Ponownie na Midweście
niedziela, 30 marca 2008
Wideo z miejsca zamachu

Na YouTube pojawiły się w ubiegłym tygodniu trzy krótkie filmy wideo pokazujące jesziwę Merkaz HaRaw w Jerozolimie tuż po terrorystycznym ataku, w wyniku którego zginęło ośmiu studentów, a jedenastu zostało rannych.

Wedle informacji podanych przez media izraelskie zamieszczenie filmów w internecie było pomysłem rządowym. Dotychczas izraelskie władze odpowiadały na ataki terrorystyczne za pośrednictwem oficjalnych komunikatów w mediach.

Filmy można zobaczyć tutaj. Są poruszające. Widać krew na podłodze, widać zakrwawiony tallit katan, poplamiony krwią modlitewnik, widać ciało zabitego wynoszone na noszach, widać inne ciała w foliowych workach.

Oczywiście, już wcześniej widzieliśmy w mediach niejednokrotnie obrazy miejsc po zamachach terrorystycznych. Nie tylko w Izraelu. Widzieliśmy takie obrazy z Nowego Jorku, z Londynu, z Iraku. Media regularnie dostarczają nam wizerunków ofiar przemocy. Czy to jeszcze na kogokowiek oddziałuje? A może tak już się do nich przyzwyczailiśmy, że żaden kolejny nie zrobi na nas wielkiego wrażenia?

Gdy oglądałam te trzy filmy, miałam jednak inne wątpliwości. Rozumiem intencje osób, które je wyprodukowały i zamieściły w internecie. Mają pokazać światu ofiary terroryzmu - niewinne ofiary szaleńca z karabinem, który wszedł do jesziwy i otworzył ogień. Internet pełen jest zdjęć i filmów pokazujących ofiary palestyńskie, palestyńskie ofiary izraelskiej przemocy. Tu mamy ofiary izraelskie.

Rozumiem tę logikę, ale zarazem pomysł opublikowania tych filmów budzi mój sprzeciw. Być może szczególnie z powodu jednego ujęcia, na którym widać ciało jednego z zabitych poprzez przestrzeloną w kilku miejscach szybę.

Czy rodzice tego chłopca chcieliby, by ciało ich syna w tym stanie pokazano publicznie? Czy nie jest to forma zbezczeszczenia zwłok, a zatem czegoś, czego nie tylko judaizm zakazuje kategorycznie?

piątek, 28 marca 2008
Dezyderata z Indiany

Powiedzmy sobie szczerze, Indiania nie ma czym szczególnie się chwalić. Inni mają jakieś Wielkie Kaniony, imponujące monumenty, góry o zadziwiających kształtach, historyczne miejsca albo przynajmniej jakiś Hollywood. Indiana ma tor wyścigowy, ale to atrakcja jedynie dla określonej części populacji. Poza tym ma głównie... kukurydzę.

Ostatnio dokonałam jednak znaczącego odkrycia. Mamy się jednak czym pochwalić.

Zacznę od prezentacji:

PIWNICA POD BARANAMI - Dezyderata

Podejrzewam, że wszyscy bądź prawie wszyscy znają ten utwór. (Te skrzypce, szczególnie w finale, mnie niemal hipnotyzują; nauczyłabym się grać na skrzypcach tylko po to, by móc to zagrać; to i koncert Bacha na dwoje skrzypiec, ale jak nauczyć się grać na dwóch równocześnie?) Wykonanie z Piwnicy jest po prostu genialne.

"Znalezione w starym kościele świętego Pawła w Baltimore..." Otóż wcale nie. Dezyderata nie powstała w Baltimore, nie powstała w 1692 roku i nie napisał jej jakiś anonimowy mieszkaniec miasta.

Dezyderatę napisał Max Ehrmann, w latach 20. XX wieku. Ehrmann był prawnikiem i poetą, a mieszkał w niewielkiej miejscowości Terra Haute, w stanie Indiana. Utwór stał się w USA popularny w latach 60., gdy jego tekst wykorzystywali przeciwnicy wojny w Wietnamie.

Skąd wziął się zatem ten kościół św. Pawła w Baltimore? Otóż proboszcz tego kościoła włączył pewnego razu Dezyderatę do zbiorku tekstów, które miały duchowo inspirować jego poopiecznych. I stało się. Dezyderata została związana z tym kościołem, choć powstała daleko od Maryland, w jednym z miast Indiany.

Choć Terra Haute jest względnie niedaleko od Bloomington, nigdy tam nie byłam. Nie miałam pojęcia, że stało się tam cokolwiek wartego uwagi. Może spróbuję się tam kiedyś wybrać. Powinna tam być jakaś pamiątkowa tablica.

czwartek, 27 marca 2008
Mazal tow!

Bardzo mnie uradowała ta wiadomość.

Są na tym świecie dobrzy ludzie, którzy robią wspaniałe rzeczy nie oglądając się na to, ile ich to może kosztować. Ile czasu, ile zdrowia. Z prywatnych kontaktów z panią Anną wiem, że i jej nie ominęły przykre doświadczenia z powodu zaangażowania w krzewienie wiedzy o historii i kulturze żydowskiej. Ale uparła się przy swoim. I ma rację w tym uporze.

Wielkie i serdeczne mazal tow!

Pani Anna prowadzi bloga, więc wszystkich zachęcam, by tam złożyli jej gratulacje.

Może jej przykład zachęci innych do działania? Tego w końcu nam trzeba. Pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Brzmi to okropnie pozytywistycznie, ale w tym przypadku - w przypadku morza niewiedzy i wyrastających z niej szkodliwych stereotypów i uprzedzeń - jest to prawda.

niedziela, 23 marca 2008
Wieloznaczność

Bywa doprawdy śmiesznie w tej Ameryce. Każdy pewnie pokiwa głową i pewnie każdego z nas śmieszą inne rzeczy. Mnie ostatnio ubawiła historia opisana w naszej lokalnej gazecie studenckiej. Choć w sumie to raczej "jakaś historia wesoła, a ogromnie przez to smutna".

Pracujący na kampusie IU-Purdue University Indianapolis (IUPUI) student Keith J. Sampson wpadł jakiś czas temu w tarapaty. A zgubiło go pragnienie wiedzy.

Keith wypożyczył książkę z uczelnianej biblioteki. Trudno to uznać za zbrodnię. Książka najwyraźniej bardzo go zainteresowała, bo czytał ją w czasie przerw w pracy. I tutaj zaczęły się jego kłopoty.

Pewnego dnia Sampson otrzymał list z jednego z uniwersyteckich biur. W oficjalnym piśmie poinformowano go, iż fakt czytania owej książki w obecności kolegów w pracy stanowi... Nie, wcale nie stanowi karygodnego przykładu zaniedbywania obowiązków. Znacznie gorzej - przypadek napastowania o charakterze rasistowskim.

Sampson czytał książkę "Notre Dame vs. the Klan: How the Fighting Irish Defeated the Ku Klux Klan" napisaną przez Todda Tuckera. Książka opisuje majowe dni z 1924 roku, w czasie których grupa studentów Uniwersytetu Notre Dame wdała się w uliczne boje z członkami Ku Klux Klanu.

Książka ma jedną wielką - jak się okazało - wadę. Otóż jej okładka przedstawia członków Klanu palących dwa krzyże.

Kilka miesięcy po pierwszym liście, Keith otrzymał kolejne pismo, w którym stwierdzono, iż poprzedni komunikat nie miał na celu ograniczenia jego wolności do czytania książek podczas przerw w pracy. Chodziło jedynie o to, że zdaniem jego współpracowników (którzy powiadomili kogo trzeba) stwarzał on w pracy wrogą atmosferę. Stwarzał wrogą atmosferę czytając książkę. Równocześnie zapewniono studenta, że nie zostaną podjęte wobec niego żadne kroki dyscyplinarne.

Sampson poczuł się napiętnowany jako rasista, stąd upublicznienie sprawy.

Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna. Smutna, po pierwsze, z powodu głupiej reakcji współpracowników Sampsona, którzy podejrzewali go o rasizm dlatego, że czytał książkę z płonącymi krzyżami na okładce. Równie dobrze ja mogłabym podejrzewać o antysemityzm mojego brata, który czytał kiedyś "Mein Kampf".

Sprawa jednak nie jest tak prosta. Faktem jest bowiem, że w Indianie Klan miewa się zupełnie dobrze i rzeczywiście mogą zdarzać się przypadki, gdy trudno wskazać granicę pomiędzy rasizmem Klanu a przedstawieniami owego rasizmu.

Taki przypadek zdarzył się nie tak dawno w Bloomington. Pewien artysta sporządził cykl malowideł, z których jedno przedstawiało właśnie członków Ku Klux Klan zgromadzonych wokół płonącego krzyża. Cały cykl poświęcony był historii Indiany. Błyskawicznie pojawiło się pytanie o to, czy obraz powinien pozostać w wykładowej sali, gdzie go umieszczono. Prezydent uczelni zadecydował, że tak właśnie się stanie, gdyż nie wolno zapominać o tragediach rasizmu.

W Bloomington Klan nie jest aktywny. Bodaj rok temu jego członkowie planowali przemarsz przez miasto, ale wroga reakcja mieszkańców na tę zapowiedź skłoniła ich do odwołania imprezy. Malowidło przedstawiające płonące krzyże wiszące w sali wykładowej mojego uniwersytetu ma wyraz raczej jednoznaczny - jest ostrzeżeniem, nie gloryfikacją. W innym kontekście mogłoby jednak być inaczej.

Ostatecznie to właśnie kontekst decyduje o wszystkim.

I w sumie nie wiem, czy cieszyć się z reakcji władz IUPUI na skargę studentów w sprawie Sampson czy raczej załamać ręce nad głupotą tych studentów i nad głupotą władz uczelni. Może jednak będę się cieszyć. W Indianie, gdy rzecz dotyczy Klanu, lepiej dmuchać na zimne.

środa, 19 marca 2008
Życie po życiu

Są teorie, wedle których najgłębszym źródłem religii w ogóle jest ludzki lęk przed śmiercią. Emanuel Levinas o śmierci pisał, że jest ona Absolutnym Innym. Oczywiście wiemy, przynajmniej mniej więcej, na czym ona polega. Wiemy o śmierci mózgu; wiemy, że po tym, jak przestaje funkcjonować nasz mózg, różne organy ciała mogą działać dalej; wiemy, że śmierć oznacza jakiś koniec. Koniec naszego funkcjonowania tutaj. Trudno się dziwić, że śmierć nas może przerażać. Jak pisał Mistrz Przybora: "życie trudne, życie żmudne, ale życia żal".

Stąd też - głosili niektórzy - tendencja do tworzenia wyrafinowanych wizji życia, które nastąpi po naszej śmieci. Wizje innego świata, do którego przenoszą się w jakiejś formie nasze dusze. Chcielibyśmy istnieć dalej, nie umiemy się pogodzić z faktem ostatecznej zagłady, toteż budujemy sobie pocieszające teorie: nie, nie jest tak źle, wcale nie przestaniemy istnieć, tylko zaczniemy istnieć w innej formie.

Judaizm wydaje się, przynajmniej częściowo przeczyć temu wyobrażeniu o źródle religii. W judaizmie nie ma jednej obowiązującej wizji tego, co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Religijny Żyd może wierzyć w to, że jego dusza przechodzi kolejne etapy reinkarnacji. Kabała wprowadziła do judaizmu pojęcie gilgul haneszamot, czyli wędrówki dusz. Znane jest dzieło Chaima Vitala, który na podstawie nauk Izaaka Lurii napisał tekst "Szaar Hagilgulim".

Równie dobrze jednak religijny Żyd może wierzyć, że jego dusza po śmieci ciała przeniesie się do jakiegoś miejsca, w którym zazna prawdziwego szczęścia. Albo że dusze ludzi złych będą dręczone przez demony. Albo że zostaną zniszczone w chwili śmierci ciała.

Można też wierzyć, że nasze dusze po śmierci znajdą się w stanie jakiegoś oczekiwania. Nie będą istnieć ale nie będą także nie istnieć. Zawieszone pomiędzy jednym i drugim będą czekać na przyjście mesjasza.

Jedyne, co w kwestii życia po życiu religijnych Żydów łączy, to wiara w odrodzenie się dusz w jakimś momencie przyszłości. Jak ujął to Rambam w swoich 13 zasadach:

Wierzę pełnią wiary, że nastąpi ożywienie umarłych w czasie, gdy zapragnie tego Stwórca, błogosławione Jego Imię.

Majmonides

Sama wielość opcji świadczy zarówno o tym, że Żydzi - jak inni ludzie - są zatroskani o losy swojej duszy, jak i o tym, że dla judaizmu nie jest to sprawa wyjątkowej wagi. Gdyby życie po życiu było dla judaizmu kwestią kluczową, powstałaby jedna przeważająca bądź wręcz obowiązująca wizja tego, co dzieje się z duszą po śmierci ciała. Takiej wizji jednak nie ma. Jest jedynie mnogość najróżniejszych możliwości, od szczegółowych do ogólnikowych, z których żadna nie jest nikomu "podana do wierzenia".

Tradycyjnie judaizm głosi jedynie tyle, że zmartwychwstanie kiedyś nastąpi. Kiedy? Nie wiadomo. Kiedy zapragnie tego Haszem, to wszystko, co da się powiedzieć. Głosi także, że zbawienie jest możliwością dostępną każdemu - "niebo" nie jest tylko dla Żydów. Każdy człowiek może zostać zbawiony.

Osobiście nigdy nie wierzyłam w istnienie duszy niezależnej od ciała. Przekonały mnie argumenty filozofów twierdzących, że nie jest to możliwe. Nie mam rozwiązania kwestii relacji pomiędzy umysłem a ciałem, ale jestem przekonana, że dusza substancjalnie odmienna od tegoż ciała istnieć nie może. Duszę pojmuję raczej metaforycznie, jako słowo, którego używamy, by odnieść się do całości naszego psychicznego życia czy umysłu. Kiedy przestanie funkcjonować mózg, przestanie trwać umysł. I koniec. A przynajmniej - koniec do czasu, kiedy Haszem zdecyduje inaczej.

Judaizm nie każe mi spędzać czasu na rozmyślaniu o moim istnieniu po końcu mojego istnienia. Wprost przeciwnie. Przesłanie judaizmu w tym przypadku jest dość jednoznaczne - ważne jest to, co dzieje się tutaj i teraz. Ważne jest to, jak żyjemy nasze życie dopóki ono trwa.

Kwestia pośmiertnych kar czy nagród nie powinna nas przesadnie zajmować. W Biblii Hebrajskiej w ogóle nie ma na ten temat mowy. Problem pojawia się później, w Talmudzie, gdy nasi mędrcy skonfrontowani z problemem teodycei usiłowali stworzyć dla niego jakieś rozwiązanie. Ci sami jednak mędrcy powiedzieli nam jasno:

Nie bądźcie jak słudzy, którzy służą Panu, aby otrzymać nagrodę; w zamian za to bądźcie jak słudzy, którzy służą swemu Panu nie po to, aby otrzymać nagrodę.

Miszna Awot 1:3

I tego trzeba się trzymać. Święty, niech będzie błogosławiony, zatroszczy się o resztę.

PS: Alicja, mam nadzieję, że to przynajmniej częściowo odpowiada na Twoje pytanie :)

15:49, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 marca 2008
W poszukiwaniu Dzikiego Zachodu

Poszukiwanie Dzikiego Zachodu w okolicach Dallas, Austin i San Antonio jest - jak poszukiwanie straconego czasu - zajęciem z góry skazanym na niepowodzenie. Stracony czas jest stracony, a Dziki Zachód już dawno przestał być dziki. Pozostały strzępy, muzealne zabytki (w tym budzący prawdziwą grozę zestaw narzędzi denstycznych z połowy XIX wieku), stare fotografie przedstawiające facetów w kapeluszach i kobiety w niewygodnych butach.

Dallas w nocy imponuje oświetlonymi wieżowcami, a w dzień przypomina permanentny plac budowy. To dobry znak, notabene, świadczący o tym, że miasto nie zatraca swojej dynamiki. Z pewnością nie zatraca. Rozwija się nadal, zagarniając kolejne połacie ziemi i sięgając do nieba kolejnymi biurowcami oraz apartamentowcami.

W Austin łatwiej spotkać studenta niż kowboja, a zamiast rancha pełnego bydła tudzież saloonu w oczy rzuca się nieco demoniczna bryła Frost Banku:

Człowiek jednak nigdy nie był - wbrew niektórym filozofom - istotą racjonalną, więc poszukiwał i nadal poszukuje straconego czasu i miejsca. Bywa i tak, że w tym poszukiwaniu nie ma nic romantycznego czy idealistycznego, a wprost przeciwnie - za cienką warstwą quasi-historycznej patyny skrywa się całkiem rozsądny zmysł do biznesu. W takich przypadkach powstają skanseny.

Jeden z nich znajduje się tuż koło Dallas, w Fort Worth. Fort Worth ma ważne miejsce w historii: kiedyś stanowił wielkie centrum handlu bydłem. Dziś jego stara część stanowi turystyczną atrakcję:

Stock Yards dziś są malutką plamką na mapie Fort Worth, który rozrósł się niebywale i stanowi praktycznie część Dallas. Ta plamka jednak przyciąga turystów spragnionych smaczku Dzikiego Zachodu, świata bydła, rancherów, rangersów... Mnie też przyciągnęła.

Skanseny mają swój wdzięk, nawet jeśli mają charakter głównie komercyjny. Pozwalają nam mieć złudzenie dotknięcia przeszłości, której już nie ma. Chciałoby się czasem zaufać temu złudzeniu zupełnie, ale znajomość historii i realia miejsca często czynią to niemożliwym. Można próbować, jak się człowiek bardzo uprze, i na przykład dosiąść jednego z dostępnych tu rumaków (za sporą opłatą, rzecz jasna) i na moment poczuć się kowbojem, jak ten oto pan:

W wielkich drewnianych halach Stock Yards kiedyś hanldowano owcami. Dziś wypełniają je sklepy i sklepiki z mniej i bardziej upiornymi pamiątkami. Kowbojskie kapelusze i buty, laleczki ubrane w indiańskie stroje, tandetne fajki pokoju z plastiku, mnóstwo koszulek z napisem "Texas" i podobizną kowboja lub longhorna.

Właśnie: longhorny. Dla nich warto było przyjechać do Fort Worth. Bez dwóch zdań:

Imponujące zwierzęta o fantazyjnych rogach. Ten longhorn akurat nie ma rogów klasycznych - klasyczne są proste i długie, ale mi ogromnie przypadł do gustu. Wielkie bydle w towarzystwie kilkunastu podobnych osobników leżało sobie spokojnie na nieco błotnistym wybiegu. Ciekawe, o czym rozmyślał. Zapewne o jedzeniu. A może o tym, że za parę godzin znowu będzie musiał z towarzyszami i kilkoma niby-kowbojami przespacerować się statecznym krokiem po głównej ulicy Stock Yards, Exchange Avenue, by zapewnić zgromadzonym turystom kolejny skansenowy widoczek.

Longhorny to jeden z symboli Texasu, obok pancerników, między innymi. Jak wszystkie zespoły sportowe Uniwestytetu Indiana określa się mianem Hoosiers, tak wszystkie Uniwersytetu Texańskiego to Longhorny. University of Texas w ogóle uczynił z longhorna swoje logo i znak rozpoznawczy: bycza rogata głowa na pomarańczowym tle jest na koszulkach, bluzach, znakach drogowych na kampusie w Austin, wszędzie.

Poszukiwanie Dzikiego Zachodu pognało mnie i dalej, mianowicie w okolice miasteczka Bandera położonego nieopodal San Antonio. Podróż pobocznymi drogami (które i tak są lepsze od polskich głównych) zapewniła mi sporo odpowiednich widoków. Texas jest niebywale zróżnicowany pod względem krajobrazowym, czemu trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę jego ogrom. Niewykluczone, że są tam okolice piękniejsze niż Hills Country - część stanu pokryta wzgórzami - ale ja byłam usatysfakcjonowana.

Bandera lubi nazywać się szumnie "Cowboy Capital" i nazwa ta niewątpliwie jest mocno na wyrost. Okolice miasta mają jednak wiele uroku. Wiele tu rancz, niektóre w pełni działające, inne prawie wyłącznie nastawione na turystów, ale zawsze. Sucho i bardzo ciepło choć to dopiero marzec. Nie wyobrażam sobie, co tam się dzieje w lato i z pewnością nie wybrałabym się na takie rancho w wakacje. Ten widoczek jednak zapamiętam na długo:

Bandera okazała się ciekawa z jeszcze innego powodu. Otóż, jak się dowiedziałam, tam właśnie znajdowało się jedno z pierwszych w USA osiedli polskich, Ślązaków, którzy znaleźli się w miasteczku w 1855 roku. W Baderze do dziś stoi zabytkowy kościół św. Stanisława z małym muzeum. Notabene niedaleko Bandery i San Antonio znajdują się miejscowości o swojskich nazwach: Panna Maria (najstarsze polskie skupisko w USA) oraz Cestohowa czy Pawelekville. Przypomniały mi te nazwy o tym, że dawno, dawno temu, jakaś członkini mojej rodziny wyjechała właśnie do Texasu. Może należałoby poszukać kuzynów.

Niestety w Texasie spędziłam tylko cztery dni i niewiele udało mi się zobaczyć. Następnym razem będzie lepiej. Wyprawię się dalej za południowy zachód, zobaczę dolinę Rio Grande i dalej będę szukać Dzikiego Zachodu. Choć z drugiej strony... Po co komu kowboje i konie, skoro ma się takie drogi:

niedziela, 16 marca 2008
Urok produktów absurdalnych

Podczas krótkiego pobytu w Teksasie przekonałam się, że zaplanowany przez amerykańską administrację zastrzyk dla ekonomii w postaci specjalnych zwrotów podatkowych ma sens. Ilość sklepów w tym kraju czyni jedną rzecz zupełnie jasną - Ameryka stoi na zakupach i usługach.

Zbliżamy się do jednego z dużych miast. Kilkanaście mil przed nim mijamy pierwszy zestaw: wielki Best Buy, gargantuiczny Walmart, Target, Kohl's, Sears i wiele innych sklepów ze wszystkim i jeszcze paroma rzeczami. Naturalnie w otoczeniu restauracji i pomniejszych punktów usługowych. Kilka mil dalej - identyczny zestaw. Kolejnych parę mil - powtórka. Kompletne szaleństwo zakupowych możliwości.

Nie mam zwyczaju zwiedzania centrów handlowych i nie skusiła mnie nawet bliskość Galerii Dallas, bodaj dziewiątej na liście największych malli w USA. Może szkoda. Jestem przekonana, że znalazłabym więcej niż kilka produktów równie urokliwych co kompletnie do niczego tak naprawdę nieprzydatnych.

Wycieczka do Teksasu nie była jednak zupełnym niepowodzeniem w zakresie poszukiwania takowych. Nie zawiódł mnie mianowicie mój ukochany SkyMall, którego nowy katalog znalazłam w kieszeni siedzenia samolotu w drodze do Dallas.

Z przyjemnością polecam Wam ten oto produkt:

Zasadniczo kubki na kawę tego rodzaju są wysoce przydatne. Szczególnie, gdy trzeba iść na zajęcia o jakiejś barbarzyńskiej porze, nie ma się czasu na wypicie kawy w domu i nie chce się wydawać pieniędzy na kupowanie jej po drodze. Ale kubek z portem USB? Kubek, który można podłączyć do laptopa lub gniazdka w samochodzie, by zapobiec ostygnięciu napoju?

Moim zdaniem zupełna rewelacja. I zaledwie 20 dolarów!

niedziela, 09 marca 2008
Jak wyjaśnić Marzec?

Jan Lityński, tłumacząc swój (świetny) pomysł na wspomnieniowy blog komandosa, stwierdził, że młodzi ludzie dziś nie rozumieją realiów ubiegłej epoki. Oczywiście, że nie rozumieją. Dla nich to bajka o żelaznym wilku i ludziom, którzy z tym wilkiem walczyli, chodziło chyba między innymi o to, żeby następne pokolenia nie musiały tamtych realiów znać.

Znać nie muszą i dobrze, że ich nie znają. Sama dzięki łasce późnego urodzenia miałam okazje z bliska poznać tylko niektóre wątpliwe uroki komunizmu w jego fazie agonalnej. Oraz stan wojenny. Dobrze by jednak było, gdybyśmy wszyscy o przeszłości mieli przyzwoitą wiedzę (tu odzywa się we mnie dusza belferska).

Słowa Lityńskiego sprowokowały mnie jednak do myślenia o czymś nieco innym. Jeśli spraw przeszłości polskiej nie rozumieją i nie znają Polacy, to czego można oczekiwać po Amerykanach? Po moich znajomych amerykańskich Żydach? Po moich znajomych Izraelczykach?

American Jewish Yearbook przez lata publikował wiadomości z każdej żydowskiej społeczności na świecie. Wiadomości z Polski przestał zamieszczać w 1968 roku. Wtedy ukazała się ostatnia notka dotycząca końca życia żydowskiego w Polsce. Właściwie nie było w tych słowach żadnej przesady. Marzec był praktycznie końcem, ostatnim gwoździem do trumny, którą stanowiła Zagłada, a której wiekiem była emigracja powojenna.

Podczas jednej z rozmów z Michal, która uczy tutaj hebrajskiego, wspomniałam coś o fali marcowych wyjazdów. "O, w 1968?" - zdziwiła się - "Myślałam, że po wojnie w Polsce nie było już Żydów. Co się stało w 68?"

Co się stało w '68? Jak to wyjaśnić? Jak to opisać? Jak to opisać komuś, kto o realiach komunistycznej Polski nie ma zielonego pojęcia? Od czego zacząć? Od Gomułki? Ale jak wyjaśnić, kim był Gomułka i jaką rolę pełnił nie sięgając jeszcze głębiej w przeszłość? A może od walk frakcyjnych w łonie PZPR? TYlko jak je, u licha, wytłumaczyć osobie, która w ogóle o PZPR nic nie wie? Opowiadać o "Dziadach"? O cenzurze? O buncie studenckim? Najłatwiej w sumie mówić o państwowym zorganizowanym antysemityzmie. To zrozumie każdy Żyd. Tyle że to o wiele, o wiele za mało.

W niewiele lepszej sytuacji byłam rozmawiając na ten sam temat z Szaulem. On wie dużo o latach 60. W Ameryce. Wie też sporo o rewolcie studenckiej. Ale na Zachodzie.

Kiedy rozmawiałam z Michal i później z Szaulem klęłam w duchu - dlaczego nie ma żadnej książki o Marcu po angielsku?! Dlaczego żadna z prac polskich historyków nie została wydana w tym języku? Czy ktokolwiek może oczekiwać, że przeciętnie zainteresowany historią swojego narodu Żyd będzie uczył się polskiego, żeby te książki przeczytać? Czy można tego oczekiwać od przeciętnego - czy nawet ponadprzeciętnego - Amerykanina? Ciągle mamy żal do świata o to, że nie wie o nas nic. Ale nic nie robimy, żeby wiedział więcej.

Tłumaczenie polskiej historii - i polsko-żydowskiej historii - outsiderom jest zajęciem naprawdę karkołomnym. A może mi się tak tylko wydaje, bo sama wiem o niej za dużo (choć nadal za mało) i wiem, jak bardzo była złożona? Dobrze by było od czegoś jednak zacząć.

Marzec zawsze skłania mnie również do refleksji nad iluzją wpólnoty żydowskich losów. Nie ma takiej wspólnoty albo dokładniej - istnieje ona na poziomie ogólności nieprzekładalnej na poszczególne społeczności, o jednostkach nie wspominając. Amerykańscy i izraelscy Żydzi nic nie wiedzą o Marcu, o ile nie są emigrantami z Polski. A co Żydzi polscy wiedzą o losach Żydów z Etiopii albo Jemenu? Mniej więcej tyle samo, czyli nic. Co Żydzi francuscy wiedzą o przemianach życia żydowskiego w Stanach Zjednoczonych? Co Żydzi mieszkający poza Izraelem wiedzą o traumie wojny Jom Kipur?

Oczywiście, niektórzy z nas mają więcej wiedzy. Czytają książki, artykuły, wspomnienia. Podróżują. Ale czy to dość, by mówić o realnej wspólnocie losów? Moim zdaniem, nie. A jednak czujemy się jednym narodem. Może tego, podobnie jak Marca, tak naprawdę nie da się wyjaśnić.

PS: Widok za oknem powoduje, że ciągle nucę piosenkę Mistrza Przybory: "Na całej połaci - śnieg. W przeróżnej postaci - śnieg..." Choć piękna to piosenka, mam już nieco dość śniegu i znikam na parę dni wybywając na południe.

piątek, 07 marca 2008
Maasim towim

Kiedy rodzi się żydowskie dziecko, życzymy mu, by wzrastało do Tory, chupy i dobrych uczynków. Mówimy: Ken jikanes leTora, ulechupa ulemaasim towim.

Tora oznacza świat nauki, wiedzy i wiary. Chupa oznacza rodzinę, którą to dziecko w przyszłości założy. A dobre uczynki?

Zwróćcie uwagę, że nie życzymy, aby w przyszłości to dziecko spotykały dobre uczynki ze strony innych ludzi, ale raczej by to ono czyniło dobro innym ludziom.

Wszyscy - czy prawie wszyscy - rodzice chcą, aby ich dzieci były w życiu szczęśliwe. Żydowskie błogosławieństwo dla dziecka pokazuje, gdzie tego szczęścia należy szukać - w maasim towim.

Szabat szalom

15:43, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 marca 2008
Śniąc po angielsku

Kilka dni po tym, jak przyjechałam do Stanów pierwszy raz, do moich drzwi ktoś zapukał. Zerknęłam przez wizjer i zobaczyłam jakąś męską, bardzo owłosioną twarz. Wciąż nieco półprzytomna z powodu zmiany czasu otworzyłam drzwi ostrożnie i coś wymamrotałam. Zapewne jakieś "hi". Mężczyzna odpowiedział na przywitanie, po czym zaczął coś szybko mówić. Stałam nieruchomo na podobieństwo żony Lota już zmienionej w słup soli, a dochodzące do mnie dźwięki nijak nie chciały ułożyć się w żadne sensowne zdanie czy nawet słowo. Ogarnięta lekką paniką zatrzasnęłam panu drzwi przed nosem.

To było parę lat temu. Znałam angielski, gdy przyleciałam do Stanów. Znałam go jednak wyłącznie z książek, językowych zajęć, oglądania CNN i gier komputerowych. Midwestowa rzeczywistość lingwistyczna z początku uderzyła mnie w głowę niczym maczuga. W sklepie, na ulicy czy na kampusie wśród studentów czułam się chwilami jak półgłuchy w świecie nieustannej kakofonii dźwięków.

Z czasem wszystko doszło do normy. Myślałam o tym ostatnio, popijając poranną kawę i zastanawiając się nad tym, że śnię teraz po angielsku. Moje sny zawsze były bardzo wyraziste i namacalne. Zdarza mi się mieć problemy z rozróżnieniem tego, co stało się we śnie od tego, co stało się na jawie. Spotkałam się z X i rozmawialiśmy o sprawie Y czy mi się to jedynie śniło? Czasem trudno powiedzieć.

Teraz rzeczywistość oniryczna przyjęła zaś otaczającą mnie językową rzeczywistość i coraz częściej konwersuję w moich snach w języku angielskim. Kiedy śnię, nie dziwi mnie to. Nic mnie nie dziwi, kiedy śnię. Kiedy się zbudzę jednak, zastanawiam się nad tym fenomenem. Nad funkcjonowaniem mojego umysłu, który najwyraźniej pogodził się już z tym, że to angielski, a nie polski, jest językiem mojej codzienności.

Piszę głównie po angielsku. W ciągu dnia myślę w obu językach, nie kontrolując tego przestawiam się z jednego na drugi w sposób zupełnie płynny. Po angielsku także głównie rozmawiam, jako że ilość znajomych Polaków mam tu bardzo ograniczoną (i szczerze mówiąc nie czuję silnej potrzeby zaznajomienia się z większą ilością rodaków). Czasem uciekają mi polskie słowa i muszę je gonić gdzieś po zasobach umysłowych. Po angielsku prowadzę wewnętrzne monologi, różne spontaniczne uwagi (mnie czy bardziej parlamentarne) też coraz częściej zdarzają mi się po angielsku.

Nie mam jeszcze angielskiego akcentu mówiąc po polsku, mam podobno słowiański mówiąc po angielsku, ale kto wie - może i to się zmieni z czasem? Może angielszczyzna zapanuje w mojej wymowie podobnie jak zaczyna panować w moich snach?

Na razie nie czuję się jeszcze w angielskim jak w starych, kochanych i wygodnych kapciach. Tu mnie czasem coś uwiera, tam coś obciera, ówdzie mi nie pasuje... Polszczyzna jest nadal wygodniejsza, znacznie wygodniejsza, choć też powoli zaczyna tu i ówdzie odstawać, wypaczać, zmieniać swojską gębulę na jakąś dziwniejszą, mniej znaną, czasem zaskakującą nagłą przeszkodą.

Ciekawa jestem, co będzie za parę lat.