Ponownie na Midweście
poniedziałek, 24 listopada 2008
Przeprosiny

Bardzo Was wszystkich przepraszam, ale muszę zawiesić pisanie bloga na czas bliżej nieokreślony z powodów osobistych. Mam nadzieję, że uda mi się do Was i do niego jeszcze wrócić.

czwartek, 20 listopada 2008
Dobra odpowiedź na głupie pytanie

Niektórzy znajomi wykładowcy mają pewien wysoce niefortunny moim zdaniem obyczaj - pytają mianowicie studentów o to, dlaczego zapisali się na ich zajęcia.

W przypadku większych grup, studenci odpowiadają na piśmie. W przypadku mniejszych, bardziej seminaryjnych - wyjaśnienie stanowi zwykle część autoprezentacji. "Nazywam się tak-a-tak, studiuję to-i-owo, a na te zajęcia zapisałem się, dlatego, że cośtam".

W pewnym stopniu rozumiem logikę, jaka stoi za stawianiem studentom tego pytania. Cóż, wykładowca też człowiek i jako taki bywa ciekawy. Co skłoniło tych młodych ludzi do wybrania akurat moich zajęć z bogatej puli oferowanych przez uczelnię możliwości?

Pierwszy raz podobne pytanie usłyszałam jeszcze w Polsce, podczas ustnej części egzaminu wstępnego na studia. Niemal modliłam się o to, by przypadkiem członkom szanownej komisji egzaminacyjnej nie przyszło do głowy spytać, dlaczego chciałam studiować filozofię. Pytanie jednak padło. Niestety udzielonej odpowiedzi nie pamiętam. Nie pamiętam jej prawdopodobnie dlatego, że była głupia.

I powiedzmy sobie szczerze - jakiejż to sensownej odpowiedzi mogłam na nie udzielić? Chciałam studiować filozofię, bo wydawała mi się szalenie interesująca. Nie wiedziałam jeszcze, co mnie w niej w przyszłości zafrapuje bardziej niż coś innego. Nie wiedziałam także dokładnie, czym się tę filozofię je. Miałam ogólne wyobrażenia podparte lekturami. Gdybym wiedziała więcej, nie musiałabym już studiować. Szczerze mówiąc do dziś nie wiem, dlaczego wybrałam właśnie filozofię. Wiem natomiast, że było warto.

Powiedzmy jednak, że trudności z owym egzaminacyjnym pytaniem brały się ze specyfiki kierunku, nadmiernej ogólności pytania albo wprost - z mojej nerwowości podczas egzaminu.

Z czasem student staje się jednak coraz mniej nerwowy. Uniwersytet przestaje być wyróżnioną częścią rzeczywistości otoczoną nimbem wyobrażeń i intelektualnego pożądnia, a staje się po prostu fragmentem codzienności. Przestałam się zatem denerwować, a jednak pytania o to, dlaczego zapisałam się na te, a nie inne zajęcia, nadal nie cierpiałam i do dziś nie cierpię.

Cóż bowiem błyskotliwego można zaserwować tutaj jako wyjaśnienie? Można powiedzieć, że problematyka jest interesująca albo przynajmniej ciekawie się zapowiada. To nie jest jednak dobra odpowiedź, gdyż w sposób naturalny prowokuje ona do zadania następnego pytania - dlaczego jest interesująca? Hmmm... bo jest. Dlaczego miałabym być w stanie wyjaśnić, dlaczego interesuje mnie jakieś zagadnienie? Czy muszę mieć powody? Czy w tym przypadku nie może być tak, jak z zupą pomidorową, którą lubię jeść, po prostu dlatego, że mi smakuje?

Sytuacja jest naturalnie inna pod koniec semestru. Wówczas - znając już lepiej daną problematykę - można rzeczywiście, przynajmniej czasami, objaśnić, co w niej zainteresowało nas szczególnie i dlaczego. Można spojrzeć wstecz i stwierdzić, czego się człowiek nauczył, w jaki sposób nowa wiedza wplata się w wiedzę posiadaną wcześniej i co w niej zmienia. Można, innymi słowy, zobaczyć rzecz z dystansu i powiedzieć, dlaczego warto było - lub dlaczego nie było warto - na dane zajęcia chodzić.

Inna możliwa odpowiedź brzmi: zapisałam się na te zajęcia, ponieważ dobrze mi pasują w rozkładzie. Nie trzeba wyjaśniać, dlaczego ta odpowiedź - jakkolwiek szczera by nie była - raczej nie usatysfakcjonuje pytającego.

Znajomy podsunął mi parę dni temu kolejną możliwość. Otóż spytany przez znanego mi dobrze profesora M o to, dlaczego zapisał się na jego seminarium o Platonie, odpowiedział, że chciałby nauczyć się prawidłowo pisać nazwiska i imiona filozofów. To jego standardowa odpowiedź. Słysząc ją zachłysnęłam się kawą i wybuchnęłam śmiechem. Niestety profesor M zdradza poczucie humoru dopiero znając lepiej ludzi, z którymi ma do czynienia i był wysoce niekontent. Znajomy z zajęć zrezygnował.

A przecież jego odpowiedź była naprawdę dobra. Dobra dlatego, że w sposób dowcipny pokazała, że na to pytanie nie ma dobrej i równocześnie ciekawej odpowiedzi. Można je tylko zbyć w jakiś inteligentny sposób.

Sama nigdy nie będę go zadawać studentom. Przyszli, to dobrze. Można założyć, że chcą się czegoś nauczyć. Takie założenie zupełnie wystarcza na dobry początek.

niedziela, 16 listopada 2008
Berek czytelniczy

Dolegliwości zasadniczo przyjemne nie są, bez dwóch zdań. Tzw. chorobowe miewa jednak swoje zalety, szczególnie jeśli dolegliwości nie są kompletnie paraliżujące i pozwalają cieszyć się drobnymi przyjemnościami w rodzaju dobrego wytłumaczenia dla własnego lenistwa.

Zmiana perspektywy na bardziej zdystansowaną także się przydaje. Ot, na przykład, ogromnie miłe wpisy Szanownych Czytelników uświadomiły mi rzecz, nad którą wcześniej się jakoś nie zastanawiałam, choć powinnam była - mianowicie, iż pisanie bloga jest nie tylko zabawą, przyjemnością, dialogiem ze sobą i z innymi, ale także zobowiązaniem. Nie można tak po prostu zamknąć biznesu na kłódkę i zniknąć. "Tego nie robi się kotu". Skoro już wetknęło się jakąś mackę własnego intelektualnego bytowania w świat czyichś myśli i emocji, to należy ową macką pomachać choć od czasu do czasu. Szturchnąć lekko, połaskotać, czasem może popukać w czoło...

Wracam zatem w formie względnie nadającej się do użytku, bez fanfar, raczej przy akompaniamencie mojej nowej gitary, ponownie wyciągam do Was moją wirtualną mackę i włączam się do zabawy w berka. Na początek, jako rekonwalescentka po czymś na kształt onirycznej grypy, która niegdyś trapiła Mistrza Przyborę z"l, nie mogę się przecież zająć od razu czymś śmiertelnie poważnym.

A zatem, berek czytelniczy.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Popołudniami. Rano czytam służbowo, jeśli tak można to ująć. Popołudniami również, ale udaje mi się w tych miłych godzinach, przynajmniej czasami, ukraść chwilę i poczytać dla czystej przyjemności. Dawno temu czytałam namiętnie wieczorem, przed zaśnięciem, w łóżku, ale z wiekiem moja borsucza natura bierze górę i obecnie bliskość poduszki powoduje, że oczy zamykają mi się natychmiast, co zasadniczo utrudnia czytanie.

2. Gdzie czytasz?

We własnym mieszkaniu. Mieszkanie w Bloomington i w dodatku blisko wszystkiego oznacza brak konieczności korzystania ze środków masowego transportu, więc odpada czytanie w autobusie. Odpada ono zresztą również z powodu wady wzroku i mojej obawy o kompletną ślepotę, która stanie się ceną drugiego doktoratu. Jeśli się przemieszczam, to często na rowerze, a tego z czytaniem już nijak połączyć się nie da. W domu zatem.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na leżąco w żadnym razie. Leżenie dla mnie równa się spanie. Taka rodzinna przypadłość. Czytam zatem na siedząco, na mojej niedużej, ale wygodnej kanapie. Dokładnie rzecz biorąc lokuję się w prawym końcu, tak aby mieć blisko stojącą na stole lampę, postawiony obok lampy kubek z herbatą bądź kawą, popielniczkę, papierosy oraz notes i ołówek. Nie czytam bez notesu i ołówka. No, może czasem, kiedy książka nie wymaga z mojej strony większego wysiłku intelektualnego.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

To bardzo trudno powiedzieć, ale generalnie non-fiction. Powieści czytam rzadko, głównie z braku czasu, który wypełnia mi pochłanianie literatury nie pięknej, ale "bardzo pięknej". Lubię jednak czasem wygospodarować sobie czas na kontakt z jakimś ciekawym światem wyimaginowanym i sięgnąć po, na przykład, powieść Philipa Rotha. Co czytam najchętniej? Hmmm... Chyba najlepiej byłoby to ująć w sposób następujący - książki opisujące lub odzwierciedlające historię intelektualną, historię myśli i idei. Trudno się temu dziwić. Gdybym nie lubiła czytać takich książek z pewnością bym zwariowała studiując najpierw filozofię, a teraz religioznawstwo.

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś?

Niech popatrzę... "Jerusalem" Amosa Elona, "One Palestine, Complete" Toma Segewa oraz niemiecko-angielski tom wierszy Nelly Sachs "O the Chimneys".

6. Co czytałaś ostatnio?

Eseje Scholema o żydowskim mistycyzmie oraz poruszającą książkę "Palestine Inside Out" Saree Makdisi.

7. Co czytasz aktualnie?

Zawsze czytam kilka rzeczy równocześnie. Dla przyjemności czystej czytam teraz eseje Edwarda Saida, "Representations of the Intellectual". Z zainteresowaniem "Lords of the Land" Akiwy Eldara i Idit Zertal. Z przymusu ale również z zainteresowaniem klasyczną już od lat historię Żydów na półwyspie Iberyjskim Icchaka Baera. A tak zwanym międzyczasie komentarze talmudyczne Emanuela Levinasa, o którym usiłuję od jakiegoś czasu napisać esej, zbiór komentarzy do Tory rabina Kalonimusa Kalmana Szapiry oraz różne inne rzeczy, które mi wpadają w rękę przy okazji.

Po polsku niestety nie czytałam niczego od dawna, ale na półce czeka przysłany niedawno z Polski "Asystent śmierci" Świderskiego. Przeczytam zapewne na emeryturze...

8.Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

To okropne, ale czasem zaginam rogi. Nie po to jednak, by zaznaczyć miejsce, w którym jestem aktualnie, ale po to, by pamiętać, że w tym miejscu było coś ważnego. Jeśli uda mi się powstrzymać w ostatniej chwili, to zaznaczam takie momenty jakimiś papierkami, ale nie zawsze mam je pod ręką.

Książki często zostawiam otwarte, ewentualnie wtykam ołówek czy długopis pomiędzy strony. W charakterze zakładek zaś używam najrozmaitszych karteluszek oraz plastikowych czy tekturowych druków reklamowych, o ile nie są większe niż karta kredytowa.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Nie działają dla mnie, bo jestem wzrokowcem. Ja muszę widzieć, co czytam. Poza tym muszę mieć możliwość stawiania na marginesach rozmaitych znaczków, pisania komentarzy, podkreślania.

10. Co sądzisz o e-bookach?

Nic z tego. Choć korzystam z internetu i generalnie wiem, że żyję w wieku XXI, to jestem istotą pod tym względem głęboko tradycyjną. Papier, papier i jeszcze raz papier! Książkę trzeba trzymać w ręku, trzeba czuć jej ciężar, jej zapach. Trzeba przesuwać palcami po stronach i grzebietach, czuć ich fakturę. Książki trzeba mieć także na półkach, choćby po to, by właśnie sięgnąć po nie i dotknąć. Książka nie jest tylko formą przekazu informacji czy wiedzy. Książka jest przedmiotem, z którym się obcuje również na poziomie zmysłowym.

11. Najbardziej Cię pociągający bohater ever (taki z którym mogłabyś pójść do łóżka)?

Chwilowo na myśl o łóżku w moim umyśle pojawia się obraz pewnego pociągającego mężczyzny całkiem z krwi i kości, więc trudno mi pomyśleć o jakimś literackim bohaterze. Nie, takiego do łóżka sobie nie przypominam. Spotkałam natomiast bardzo wiele książkowych postaci, z którymi chciałabym się spotkać, posiedzieć gdzieś przy kawie, porozmawiać albo przynajmniej na nie popatrzeć.

12. Najgorszy bohater ever (nieciekawy, żałosny, nieprawdziwy itp.)

Żałosna postać literacka może być bardzo ciekawa. Ba, postać nieciekawa również może być fascynująca w swojej przeciętności, szarości i miałkości. Domyślam się jednak, że chodzi raczej o postać źle napisaną. O takich nie czytam. Powieść, która nie zaintryguje mnie czymś dość szybko, ląduje w jakimś zapomnianym kącie. Nie mam czasu na czytanie kiepskiej literatury.

13. Najlepsza scena

Hu, hu, kolejne ciężkie pytanie, szczególnie że, jak wspomniałam, powieści ostatnio nie czytam. Co mi przychodzi jednak do głowy niemal od razu - powieść Briana Mortona "Starting Out in the Evening" opowiadająca o pewnym kompletnie zmarginalizowanym nowojorskim intelektualiście, który zmaga się ze starością. Jest tam kilka ogromnie dla mnie poruszających scen, w których owa starość, ów galopujący rozkład organizmu, który zaczyna zdradzać bohatera na każdym niemal kroku, przedstawiona jest w sposób, którego nie potrafię opisać inaczej niż słowem czułość. Morton opisuje starość z czułością. Z drugiej strony, podobne w temacie, ale zupełnie odmienne w charakterze fragmenty "Everymana" Philipa Rotha. Z całkiem innej beczki - opis śmierci ojca Elie Wiesela w eseju "Death of My Father".

W ogóle to chyba efekt mojego skrzywienia zawodowego, ale nawet z powieści często pamiętam nie jakieś wspaniale napisane sceny, ale pojedyńcze zdania, słowa, które uchyciły doskonale jakąś myśl, która później, często wiele lat później, rezonuje w mojej głowie i powraca w najróżniejszych okolicznościach. Marny ze mnie czytelnik powieści...

14. Najbardziej żenująca scena erotyczna.

Szczerze mówiąc żadnej takiej nie pamiętam. Mam wysoce selektywną pamięć. Po co miałabym pamiętać coś żenującego?

15. Najlepszy tekst

Oooo.... Mnóstwo, mnóstwo.

Z poezji: "Ich bin allein, ich ich stell die Aschenblume ins Glas voll reifer Schwärze" (Celan) oraz "Denn es hasset / Der sinnende Gott / Unzeitiges Wachstum" (Hoelderlin)

"Mogę pisać tylko wtedy, kiedy tracąc na chwilę poczucie własnej śmieszności, samego siebie uznaję za alfę i omegę" (Cioran)

"Nie mogłem teraz znaleźć ani odrobiny sensu w żadnym poszczególnym swoim postępku, ani w całym życiu. Dziwiłem się tylko, że nie rozumiałem tego od początku. Wydawało mi się, że całe życie moje to jakiś wyrządzony mi zły i głupi żart. Żyć można tylko póty, póki trwa upojenie życiem; gdy jednak wytrzeźwieje się, niemożliwością jest nie widzieć, że wszystko to tylko oszukaństwo i w dodatku liche oszukaństwo, i, co najważniejsze, nie ma w tym nic śmiesznego, ani dowcipnego, jest tylko jadowita złość i głupota" (Lew Tołstoj)

I tak mogłabym w nieskończoność...

Oj, nabawiłam się zadyszki. Muszę się położyć.

Berkowo klepię zaś Geageę oraz Andsola, jeśli zechcą dołączyć.

piątek, 07 listopada 2008
Nieczynne

środa, 05 listopada 2008
Niebieska Indiana

Kiedy kładłam się spać bardzo późno w nocy, słyszałam odgłosy fajerwerków i petard. Mieszkańcy Bloomington świętowali zwycięstwo Baracka Obamy. A ja świętowałam wraz z nimi. Kiedy NBC i CNN ogłosiły wygraną Obamy koło 23:00, większość moich znajomych zalogowała się na Facebook i zmieniła swoje statusy na rozmaite wyrazy szczerego entuzjazmu.

Na wynik wyborów w Indianie trzeba było czekać nieco dłużej. Z jednej strony stanowiło to niespodziankę, z drugiej - na to liczyli demokraci. Jeszcze o 22:30 różnica głosów w stanie była zbyt mała, by ogłosić zwycięzcę.

Indiana, powiedzmy sobie szczerze, nie liczyła się w wyborach przez lata. W czasie tegorocznej kampanii wyborczej poświęcono jej wyjątkowo wiele uwagi. Dlaczego? Otóż nagle Indiana awansowała w politycznej skali ważności do rangi "battleground state" - stanu, w którym ostateczny wynik był nieokreślony. Okazało się, że wygrana McCaina w tym stanie przestała być oczywista.

Ostatni raz demokratyczny kandydat na prezydenta wygrał w Indianie w roku 1964. Od tamtego czasu stan był wiernie i zupełnie czerwony - z jednym wyjątkiem: hrabstwo Monroe, którego stolicą jest Bloomington, stanowiło zawsze upartą, niebieską plamkę liberalizmu na czerwonej mapie Indiany. Jedno z najbardziej liberalnych miast na Midweście, jak mówiło mi wielu znajomych.

W wyborach roku 2000 w Indianie wygrał Bush - 57% głosów, 41% dostał Al Gore. W roku 2004 Bush zdobył w Indianie 60% głosów, John Kerry - 39%. Trudno się dziwić, że kampania McCaina zakładała, iż Indiana i tym razem poprze kandydata republikanów. Założenie to znalazło wyraz w słabym zaangażowaniu kampanii w działania w terenie. McCain odwiedził Indianę zaledwie cztery razy.

Tymczasem stratedzy kampanii Obamy postanowili spróbować zmienić kolor tego stanu. Indiania nie musiała być czerwona, założyli. Mogła stać się niebieska. Osiołek mógł przegonić słonia. Zorganizowano mnóstwo wieców, Obama pojawiał się w stanie wielokrotnie, w kampanii bardzo aktywnie uczestniczyli lokalni politycy demokratów, założono mnóstwo punktów informacyjnych, do działania wciągnięto masy wolontariuszy.

Zadziałało. Obama wygrał Indianę. Niewielką przewagą głosów, to prawda - 1,354,759 do 1,331,199 (50% - 49%) - ale wygrał, a 66% mieszkańców Bloomington, którzy oddali na niego swoje głosy, mogło zacząć świetować. Kiedy Obama zakończył swoje przemówienie w Chicago na ulice w centrum wysypał się tłum entuzjastów. Zablokowali ruch na jednej z ulic. Policja próbowała przekonać świętujących, by stali na chodniku, ale w końcu ograniczyła się do wskazywania samochodom innej drogi.

Dziś rano wyciągnęłam z szafy nabytą jeszcze przed nominacją Obamy koszulkę "Obama '08". Ha, pomyślałam, mam swój wkład w ten sukces - jakieś 25 dolarów, jeśli dobrze pamiętam. Poszłam do sklepu po papierosy i gazetę, a pracujący w nim rano John powitał mnie radosnym "Here is my Obama girl in her Obama shirt!". Przybiliśmy piątkę gratulując sobie wzajemnie sukcesu i stwierdzając, że dzisiejszy dzień jest dziwnie piękny.