem, to się gorzko rozczaruje. Żaden płyn do kąpieli się na pufie nie zapieni. Prędzej ja się zapienię ze złości.

Jeśli komuś sprawia przyjemność masowanie ciała przyjemnym w dotyku materiałem, niech o tym zapomni. Używanie pufa przypomina raczej skrobanie się zmywakiem do naczyń. Sama rozkosz.

Na szczęście można też nabyć gąbki z prawdziwej gąbki. Tyle że one są dość nietrwałe. Kiedy kolejna zaczyna mi się rozpadać w rękach, znowu wzdycham i postanawiam w duchu poprosić Rodzinę o przesłanie mi całkiem zwyczajnej, polskiej gąbki...

wtorek, 27 listopada 2007
"Świętych obcowanie"

Bertrand Russell napisał w swojej biografii, że filozof nigdy właściwie nie czuje się samotny, a to dlatego, iż może nieustannie prowadzić rozmowy z innymi filozofami. Z Platonem, z Kantem, z Humem, z Arystotelesem. Zależnie od gustu i potrzeb. Filozofia nie rozwija się poprzez obalanie kolejnych teorii i zastępowanie ich nowymi, ale przez kumulację. Z tego powodu Platon nie staje się przestarzały. Żaden wielki filozof nie staje się przestarzały. I z każdym z wielkich myślicieli przeszłości rozmawiamy do dziś.

Russell nazwał to świecką wersją świętych obcowania.

Coś podobnego judaizm daje każdemu religijnemu Żydowi, ilekroć poświęca on czas na studiowanie własnej tradycji.

Myślałam o tym dziś przed południem.

W każdy poniedziałek spotykam się w jednej z miejscowych knajpek z zaprzyjaźnionym profesorem i rabinem w jednej osobie. Spędzamy razem mniej więcej godzinę na czytaniu hebrajskiego wydania pewnego chasydzkiego tekstu. Książka ta złożona jest z komentarzy do fragmentów Tory czytanych w synagodze w każdy szabat. Ów chasydzki lider, rabin Kalonimus Kalman Szapira, jeden z wybitniejszych przedstawicieli chasydzkiego świata na terenie Polski przed drugą wojną światową, wygłaszał komentarze do Tory w każdy szabat w swoim beit midraszu przy ulicy Dzielnej w Warszawie. Po zakończeniu szabatu zaś spisywał to, co mówił.

Prawie każdy komentarz zaczyna się od przytoczenia jakiegoś fragmentu jednego z najważniejszych komentarzy do Tory, jaki kiedykolwiek powstał - komentarza Rasziego. Raszi to jeden z największych żydowskich myślicieli i komentatorów Tory. Żył w średniowieczu. Jego komentarz czytamy do dziś. Trudno wręcz wyobrazić sobie studiowanie Tory bez komentarza Rasziego.

Rabin Szapira cytuje także wiele innych źródeł. Często dzieła chasydzkie, w tym dwie księgi, które napisał jego ojciec, rabin Elimelech. Sięga także dalej, do midraszy, do Zoharu, do Talmudu.

Nie ma dla niego znaczenia, jak dawno te teksty powstały. Liczy się ich treść. Liczy się to, czy oferują ważne i ciekawe myśli na temat biblijnego tekstu. Średniowieczne Troyes, gdzie mieszkał Raszi, antyczne akademie Babilonu, gdzie powstał Talmud Bawli, Kraków sprzed kilku dekad - wszystkie te miejsca zlewają się w jedną przestrzeń intelektualnego i religijnego dialogu.

Siedzimy z Szaulem w Bear's przy drewnianym stole. Otacza nas gwar rozmów i ludzi. Nieopodal zwisają z sufitu dwa telewizory. Na jednym leci właśnie jakaś kreskówka, na drugim prezenter w garniturze opowiada chyba o początku szczytu w Annapolis. Bloomington, Indiana, listopad 2007 roku. A my zastanawiamy się nad znaczeniem pewnego fragmentu z komentarza Rasziego, , który przytacza Szapira. Jaka jest główna idea tego cytatu? A jaki jego kontekst? I dlaczego rabin Szapira go wykorzystuje w swoim rozumowaniu? Szaul specjalizuje się w żydowskim mistycyzmie, więc szybko przychodzą mu do głowy inne teksty, w których poruszano podobne kwestie.

Rabin Szapira rozmawiał z innymi rabinami za pośrednictwem ich dzieł. Teraz my rozmawiamy i z nim samym, i z nimi, za pośrednictwem jego książki.

Nie ma dla nas znaczenia to, że Raszi nie żyje od wieków, że nie ma nawet śladów po akademiach Babilonu. Nie ma znaczenia to, że nie żyje sam Szapira. Dawno zmarli stają się dla nas partnerami w rozmowie. I tak jest zawsze, ilekroć Żydzi studiują teksty swojej tradycji. Także gdy się z nimi spieramy, gdy się z nimi kłócimy, oddajemy im część swojego własnego życia, czyniąc je tym samym żywymi na nowo. I znów, i znów, i znów. W dziesiątkach miejsc na świecie. W każdym miejscu, w którym Żyd pochyla się nad dziełami swojej religii dokonuje się takie żydowskie "świętych obcowanie".

I między innymi za to kocham judaizm.

02:39, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 listopada 2007
Kolejny profesor bredzi

Szczerze mówiąc nie pałam przesadnym entuzjazmem do rozmaitych rozliczeń z przeszłością, szczególnie jeśli przybierają one - albo mają przybierać - formę procesów sądowych. Z drugiej strony, czasem takie procesy są po prostu konieczne i sprawiedliwe. I powinno do nich dojść.

Miałam jakieś zrozumienie dla pierwszych reakcji Heleny Wolińskiej-Brus na wieść o możliwości wydania w jej przypadku europejskiego nakazu aresztowania. Stwierdziła wtedy, że właśnie straciła najbliższego sobie człowieka (rzecz miała miejsce niedługo po śmierci jej męża, profesora Brusa, marcowego emigranta) i niewiele ją obchodzą inne sprawy. Mogłam to pojąć i słowa Wolińskiej nie zrobiły na mnie negatywnego wrażenia. Co więcej, mam spore opory przed stawianiem przed sądem osób w tak zaawansowanym wieku.

Wywiad, którego Wolińska udzieliła dla brytyjskiego Guardiana, zrobił na mnie jednak bardzo złe wrażenie. Wolińska orzekła, że jest kozłem ofiarnym.

"To stara historia", powiedziała Guardianowi odnosząc się do podpisanego przez siebie nakazu aresztowania gen. Fieldorfa. Owszem, stara sprawa. I co z tego?

"To wszystko zdarzyło się w latach 50. Tak, to przestępstwo, którego nie powinno się zapominać, a ja, jako Żydówka, znam rzeczy, o których nie powinno się zapominać", mówiła Wolińska.

No właśnie, Holokaust, w którym zginęła cała jej rodzina to też stara sprawa. Sprawa, o której nie wolno zapominać. Podobnie jak o pokazowych procesach z czasów stalinowskich i wielu innych zbrodniach, których w historii jest aż za wiele.

"Ja, jako Żydówka", podkreśla Wolińska. Ten wątek podejmuje w The Jewish Chronicle, jak informuje Gazeta Wyborcza, profesor Jonathan Webber, który sugeruje, że próby postawienia Wolińskiej przed sądem mogą być w istocie rzeczy przejawem antysemityzmu związanego z tym, że po wojnie niektórzy Żydzi poparli nowy system.

O tym, że tytuł profesorski nie stanowi żadnej rękojmi mądrości, przekonałam się już bardzo dawno. Bardzo wielu profesorów opowiada banialuki w różnych okolicznościach. Często mnie to nawet zupełnie nie porusza. Nie tym razem jednak.

Słowa Webbera są głupie. Podejrzewanie, że polski system sprawiedliwości chce postawić Wolińską przed sądem dlatego, że jest ona Żydówką, jest brednią miesiąca. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że działalność Wolińskiej w stalinowskich czasach, może stanowić pożywkę dla antysemityzmu. Nie podstawę dla rzetelnej i spokojnej konfrontacji z kwestią zaangażowania Żydów w budowanie tamtego systemu, ale właśnie pożywkę dla nienawiści skądinąd już odczuwanej.

"Ha, ale fajnie" - cieszą się antysemici. "Żydówka, która prześladowała Polaków! Oto żywy dowód dla potwierdzenia naszych przekonań. Oto jacy są Żydzi!" Jest faktem, że Polacy pamiętają w większości wyłącznie o dwóch sędziach z okresu stalinowskiego - o Wolińskiej i Stefanie Michniku. Kto potrafi wymienić więcej nazwisk? I kto z tych sędziów został rozliczony?

Oczywiście, działalność Wolińskiej nijak nie świadczy o tym, "jacy są Żydzi". Świadczy o niej samej i o tamtym systemie. Nie o Żydach. W stalinowskich służbach było mnóstwo Polaków. I nikt nie będzie mówił, że to świadczy o Polakach, że są stalinowcami.

Słowa profesora Webbera są nie tylko głupie, ale również nieodpowiedzialne. Jeśli bowiem nakaz aresztowania Wolińskiej jest przejawem antysemityzmu, to wszyscy Żydzi powinni mu się sprzeciwić. I to jest nie tylko brednia, to jest brednia niebezpieczna.

Nie ma najmniejszego powodu, by sprzeciwiać się procesowi w tej sprawie. Wolińska powinna stanąć przed sądem. Jeśli istotnie nie była zaangażowana w proces Fieldorfa, jeśli rzeczywiście nie wiedziała, czym ten proces się skończy (choć w to akurat niełatwo uwierzyć), to proces sądowy da jej możliwość oczyszczenia się z zarzutów.

Żaden system sądowy w żadnym kraju nie jest doskonały i w każdym zdarzają się błędy (w Polsce ostatnimi czasy było ich dziwnie sporo). Nie oznacza to jednak, że można z góry kwestionować podejmowane przez niego działania. System sądowniczy stanowi jeden z fundamentów demokratycznego państwa prawa. I dlatego sugestie profesora Webbera są oburzające.

Zanim mnie ktoś o to zapyta, od razu powiem, że żałuję, że nie było procesu w sprawie Morela. Jakoś dziwnie nie mam wątpliwości co do tego, że niektórzy czytelnicy chcieliby mnie od razu o to zapytać...

poniedziałek, 19 listopada 2007
Będąc na odwyku

Bratu, z wdzięcznością.

Nie pamiętam, czy tresura zaczęła się od oglądania piłki czy od grania w piłkę. Tresował mnie przez lata długie starszy Brat, ale doprawdy nie potrafię sobie przypomnieć, czy pierwszy etap stanowiły nasze wspólne wyprawy do pobliskiego parku z piłką czy raczej oglądanie meczów na ekranie telewizora.

Chyba jednak to pierwsze, mam wrażenie. Piłka była nie byle jaka i do dziś ją akurat pamiętam doskonale. Przywiózł ją Bratu Tata, ze wschodniego wówczas Berlina. To było coś! Prawdziwa skóra, a nie żaden wyrób skóropodobny. Była biała, z czarnymi i czerwonymi dodatkami. Była także naprawdę twarda, jak się ją porządnie napompowało. To też dobrze pamiętam. Zapewne w skutek bardzo bliskiego kontaktu owej piłki pędzącej z dużą prędkością z moją twarzą. Stałam wtedy na bramce.

Gdy nie było w okolicy nikogo, kto by z Bratem pograł, byłam przynajmniej ja. Raz na jakiś czas nawet młodsza siostra się do czegoś przydaje. Bawiliśmy się w takich przypadkach w turnieje bramkarskie: jedno stawało na bramce, a drugie strzelało, ile wlezie. Brat sypał przy tym nazwiskami znanych napastników i bramkarzy, a miał je wszystkie w małym palcu u nogi. Nasłuchałam się więc o Zoffie, Seamanie, Passarellim, braciach Laudrupach, Goycoachei (zawsze uwielbiałam to nazwisko), Platinim, Zubizarretcie (też piękne nazwisko), van Bastenie, Klinsmanie, Linekerze, Scillacim, Schumacherze, Maradonie...

Emilio Butragenio wrył mi się w pamięć głównie z powodu gry bodaj na starego, poczciwego Timexa (a może już na Amstrada?), w którą oboje graliśmy godzinami. Butragenio był naturalnie głównym bohaterem gry, robił świetne wślizgi.

Dzieliliśmy z Bratem pokój, więc od kiedy wstawiono do niego telewizor nie opuściłam chyba żadnej transmisji. Oglądaliśmy mistrzostwa świata i Europy, puchary... Mistrzostw świata w Meksyku nie pamiętam, ale Włochy w 1990 już tak. Wygląda na to, że dopiero na początku lat 90. tresura zaczęła odnosić wymierne skutki w postaci zapamiętywania przynajmniej niektórych wyników. Brat oczywiście pamiętał również nazwiska strzelców, minuty, w których padały bramki, a nawet to, w jaki sposób padały. Tego poziomu nie osiągnęłam i nie osiągnę raczej nigdy.

Często narzekałam na tę przymusową edukację w dziedzinie, która jednak znajdowała się na obrzeżach moich zainteresowań. Znacznie ciekawiej było poczytać książki o dzielnych Indianach, albo poganiać po okolicy z łukiem z patyka. Nie wiedziałam jeszcze, że tresura zapuściła korzenie. To miało się okazać dopiero później.

Kiedy pokoje mieliśmy już osobne, ogłosy transmisji dochodziły mnie zza ściany. Mecze mistrzostw świata oglądałam już z własnej woli, choć nie podejmowałam żadnej decyzji w tym względzie. Po prostu się je oglądało i już. Brat opowiadał, ja słuchałam, zapamiętywałam kolejne nazwiska piłkarzy i trenerów, ba, nawet nazwy stadionów!

Ogrom wykonanej przez Brata pracy uświadomiłam sobie jednak dopiero, gdy Brat się wyprowadził. Spokój. Cisza. Żadnej środy pucharowej, żadnej Ligi Mistrzów. I przyszła rzeczona środa. Hmm... jakoś dziwnie, czegoś mi brak. Telewizor wyłączony, książka otwarta. Odłożyłam książkę, włączyłam telewizor. Jest mecz. I wtedy zrozumiałam, czego mi tego wieczora brakowało.

Brat mógł sobie pogratulować. Podczas wakacji na Costa Brava z równym jak Brat entuzjazmem oglądałam Camp Nou w Barcelonie. Wtedy kibicowałam Barcie, na przekór Bratu, który był wiernym kibicem Realu Madryt. I oboje złośliśmy się na kadrę hiszpańską, która grała pięknie i przegrywała jak zawsze.

Od czasu wyprowadzki Brata mecze oglądaliśmy zwykle osobno, w przerwie i po meczu gadając przez telefon, a w międzyczasie wymieniając komentarze na bieżąco za pośrednictwem SMSów. Teraz piłce poświęcamy czasem część naszych rozmów na Skypie.

Nie osiągnęłam tego poziomu pasji i zaangażowania, co Brat, ale piłkę nożną oglądałam ze szczerą przyjemnością.

Apogeum naszej wspólnej słabości przeżyliśmy podczas ostatnich mistrzostw świata. Pojechaliśmy razem do Berlina na jeden mecz półfinałowy. To było kilka zupełnie cudownych dni. Oboje emocjonowaliśmy się nadchodzącym meczem Niemcy-Argentyna. Mecz wcale nie porywający, ale atmosfera stadionu wyrównuje wszelkie braki w tym zakresie.

A teraz jestem na odwyku. Niewielu Amerykanów docenia soccer. Z powodu ograniczonego budżetu mam mało kanałów telewizyjnych, a żeby pooglądać piłkę nożną, musiałabym ponieść poważne koszty dodatkowe. I brak mi tego. Naprawdę brak mi Ligi Mistrzów. Brak mi porządnego soccera.

Mamy tu niezłą drużynę uniwersytecką (nawet dwie - męską i kobiecą), ale jej mecze można zobaczyć tylko na stadionie. Byłam na dwóch, jak dotąd, ale powiedzmy sobie szczerze - emocje są zupełnie nieporównywalne.

Pozostało mi przerzucić się na football, ale wyniki z Europy staram się śledzić nadal. Niewykluczone, że wybierzemy się z Bratem do Austrii...

Nieudana próba

Próbuję się od piątku uporać z wynikami badania opublikowanego przez Gazetę Wyborczą. I zupełnie mi nie wychodzi. Kiwam głową, mówię do siebie: "no tak, a czego innego się spodziewałaś?" albo kręcę głową i mamrocę bezsilnie: "rany, co to jest za społeczeństwo, co to są za ludzie, to się w głowie nie mieści".

Żadne z tych słów jednak nie oddają zamieszania w moim biednym umyśle. Nie wiem, co mam myśleć, po prostu. Pastwić się nad polską głupotą odzwierciedloną w wynikach badania? Wygrażać pięściami i drzeć szaty? Machnąć ręką na Polskę i zacząć się starać o amerykańskie obywatelstwo?

Niech mi ktoś po ludzku wytłumaczy, dlaczego zdaniem badanych blisko połowa Polaków nie chciałaby, żeby ich szefem był Żyd? Ja wiem, że to naiwne pytanie, ale czym u licha ci Żydzi komuś zawinili? Połowa Polaków nie chce mieć Żyda za szefa, bo co? Bo będzie im sikał do porannej kawy razem z wrednymi krasnoludkami? Bo się czymś od niego zarażą?

A przecież tak niewielu Polaków w ogóle jakiegokolwiek Żyda w życiu spotkało. Można z powodzeniem założyć także, że ci, którzy Żyda jednak spotkali, nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Żydostwa nie nosi się przyczepionego na czole. Po Żydzie nie widać, że jest Żydem. Jeśli widzimy faceta z kipą na głowie, to zapewne jest to Żyd i w dodatku religijny, ale czy to taki częsty widok w Polsce? Wyniki tego badania jasno wskazują, że religijny Żyd rację nie afiszując się kipą na polskich ulicach. Rzeczywiście lepiej ją schować pod czapką. Na wszelki wypadek.

Ponad 50% nie chciałoby mieć za szefa świadka Jehowy. I znowu - dlaczego? Rzeczywiście, babcie wciskające człowiekowi na ulicy "Strażnicę" bywają upiedliwe, ale czy są takie w większym stopniu niż rozmaite rodzaje umysłowego moheru? Miałam okazję poznać kilku świadków Jehowy, w tym dwóch młodych, bardzo sympatycznych informatyków. Mogę nie podzielać ich religijnej wiary, ale co z tego?

Temu, że ponad 80% badanych deklaruje niechęć do ewentualnego szefa geja czy szefowej lesbijki to już chyba nawet pisać nie warto. Homofobia w Polsce jest zupełnie makabryczna i zaprzeczać jej istnieniu mogą tylko osoby chorujące na wyjątkowo ciężki przypadek zaćmy umysłowej. I też nie wiem - dlaczego tak jest? Co komu przeszkadza to, co dwoje dorosłych ludzi robi ze sobą we własnej sypialni? Czyżbyśmy podejrzewali, że szef gej od razu zacznie nas podrywać, a szefowa lesbijka podglądać w zaciszu szaletu?

Wiem, że są różne mądre teorie i wyjaśnienia. Można sobie poczytać, skąd się biorą wszelakiego rodzaju uprzedzenia, jak się kształtują, jaka jest ich historia etc. Wszystko to zbadano na tysiąc sposobów i opisano pod niezliczoną ilością aspektów.

Mi to jednak jakoś wcale nie pomaga. Przypomina mi się zdanie Hegla, który chyba w przypływie jakiegoś nadmiernego optymizmu, stwierdził, że jeśli spojrzymy na świat rozumnie, to i on na nas rozumnie popatrzy.

Patrzę i patrzę, gapię się wręcz do bólu. I nic. Żadnego rozumu i żadnej rozumności w tym nie widzę.

piątek, 16 listopada 2007
Szarański na kampusie

Ależ ten czas leci. Dopiero co był poniedziałek, dopiero co byłam na wykładzie Natana Szarańskiego, a już jest piątek.

Tak, w poniedziałek i wtorek Szarański gościł w Bloomington. Jeden z najsłynniejszych dysydentów, W przeszłości bliski współpracownik Andrieja Sacharowa, za opozycję wobec sowieckiego systemu skazany na trzynaście lat przymusowych robót. W gułagu spędził osiem lat, po których został wymieniony za sowieckich szpiegów, których schwytali Amerykanie. W połowie lat dziewięćdziesiątych założył w Izraelu partię Jisrael Ba-Alija, która reprezentowała interesy Żydów przybyłych do Erec z krajów postsowieckich. W 2003 został ministrem w rządzie Szarona. Podał się do dymisji w proteście przeciwko jednostronnemu opuszczeniu Strefy Gazy przez wojska izraelskie.

Głośna stała się książka, którą napisał wraz z Ronem Dermerem - "The Case for Democracy". We wtorek odbyło się seminarium z jego udziałem poświęcone właśnie tej książce. Niestety nie mogłam na nie pójść. Książki nie znam, ale dowcip głosi, że jest jedną z nielicznych, które przeczytał George W. Bush. Podobno ogromnie mu się podobała. Trudno się temu dziwić, skoro Szarański wierzy w świetlaną misję Stanów Zjednoczonych polegającą na propagowaniu demokracji na świecie.

O tymże propagowaniu Szarański mówił w poniedziałkowy wieczór. Właściwie to nie był wykład, raczej pogadanka wygłaszana z głowy i bez specjalnego przygotowania. Niestety. Gdyby Szarański się przygotował, wykład byłby zapewne znacznie ciekawszy.

Szarański głęboko wierzy w liberalną demokrację. Jego zdaniem cały izraelsko-palestyński proces pokojowy od początku był jedną wielką pomyłką, a to z tego powodu, że jednym z jego założeń była konieczność wspierania palestyńskiego lidera, którego władza z demokracją rzeczywiście nie miała wiele wspólnego. Tak jak teraz mówi się o wspieraniu Abbasa, którego silna pozycja ma powstrzymać Hamas, tak wcześniej - z tych samych powodów - wolny świat wspierał pozycję Arafata, mówił Szarański, godząc się nawet na przelewanie publicznych pieniędzy na jego prywatne konto.

Tymczasem trzeba było działać inaczej, stwierdził. Nie będzie procesu pokojowego z prawdziwego zdarzenia, mówił, jeśli Palestyńczycy nie staną się społeczeństwem obywatelskim.

Spodobało mi się to zdanie. Sama też wierzę w liberalną demokrację, choć może z mniejszym przekonaniem niż Szarański. Chciałam mu tylko zadać jedno pytanie: co dotychczas zrobił izraelski rząd, żeby ową budowę palestyńskiego społeczeństwa obywatelskiego wspierać? Niestety niewiele.

Ale czy mógł zrobić więcej? Wydaje się, że nie. Może dawno temu, przed jedną i drugą wojną. Przed intifadą. Kiedyś jednak wszystko poszło nie tak. A może nie tak wszystko było pomyślane od samego początku, kiedy tylko mała grupka żydowskich intelektualistów z Brit Szalom głosiła, że Izrael powinien być państwem dla Żydów, a nie państwem żydowskim. Pozornie niewielka różnica. Naprawdę zaś różnica fundamentalna. Pytanie o naturę izraelskiej demokracji nie da się łatwo zasmarować hasłem "antysemityzm". Raz po raz będzie ono powracać, zadawane także przez Izraelczyków - czy Izrael ma być demokracją narodową czy liberalną?

W każdym razie, ciekawie było posłuchać Szarańskiego...

środa, 14 listopada 2007
Krzak gorejący

Piękny, prawda? Listopad na Midweście to miesiąc, w którym kolorystyka okolicy określana jest właśnie przez takie krzewy. Są niebywale dekoracyjne, więc ich obfitość nie dziwi. Rosną w przydomowych ogródkach, rosną na kampusie, w centrum miasta. Prawie wszędzie.

Krzak ma wdzięczną nazwę łacińską (mam słabość do sprawdzania tychże w przypadku flory i fauny): Euonymus alatus, a na Midweście i Wschodnim Wybrzeżu rosnąć może ciepłemu klimatowi. Zasadniczo bowiem pochodzi ze wschodniej Azji.

W Stanach określa się go najczęściej mianem "burning bush" - krzak gorejący. Ogromnie lubię na nie patrzeć, szczególnie zanim osiągną pełnię swojego jesiennego uroku, czyli zanim ich wszystkie liście zmienią kolor na głęboką czerwień. Zmiana barwy dokonuje się dość powoli i stopniowo, zawsze od góry. Krzak o liściach czerwonych na wierzchu, a zielonych od spodu wygląda naprawdę imponująco.

Nie chcę się powtarzać, ale uwierzcie mi: jesień na Midweście jest po prostu przepiękna.

No i przynajmniej wiadomo, co Mosze Rabejnu widział w wiadomym momencie... Do mnie jeszcze żaden z tych krzaków jednakże nie przemówił.

niedziela, 11 listopada 2007
We własnym rytmie

Ostatnio z przyczyn kompletnie dla mnie niezrozumiałych budzę się w okolicach 7 rano. Zaczynam się już podejrzewać o zapadnięcie na jakąś niepokojącą chorobę, która objawia się tym właśnie, że porządne borsuki zaczynają cierpieć na poranną nadpobudliwość.

Objaw chorobliwy bądź nie, ale ma jedną zaletę. Dotarcie do synagogi na 9:30 nie jest problemem. Sobotę rozpoczęłam więc od kilkumilowego spaceru do tejże. Może z powodu nieśpiesznego marszu połączonego z kontemplacją nadal kolorowych liści oraz porannego słońca poczułam się nagle jakoś dziwnie spokojna. Zanotowałam to z niejakim zdziwieniem, bo spokój ostatnimi czasy towarzyszy mi raczej rzadko.

Szachrit w szabatowy poranek teorerycznie rozpoczyna się o 9:30, w praktyce jednak raczej koło 10:00. Tak to już jest z Żydami. Nigdy nie są w stanie zebrać się na czas i wszystko zaczyna się z opóźnieniem. Nie ma się więc co dziwić temu, że Mesjasz też się spóźnia.

Tłumu nie było, minjan z małym kawałkiem, potem powoli dochodziły kolejne osoby. Początkowe modlitwy prowadził Joseph, a później do akcji w roli szaliacha hacibur wkroczył Szaul. Ogromnie lubię, gdy on prowadzi modlitwy. Z dwóch powodów - po pierwsze, w przeciwieństwie do innych prowadzących Szaul zawsze staje tyłem do kongregacji, a przodem do aron hakodesz, do czego jestem przyzwyczajona z synagogi Nożyków. Po drugie zaś dlatego, że wiele modlitw odmawia na inną melodię niż ta, która jest w Beit Szalom przyjęta. Bardziej mi się podoba ten nusach, do którego on z kolei przyzwyczaił się w bardziej tradycyjnych synagogach Izraela i Nowego Jorku.

Tak czy inaczej jednak wszyscy modlą się jak na moje potrzeby zbyt szybko. Prosiłam już kiedyś Szaula, żeby nieco zwolnił...

W synagogach normalne jest, że każdy modli się we własnym rytmie. Oczywiście, najlepiej jest trzymać się tempa prowadzącego i przynajmniej część modlitw odmawiać w tym samym momencie, co reszta kongregacji. U Nożyków jednak normą jest, że bywa z tym różnie. Można przyjść trochę później, można modlić się trochę wolniej albo trochę szybciej. Nikomu to nie przeszkadza, bo w synagogach tak właśnie jest.

W Beit Szalom nieco z tym inaczej, bardziej - powiedziałabym - kościelnie w tym sensie, że wszyscy modlą się razem, w tym samym tempie. Jest ustalony rytm, któremu wszyscy obecni się podporządkowują. Może dlatego, że sala modlitewna nie jest duża i nie ma żadnego zakątka, w którym można by było się nieco schować?

Czasem mnie to irytuje. Szczególnie przy jednej z najważniejszych modlitw - amidzie (inaczej "szmone esre" czyli osiemnaście błogosławieństw). Tradycyjnie i najczęściej amidę odmawia się po cichu. Ale nie w Beit Szalom. U nas pierwszą część wszyscy intonują chóralnie i głośno. Nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić.

Wczorajszego poranka ten dziwny spokój, który mnie ogarnął w drodze do synagogi, spowodował, że postanowiłam zignorować panujący w synagodze obyczaj. Poza tym miałam z Haszem do pogadania i nie życzyłam sobie, żeby mnie ktokolwiek w tej rozmowie poganiał.

Do amidy doszłam wtedy, kiedy doszłam. Trochę później niż wszyscy. Nigdy nie jestem w stanie czytać Szema w tym samym tempie, co prowadzący modlitwy i postanowiłam się tym nie przejmować.

Wstałam, zakryłam głowę tałesem, trzy kroki do tyłu, trzy kroki do przodu. "Baruch" - przygięcie kolan - "ata" - ukłon - "Haszem" - wyprostowanie się - "elochejnu we'elochei awoteinu..." Nie wiem, dlaczego tak jest, ale to dla mnie, zupełnie subiektywnie, najważniejszy i najprzyjemniejszy moment porannej modlitwy. Jak gdyby wraz z zakryciem głowy tałesem zakrywało się nim cały świat, który nagle znika z pola widzenia. Zostaje tylko tekst i melodia modlitwy, w której można zupełnie się zatracić.

Niestety, w Beit Szalom czeka się aż wszyscy zakończą amidę przed przejściem do kolejnej częsci nabożeństwa. Musiałam więc pod koniec wrócić do rzeczywistości i nieco przyspieszyć.

Trzy kroki do tyłu. "Ose szalom bimromaw" - ukłon w lewą stronę - "hu jaase szalom aleinu" - ukłon w prawo - "we'al kol Jisrael" - ukłon na wprost. Krótko stoję w miejscu i trzy kroki do przodu.

Czar pryska.

17:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (14) »
piątek, 09 listopada 2007
Po prostu słuchać

Tak chciałabym spędzić ten weekend. Siedząc i po prostu słuchając tej piosenki.

Słowa jakoś mi uciekają ostatnio. Może dlatego, że znowu piszę i muszę ich zbyt wiele przelewać na ekran. Szukam ich wytrwale i z cierpliwością, usiłuję wyłapywać te właściwe z wirującej gdzieś w mojej głowie masy, ale chwilami zmęczenie bierze górę i pozwalam im szybować swobodnie, nie zmuszając ich do wyrażenia czegokolwiek, do pasowania do czegokolwiek. Niech sobie po prostu będą. Niech sobie wirują. Słowa angielskie, polskie, hebrajskie.

A potem niech wypędzą je z mojej skołatanej głowy dźwięki fortepianu - obok dźwięku skrzypiec najpiękniejsze na świecie.

Szabat szalom.

 
1 , 2