Ponownie na Midweście
czwartek, 27 grudnia 2007
Gorzka nadzieja

Izraelskie media poinformowały przedwczoraj, że grupa zamaskowanych osadników zaatakowała kijami i pieprzowym sprayem czterech palestyńskich rolników na polu pod Nablusem, na Zachodnim Brzegu Jordanu. Jeden z pobitych ma złamaną rękę, innemu na głowie trzeba było nałożyć osiem szwów. Byli bici, kopani.

"Bili go po głowie kijem i kopali", powiedział brat jednego z zaatakowanych. "Osadnicy z Hawat Gilad utrudniają nam życie. Większość ich ataków jest kompletnie ignorowana przez armię. Całe szczęście, że w tym roku zbiór oliwek był krótki. Normalnie ten czas to dla nas piekło. Osadnicy biją nas, niszczą drzewka, kradną oliwki".

To ani pierwszy ani ostatni taki przypadek. Napaści na Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, szczególnie w czasie zbiorów, zdarzały się w przeszłości i niewiele wskazuje na to, żeby przestały się zdarzać. Z reguły bowiem nikt nie zostaje ukarany, choć składane są powiadomienia o przestępstwie.

Kilka dni temu skończyłam czytać książkę, w której opisano wiele podobnych przypadków - Dark Hope: Working for Peace in Israel and Palestine. Niektóre nawet gorsze, bo z udziałem broni, z ofiarami nie tylko pobić, ale i postrzałów.

Napisał ją Dawid Szulman, profesor Uniwersytetu Hebrajskiego, od wielu lat zaangażowany w działalność izraelsko-palestyńskiej organizacji pokojowej Taajusz. Taajusz to jedna z wielu podobnych grup tworzonych przez społeczeństwo obywatelskie z prawdziwego zdarzenia. Mają ręce pełne roboty, choć działają tylko na Zachodnim Brzegu. I trudno oprzeć się wrażeniu, że robota ta to jedna wielka walka z wiatrakami. Tyle że niestety te wiatraki nie są jedynie produktem nadpobudliwej imaginacji. Są rezultatem wieloletniej polityki izraelskiej na terytoriach okupowanych, są rezultatem okupacji i mentalności okupanta, która zdaniem Szulmana znajduje swój najdoskonalszy - i najbardziej przerażający - wyraz w postaci żydowskiego osadnika.

Książka napisana w postaci zapisków z dziennika opisuje różne inicjatywy Taajusz. Zaczyna się od pomocy, jaką organizacja świadczy Palestyńczykom mieszkającym na wzgórzach na południe od Hebronu. Od końca XIX wieku znajdują się tam niewielkie osady, składające się z domów w jaskiniach, studni, niewielkich, kamienistych poletek i stad owiec. Palestyńczycy z tych osiedli od lat mają problemy z osadnikami i z armią.

Szulman opisuje kilka dni, podczas których wolontariusze z Taajusz pomagali mieszkańcom jaskin. Raz udało im się dostarczyć im koce - żeby to zrobić musieli przedrzeć się przez wojskową blokadę. Innego dnia zbierali rozsypaną na polach truciznę, która zabiła wiele owiec. W czasie żniw przyjechali, by pomóc w zbiorach oliwek. Wówczas zostali napadnięci przez grupę osadników, jeden wolontariusz został postrzelony, innych pobito, Palestyńczyków przegoniono z pola. Osadnicy krzyczeli do wolontariuszy: "Jesteście gorsi niż bin Laden!" Tak, są gorsi, bo są wewnętrznym wrogiem, który odważa się kwestionować nie tylko politykę prowadzoną na Zachodnim Brzegu, ale również jej religijne i moralne uzasadnienie. Są wrogiem, gdyż pokazują, że powinno być inaczej.

Książka Szulmana zrobiła na mnie przygnębiające wrażenie, choć on sam jest w stanie znaleźć w sobie zarówno entuzjazm do dalszych działań, jak i nadzieję na to, że podejmowane przez organizacje pokojowe zmiany kiedyś coś zmienią.

Na razie odnotowują niewielkie sukcesy. Największym z opisanych przez Szulmana była zmiana przewidywanej lokalizacji muru bezpieczeństwa - miał przebiegać przez kampus uniwersytetu w arabskiej dzielnicy Jerozolimy, Abu Dis. Dzięki zorganizowanej akcji protestacyjnej udało się temu zapobiec. W większości przypadków jednak wygranymi nie są wcale pozytywne werdykty izraelskich sądów, a jedynie czasowe odroczenie werdyktów negatywnych. Często to już jest sukces, niewielkie zwycięstwo, które na przykład pozwala jakimś Palestyńczykom dłużej mieszkać w ich własnych domach.

W recenzji z "Dark Hope" izraelski filozof Awiszai Margalit nazwał Szulmana moralnym świadkiem dziejącego się zła. Szulman jest świadkiem i daje świadectwo. Robi jednak więcej - działa. Wraz z innymi ludźmi podobnymi sobie stara się coś zmienić, dokonać małych, ale realnych zmian na lepsze. Taajusz nie jest jedyną organizacją tego typu, na szczęście jest ich więcej. Ich aktywność daje nadzieję, ale pozostaje to gorzka nadzieja.

Szulman potrafi działać na rzecz Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu Jordanu, choć pracując w Jerozolimie wielokrotnie słyszał odgłosy eksplozji - samobójczych zamachów bombowych. Jego przyjaciel zginął w jednym z nich.

Na jednym z palestyńskich pól na południe od Hebronu doszło do konfrontacji z osadnikami:

...Palestyńczycy już się wycofują, cofają się przed atakiem, strzałami i kamieniami. Osadnicy są tuż, sami dwudziestolatkowie, z białymi kipami na głowach, z ciscis i z bronią.
- Powinniście się wstydzić! - krzyczą na nas - Co z was za Żydzi?!
Bezradny i wściekły wrzeszczę w odpowiedzi:
- Jestem Żydem. I dlatego jestem tutaj.

I to jest odpowiedź. Bezrat Haszem będzie słychać ją coraz częściej.

wtorek, 25 grudnia 2007
Dwie drogi

Jeden z najważniejszych filozofów żydowskich ubiegłego stulecia, Franz Rosenzweig, przedstawił w swojej Gwieździe zbawienia naprawdę fascynujący obraz relacji pomiędzy judaizmem a chrześcijaństwem, który do dziś stanowi inspirację dla przedstawicieli obu stron zaangażowanych w dialog międzyreligijny.

Rosenzweig miał dość jasną wizję tego, jaką rolę odgrywa judaizm, a jaką chrześcijaństwo. Myślę o niej teraz, kiedy znajomi i nieznajomi chrześcijanie świętują pierwszy akt Wcielenia, narodziny.

Judaizm, zdaniem Rosenzweiga, to wysepki wieczności w czasie. Wbrew często wygłaszanym opiniom judaizm nie jest religią historii. Przeciwnie. To religia, która istnieje poza historią, poza dziejami, poza grą sił, poza polityką, poza tym wszystkim, co się dzieje. Religijni Żydzi, poprzez swój kalendarz, w którym rytmicznie powracają te same święta, oraz poprzez rytuały tworzą w przestrzeni świata uwięzionego w czasie miejsca, w których czas nie jest ważny, miejsca wieczności. W ten sposób pokazują innym grupom religijnym, czym ta wieczność jest, czym będzie era mesjańska.

Obowiązkiem Żydów, sądził Rosenzweig, nie jest zmienianie świata, stawanie na czele rewolucyjnych ruchów, które przyniosą zbawienie tu i teraz wszystkim tym, którzy tego zbawienia potrzebują. Nie, Żydzi mają trwać i w ten sposób wskazywać na cel, do którego zmierzają wszyscy ludzie.

Chrześcijanie tymczasem są zanurzeni w dziejach i działają w historii. To ich zadaniem jest stopniowe udoskonalanie świata poprzez zaangażowanie w nim.

I jedni i drudzy czekają na to samo - na czas mesjański. Czekają jednak inaczej. Każdy ma swoją rolę do odegrania, każdy inną. Obie społeczności są niezbędne, zarówno sobie, jak i światu. Bez Żydów chrześcijanie nie będą wiedzieć, dokąd zmierzać. Bez chrześcijan Żydzi nie dotrą tam, dokąd zmierzają.

Judaizm dla Rosenzweiga był niczym stale płonący ogień, który karmi się samym sobą. Chrześcijanie zaś roznoszą iskry tego ognia w najdalsze krańce świata. Bez Żydów nie będzie ognia i nie będzie żydowskiego Boga. Bez chrześcijan żydowskiego Boga znać będą jedynie Żydzi.

Celem Jezusa z Nazaretu było przybliżenie Boga ludziom. Dla chrześcijan Jezus jest drogą do Niego. Ale nie dla Żydów, ponieważ oni, dzięki zawartemu z Bogiem przymierzu, już u Boga są, nie potrzebują nowej drogi do Niego, nie potrzebują pośredników. Powinni jednak umieć dostrzec i docenić to, że bez chrześcijan nigdy nie spełni się wizja proroka, w której cały świat oddaje cześć jedynemu Bogu.

18:37, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 grudnia 2007
Mac kontra PC

W amerykańskiej telewizji jest ogromna ilość zupełnie upiornych reklam. Ostatnia kampania reklamowa Mac bardzo przyjemnie mnie zakoczyła i to nie tylko dlatego, że wyróżnia się pozytywnie na smętnym tle.

Reklam tych jest cały cykl, w każdej z nich występuje dwóch mężczyzn: PC i Mac. W przedświątecznej zastąpiły ich animowane figurki:

Nie wszystkie klipy z serii (całość można obejrzeć na stronie Mac) mi się podobają, ale ta rozśmiesza mnie, ilekroć ją widzę. I to pomimo tego, że jestem wierną użytkowniczką pecetów i na maca przesiąść się nie zamierzam.

czwartek, 20 grudnia 2007
Śpiewając kolędę

Należę do osób dręczących otoczenie porannym zawodzeniem pod prysznicem. (Niewykluczone, że z tego między innymi powodu w moim najbliższym otoczeniu rano nikogo nie ma.) Owe śpiewy pełne wątpliwego wdzięku nie wynikają z żadnej świadomej decyzji - ani sam fakt ich pojawienia się, ani dobór repertuaru. Po prostu prysznic w połączeniu z płynem do kąpieli oraz szamponem, prowokuje jakąś część mojego mózgu.

Dziś wylazłam spod prysznica chlapiąc radośnie wodą i nie mniej radośnie sobie nucąc. Doszłam do końca pierwszej zwrotki i spojrzałam w lusto.

- Hmm... Co ty właściwie śpiewasz? - spytałam rozczochraną niewiastę w lustrze.

- Kolędę... - odparła z niejakim zawstydzeniem.

Ostatnimi dniami zawodziłam w dalszym ciągu głównie pieśni chanukowe. A teraz nagle pojawiła się kolęda. Śpiewanie kolęd zaś stanowczo nie jest żydowskim obyczajem.

- Ej, czego się wstydzisz - powiedziałam po chwili do swojego odbicia.

Jasne, Żydzi nie śpiewają kolęd, ale przez większą część swojego życia funkcjonowałam w nieco innej przestrzeni kulturowo-religijnej. Bardziej kulturowej niż religijnej, bo moja Rodzina religijna nie była nigdy. Kolędy jednak się śpiewało. Mniej więcej od początku grudnia pojawiały się w domowym repertuarze, z inicjatywy Taty, który dość wcześnie zaczynał wpadać w świąteczny nastrój.

Kolędy wraz z opłatkiem, choinką, bombkami, karpiem i makowcem stanowiły część mojego dzieciństwa. Nie zabawy drejdlem, budowanie suki czy pesachowy seder. Zaprzeczać temu byłoby kompletnym idiotyzmem. Równie kretyńska byłaby nagła próba wymazania z pamięci bożonarodzeniowego kontekstu. W końcu jestem tym, kim jestem. Mam takie wspomnienia, jakie mam.

Trudno się dziwić temu, że w reakcji na obfitość bożonarodzeniowych dekoracji w mieście oraz świątecznych piosenek, które absolutnie zdominowały tak sklepy, jak i radiostacje, mój mózg odpowiedział odkurzeniem pozostających gdzieś tam w głębi tekstów i melodii. W końcu konwersja to nie lobotomia.

Nadchodzących świąt nie obchodzę, ale jak jeszcze raz zanucę sobię tę kolędę, nie będę miała do siebie pretensji. Także dlatego, że jej pierwsza zwrotka to naprawdę kawałek porządnej poezji ("ogień krzepnie, blask ciemnieje...")

18:33, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (12) »
środa, 19 grudnia 2007
Wyjątkowy przystojniak

Poranne spacery w zimie mają swoje zalety. Szczególnie, gdy jest śnieg. Gdy go nie ma, zaleta, o której myślę niestety zanika.

Chodzi mi zaś o to, że na śniegu znacznie lepiej widać kolorowe ptactwo.

Dziś na przykład spotkałam blue jaya czyli modrosójkę błękitną (Cyanocitta cristata). Obok kardynałów to chyba najbardziej barwny ptak w okolicy. Sądząc z dźwięków, które mnie dochodzą z zewnątrz, jeden z nich postanowił gdzieś niedaleko zamieszkać. To miło z jego (lub jej) strony, gdyż normalnie blue jay woli miejsca bardziej zadrzewione.

Co ciekawe, ptak ten sam w sobie naprawdę nie aż tak kolorowy. Część jego piór wygląda w ten sposób dzięki temu, że w szczególny sposób załamuje się na nich światło. Młode są generalnie beżowo-szarawe. Samiczki od samców różnią się jedynie tym, że są nieco mniejsze.

Blue jay jest bardzo wojowniczym ptakiem. Jest też duży (mniej więcej tego samego rozmiaru co gołąb) i w związku z tym łatwo mu przeganiać z okolicy mniejsze ptactwo. Potrafi jednak nawet skutecznie odstraszać i walczyć z większymi ptakami, również drapieżnymi. W ogóle dość złośliwa bestia z tego przystojniaka. Potrafi przeganiać inne ptaki z ich gniazd.

Może ma w sobie coś ze sroki? Te beżowo-szarawe młode lubią podkradać błyszczące przedmioty.

Niezależnie od charakteru - piękne to stworzenie.

Kiedy gościłam przez kilka dni Bliskich Znajomych z Polski, byli dość zaskoczeni faktem, że znałam zarówno angielskie, jak i polskie nazwy rozmaitych elementów lokalnej flory i fauny. Rzeczywiście, mieszkając w Warszawie nie interesowałam się specjalnie przyrodą. Pod tym względem pobyt na midweście mnie zmienił. Lubię popatrywać zarówno na drzewa, jak i na ptaki, fotografować je, sprawdzać nazwy. Bloomington jest uroczym miejscem i przyrodniczo bogatym, jak na moje potrzeby. I między innymi za to je lubię.

A już z pewnością wolę zająć się pięknym blue jayem niż ostatnim listem biskupów...

niedziela, 16 grudnia 2007
Cywilizacja

"Cywilizacja", wzdycham sobie czasem, gdy napotkam jakiś przejaw tejże, który mi się spodoba (albo rozśmieszy, różnie z tym bywa).

Westchnęłam cywilizacyjnie w piątek wczesnym popołudniem. Siedziałam nad egzaminami końcowymi i słuchałam przy okazji jednej z miejscowych rozgłośni radiowych. Nagle zamilkła skoczna melodyjka typu umpa-umpa-umpa (dużo mechanicznej perkusji i basów) i radio zachrychało do mnie. Zastrzygłam uszami, gdyż dźwięk był co najmniej frapujący. Chrychu, chrychu, piiii, piiii - powiedziało radio, po czym odezwał się męski głos.

Taki wstęp zapowiada poważne informacje. Na przykład, że jest tornado watch (czyli spodziewamy się tornada) albo tornado warning (czyli tornado już idzie). Pora nie na tornada jednak. A pan miał nam wszystkim do zakomunikowania, że zakończył się właśnie snow storm watch - już nie trzeba czuwać i obserwować, bowiem wiadomo, iż śnieżyca nadchodzi.

Pan ogłosił ostrzeżenie dla hrabstw Brown, Monroe i jeszcze jakichś. Śnieg zacznie padać w sobotę przez 7 rano. Możemy się spodziewać opadów trwających aż do niedzielnego poranka. Przewidywane nagromadzenie śniegu - do 6 cali. Chrychu, chrychu. Koniec komunikatu.

No proszę, śnieg zacznie padać następnego dnia, a czujne służby meteorologiczne już nas uprzejmie uprzedzają o nadchodzącym kataklizmie.

Śnieg rzeczywiście zaczął padać w nocy z piątku na sobotę i rano jak najbardziej leżał w okolicy. Potem jeszcze popadało. Niedziela, śnieg leży i nawet przyjemnie chrumka pod podeszwą buta.

Drogi zaś czarne jak smoła. Potraktowane zawczasu odpowiednimi preparatami, oczyszczone. Ba, nawet większość chodników bez śniegowej warstwy.

Cywilizacja. Co tu można więcej powiedzieć...

Szawua tow.

środa, 12 grudnia 2007
Nes gadol haja szam

Nes gadol haja szam - to jedno z haseł dobiegającej właśnie końca Chanuki: "Zdarzył się tam wielki cud".

Tam, czyli w Jerozolimie.

Tam, czyli również w Polsce.

Tak przynajmniej twierdzą autorzy tego filmu:

Może odrodzenie życia żydowskiego w Polsce rzeczywiście ma w sobie coś z cudu. Trudno mi myśleć o tym w takich kategoriach, bo jestem - drobną - częścią tego odrodzenia. A jak zauważył kiedyś Abraham Joszua Heszel, człowiek współczesny cudów już wokół siebie nie widzi.

PS (14 grudnia): Zamieszczam teksty piosenek śpiewanych w filmie. Z pozdrowieniami dla Paluliny :) Przekłady są moje i niekoniecznie literackie...

Zaczyna się od "Sewiwon, sow, sow, sow". Bardzo popularna piosenka chanukowa.

Sewiwon, sow, sow, sow!
Chanuka, hu chag tow,
Chanuka, hu chag tow.
Sewiwon, sow, sow, sow!

Chag simcha hu la'am,
Nes gadol haja szam;
Nes gadol haja szam -
Chag simcha hu la'am.

Kręć się, kręć się, drejdlu,
Chanuka to dobre święto,
Święto radości dla ludu,
Stał się tam wielki cud.

Następnie jest "Maoz Cur", a dokładnie pierwsza zwrotka tego hymnu, który śpiewa się każdego wieczora Chanuki, po zapaleniu świeczek. To wykonanie do mniej popularnej melodii.

Maoz cur jeszuati lecha nae leszabeach,
Tichon beit tefilati weszam toda lezabeach,
Le'et tachin matbeach micar hamnabeach,
Az egmor beszir mizmor chanukat hamizbeach

Skało mojego zbawienia, Ciebie należy wychwalać
Odbuduj dom mojej modlitwy, a tam złożymy ofiarę dziękczynną.
Gdy ukażesz złorzeczącego wroga, pieśnią hymnu zakończę uświęcenie ołtarza

Potem śpiewana jest pieśń, którą ogromnie lubię, "Mi jimalel":

Mi jimalel gewurot Jisrael
Otan mi jimne?
Hen bekol dor jakum hagibor, goel ha'am.
Szma! Bajamim hahem bazman haze
Makabi moszija ufode
Uwejameinu kol am Jisrael
Jitached jakum lehigael

Kto opowie o wielkich czynach Jisraela?
Kto je wyliczy?
W każdym pokoleniu staje wojownik i ratuje lud
Słuchaj! W tamtych dniach, w tamtym czasie
Machabeusz ocalił i zbawił
A w naszych czasach cały Jisrael
Zjednoczy się, powstanie i ocali siebie.

I na koniec ponownie pierwsza zwrotka "Maoz cur", w najbardziej popularnej wersji melodycznej.

Wprawdzie już po Chanuce, ale chyba nie zaszkodzi, jak sobie jeszcze pośpiewam...

20:53, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
Aby język giętki...

Siedzę przez większość dnia nad stertą prac semestralnych. Ogarniają mnie przeróżne uczucia. Od zupełnego zniechęcenia poprzez stoicką rezygnację do gwałtownej chęci wrzucenia tego wszystkiego do kosza na śmieci i podpalenia.

Mój organizm nie przyswaja dobrze nawet małych ilości słabego alkoholu przed godzinami wieczornymi, więc dopiero teraz mogę otworzyć butelkę piwa. Mam wątłą nadzieję na to, że piwo przyćmi nieco moje zmysły i spowoduje tym samym podniesienie się stopnia tolerancji na głupotę.

Prace, które czytam i oceniam, zasadniczo dotyczą filozofii. Zasadniczo jedynie, gdyż w praktyce, po semestrze chodzenia na zajęcia z XX. filozofii żydowskiej, studenci w większości nadal nie mają pojęcia, czym się to filozoficzne draństwo właściwie je.

To jeszcze mogę jakoś pojąć. Doprawdy, nikt nie musi filozofii kochać. Że nie powinien w takim razie zapisywać się na te zajęcia? To prawda, ale przecież wiadomo, czym kierują się studenci wybierając sobie zajęcia. Niektórzy zainteresowaniami i ich tematem. Inni na przykład tym, czy dany wykład dobrze im pasuje godzinowo w rozkładzie dnia.

Trudniej mi zrozumieć, jak to możliwe, że język, w którym prace są napisane, czasem przypomina angielski, a czasem nie przypomina zupełnie żadnego znanego mi narzecza. Zdarza się, że niektóre zdania czytam kilkakrotnie. Nic, sensu w tym nie ma. Hmm... drapię się po głowie z niepewnością. W końcu angielski to nie mój język. Może więc po prostu brak mi kompetencji?

Dzwonię do znajomej Amerykanki i czytam jej taki dziwny wytwór językowy. Ona prosi, by powtórzyć. Powtarzam.

- Nie - stwierdza stanowczo znajoma - To nie ma najmniejszego sensu. Prace końcowe sprawdzasz? - pyta domyślnie i ze współczuciem.

Czuję się odrobinę lepiej, gdyż najwyraźniej z moim angielskim nie jest tak źle. Po chwili jednak zaczynam się czuć znacznie gorzej. To nie jedno takie zdanie. Cała praca składa się z podobnych. Osiem stron maszynopisu, wszystkie zadrukowane słowami, które teoretycznie powinny układać się w jakąś znaczeniową całość. Przykro mi bardzo, nie układają się. Osiem stron bełkotu.

Postanawiam zasięgnąć języka. Jak to możliwe, że Amerykańscy studenci pierwszego, drugiego i trzeciego roku nie potrafią pisać gramatycznie? Znajoma studentka drugiego roku, którą przeprowadzam od półtora roku przez gąszcz gramatyki hebrajskiej, wzrusza ramionami:

- Jedyny rok, kiedy w szkole uczy się nas gramatyki, to piąta klasa.

To rzeczywiście wiele tłumaczy. A czy piszą w szkole? Czy w ogóle uczą się pisania dłuższych, powiedzmy kilkustronicowych, spójnych prac?

- Ależ skąd. Może w lepszych szkołach - śmieje się.

Oczywiście, Indiana University to nie Harvard. Trudno tu się spodziewać genialnych undergradsów. Jest to jednak zupełnie przyzwoita, stanowa uczelnia. Wydawałoby się, że studenci powinni przynajmniej posługiwać się wprawnie własnym językiem.

Nie mam się co pocieszać tym, że w Polsce jest lepiej. Kiedy przed laty na kolokwium zabroniłam studentom pisać w punktach i kazałam formułować myśli w zdaniach złożonych i gramatycznie poprawnych, byli załamani. Potem ja byłam załamana czytając ich wypociny. Zmianie stanu rzeczy, jak się zdaje, nijak nie sprzyja obecna polska matura, bo umiejętność poprawnego budowania tekstu złożonego z więcej niż trzech akapitów nie stanowi warunku koniecznego zdania egzaminu z polskiego.

Prawda, niestety, jest taka, że w większości szkół - polskich czy amerykańskich - najwyraźniej nie uczy się nikogo pisać. Uczy się łączenia liter, ale to nie to samo. Nie uczy się ani pisać, ani myśleć. Trudno się potem dziwić, że połączenie tych dwóch trudnych procesów jest dla wielu studentów kompletnie niemożliwe. Niby kiedy i gdzie mieli się tego nauczyć?

Acha, piwo zaczyna powoli wywierać na mnie swój zbawienny wpływ. Mogę wracać do sprawdzania. Zostało mi jeszcze 8 prac. Trzymajcie kciuki.

środa, 05 grudnia 2007
Al hanisim

Żydzi bardzo dużo śpiewają, szczególnie w święta. Nie ma świąt żydowskich bez muzyki, bez śpiewu.

To moja ulubiona piosenka w to święto, chanukowy klasyk: "Al hanisim"

Al hanisim weal hapurkan
weal hagewurot weal hateszuot
weal hamilchamot szeasita laawoteinu
bajamim hahem bazman haze.

Za cuda i za odkupienie,
i za wielkie czyny, i za wybawienie,
i za boje, które stoczyłeś dla naszych ojców
w tamtych dniach, o tej porze.

I wszyscy razem: al hanisim, weal hapurkan... Można podskakiwać, jak kogoś energia roznosi.

Dobrze, że Chanuka trwa aż osiem dni.

18:27, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
wtorek, 04 grudnia 2007
"Neutralne" święto?

Dostałam niedawno zaproszenie na obchody Chanuki w gminie warszawskiej. Z przyczyn zupełnie obiektywnych w postaci wielu tysięcy mil dzielących mnie od Warszawy nie będę mogła na Chanukę przybyć na Twardą, ale zaproszenie mnie rozbawiło z innego powodu. Zaczyna się ono bowiem od słów: "Serdecznie zapraszamy państwa na pozytywne, neutralne i rodzinne święto żydowskie".

Chanuka rzeczywiście jest rodzinnym świętem, jak większość świąt w judaizmie. Rodzina w ogóle wyznacza jedną z najważniejszych przestrzeni w tej religii. Jest także Chanuka pozytywna, choć to dość mętne pojęcie. Ale neutralna? Co to właściwie ma znaczyć?

Nie wiem, co miał na myśli autor tego zdania, ale przynajmniej częściowo chyba się domyślam. Chodziło, zgaduję, o to, by nie podkreślać szczególnie, że Chanuka jest świętem religijnym. Pomysł to frapujący, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Święta religijne mają to do siebie, że są religijne. Święta w judaizmie są religijne, bo judaizm jest religią. Trudno to przeskoczyć.

Chanuka jednak jest tu dość wyjątkowa i rzeczywiście ma pewien wymiar niereligijny, który - jeśli ktoś koniecznie tego potrzebuje - można uwypuklić.

Chanukę, którą zaczynamy świętować dziś wieczorem, obchodzi się na pamiątkę pewnego wydarzenia historycznego oraz pewnego cudu. Wydarzeniem tym było powstanie Machabeuszy przeciwko władzy Antiocha IV. Antioch w swoim dążeniu do ucywilizowania judaizmu (co w tamtych czasach oznaczało jego hellenizację) posunął się nieco za daleko: postawił w Świątyni Jerozolimskiej posąg Zeusa, zabronił przestrzegania szabatu i wykonywania wielu micwot.

Po jakimś czasie w rządzonej przez Seleucydów Palestynie wybuchło powstanie, na którego czele stanął Juda Machabeusz. Po wielu bitwach powstańcy wkroczyli do Jerozolimy. 25 dnia miesiąca kislew ponownie konsekrowano Świątynię Jerozolimską.

Tyle historia. I to świecki wymiar Chanuki - powstanie Machabeuszy było powstaniem zwycięskim. To chyba dostatecznie dobry powód do świętowania.

Rabini, których poglądy zapisane są w Talmudzie, o zwycięstwie militarnym nie wspominają jednak ani słowem. Podkreślają za to jednak inny wymiar Chanuki - właśnie cud. Kiedy Żydzi ponownie weszli do Świątyni, chcieli zapalić w niej menorę. Niestety, okazało się, że czystego rytualnie oleju zachowało się niewiele: drobina, która mogła starczyć najwyżej na jeden dzień. W ciągu jednego dnia zaś nie można było przygotować większej ilości oliwy, na to trzeba było co najmniej kilku dni.

Ktoś jednak menorę w tej sytuacji postanowił mimo wszystko zapalić. I tu właśnie miał stać się cud: menora paliła się 8 dni, oliwa w cudowny sposób miała się rozmnożyć.

Znajoma napisała kiedyś:

I tylko zastanowić się trzeba - czy największym cudem jest właśnie to niezwykłe "rozmnożenie" oliwy? Ingerencja boska, która pozwoliła menorze płonąć 8 razy dłużej, niż pozwalało jej na to paliwo?

Czy może cud prawdziwy stał się wcześniej, w tym ułamku sekundy, kiedy ktoś, wbrew rozsądkowi, na przekór rzeczywistości, rozniecił ogień. Pokazując, że wierzy w jego moc. Że nie boi się, iż zbraknie oliwy, iż na nowo zainicjowana świętość miejsca natychmiast ulegnie przerwaniu.

Czy nie mamy tu do czynienia z prawdziwym cudem niezłomnej wiary i zaufania?

[Forum Żydów Polskich]

Może więc w Jerozolimie wówczas dokonało się więcej cudów niż jeden. I może ten ważniejszy wcale nie wymagał zawieszenia praw fizyki?

W każdym razie Chanukę można świętować akcentując bardziej jej wymiar religijny albo militarno-historyczny. Można więc mówić o "neutralnym" święcie. Mi to szczególnie nie jest do niczego potrzebne. Dla mnie Chanuka jest świętem religijnym i historycznym zarazem. Nawet jeśli nie bardzo potrafię wierzyć w klasyczne cuda...

Chag sameach!

22:11, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »