Ponownie na Midweście
czwartek, 31 grudnia 2009
Podziękowania

O ile pamięć mnie nie zawodzi, rok temu zignorowałam zupełnie ów ważki moment, w którym wybiła na zegarach północ, rok 2008 dobiegł końca, a rozpoczął się żegnany właśnie rok 2009. Poszłam spać wcześniej i koniec. Nie przypominam sobie, żebym wobec tego roku miała szczególne oczekiwania (staram się w ogóle unikać szczególnych oczekiwań wobec kogokolwiek i czegokolwiek, choć czasem mi nie wychodzi). Może powinnam była je mieć. Może gdybym je miała, 2009 okazałby się lepszy.

Okazał się taki, jaki się okazał. Summa summarum, jak zwykł mawiać mój Tata, okazał się szary, tj. złożony z czarnych nici bólu i żałoby, z białych nici drobnych sukcesów i małych radości i z szarych nici zwyczajności. Wszystkie splecione razem na niewidzialnej osnowie czasu stworzyły dywan, który dziś bez większego żalu zwinę i zarzucę na ramię, by odnieść do kąta, w którym składam wszystkie upływające lata. Kąt nie jest zakurzony, bo dość regularnie do niego zaglądam. Na ten ostatni dywan spoglądać będę zapewne częściej niż na inne.

Kiedy moja religijność szukała dla siebie jakiejś bliżej określonej formy (żadna materia bez formy istnieć nie może, jak wiemy), miałam zwyczaj wypowiadania krótkiej modlitwy o północy w noc sylwestrową:

Dzięki Ci Panie za Twe hojne dary, dzięki za dobrodziejstwa, którym nie masz miary.

Powinnam była oczywiście mówić "Czego chcesz od nas Panie...", ale nie chodziło mi ani o zadawanie retorycznych pytań, ani o zachowanie wierności oryginałowi. Chodziło o wyrażenie wdzięczności.

Frazy tego rodzaju brzmią czasem zupełnie nieznośnie. Są napuszone. Pretensjonalne. "Za jakie dobrodziejstwa i za jakie hojne dary do ciężkiej cholery?!" - ma się czasem ochotę wrzasnąć - "Jeśli to są Twoje dary, to je sobie zachowaj". A jednak te słowa do mnie wracały. Może stąd właśnie, z jakiegoś bliżej nieokreślonego poczucia wdzięczności wzięła się moja religijność? Niewykluczone, że potrzebowałam tę wdzięczność skierować pod adresem konkretnego choć nieuchwytnego zarazem bytu. Jeśli tak było, to rację miał William James twierdząc, że ostatecznie to nasze najgłębsze potrzeby decydują o kształcie naszej rzeczywistości.

W tym roku powtórzę tę krótką modlitwę. Podziękuję w szczególności za ludzi, których w życiu spotkałam, bo pod tym względem jestem - co stwierdzam raz po raz - niebywałą wręcz szczęściarą. Podziękuję również za Was, drodzy Czytelnicy, których nie zniechęciły nawet długie okresy milczenia na tym blogu.

Lepszego roku.

Jeszcze więcej dzieci

Doprawdy, jakiś niebywały urodzaj na nie ostatnio w mojej okolicy.

Urszula

Powyżej moja bratanica. Poniżej córka Rzadko Widywanej Osoby (a szkoda, że rzadko).

Weronika

Obie panny mniej więcej w wieku 3 lat.

Jeszcze trochę i opublikuję album ze zdjęciami dzieci. Znajomi umrą ze śmiechu znając mój do nich stosunek.

czwartek, 24 grudnia 2009
Puste miejsce przy stole

Mój Tata ogromnie lubił płytę, z której pochodzi ta kolęda. A kolęd zaczynał słuchać gdzieś w połowie listopada.

Oby ciepłe, dobre wspomnienia wypełniły dziś wieczorem Wasze puste miejsca przy stole. Świąt wypełnionych spokojną radością życzę.

środa, 23 grudnia 2009
Fotografując dzieci

Upływ czasu nijak nie wpływa na mój zasadniczo obojętny stosunek do dzieci. Wpływa natomiast na ilość dzieci w okolicy - dzieci przybywa. To zaś daje od czasu do czasu okazję do ich fotografowania.

Jagoda

To niespełna dwumiesięczna Jagoda, córka Bardzo Kochanej Osoby.

Tutaj zaś zdaje się mniej więcej dwuletnia córka Niezbyt Bliskiej Znajomej:

Mimi

Dzieci fotografować nie jest łatwo z różnych powodów, ale z tych dwóch zdjęć jestem dość zadowolona. Kto wie? Może fotografowanie dzieci spowoduje, że z czasem je nawet bardziej polubię?

niedziela, 20 grudnia 2009
"Christmuka"

W ostatni dzień święta Chanuka niosłam do domu choinkę pomrukując pod nosem "maoz cur jeszuati..." Był nie tylko ostatni dzień Chanuki, ale i szabat. Mrozek przyjemnie szczypał mnie w nos, deptany śnieg chrumkał przyjaźnie, a mi świat wydawał się dziwnie harmonijny pomimo tego, że stanowiłam w tamtej chwili dziwny paradoks okutany szalikiem i w zimowej czapce.

W szabat niczego się nie nosi, a Żydzi w ogólności nie mają powodu, by nosić do domu choinki z myślą o udekorowaniu ich kolorowymi lampkami. Naturalnie rzeczywistość jest bogatsza niż większość schematów pojęciowych, toteż zaskoczeniem ogromnym nie powinno być to, że Żydom zdarza się jednak choinki w domu miewać. Bożonarodzeniową choinkę w rodzinnym domu wspominał Primo Levi. Niedawno język giętki (w tym przypadku akurat angielski) stworzył zaś słowo "Christmuka" (w oryginalnej pisowni "Christmukkah"), by opisać zjawisko łączenia obchodów świąt Bożego Narodzenia z obchodami Chanuki. Drejdel na choince... A cóż to komu szkodzi?

Co do ostatniej kwestii można się spierać. Oczywiście, że szkodzi, powie ktoś. Choinka to Boże Narodzenie. Boże Narodzenie to chrześcijańskie świętowanie narodzin mesjasza, a przecież Żydzi Jezusa z Nazaretu za mesjasza nie uważają i mają ku temu niezłe powody. Ależ nic nie szkodzi, powie ktoś inny. Choinka to skomercjalizowany symbol czasu zakupów, jedzenia, dawania prezentów i czasu spędzonego w rodzinnym gronie. Jako taki właśnie symbol wcale nie kłóci się z chanukowym świecznikiem, drejdlem i latkes.

Dlaczego niektórzy Żydzi mają w domu choinki? Pewnie właśnie dlatego, że nie widzą problemu w mnożeniu symboli, szczególnie jeśli są to symbole estetycznie przyjemne. Do tego dochodzi niebywała popularność choinek i być może dzieci domagające się prezentów jeśli nie od jakiegoś świętego, to przynajmniej leżących w okolicach iglastego drzewka.

Mój przypadek jest nieco inny, ale najprawdopodbniej wcale nie wyjątkowy. Wprost przeciwnie - może on wskazywać na stan lekkiej schizofrenii, który właściwy jest być może wielu konwertytom.

Jako dziecko pisałam listy do św. Mikołaja, dekorowałam choinkę, a w wigilijny wieczór dzieliłam się opłatkiem z bliskimi. Boże Narodzenie nigdy nie było w moim rodzinnym domu świętem szczególnie religijnym. Tata wspominał z sympatią nocne wyprawy do kościoła z własnego dzieciństwa, ale sam nigdy nas na nie nie zabierał. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła. Czasem bycia razem i dzielenia się miłością. Innymi słowy - typowe polskie, obyczajowe, a nie religijne, Boże Narodzenie. Gdyby nie bardzo przywiązany do tradycji i obyczajów Tata, być może w ogóle choinki by w domu nie było.

Dla moich bliskich Boże Narodzenie nadal pozostaje czasem rodzinnego bycia razem. Teraz może ważniejszym niż kiedyś, bo nie mieszkamy już razem. W tym roku także czasem wybrakowanym, naznaczonym nieobecnością.

Gdy zastanawiałam się, kiedy przylecieć z następną wizytą do Polski, doszłam do wniosku, że najlepsze będą właśnie okolice świąt Bożego Narodzenia. Pierwsze święta bez Taty - chcemy być razem. Dla mnie także pierwsza Gwiazdka od ładnych paru lat. Mój amerykański dom jest domem koszernym i pozbawionym choinki. Mieszka w nim w końcu Żydówka. Czy brakuje jej choinki, prezentów, dzielenia się opłatkiem? Nie. Boże Narodzenie po prostu zniknęło z horyzontu mojego świętowania. Pozostały miłe wspomnienia z dzieciństwa, ale pragnienie ich odnowienia jest nieobecne.

Brat ogromnie się ucieszył na wieść, że przylecę na święta. "Wy macie jakieś takie zimowe święta też, prawda?", dopytywał. "Tak, Chanukę", podpowiedziałam. Brat zapamiętał już mniej więcej, kiedy obchodzę różne święta, ale ich nazwy nie trzymają mu się jeszcze w pamięci. "Super!" - odpowiedział - "Macie jakieś potrawy? To przygotuję i będziemy mieli ekumeniczne święta!"

Nie wiem, czy w wielu rodzinach konwertyta spotyka się z podobną reakcją. Moja rodzina nie ma najmniejszego problemu z moim judaizmem, a ja nie mam najmniejszego problemu z ich chrześcijaństwem czy z ich przywiązaniem do rodzinnych tradycji i obyczajów. I pewnie dlatego nie będę miała problemu z dekorowaniem choinki. Że lepiej byłoby tę choinkę przynieść do domu dziś, a nie w szabat? Jasne. Ale dlaczego nie miałabym w tej kwestii pójść na rękę mojej Mamie?

Podejrzewam, że wiele jest osób w sytuacji podobnej do mojej. Są Żydami, ale ich rodziny żydowskie nie są. Obie strony muszą nauczyć się nie tylko szacunku, ale i wypracować sposoby radzenia sobie w rozmaitych sytuacjach, w których może dochodzić do konfliktu - konfliktu tradycji, obyczajów, religijnych zasad.

Nie będę wieszać drejdla na choince. Ale prezenty dostałam na Chanukę.

Nie mam poczucia wewnętrznego konfliktu. Nie jest to chyba również nawet lekka schizofrenia. Jest po prostu rzeczywistość człowieka, który z wyboru i z konieczności zarazem funkcjonuje w dwóch różnych światach.

11:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Szynka po żydowsku

Łono ojczyste odwiedzane po dłuższej nieobecności wydaje się zarazem znajome i jakoś obce. Myśl to tyleż głęboka, co ogólnikowa zupełnie i w sumie niewiele mówiąca. Do szczegółów zatem. Napotkałam w sklepie niespodziankę.

Niespodzianka znajdowała się w dziale mięsno-wędliniarskim, który odwiedziłam wyłącznie towarzysko. Spoglądałam bez szczególnego zainteresowania na wyłożone i dumnie prężące się kiełbasy, gdy Mama, której to właśnie dotrzymywałam towarzystwa w dziale mięsnym, wskazała mi niespodziankę. Niespodzianka była w kolorze różowawo-krwistym, spoczywała dumnie pomiędzy baleronem a szynką jak za Gierka i chwaliła się wypisaną na tekturce ceną być może przystępną. Wypadłam z nadwiślańskiego obiegu cenowego, więc cena nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Duże wrażenie zrobiła jednak nazwa Niespodzianki - na tekturce czytelnym pismem czyjaś ręka wypisała starannie: Szynka po żydowsku.

Gdybym nie była wegetarianką, z pewnością nabyłabym kawałek tego rarytasu.