Ponownie na Midweście
piątek, 30 marca 2007
Przedpesachowe porządki

Znajoma z Izraela opowiadała mi, że ten tydzień jest tam męczący. Głównie dla kobiet, które poświęcają mnóstwo czasu na szorowanie domu. Dzwonią do pracy usprawiedliwiając swoją nieobecność ciężką dolegliwością, po czym rzucają się w wir prac porządkowych, żeby dom lśnił.

Mania ta spowodowana jest świętem Pesach. Z niecałkiem jasnych powodów dni przed Pesach w wielu żydowskich domach zmieniają się w kompletne pandemonium porządków. A samo święto rzeczywiście staje się świętem wolności. Nie tyle jednak wolności po opuszczeniu Egiptu, ale raczej wolności od sprzątania.

W nie-żydowskich domach czasem jest podobnie przed Wielkanocą, prawda? Zdesperowane gospodynie domowe uświadamiają sobie nagle, że oto święta tuż, tuż, wiosna za oknem w pełni rozkwitła, a chałupa zapyziała do nieprzytomności. Dalej więc szorować podłogi na kolanach, atakować okna najnowszym Mr Cleanerem czy czymś takim, toczyć beznadziejną walkę z kurzem ukrytym podstępnie w najmniej dostępnych kątach.

Szczęśliwie w mojej rodzinie stosunek do porządku był zawsze nieco ambiwaletny. Ma on swoje zalety, ale przesadne o niego dbanie to raczej świadectwo psychozy, której należy unikać. W końcu od odrobiny brudu jeszcze naprawdę nikt nie umarł.

W domach żydowskich przedpesachowe sprzątanie nie wiąże się jednak z samą ideą porządku dla porządku, ale z koniecznością pozbycia się chamecu. Pozbyć trzeba się nie tylko produktów będących chamecem, ale również śladów chamecu. Innymi słowy, nawet dom już koszerny, trzeba przed Pesach przerobić na super-pesachowo-koszerny.

Niestety, z jakiegoś dziwnego powodu walka z chamecem przeradza się czasem w walkę z brudem. A przecież kurz to nie chamec! Po uświadomieniu sobie tej prostej prawdy czuję prawdziwą ulgę. Nie muszę zmieniać mieszkania w ultraseptyczne pomieszczenie. Po prostu muszę je wykoszerować, czyli w tym wypadku - odchamecować.

Mieszkam sama i nie mam zwyczaju łazić z jedzeniem po całej okolicy - odchamecować muszę zatem praktycznie wyłącznie kuchnię. I wcale nie zajmie mi to tygodnia, ani nawet paru dni. Uświadomiona przez wykwalifikowaną znajomą wiem, co mam zrobić i w jaki sposób. Jeden dzień mi wystarczy. Może nawet jedno popołudnie?

Nie będzie ze mną tak, jak z kobietą w filmiku poniżej. Na szczęście. I Pesach nie będzie dla mnie przede wszystkim dniem wolnym od sprzątania...

Szabat szalom

03:54, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 marca 2007
Maca, wszędzie maca

Przez siedem dni będziecie jedli mace.

[Szemot 12:15]

Ano będziemy. Dziś przyniosłam sobie ze sklepu zapas macy koszernej na Pesach. (Na Pesach potrzebne są produkty nie tylko koszerne, ale ściśle pesachowo koszerne, więc i maca musi być produkowana pod specjalnym nadzorem.) Kilka pudełek powinno mi wystarczyć.

Szczerze mówiąc perspektywa jedzenia macy przez tydzień nie jest dla mnie jakoś szczególnie atrakcyjna. Nie przepadam za macą i już. Jest jakaś taka mdła. I stanowczo za bardzo się kruszy zaśmiecając całą okolicę.

W ubiegłym roku szczęśliwie się zdarzyło tak, że podczas Pesach byłam chora. Uznałam to za usprawiedliwienie dla zakupienia sobie szczególnej macy, przygotowanej z lekkim dodatkiem jajka, która wedle kodeksu halachicznego "Szulchan Aruch" dopuszczalna jest do spożycia podczas Pesach właśnie przez osóby chore oraz przez dzieci. Tym razem jestem jednak zdrowa jak rydz i nic nie zapowiada nawet małego przeziębienia.

Przed ubiegłorocznym Pesach zasięgnęłam języka wśród znajomych odnośnie możliwych potraw. Nie na same uroczyste wieczerze pesachowe (czyli sedery), bo to miałam zagwarantowane poza domem, ale na dni zwane półświątecznymi (chol hamoed). Przecież nie sposób żyć samą macą!

Odpadają płatki śniadaniowe, które jadam codziennie. Na śniadanie zatem - maca. A na obiad? Odpada ryż, odpada makaron... Co jeść na obiad?! Oświeciła i wybawiła mnie znajoma - przecież są ziemniaki! Co za ulga...

Z przyczyn nie do końca dla mnie jasnych ziemniaków nie jadam w ogóle. W Polsce, owszem, jadałam, jak najbardziej. A tu jakoś nie. Nie dlatego, żebym nie miała zaufania do tutejszych gruli. Powodem musi chyba być lenistwo. Przygotowanie ryżu trwa znacznie krócej, z makaronem podobnie.

W Pesach jednak, jak się okazuje, bez ziemniaka ani rusz.

20:24, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (12) »
niedziela, 25 marca 2007
Zamiast budzika

Zrobiło się ciepło, więc sypiam przy otwartym oknie. Ma to tę wadę oto, że o porze zupełnie barbarzyńskiej - nie wiem dokładnie, która to, ale jest jeszcze ciemno - budzą mnie dochodzące zza okna wrzaski.

Znaczy śpiewy, chciałam powiedzieć. Nie sąsiadów balujących do białego rana (Amerykanie mają słabe głowy i wysiadają zwykle niedługo po północy), ale ptactwa.

Chyba La Rochefoucauld, a może Chamfort?, gdy podczas leśnej przechadzki usłyszał śpiew słowika, westchnął: "co za uprzykrzone bydlę..."

Osobiście mam do ptactwa znacznie bardziej pozytywny stosunek, jakkolwiek łatwiej mi go okazywać wczesnym wieczorem niż przed świtaniem. Będąc borsukiem w poprzednim wcieleniu bardzo źle znoszę budzenie rano. Za to wieczorem autentycznie cieszę się ostatnio radosnymi koncertami...

kardynałów. Na fotografii samczyk. Poniżej samiczka, zgodnie z prawami natury mniej kolorowa (to tylko w naszym gatunku w ewolucji nastąpiła jakaś straszna pomyłka, która nakazuje malować i stroić się nam, kobietom).

Kardynały to jeden z symboli Indiany, choć nie tylko tutaj występują. U nas są przez cały rok. Na tle śniegu wyglądają dość niesamowicie. Niestety są dość płochliwe, więc trudno się do nich zbliżyć.

Drugi główny świergacz aktualnie to amerykański rudzik:

Rudziki przylatują do nas tuż przed końcem zimy. Ich pojawienie się oznacza, że wiosna jest już za progiem. Najpierw pojawia się parę sztuk, zapewne w charakterze zwiadu, a potem są już całe stada, radośnie latające wokoło i świergoczące do obłędu.

Mam nadzieję, że i u was coś ćwierka. Szawua tow.

czwartek, 22 marca 2007
Brit mila

Dla czternastu mężczyzn wczoraj był bardzo ważny dzień. Zebrali się w Warszawie, aby przejść ceremonię brit mila, czyli rytualnego obrzezania.

Obrzezania dokonuje się normalnie 8 dnia po narodzinach niemowlęcia. Stanowi ono jednak również konieczny element procesu konwersji na judaizm, przynajmniej w judaizmie ortodoksyjnym. O ile wiem, judaizm reformowany oraz rekonstrukcjonizm z tego wymogu zrezygnowały, ale oba te ruchu zrezygnowały z halachy w ogóle.

Obowiązek obrzezania pochodzi wprost z Tory:

To jest Moje przymierze, którego będziecie strzegli, pomiędzy Mną i wami, i twoim potomstwem po tobie: każdy męski potomek u was będzie obrzezany. Obrzezajcie wasze napletki. Będzie to znakiem przymierza między Mną i wami. Ósmego dnia życia będzie obrzezany u was każdy męski potomek. Tak będzie przez wszystkie wasze pokolenia, zarówno ten, który się urodzi w domu, jak i nabyty za pieniądze, obcy, który nie jest z twojego potomstwa - ma być obrzezany... Moje przymierze będzie wiecznym przymierzem na waszym ciele. [Bereszit 17:10-13]

Brit mila jest znakiem Przymierza, cielesnym, fizycznym znakiem uczestnictwa w Przymierzu. Hebrajskie słowo "brit" ("bris" w wymowie aszkenazyjskiej) oznacza właśnie przymierze.

W rytualnym obrzezaniu nie chodzi wyłącznie o usunięcie napletka. To nie jest zabieg przede wszystkim chirurgiczny, ale religijny właśnie. Z tego też względu jeśli niemowlę zostało obrzezane z medycznych powodów przed ósmym dniem życia oraz jeśli konwersję przechodzi mężczyzna już obrzezany, przeprowadza się specjalną ceremonię - hatafat dam brit, "przelanie krwi przymierza". Hatafat dam brit polega na tym, że poprzez delikatnie nakłucie skóry koło żołędzi uzyskuje się kroplę krwi.

Zasadniczo tradycja obowiązek obrzezania syna nakłada na ojca. Jednak mało który ojciec ma do tego odpowiednie medyczne kwalifikacje, toteż zabieg przeprowadza specjalnie do tego przygotowany człowiek zwany mohelem. Mohel musi być nie tylko religijnym Żydem, ale naturalnie również osobą przeszkoloną pod względem medycznym.

Bris może mieć miejsce w domu, w synagodze lub w szpitalu. Miejsce nie jest tak istotne, jak to, żeby spełnione zostały wszystkie wymogi halachiczne.

Poza mohelem i rzecz jasna głównym bohaterem uroczystości obecny musi być także sandak. To mężczyzna, który trzyma dziecko na kolanach podczas zabiegu. Kabalistyczna tradycja wiąże duszę dziecka z duszą sandaka czyniąc z tego ostatniego mentora dla dziecka. Bycie sandakiem to wielki honor. Pamiętam, jak ogromnie dumny był jeden z członków mojego minjanu, gdy został przez swojego zięcia poproszony o spełnienie tej funkcji. Sandak, podobnie jak mohel, powinien być osobą o nieposzlakowanej opinii. Powienien mieć także mocne nerwy: dość często zdarza się, że sandakowie mdleją podczas zabiegu... Jeśli istnieje obawa co do tego, że coś takiego może się stać, sandak nie trzyma dziecka na kolanach, stosuje się tu pewien mały "wybieg", aby zapewnić dziecku bezpieczeństwo.

Mamy więc noworodka, mamy sandaka i mamy mohela. Potrzebujemy jeszcze kwatera i kwaterim - te osoby uroczyście wnoszą dziecko do pomieszczenia, w którym dokona się bris.

Najlepiej, by w uroczystości uczestniczył pełny minjan, czyli zgromadzenie dziesięciu mężczyzn (lub mężczyzn i kobiet jeśli chodzi o synagogę konserwatywną). Minjanu zwykle wcale nie trzeba zapraszać. Uczestnictwo w brisie jest wielką micwą i każdy, kto o nim wie, wie zarazem, że jest zaproszony. Zwykle wielu członków danej społeczności chce być świadkami brisu. To ogromnie radosna uroczystość dla wszystkich zebranych, z wyjątkiem głównego bohatera...

Czy obrzezanie jest bolesne? Trochę głupio mi o tym mówić - każdy facet skomentuje: "taa... kobiecie łatwo mówić...". Jednak lekarze twierdzą, że samo usunięcie napletka nie jest bardzo bolesne. Podobnie proces zaleczenia, jeśli obrzezaniu poddane jest dziecko. Znacznie gorzej jest, gdy bris przechodzi dorosły mężczyzna. Obrzezanych wczoraj mężczyzn czekają dwa, trzy tygodnie bolesnego oczekiwania na to, aż rana się zagoi i przestanie dawać znać o sobie.

O brisie można pisać i mówić długo. To jedna z najważniejszych uroczystości w życiu Żyda, choć odbywa się zbyt wcześnie, by mógł ją pamiętać w dorosłym życiu. Dla konwertyty oznacza jeden z ostatnich kroków prowadzących do zakończenia procesu - jeszcze trochę i osiągnie swój cel, stanie się pełnoprawnym uczestnikiem Przymierza i wedle halachy - Żydem.

Nie muszę być mężczyzną, żeby móc sobie łatwo wyobrazić, że sama wizja obrzezania może przyprawić o dreszcze i przegonić z głowy myśl o konwersji. Są jednak mężczyźni, których to nie zniechęca, bo bycie Żydem jest dla nich jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Tym, którzy wczoraj przeszli brit - wielkie mazal tow!

22:42, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 marca 2007
Krucjata antynikotynowa

Przed sądem Federalnym Dystryktu Columbia toczył się jeden z dość absurdalnych procesów, które stanowią stały element prawniczego krajobrazu Stanów. Wiele osób pamięta na pewno proces wytoczony jakiejś sieci jadłodajni za to, że podawali tam gorącą kawę. Pewna pani kawą ową się oblała i poleciała do sądu, ponieważ firma nie uprzedziła jej, że kawa może być gorąca. Pani proces wygrała. Odszkodowanie wcale nie było małe.

Proces w DC dotyczył palenia. Tym razem nie chodziło jednak o to, że ktoś zachorował na raka bądź odniósł inny uszczerbek na zdrowiu z powodu palenia, a nie był przez producentów papierosów uprzedzony o tym, iż tak się może stać. Pozew przeciwko Philip Morris USA, Altria, R.J. Reynolds, Brown & Williamson, Lorillard and British American Tobacco został wytoczony dlatego, że sygnując część swoich produktów nazwami "light" czy "ultra-light" bezdusznie i podstępnie wprowadzali w błąd nabywców wmawiając im rzekomo, iż lighty są mniej szkodliwe.

Pierwszy wyrok zapadł w sierpniu ubiegłego roku. Lektura fragmentów werdyktu sędzi Gladys Kessler jest bardzo pouczająca w zakresie psychologicznej analizy umysłów oddanych duszą i sercem antynikotynowej krucjacie.

Ot, na przykład, ten fragmencik: "Oskarżeni reklamowali i sprzedawali swoje zabójcze produkty z zapałem i posługując obłudą, ogarnięci wyłącznie ideą finansowego sukcesu, bez żadnego względu na ludzkie tragedie oraz społeczne koszty ich sukcesu". Więcej tutaj

Teraz sędzia Kessler opowiedziała się również za zakazem znakowania niektórych papierosów jako "light" nie tylko w USa, ale i poza granicami kraju.

Rozbawiło mnie bardzo oświadczenie jednego z prawników, który z radością przyjmując werdykt sędzi Kessler przekonywał, że stroną pozywającą, a zarazem zwycięzcą w procesie, są wszyscy palący lighty, którzy są podstępnie oszukiwani przez producentów papierosów.

Ujmujące. Uwielbiam, jak ktoś występuje w moim imieniu nie pytając mnie wcześniej o zdanie. Palę lighty od dawna. Wcale nie dlatego, żebym uważała, że są mniej szkodliwe albo dlatego, żebym sądziła, że wcale się od nich nie uzależnię. Oczywiście, że się uzależniłam i to już dawno. Lighty palę dlatego, że mi bardziej smakują. Po prostu. Nie czuję się przez nikogo oszukana, zwodzona na manowce ani wykorzystana. Nic nie szkodzi. Sędzia Kessler stanie w mojej obronie niezależnie od tego, czy mi się to podoba czy nie.

Tak, życie palacza w tym kraju nie jest łatwe. Jeszcze zanim tu przyjechałam bliski znajomy uprzedził mnie, że jako palacza nie będzie mnie zapraszał do swojego domu oraz uprzedził, że inni mogą się zachować podobnie. Wkurzyłam się tym oświadczeniem ogromnie. Sprawa rozeszła się po kościach, ale sam fakt takiego stawiania sprawy jest pouczający.

Bloomington jest "smoke-free" podobnie jak inne miasta w Stanach. Oznacza to, że nie wolno palić w żadnych kafejkach, barach, pubach itp. Kilka lat temu było to jeszcze możliwe - miejsca dla palących były małe i wydzielone, ale były.

Antynikotynowa krucjata weszła także na kampus. Palić wolno w odległości minimum 30 stóp od budynków uniwersyteckich. Przestrzeganie tego przepisu nie jest łatwe, bo niektóre części kampusu są mocno zabudowane. Niedawno prezydent uniwersytetu wpadł na światły pomysł zupełnego zakazu palenia na kampusie. Szczęśliwie, zanim idea zdołała przeobrazić się w ciało nastąpiła zmiana na stanowisku głowy uczelni. Fakt ten wielu studentów powitało z ulgą. Nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości - większość studentów pali.

Kilka dni temu podszedł do mnie jeden z nich i poprosił o ogień. Rozejrzał się po okolicy po czym z krzywym uśmiechem stwierdził: "Mam nadzieję, że stoimy dostatecznie daleko od drzwi". Po chwili rozmowy westchnął: "Dobrze, że przynajmniej jeszcze we własnym samochodzie mogę palić". "Just give'em some time, give'em time", odpowiedziałam zgryźliwie.

Idę zapalić. W domu mi wolno.

niedziela, 18 marca 2007
Ogryzek - pyzek, kto cię lubi?

Wszyscy chyba znają te postaci: Chip and Dale. Dwie sprytne wiewiórki ziemne, które objadają się orzeszkami, wpadają w kłopoty bądź wpędzają w nie innych.

W Bloomington mam okazje zaprzyjaźniać się z żywymi odpowiednikami disneyowskich bohaterów, choć nie jest to wcale takie proste.

Chipmunks mieszkają u nas na kampusie i toczą odwieczną wojnę z wiewiórkami dużymi. W końcu jedzą mniej więcej to samo, więc rywalizacja jest oczywista. Sprawia mi ona przykrość o tyle, że jestem wielką fanką jednych i drugich i stanowczo wolałabym obserwować zawieszenie broni, a jeszcze lepiej - pełną kooperację połączoną może z operacjami zaczepnymi wymierzonymi w lokalne zające (choć te ostatnie też są urocze).

Chipmunki, jak je z polska nazywam na własne potrzeby, zaktywizowały się ostatnio - w końcu wiosna. W zimę śpią budząc się co jakieś dwa tygodnie, żeby napachać sobie na nowo puste już brzuchy. Można je więc spotkać ganiające po śniegu. Serce się wtedy człowiekowi łamie. Wiewiórka zwykła ma dłuższe łapy i lepiej sobie radzi z wykopywaniem spod śniegu ukrytych tam smakołyków. Biedny chipmunk czasem kompletnie znika pod śniegiem...

Teraz jednak śniegu nie ma, słońce przyświeca, rośliny kiełkują i można poszaleć.

Od dawna staram się zaprzyjaźniać zarówno z wiewiórkami, jak i z chipmunkami. Mam w tym celu specjalną kwotę w budżecie. Nie na cele reprezentacyjne, ale na cele, rzekłabym, dyplomatyczne, ściśle rzecz biorąc - na zakup orzeszków.

Niestety, chipmunki są znacznie bardziej płochliwe niż wiewórki. Zrobienie chipmunkowi zdjęcia to wielkie wyzwanie. Z orzeszków ziemnych, owszem, bardzo chętnie skorzysta, ale zanim się człowiek obejrzy, orzeszek znika, a w polu widzenia przez ułamek sekundy widać wyłącznie ogonek właśnie znikającego chipmunka. I tak w koło Macieju.

Dłuższe spotkanie z chipmunkiem miałam dotychczas jedno. W czasie ferii zimowych lazłam sobie do bibilioteki przez kompletnie opustoszały kampus. I zdybałam chipmunka siedzącego na murku. Z przerażenia udawał rzeźbę. Zastygł na tylnych łapkach i chyba starał się nawet nie oddychać. Jego małe czarne oczka wpatrzone były w tego strasznego, wielkiego potwora, po którym przecież wszystkiego można się było spodziewać. W pierwszym odruchu sama również zastygłam, ale po chwili zlitowałam się nad biedakiem i odwróciłam wzrok. Skorzystał z okazji natychmiast i śmignął w krzaki.

piątek, 16 marca 2007
Tik-tak, tik-tak...

Nie, to nie bomba zegarowa, tylko zwykły zegarek. Zwykły zegarek, którego tykanie brzmi w mojej głowie, jak seria armatnich wystrzałów.

אם אין אני לי, מי לי. וכשאני לעצמי, מה אני. ואם לא עכשיו, אימתי

Jeżeli nie ja dla mnie - kto dla mnie? A gdy ja tylko dla siebie - kim ja jestem? I jeśli nie teraz - to kiedy?

[Pirkei Awot 1:14]

Te pytania zadał rabbi Hilel sobie i nam. Teraz męczy mnie szczególnie ostatnie z nich. Jeśli nie teraz, to kiedy?

Ale teraz jest tak bardzo krótkie! Ściśle rzecz biorąc teraźniejszość w ogóle nie istnieje, bo nim zdąży zaistnieć, zmienia się w przeszłość, co wiadomo od prawdawnych czasów. "Chwilo trwaj, taka jesteś piękna!" wykrzyknął Faust, a może sam Goethe, dlatego, że świetnie wiedział, że chwila przeminie.

Niejeden filozof poświęcił tony papieru i czasu, by pisać o czasie. Ilość zagadek wzrasta, ilość odpowiedzi pozostaje stała, czyli mniej więcej żadna.

Dajmy sobie jednak na chwilę (tę, która zaraz przeminie, jeśli już nie przeminęła) spokój z metafizyką. Przeraża mnie upływ czasu na poziomie zupełnie codziennym i trywialnie egzystencjalnym. Dopiero co było wczoraj, dziś jest już dziś, a to dziś zaraz zamieni się w jutro i umknie mi na zawsze. Niedawno była jesień, pamiętam to doskonale. Wokół mnie jest zaś teraz wiosna. Ani się obejrzę i znowu będzie jesień. Tik-tak, tik-tak, tik-tak...

Gdybym mogła, zebrałabym wszystkie zegary świata, każdy starannie po kolei rozbiła młotkiem na kawałki, po czym utopiła na dnie jakiegoś wielkiego jeziora. Albo nawet w Rowie Mariańskim, gdybym miała taką możliwość.

Następnie zabrałabym się za kalendarze. Każdy podarłabym na jak najmniejsze kawałeczki i rozsypała ze szczytu jakiejś wielkiej góry, tak żeby przypadkiem nikt nigdy nie znalazł i nie zebrał razem choćby dwóch fragmentów.

Toczyłabym swoją prywatną wojnę z czasem, gdyby nie to, że nie mam na nią czasu. Czas mnie dopędza co chwilę, chwyta bezlitośnie za gardło i zagryza. Ostatnio zaczął mnie denerwować nawet kalendarzyk wyświetlany na tym blogu i postanowiłam zmienić sposób wyświetlania archiwum. Może nazwy miesiący z towarzyszącym im rokiem będą dla mnie mniej frustrujące? Może nie będą budzić w mojej głowie tego upiornego "tik-tak, tik-tak"?

Tylu rzeczy jeszcze nie zrobiłam. A jeśli nie zrobię ich teraz, to kiedy je zrobię? Tyle rzecz powinnam zrobić, ale kiedy? Ciągle nie nadążam, ciągle podbiegam, ciągle staram się nadrobić czas stracony albo gdzieś zagubiony.

Czy szukam straconego czasu? Nie, bo wiem, że czas stracony odnaleźć się nie da - nie ma go już, był i znikł, i nic się na to nie da poradzić.

Szabat szalom.

18:28, kakofonia , Judaizm
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2007
O jesziwie lubelskiej

Krótki film o remoncie i otwarciu lubelskiej jesziwy, wyreżyserowany przez Grażynę Stankiewicz. Jakość nie jest cudna, ale i tak warto popatrzeć. Sporo można się dowiedzieć, nie tylko o samej jesziwie.

Część pierwsza:

Część druga:

Poznałam latem w Waszyngtonie jednego z nielicznych żyjących jeszcze uczniów Jesziwas Chachmej. Był w Lublinie zimą, podczas otwarcia gmachu i synagogi. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wielkie musiało być jego wzruszenie, gdy po tak wielu latach znalazł się w gmachu, o którym opowiadał mi ze łzami w oczach.

Na wypadek, gdyby ktoś chciał się o Jesziwas Chachmej i jej twórcy dowiedzieć więcej, polecam książkę Niny Zielińskiej i Konrada Zielińskiego "Jeszywas Chachmej Lublin"

20:55, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 marca 2007
Początki pesachowej psychozy

Do Pesach jest jeszcze czas, ale już pojawiły się u mnie pierwsze objawy przedświątecznej psychozy. Nad okolicą krąży widmo... Widmo chamecu...

Co to jest chamec?

1) produkt z każdego z pięciu podstawowych zbóż: pszenicy, żyta, jęczmienia, orkiszu i owsa, który wszedł w kontakt z wodą na czas co najmniej 18 minut. Przyjmuje się, że w takim zbożu rozpoczął się już proces zakwaszania, ponieważ właśnie po 18 minutach w cieście powstałym z mieszanki mąki z wodą rozpoczyna się proces fermentacji.

2) każde jedzenie i napój wytworzony z użyciem tych zbóż lub w którym któreś z nich występuje choćby w minimalnych ilościach. (Wyjątkiem jest maca przygotowywana w szczególny sposób specjalnie na Pesach.)

Żydowskie domy przed Pesach muszą być kompletnie oczyszczone z chamecu. Nie wolno go nie tylko jeść, nie wolno go również posiadać.

Przez siedem dni będziecie jedli mace. Ale [przed] pierwszym dniem [święta] usuniecie chamec z waszych domów... [Szemot 12:15]

Przez siedem dni nie znajdzie się w waszych domach zakwas. Bo każdy człowiek, który będzie jadł z zakwaszonego, będzie odcięty od społeczności Jisraela. Niczego zakwaszonego nie będziecie jedli. We wszystkich waszych siedzibach będziecie jedli mace. [Szemot 12:19-20]

Chamecu można się pozbyć po prostu wyrzucając go. Nie jest to jednak najlepsze rozwiązanie dla osoby, która ma w domu dziwnie duże zapasy ryżu i makaronu i raczej niechętnie myśli o wywaleniu ich do kosza (ta osoba, od kiedy mieszka za Oceanem bardzo starannie liczy pieniądze...).

Drugie rozwiązanie to sprzedanie chamecu - operacji dokonuje się na poziomie symbolicznym, nikt za nic nie płaci. Chodzi o to, żeby Żyd nie był właścicielem chamecu i w tym celu mógł prawo własności przekazać komuś innemu.

Zastanawiałam się niedawno, komu wcisnąć swój chamec. Jest to sprawa o tyle trudna, że musi to być osoba, która nie będzie robić wielkich oczu słysząc moją propozycję - "a po co ty robisz takie dziwne rzeczy?", "daj spokój, to przecież idiotyzm". Takich tekstów nasłuchałam się już w życiu i mam ich dość.

Naszło mnie oświecenie podczas zmywania (zmywanie często owocuje u mnie skutkami ubocznymi w postaci natchnienia). Już wiem, komu przekażę swój chamec! Zadowolona z siebie patrzę w lustro, po czym klepię się dłonią w czoło... Idiotka. Obie osoby, o których pomyślałam rzeczywiście nie będą robić wielkich oczu. Wiedzą o Pesach i chamecu wszystko, co trzeba, a to dlatego, że sami są Żydami i to religijnymi...

Trzeba będzie poszukać innego sposobu na chamec.

18:29, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (13) »
niedziela, 11 marca 2007
Środa i Tejkowski, czyli przemówił poseł Kamiński

Obiecywałam sobie nie komentować tutaj spraw bieżących w Polsce, ale już po prostu nie mogę.

Słucham właśnie przez internet Poranka Radia Zet. Rozmowa zaczyna się od sprawy apelu zainicjowanego przez Monikę Olejnik podczas ubiegłotygodniowego spotkania kobiet z udziałem prezydentowej - apelu o to, by nie wprowadzać zmian w konstytucji w kwestii ochrony życia od poczęcia.

Oburzenie niektórych wzbudził komentarz do sprawy wyrażony przez dyrektora wiadomego Radyja, który odnosząc się do spotkania stwierdził, że "perfumerii nie wolno nazywać szambem".

W programie Moniki Olejnik uczestniczył między innymi wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski (LPR). Jego wypowiedzi mało kogo już mogą zadziwić, a jednak... Oto twardo stanął on w obronie komentarza ojca Rydzyka. Opowiadanie o szambie w Pałacu Prezydenckim jest zupełnie normalne i całkiem usprawiedliwione tym, że zebrane w nim grono kobiece było takie, jakie było.

Doprawdy, cóż dziwnego w tym, że katolicki kapłan sprowadza dyskurs publiczny na poziom poniżej rynsztoka, skoro grono osób zaproszonych do Pałacu było "szokujące". O zgrozo bowiem była tam Magdalena Środa! Magdalena Środa, która "demonstracyjnie publikującą swoje poglądy ateistyczne, feministyczne".

Bezczelna. Jak ona śmie głosić poglądy niezgodne z linią LPR i poglądami samego wiceministra! Jak ona śmie być feministką i w dodatku głosić swoje poglądy publicznie!

Europoseł Michał Kamiński (PiS), który zapisał się w mojej pamięci szczególnie jako wielbiciel pewnego krwawego dyktatora z Ameryki Południowej, posunął się jednak jeszcze dalej, co zaskoczyło mnie o tyle, o ile nie spodziewałam, że można się stoczyć niżej niż wiceminister Orzechowski był się stoczył. Można. Pan Kamiński mianowicie porównał Magdę Środę do Bolesława Tejkowskiego (dla nieuświadomionych - lider skrajnie skrajnej neonazistowskiej prawicy, rasista i psychopata czystej wody, kiedyś kandydował nawet na prezydenta). Jego zdaniem, podobnie jak Tejkowskiego z uwagi na jego poglądy nie zaprasza się na salony, tak nie powinno się z tego samego powodu zapraszać na nie Magdaleny Środy.

Wszystko mi opadło. Feministki w dyskursie publicznym. Bezwstydne czarownice głoszące sączące wrogie miazmaty w niewinne i dziewicze umysły Polek i Polaków. Feminizm i rasizm w jednym stały domku, rasizm na górze, feminizm na dole. Albo na odwrót. Wedle uznania.

Przypomniało mi sie powiedzenie, wedle którego "jeśli wydaje ci się, że sprawy sięgnęły dna, zaraz usłyszysz stukanie od spodu".

To bardzo wątpliwy komplement, ale na tym tle senator Gowin zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jakkolwiek z wieloma jego poglądami nie zgadzam się zupełnie i to od dawna, to mam dla niego wielki szacunek za wieloletnie prowadzenie krakowskiego "Znaku" oraz za to, że potrafi się zachować. A ta ostatnia zdolność - w dzisiejszej Polsce - jest dobrem bardzo rzadkim, niestety.

Kto ma zdrowie, niech posłucha Poranka sam: Poranek Radia Zet. Przemiły początek tygodnia...

 
1 , 2