Ponownie na Midweście
niedziela, 31 grudnia 2006
Którą datę wybrać?

10 i 11 tewet 5767 czy 31 grudnia 2006 i 1 stycznia 2007?

Po zachodzie słońca zacznie się 11 tewet, który nie jest dniem szczególnym w żaden sposób. Równocześnie coraz większymi krokami będzie przybliżać się 1 stycznia 2007 roku.

Nowy Rok i cała kulturowa otoczka z nim związana. Spod grubej warstwy komercji, makijażów, fraków, sukni, szampanów i przyjęć daje się jeszcze dostrzec inne elementy - cała mistyka Nowego Początku, o której tyle pisał Eliade. Ześwieczczona została już prawie kompletnie, ale nadal ma siłę przyciągania.

Nowy Rok. Czynimy postanowienia. Podskórnie spodziewamy się jakiejś zmiany, rzecz jasna zmiany na lepsze, jakiegoś powiewu świeżości, ba - czasem wręcz odrodzenia.

Ale to iluzja. Przecież z noworocznych postanowień jeszcze nigdy nic nie wynikło, a nawet jeśli nowy rok przyniósł coś nowego, to nie miało to kompletnie żadnego związku ze zmianą cyfr w dacie czy nowym kalendarzem na ścianie.

Równoległe funkcjonowanie w dwóch kalendarzach daje mi możliwość wyboru, więc wybiorę 11 tewet. Nie będę się łudzić. Jutro nie będzie się niczym szczególnym różniło od wczoraj, a za miesiąc będzie podobny do miesiąc temu. Niech więc dalej trwa stary rok, 5767.

19:58, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
Post

Dziś Asara be'tewet czyli 10 tewet. Post. Na szczęście z tych krótkich, trwających zaledwie od wschodu do zachodu słońca. Żaden problem dla osoby wprawionej, szczególnie w zimę, kiedy dni są krótsze.

10 tewet armia Babilonu rozpoczęła oblężenie Jerozolimy. Potem zburzono Świątynię i zaczęła się babilońska niewola.

Czy to nie dziwne? Pościć z powodu jakiegoś wydarzenia, które miało miejsce setki lat temu? Najstarsi górale tego nie pamiętają. A Żydzi - owszem. Co roku poszczą. Co roku wspominają. Co roku medytują nad wydarzeniem, które było pierwszym na liście nieszczęść zakończonych niewolą babilońską.

Powiedzieć, że Żydzi to naród zakorzeniony w przeszłości, to już truizm. Byli i tacy, którzy twierdzili, że judaizm w ogóle nie jest religią, a jedynie formą zbiorowej pamięci historycznej. Pamięć w judaizmie jest rzeczywiście ważna, może nawet kluczowa. Hebrajski czasownik "zachar" - pamiętać - pojawia się w różnych formach w Biblii nie mniej niż 169 razy, zwykle w połączeniu z nakazem: pamięć jest obowiązkiem.

Gdyby było inaczej, gdyby nie ten nakaz pamięci, który od czasów biblijnych funkcjonował w żydowskiej świadomości, Żydów zapewne by już dawno nie było. Nie przetrwałby naród przez setki lat żyjący w diasporze, gdyby nie pamięć.

אם אשכחך ירושלים תשכח ימני
Jeśli zapomnę o tobie, Jeruszalaim, niech moja ręka zapomni ruchu... (Ps 137)

05:25, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 grudnia 2006
A jednak jestem w domu

Wczoraj popołudniu wybrałam się na spacer. Wracałam do domu przez kompletnie opustoszały kampus - nadal trwa przerwa międzysemestralna - zagadując raz po raz do buszujących po nim wiewiórek.

Kampus znaduje się powyżej zachodniej części miasta oraz jego centrum. Spod symbolicznej głównej bramy na jego teren rozciąga się widok na Kirkwood Street, główny deptak tej części Bloomington. Po prawej, Indiana Varsity Shop z wszelkiej maści gadgetami uniwersyteckimi, potem lodziarnia, miejsce wiecznej pokusy, potem Starbucks, w którym serwują pięknie pachnącą Cinnamon Dolce Latte. Kiedyś nieopodal był sklep, Karma, z wielkim wyborem używanych płyt i filmów DVD. Zbankrutował jednakże, zapewne nie wytrzymał konkurencji drugiego podobnego sklepu, Tracks, na Kirkwood, w którym co jakiś czas kupuję sobie jakieś używane DVD za $9.99. Obecnie Karmy nie ma, budynek zrównano z ziemią, wzniesiono nowy w tempie ekspresowym i otworzono na dole 2 różne restauracje i salon fryzjerski.

Na Kirkwood jest Nick's - pub z wieloletnią tradycją, powstały w tym samym roku, co uniwerstytet. Nieopododal właśnie Tracks oraz stare kino obecnie w przebudowie. Dalej miejska biblioteka i świetna hinduska restauracja Samira. Jeszcze dalej Fountain Square, czyli rynek, a przy nim między innymi mój ulubiony antykwariat, Caveat Emptor, w którym lubię się czasem zagubić na całe godziny.

Podczas wczorajszego spaceru zatrzymałam się na chwilę przy głównej bramie. Patrzyłam na miasto i nagle dotarło to do mnie - jestem w domu. I ogarnęła mnie jakaś dziwna radość, niczym bąbelki w szampanie, musująca, skrząca i unosząca się ku górze.

Jestem w domu. Oczywiście w tym kraju jestem i pewnie pozostanę outsiderem. Przychodzę z innej rzeczywistości, z innej kultury, mam swój własny bagaż historyczny i kulturowy. Często nie rozumiem żartów moich znajomych, czasem nie rozumiem, co lub o czym właściwie mówią ludzie na ulicy.

Niemniej, to miasto jest moje. Jestem tu u siebie i czuję się u siebie. Znam Bloomington nie gorzej niż Warszawę (może nawet lepiej) i jestem przywiązana do tego miasta nie mniej niż do rodzinnej okolicy. Geograficznie i emocjonalnie to już jest mój dom. Dobrze o tym wiedzieć.

wtorek, 26 grudnia 2006
Dziwni rabini, dziwny judaizm

W ostatni piątek w Jerozolimie ordynacje rabiniczne otrzymało 7 osób. Zdarzenie mało wyjątkowe, szczególnie w tym mieście, zdawałoby się. Ale to tylko pozory, bowiem nowi rabini są, no właśnie, jakoś dziwni.

Wszyscy zakończyli trzyletnie studia w Międzynarodowym Instytucie Świeckiego Humanistycznego Judaizmu w Jerozolimie, który zajmuje się promocją owego "świeckiego i humanistycznego judaizmu". Jeden z uczestników piątkowej ceremonii powiedział, że zebrani nie modlą się do Boga oraz że wierzą w człowieka. Na stronie internetowej Instytutu można się dowiedzieć, iż Bóg to "postać literacka" (stwierdzenie opatrzone przypisem odsyłającym do Spinozy jako ojca nowoczesnej krytyki biblijnej).

Nowi rabini będą się zajmować edukacją. Przewidziane jest także uczestnictwo w ceremoniach religijnych z zastrzeżeniem takim, że wspomniana postać literacka nie będzie w nich przywoływana. Dotychczas ludzie związani z Instytutem przeprowadzili w Izraelu kilkanaście bar i bat micw oraz ślubów.

Wszystko pięknie. Nie mam specjalnych oporów przed tym, żeby mówić w tym przypadku o religii. Wiele osób określa tym mianem buddyzm, więc czemu nie? Może lepiej by było mówić o kulturze posiadającej zabarwienie religijne, ale na potrzeby chwili możemy przyjąć, że to detal.

Tylko dlaczego upierać się przy nazywaniu tej religii judaizmem? Co ona ma wspólnego z judaizmem? Skoro są bar micwy, to zapewne jakąś część warstwy rytualno-obrzędowej. Ktoś powie, że to dużo. Ba, sama tak powiem z uwagi na to, że rytuał jest w judaizmie niezmiernie ważny. Ale z drugiej strony: czy ubieranie choinki czyni kogokolwiek wyznawcą chrześcijaństwa? Czy samo przymocowanie mezuzy na drzwiach czyni kogoś wyznawcą judaizmu?

Doskonale możliwe jest wybiórcze praktykowanie niektórych elementów jakiejś tradycji religijnej, które nie jest równoznaczne z praktykowaniem danej religii.

Jeśli dobrze rozumiem, wyznawcy "świeckiego judaizmu" odrzucają wszystko to, co w judaizmie wiąże się z transcendencją. Logicznie rzecz biorąc oznacza to również odrzucenie idei przymierza, które u podstaw judaizmu leży, ale faktem jest, że nawet jeśli odrzuci się ten fundament, to jeszcze całkiem sporo zostaje - wiele elementów kultury, tradycji, zostaje historia.

Ślicznie. Zatem gdzie problem?

Problem jest taki sam, jak z produktem, który chyba umarł wraz z komunizmem w Polsce, czyli tzw. "ciepłymi lodami". Ciepłe lody, wyjaśnienie dla szczęśliwców, którym przypadła łaska późnego urodzenia, to były produkty przemysłu cukierniczego składające się z a) wafelka oraz b) upiornie słodkiej papki mającej przypominać bitą śmietanę. Prawie jak lody, prawda? Tylko że wcale nie lody.

Słodkie lody bywały czasem udekorowane polewką z wyrobów czekoladopodobnych - inny słynny wyrób z minionej epoki.

I z tym mamy właśnie do czynienia w tym przypadku. Świecki judaizm to ciepłe lody. Ordynowani rabini to wyrób czekoladopodobny.

Szanuję tych ludzi i ich wybór. Czego nie szanuję i z czym się nie zgadzam, to wykorzystanie starej nazwy dla nowego produktu. Niech powstają nowe religie. Czemu nie? Co nam szkodzi? Ale nie udawajmy, że ciepłe lody to lody, a wyrób czekoladopodobny to czekolada. Nie udawajmy, że świecki judaizm jest judaizmem.

01:59, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (21) »
Znów nieco muzyki z Izraela

Z uwagi na przedłużającą się melancholię i narastającą tęsknotę za osobą, która aktualnie bawi w Jerozolimie, jeszcze jedna sentymentalna piosenka Idana Raichela: "Im telech" czyli "Kiedy odejdziesz".

אם תלך מי יחבק אותי ככה
מי ישמע אותי בסוף היום
מי ינחם וירגיע
רק אתה יודע

ואם תלך למי אחכה בחלון בשמלה של חג
שיגיע, יחבק אותי ככה, כמו שאתה מגיע

כשתלך לשמש אצא, בשדה המוזהב, בוקר וערב
ירח יאיר את פני שחולמות כל היום רק עליך

וכשתבוא תישא אותי בשתי ידיך, משדה לנהר
תרחוץ את פני ותגיד לי מילים
כמו שרק אתה יודע

Tekst jest aż zbyt sentymentalny, więc obejdzie się bez przekładu. Lepiej poczuć niż zrozumieć. Poza tym prawie nic się z tekstu nie zgadza, od sukienki poczynając, a na czekaniu w oknie kończąc. Tylko nastrój ten sam, ta sama tęsknota, która nie daje się może wyrazić bez otarcia się o kicz.

Chyba żeby pójść za trafną radą Różewicza i głód opisać poprzez opis chleba. Mojego chleba jednak opisać jeszcze nie potrafię.

01:18, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 grudnia 2006
I po Chanuce

Wczoraj zgasły u mnie wszystkie lampki. Chanuka zakończyła się dziś, wraz z szabatem.

Trochę smutno. Chanuka nie jest moim ulubionym świętem, ale jej światła sprawiają mi wiele radości i będzie mi ich brakowało.

W tym roku miałam chanukiję wyjątkowo prostą, jak widać. Własnej menory się jeszcze nie dorobiłam. Te, które mi się podobały, były za drogie, a te, które były w zasięgu mojego budżetu, były raczej okropne. W efekcie pozostały mi podgrzewacze.

Chanuka nie wymaga specjalnego świecznika. Oczywiście, dobrze go mieć, ale zasadniczo potrzebne są po prostu lampki lub świeczki. Można użyć podgrzewaczy, można użyć kieliszków wypełnionych oliwą.

Najważniejsze jest migotliwe, naturalne światło. A jak go braknie, ogarnia mnie melancholia.

01:15, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
czwartek, 21 grudnia 2006
Irena Sendler zgłoszona do Pokojowego Nobla

Irena Sendler uratowała w czasie wojny przeszło 2,500 żydowskich dzieci.

Jeśli komuś należy się Nobel, to właśnie jej.

Zbierane są podpisy pod listem do Komitetu Noblowskiego. Po prostu podpiszcie. Bo tak trzeba, bo warto chociaż w ten sposób okazać uznanie dla bohaterstwa.

00:50, kakofonia
Link Komentarze (7) »
środa, 20 grudnia 2006
Czy koniecznie trzeba nas walić po gębie?

Oczywiście, doskonale wiem i rozumiem, że Polska jest krajem, w którym dominuje katolicyzm. Ale czy koniecznie trzeba mocą uchwały przypominać innowiercom, że żyją w kraju katolickim? Że substancja narodu i państwa jest chrześcijańska?

Jeśli tak jest, to jak ja mam się czuć? Jaka jest moja pozycja i moje miejsce w tym państwie? Czy koniecznie trzeba mi przypominać, że jestem tolerowaną mniejszością?

Pamiętam debaty, jakie z zaangażowaną religijnie znajomą prowadziłam przed laty na temat preambuły do konstytucji i odwołania do Boga. Wtedy uważałam się raczej za osobę niewierzącą i usiłowałam znajomej objaśnić, że będąc w takiej sytuacji czuję się niezręcznie myśląc o tym, że konstytucja mojego kraju będzie przywoływać byt, co do którego istnienia mam poważne wątpliwości.

Debaty na temat koronacji Jezusa z Nazaretu prowadzić może nie warto, bo pomysł umrzeć może śmiercią naturalną. Szczególnie, że w wypowiedziach biskupów jakoś nie widać entuzjazmu.

Z drugiej strony trudno mi się powstrzymać przed poczuciem, że ktoś mnie wali w gębę. Bo ja Jezusa za swojego króla nie uznaję i nie uznam.

W takich chwilach pozostaje westchnąć z ubolewaniem, że polityczna poprawność jakoś nijak nie może zakorzenić się pod polskimi strzechami. (Więcej o tym w Bye, bye Poland)

Jasne, że z poprawności można się podśmiewać. Sama czasem to robię. Ot, jak wiadomo w Stanach były wielkie debaty nad tym, czy można publicznie życzyć "Merry Christmas". Pracownicy sieci sklepów Best Buy mogą stracić posady, jeśli ktoś ich przyłapie na takim niecnym występku. Na wyświetlaczach naszych miejskich autobusów przesuwa się oględny napis "Happy Holidays", który zastąpić ma nieszczęsne "Christmas" - żeby nikogo nie urazić, bo przecież ludzie świętują Chanukę i Kwanzę albo niczego nie świętują ciesząc się tylko jednym dniem wolnym od pracy.

Stary Stagiryta miał rację ze złotym środkiem.

Wczoraj w sklepie pani życzyła mi "Merry Christmas". Nie oburzyło mnie to i nie poczułam się dyskryminowana ani obrażona. Uśmiechnęłam się, życzyłam pani "Merry Christmas" i już. Nie wymagam, żeby każda napotkana osoba zgadywała, że stosowne życzenia w moim przypadku brzmią "chag Chanuka sameach".

Ale co jest bliżej owego złotego środka - pominięcie życzeń bożonarodzeniowych na wszelki wypadek czy intronizacja Jezusa z Nazaretu?

Polski prezydent zapalał niedawno chanukiję w Pałacu Prezydenckim. Piękny gest pokazujący szacunek dla wyznawców odmiennej wiary, pokazujący im, że mają w tym kraju swoje miejsce i że władza państwowa miejsce to dostrzega i uznaje.

Niestety, są jednak w Polsce posłowie, którzy dają mi do zrozumienia, że obywatelem jestem, ale jakoś tak... drugiej kategorii. No bo dlaczego ja tego Jezusa nie chcę za króla uznać?

Wszechobecna sieć

Właśnie się dowiedziałam, że studiować mi przyszło na najbardziej skomputeryzowanym kampusie publicznym w Stanach.

PC Magazine wspólnie z Princeton Review stworzyły listę Top 20 Wired Campuses (pełna lista będzie dostępna tutaj). Na miejscu pierwszym (bum, bu, bum - fanfary) Villanova University, na drugim - MIT (mało zaskakujące, więc bez fanfar), na trzecim - Indiana University Bloomington (ogromne i spontaniczne brawa). Z tej trójki tylko IUB jest uczelnią stanową i finansowaną po części z pieniędzy publicznych.

Komputerów na kampusie jest rzeczywiście mnóstwo. I wszystkie połączone są w gigantycznej sieci wewnętrznej oraz podłączone do internetu. Komputer w swoim biurze ma każdy profesor (tak, tak, każdy profesor ma osobne biuro z własnym komputerem), podobnie pracownicy administracji. Do tego dochodzą setki komputerów dostępnych w różnych miejscach dla studentów.

Największe ich nagromadzenie jest w miejscu zwanym Information Commons, przeznaczonym głównie dla młodszych studentów i zajmującym dwa piętra jednego skrzydła głównej biblioteki. Dominują tu pecety Della, ale jest i sporo Mac'ów. Analogiczne miejsce jest w drugim skrzydle biblioteki - tu znajduje się kilkadziesiąt maszyn. Do tego dochodzą liczne skanery oraz wielgachne drukarki.

Studenci mają także dostęp do kilkunastu laboratoriów komputerowych - w każdym po kilkanaście komputerów, czynne 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Laby mieszczą się w kilku budynkach wydziałowych oraz w dormitoriach.

Komputerów rozsianych po kampusie ot tak sobie zliczyć nie sposób. W najróżniejszych miejscach można natknąć się na Della lub Maca podłączonego do internetu.

Kiedy pierwszy raz znalazłam się na tym kampusie byłam tym poziomem komputeryzacji nieco oszołomiona. Teraz, jako student, odkrywam coraz więcej zalet tego stanu rzeczy.

Ot, na przykład łatwość w komunikacji. Każdy student i każdy pracownik ma uniwersytecki email i za pośrednictwem poczty elektronicznej właśnie odbywa się znaczna część komunikacji pomiędzy profesorami a studentami, a także między studentami a różnymi częściami administracji czy biblioteką. Przedwczoraj złożyłam w bibliotece zamówienie na sprowadzenie pewnej książki. Nie muszę chodzić tam codziennie ani dzwonić z pytaniem, czy książka już przyszła. Dostanę mejla, jak się pojawi. Podobnie, jeśli zbliżać się będzie termin oddania książki czy filmu DVD.

Część naszego gargantuicznego Systemu stanowi portal Oncourse, za pośrednictwem którego odbywa się komunikacja związana z prowadzonymi zajęciami. Każdy profesor ma na każde prowadzone przez siebie zajęcia przeznaczone miejsce w sieci. Tam zamieszcza ogłoszenia, informacje, teksty. Podobnie studenci - nie ma konieczności ganiania za profesorem, żeby oddać mu pracę końcową. Wrzuca się ją na Oncourse i sprawa załatwiona.

Inny portal to OneStart. Tutaj każdy student ma swoje miejsce w systemie. Poprzez OneStart zapisuje się na zajęcia, kontroluje stan rachunków uczelnianych, sprawdza oceny albo stan konta do drukowania, znajduje informacje o wydarzeniach kulturalnych czy naukowych na kampusie oraz zamieszcza ogłoszenia sprzedam-kupię-wynajmę itp.

Inna rzecz, która mnie chwilami zachwyca to system E-Reserve. Załóżmy, że prowadzący zajęcia chce, żeby studenci przeczytali jakiś dość trudno dostępny artykuł albo rozdział z książki. Zwraca się do pracowników głównej biblioteki z prośbą o zeskanowanie tekstu i zamieszczenie go w sieci. Po kilku dniach tekst w formacie pdf jest już dostępny dla każdego studenta chodzącego na dane zajęcia.

IUB ma wiele umów podpisanych z różnymi firmami od software'u i hardware'u. Stąd też dominacja Della na kampusie i wielka popularność laptopów tej firmy wśród studentów (Dell ma dla nas zniżki). Dzięki specjalnej umowie z Microsoftem każdy może kupić - za naprawdę psie pieniądze - Windowsa XP oraz Office. Dzięki umowie z Symantec każdy może zabezpieczyć swój komputer dobrym antywirusem.

I naturalnie cały kampus jest wielkim hot-spotem.

System, oczywiście, ma swoje wady. Jeśli System nie chce czegoś zrobić albo na coś pozwolić - umarł w butach, nic się nie da poradzić. Jeśli coś robimy źle, to pół biedy. Można zwrócić się do Kapłanów Systemu (dostępni dla laikatu 24/7) osobiście lub telefonicznie i prosić ich o pomoc w ubłaganiu Bóstwa. Wbrew Systemowi nie da się jednak zrobić nic niezależnie od tego, jakie ofiary byśmy Mu przynieśli.

System także monitoruje sam siebie, broni przed zagrożeniami i w razie potrzeby w teren wysyła swoich men in black. Kilka miesięcy temu domowy komputer znajomego podłączony do internetu za pośrednictwem sieci uniwersyteckiej padł ofiarą włamania i służył jako zombie. Znajomego niespodziewanie odwiedziło dwóch młodych mężczyzn, którzy uprzejmie poinformowali go, iż z tego komputera nastąpiła próba włamania do Sekretnych Części Systemu. W związku z tym komputer trzeba zabrać na leczenie i późniejszą kwarantannę.

Kłania się Matrix? Może i tak, pal sześć. Dziś jestem raczej w nastroju życzliwym do Systemu. Pewnie dlatego, że ostatnio System był życzliwy dla mnie.

wtorek, 19 grudnia 2006
A wiewióry szaleją, szaleją, szaleją

Studentów wywiało z miasta i kampusu na międzysemestralną przerwę. Mi to specjalnie nie przeszkadza i najwyraźniej nie przeszkadza także moim ulubionym zwierzętom w Bloomington. Wiewiórkom.

Oto piękny przedstawiciel gatunku. Był tak zdumiony naszym spotkaniem i bliskością, że nie zdążył uciec i udało mi się go sfotografować.

Przez czas dłuższy nie wiedziałam, który dokładnie z gatunków tak doskonale zadomowił się w tym mieście. Znane mi były naturalnie wiewiórki szare, w Ameryce powszechne, przypadkiem sprowadzone do Wielkiej Brytanii, gdzie stoczyły wielką bitwę z miejscowymi krewnymi. (Bitwa zakończyła się porozumieniem i podziałem stref wpływów, choć szala zwycięstwa mało nie przechyliła się na korzyść przybyszów z Nowego Świata - okazali się przebojowi i uparci niczym amerykańscy pionierzy, a do tego niezmiernie płodni.)

Wiewiórki szare napotkałam na żywo w Waszyngtonie i od tego czasu byłam już pewna, że nasze to inny gatunek. Niedawno odkryłam, że to fox squirrel, czyli wiewiórka lisia. Szare, poza tym, że szare, są chudsze i jakoś mniej sympatyczne.

Nasze wiewiórki, jak wszystkie inne, lubią drzewa, ale znaczną część życia spędzają nie na nich tylko w ich pobliżu, na ziemi, gdzie buszując wśród liści i traw wyszukują ulubione przysmaki. Biegają także po domach, ulicach, chodnikach, a nawet po drutach wysokiego napięcia, jeśli tamtędy akurat wypadnie im najkrótsza droga do celu.

Nie wiem, czy z powodu amerykańskiej asertywności czy raczej ze względu na to, że ludzie ich tutaj zasadniczo nie krzywdzą, nasze wiewiórki niezbyt boją się ludzi. Widok siedzącej na trawniku wiewiórki zajętej konsumpcją i nie zwracającej najmniejszej uwagi na przewalające się wokoło tłumy studentów nie należy na kampusie do rzadkości. (Zające biegające po okolicy są nieco bardziej płochliwe i najłatwiej spotkać je w nocy.)

Choć żadna istota nie zajmie w moim sercu miejsca, które od lat przeszło 10. przypada mojemu Kotu, to muszę przyznać, że te wiewióry dażę sympatią przeogromną. Znajomi podśmiewają się ze mnie, bo chodzę po kampusie i gadam do wiewiórek. Ale dlaczego właściwie miałabym tego nie robić? Dlaczego nie powiedzieć paru miłych słów stworzeniom tak sympatycznym?

Poza tym, czy ktokolwiek może pozostać obojętnym wobec wiewórek po obejrzeniu Ice Age? Po obejrzeniu zmagań Scrata z przeciwnościami losu? Zmagań, w których splatają się niemal wszystkie wielkie archetypy Poszukiwań?

 
1 , 2