Ponownie na Midweście
czwartek, 26 marca 2009
Louise Bourgeois czyli wiszenie w powietrzu

Obejrzeć wystawę prac Louise Bourgeois w Hirshhorn Museum wybrałam się bodaj w ubiegłym tygodniu. Bodaj, ponieważ ostatnio czas zlewa mi się jakoś w jedną półprzejrzystą masę, coś na kształt przeźroczystej rtęci, gdyby taka istniała i rozróżnienie poszczególnych dni - nie mówiąc już o zapamiętaniu dat - staje się dziwnie niemożliwe.

Wybrałam się rzecz jasna z aparatem. Teraz prawie nigdzie nie wychodzę bez niego. Krótkie klipy nagrywałam ukradkiem, niczym złodziej, rozglądając się, czy aby gdzieś w rogu nie czai się ktoś z ochrony, żeby nagle dopaść mnie z okrzykiem: "no cameras!"

Chciałabym napisać coś o niesamowitych rzeźbach i instalacjach pani Bourgeois, która od lat mieszka w tym samym nowojorskim mieszkaniu i stamtąd spogląda w świat swojej wyobraźni, swoich wspomnień z dzieciństwa, by stworzyć następnie niezwykłe obiekty, które zaburzają porządek rzeczy i są być może same wyrazem takiego zaburzenia.

Cóż począć jednak, gdy język, zamiast być giętki i powiedzieć, co wymyśli głowa, staje człowiekowi niczym drewniany kołek kością w gardle, a i sama głowa, zamiast myśleć, wiruje na podobieństwo tej kobiety-spirali, nie wiedząc, która strona jest lewa, a która prawa i czekając, sama nie wie, na co...

Wtedy pozostają obrazy i dźwięki z nadzieją, że będą mówić same za siebie.

10:03, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (11) »
środa, 25 marca 2009
Ostatni gwóźdź do trumny

Wczorajsza decyzja izraelskiej Partii Pracy, by wejść do nowej koalicji rządowej, to ostatni gwóźdź do trumny tej partii. Ehud Barak zamknął wieko od wewnątrz i od wewnątrz zabił je gwoździami. Kol hakawod.

Nie darzę sympatią Ehuda Baraka. Kiedyś miałam złudzenia, głównie z powodu Camp David II. Złudzenia zniknęły jednak pod wpływem nowej wiedzy o tym, jak wyglądały owe rzekome "negocjacje". Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że Barak winny jest klęski Camp David w takim samym stopniu co Arafat (polecam ten tekst). Camp David nie było próbą dogadania się z Palestyńczykami. Było próbą wepchnięcia z góry ustalonego programu w gardło Arafata. Tak, podobno było parę ciekawych propozycji. Podobno jednak jedynie, ponieważ Barak niczego nie chciał zapisać na papierze. Dlaczego Arafat miałby wierzyć Barakowi na słowo? Dlaczego jakikolwiek Palestyńczyk miałby wierzyć na słowo izraelskiemu rządowi, kiedy na własne oczy widzi dalszą rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu?

Od czasu klęski Camp David Ehud Barak zabrał się do kopania grobu dla Partii Pracy i szło mu to całkiem sprawnie. Uparcie powtarzając, że Izrael nie ma z kim rozmawiać, bo po stronie palestyńskiej nie ma zainteresowania dialogiem, skutecznie, krok po kroku, wycofywał Awodę z procesu pokojowego.

Nie jestem osamotniona w podejrzeniu, że ostatnia wojna w Strefie Gazy miała sporo wspólnego z wyborczymi planami Ehuda Baraka. Proszę, oto stanowczy minister obrony staje w obronie państwa i żelazną pięścią miażdży ogniska terroryzmu. Tyle że ognisko terroryzmu nadal goreje, popularność Hamasu - zgodnie z moimi przewidywaniami - wzrosła, pozycja Mahmuda Abbasa jak słabła, tak dalej słabnie, a wybory wygrał Bibi, który bardzo starannie unika jakiejkolwiek wzmianki o powstaniu państwa palestyńskiego.

Kolejna nieudana strategiczna zagrywka Baraka. Wcześniej pozwolił Szaronowi wejść na Wzgórze Świątynne z nadzieją na to, że wywołane tą wizytą gniewne nastroje pokażą Izraelczykom, że Szaron nie nadaje się na premiera. Wtedy również się przeliczył.

Najwyraźniej do Partii Pracy jak ulał pasuje stwierdzenie kiedyś odnoszone do Palestyńczyków - że nigdy nie zmarnują okazji, żeby zmarnować okazję.

Cipi Liwni wiedziała, co robi, nie zgadzając się na dołączenie do koalicji z Likudem, Israel Beiteinu i Szaasem. Zaangażowanie Kadimy w proces pokojowy (owszem, jak na proces wyjątkowo przypomina on kompletną stagnację) jest ważnym punktem programu tej partii. Jak wyglądałaby Kadima z jednej strony firmując rozmowy w Annapolis, a z drugiej dołączając do rządu, którego premierem jest polityk negujący nie tylko osiągnięcia tej konferencji (słusznie zresztą, bo osiągnięć nie było), ale i potrzebę podobnych spotkań (stanowczo niesłusznie)?

Dla Baraka i 680 członków Partii Pracy, którzy zagłosowali za wejściem do nowej koalicji, takie detale nie mają najwyraźniej znaczenia. Nie chcę być aż tak cyniczna, żeby sądzić, iż chodzi tylko i wyłącznie o ministerialne stołki, ale może właśnie tak jest? Jak inaczej można wytłumaczyć chęć członków Awody do bycia w rządzie z Awigdorem Libermanem, rasistą i uczniem rabina Kahane?

Opisywana przez dziennikarzy atmosfera w czasie wczorajszych obrad Partii Pracy do złudzenia przypomina chocholi taniec. Wielkie słowa, wzniosłe hasła, gratulacje dla wybitnego lidera, ogólna radość i poczucie sukcesu. Chocholi taniec na własnym grobie.

Miałeś, chamie, złoty róg, chciałoby się powiedzieć Ehudowi Barakowi, ale on raczej nie zna Wyspiańskiego.

niedziela, 22 marca 2009
Bazylika Narodowego Ołtarza Niepokalanego Poczęcia

Wracałyśmy w piątek ze znajomą metrem z Silver Spring po spacerze w Rock Creek National Park. Ciesząc się panującym w wagoniku ciepłem wyglądałyśmy przez okna na raczej średnio zachęcające okolice torów. Nagle spomiędzy ogólnej szarości urozmaiconej grafitti wyłoniła się charakterystyczna kopuła Bazyliki Narodowego Ołtarza Niepokalanego Poczęcia. "Wysiadamy!", zadecydowała Znajoma.

Nie miałam pojęcia, że w Waszyngtonie istnieje tak frapujący przykład architektury sakralnej, dopóki nie wspomniała o niej Sporothrix. Wrzuciłam nazwę w google - zdjęcie gmachu (a może raczej gmaszyska) w połączeniu z jego nieco niesamowitą nazwą utwierdziło mnie w przekonaniu, że koniecznie muszę tę bazylikę zobaczyć na własne oczy.

Bazylika, zbudowana na terenie The Catholic University of America, położona jest na lekkim wzniesieniu, ale i bez tej pomocy prezentowałaby się okazale i absolutnie zdominowałaby otoczenie. Jest w końcu największym kościołem katolickim w północnej Ameryce i jednym z dziesięciu największych na świecie.


NCinDC

Bryła - jakkolwiek imponująca wielkością - jest jednak klasyczna i pod tym względem nie zaskakuje. Wzrok przyciąga intensywnie niebieska kopuła zakończona złotym krzyżem oraz podobne w kolorystyce zwieńczenie wysokiej dzwonnicy, ale, powiedzmy sobie szczerze, wykorzystanie złota do dekoracji krzyża nie jest niczym wyjątkowym, a niebieski to ładny kolor.

Nie byłam jednak świadoma tego, że prawdziwa kolorystyczna orgia czeka moje zmysły po wejściu do środka bazyliki.

Będę szczera - takiego nagromadzenia religijnego kiczu artystycznego nie widziałam chyba nigdy w życiu. Jeśli ktoś poszukuje tego rodzaju form religijnej ekspresji, na przykład dla celów badawczych, wizyta w Bazylice Niepokalanego Poczęcia jest absolutnie obowiązkowa. Można dostać kompletnego oczopląsu i zawrotów głowy.


NCinDC

Górny kościół, a dokładniej znajdującego się w nim człowieka, ratuje światło wpadające przez boczne witrażowe okna oraz sporą ilość rozmaitych lamp. Kościół dolny jest już absolutnie powalający:


Il Primo Uomo

Na obu poziomach - poza głównymi ołtarzami - znajduje się blisko setka ołtarzy bocznych, z których każdy może stawać do rywalizacji o kicz stulecia.


Il Primo Uomo

Jest w tej wielości jednak również coś w gruncie rzeczy pięknego. Mianowicie różnorodność. W kaplicach są Matki Boskie z całego świata. Jest Matka Boska z Afryki, jest z Lourdes, z Chin, z Częstochowy, z Fatimy, z Irlandii, ze Słowacji. Każda inna, każda odzwierciedlająca kulturę danego miejsca i ukształtowane przez nią wyobrażenia.

Myślę sobie, że dobrze by było, gdyby kiedyś w którymś z polskich katolickich kościołów znalazła się podobizna Matki Boskiej z La Vang, z Wietnamu:


John_Stephen_Dwyer

To wielki plus Bazyliki: będąc w niej można naprawdę poczuć, że "katholikos" znaczy "powszechny".

środa, 18 marca 2009
Prześcieradło z gumką

Obok nylonowego pufa prześcieradło z gumką stanowi jeden z charakterystycznych - przynajmniej dla mnie - elementów amerykańskiej cywilizacji w jej wymiarze domowym.

Zaleta prześcieradła wyposażonego w gumkę jest oczywista - dopasowane rozmiarem do materaca nie przesuwa się, gdy na nim śpimy. Dla osób, które ciskają się w nocy po łóżku niczym dusze potępione w najniższych kręgach piekła, jest to sprawa nie bez znaczenia. Po nocy wypełnionej przewalaniem się z boku na bok intensywnymi wymachami nóg, osoba taka - dla przykładu ja - nie budzi się z prześcieradłem zwiniętym w rulon i uwierającym pod pachami.

Problem pojawia się jednak, gdy komuś zachce się niespodziewanie wyglądające tak oto:

prześcieradło zwinąć.

Jak dotąd udawało mi się unikać tej trudności. Miałam osobną sypialnię, więc prześcieradło zdejmowałam wyłącznie do prania. Czyste leżące zaś w szafie zwijałam w kłąb i tyle. Owszem, zajmowało dużo miejsca i nie wyglądało najlepiej, ale dlaczego miałabym się przejmować tym, jak wygląda zwinięte w szafie cokolwiek? Czy ktoś mi kazał do tej szafy często zaglądać i kontemplować obraz o wysokich walorach estetycznych?

Teraz nie mam osobnej sypialni, a kanapa, na której śpię w nocy, służy mi do siedzenia w dzień. Pościel trzeba więc usunąć. Prawdę mówiąc nie przykładam się do tego szczególnie. Co się da złożyć, składam, czego się złożyć nie da, zwijam, wszystko wrzucam do szafy i koniec.

Czy jednak prześcieradła z gumką faktycznie nie da się złożyć?

Gdy wpisałam w google słowa "how" i "fold", usłużny podpowiadacz wyświetlił propozycję "how to fold a fitted sheet", co dobitnie świadczy o tym, że nie jestem jedyną mało zaawansowaną gospodynią domową, którą zafrapowała ta paląca kwestia.

I naturalnie - odpowiedzi jest multum. Jak złożyć prześcieradło z gumką pokazuje na swoich stronach internetowych amerykańska bogini domowego ogniska Martha Stewart: tutaj. "Potrafię to zrobić lepiej niż Martha!", chwali się na innej stronie dumna z siebie gospodyni.

No i od czego jest You Tube...

Może kiedyś spróbuję i przyznam sobie skautowską odznakę profesjonalnej składaczki prześcieradeł z gumką.

wtorek, 17 marca 2009
Korzyści praktyczne z wegetarianizmu

Do rezygnacji z mięsa skłoniło mnie - zasadniczo - lenistwo połączone z mętnymi wizjami z przeszłości, w której trzeba było polować na rozmaite produkty spożywcze, w tym wędliny, w przygnębiająco pustych polskich sklepach. Postanowiłam na koszerne mięso w Bloomington nie polować. W Waszyngtonie z dostępnością jest lepiej. Inne względy jednak przeważają.

Wcale nie względy etyczne, dodam od razu z cynicznym uśmieszkiem. Nie jestem w nastroju na imponderabilia, jakkolwiek, nie powiem, lżej mi jest nieco sumieniu, od kiedy mięso opuściło mój talerz i moją lodówkę.

Skupiam się jednak na względach praktycznych. Być może z czystej przekory.

Dotychczas główną korzyścią praktyczną było to, że prowadzenie koszernej kuchni wegetariańskiej jest znacznie łatwiejsze. Nie trzeba się martwić o użycie tych samych utensyliów do produktów mięsnych i mlecznych. Nie ma mięsnych, nie ma problemu. Zamiast dwóch garnków można mieć jeden. Rzecz banalna, ale nie bez znaczenia dla osoby, która niedawno przeprowadziła się z jednego miasta do drugiego pozostawiając za sobą prawie cały dobytek.

W niedzielę odkryłam kolejną korzyść - tym razem zdrowotną. Przeczytałam mianowicie w New York Times o faszerowaniu zwierząt antybiotykami. Jakoś dotychczas nie byłam świadoma tej praktyki, która, jak się okazuje, jest zupełnie powszechna. "Siedemdziesiąt procent wszystkich antybiotyków w Stanach Zjednoczonych trafia do zdrowych zwierząt hodowlanych", grzmiał w swojej niedzielnej kolumnie Nicholas D. Kristof. Efekt jest łatwy do przewidzenia. Bakterie nie są głupie, zamiast ginąć, pokazują ludziom figę i stają się coraz bardziej odporne.

Szczególną uwagę Kristofa oraz badaczy problemu przyciąga wieprzowina, w której próbkach wykryto bakterie o ogromnie wdzięcznej nazwie Staphylococcus aureus. Wedle niektórych badań ta poetycko nazwana istota zabija rocznie więcej Amerykanów niż AIDS. Podobno 25%-39% świń jest jej nosicielami. Ostatnio zaś odkryto nowy, bardziej odporny, szczep bakterii.

Pięknie, poklepałam się w duchu po ramieniu czytając ten artykuł. Nie jem wieprzowiny, nie jem w ogóle mięsa, jestem bezpieczna.

W niedzielne popołudnie skonsultowałam się z fachowcem. Fachowiec potwierdził, że problem istnieje, nawet jeśli są wątpliwości co do dokładności danych. Nie omieszkałam czym prędzej wygłosić uwagi o praktycznych korzyściach płynących wegetarianizmu.

Niestety natychmiast zgaszono mój entuzjazm informacją o salmonelli na pomidorach. Ech...

wtorek, 10 marca 2009
Purim

Każde święto, żydowskie czy nie, ma niezliczoną ilość warstw znaczeniowych. Podobnie każdy tekst - religijny lub nie - może być interpretowany na niezliczoną ilość sposobów. Dzięki temu święta i teksty pozostają żywe.

Jeden z wymiarów Purim to żydowski sukces militarny.

I napisał w imieniu króla Achaszwerosza pismo, i zapieczętował sygnetem króla, i posłał przez gońców... że król pozwala Żydom, mieszkającym w poszczególnych miastach zgromadzić się i stanąć w obronie swego życia, aby mogli wytracić i wymordować, i wygubić wszystkich zbrojnych swoich wrogów wśród ludów i państw wraz z ich niemowlętami i kobietami, a także aby zabrali ich majętność w jednym dniu, we wszystkich państwach króla Achaszwerosza, dnia trzynastego miesiąca dwunastego, to jest miesiąca Adar... Na zamku w Szuszan zabili Żydzi i wycięli pięciuset mężczyzn... W tym samym dniu dowiedział się król o liczbie zabitych na zamku w Szuszan. Król rzekł do królowej Estery: W Szuszan na zamku Żydzi zabili i wytracili pięciuset mężów i dziesięciu synów Hamana. A w pozostałych państwach króla, co uczynili? I jakie jest jeszcze twoje życzenie, a będzie dane tobie, i co za pragnienie dalsze, a stanie się? I rzekła Estera: Jeśli królowi to się podoba, to niech pozwolą także jutro Żydom, którzy są w Szuszan, na działanie według dekretu z dnia dzisiejszego, aby mogli dziesięciu synów Hamana powiesić na szubienicy. I rzekł król: Niech się tak stanie! I wydano zarządzenie w Szuszan, i dziesięciu synów Hamana powieszono. A Żydzi, którzy byli w Szuszan, zgromadzili się także w dniu czternastym miesiąca Adar i zabili trzystu mężczyzn, ale na majątek ich nie wyciągnęli ręki. Reszta Żydów, którzy mieszkali w państwach króla, zgromadziła się i stanęła w obronie swego życia. I uwolnili się od wrogów, i zabili nienawidzących ich siedemdziesiąt pięć tysięcy, ale na majątek ich nie wyciągnęli ręki.

[Megilat Ester 9]

"Ale na ich majątek nie wyciągnęli ręki" - to ważne słowa wskazujące na to, że Żydzi walczyli w obronie swojego życia, a nie po to, by splądrować majątki pokonanych wrogów. Wedle królewskiego dekretu mieli prawo to zrobić.

To była sprawiedliwa walka. Walka w obronie życia i walka zakończona sukcesem - "i zabili nienawidzących ich siedemdziesiąt pięć tysięcy".

Wielkie zwycięstwa militarne - nawet jeśli mityczne - są zwykle dobrą okazją do świętowania. Wiele narodów celebruje zarówno swoje armie i ich potęgę, jak i wojenne sukcesy z przeszłości. W Polsce akurat mamy większą skłonność do obchodzenia świąt z okazji wielkich klęsk, ale to smutne zjawisko przynajmniej częściowo tłumaczy smutna przeszłość. Klęsk było tak wiele, że jedynym sposobem psychologicznej obrony było wyniesienie na piedestał narodowej maksymy dziwacznej skądinąd formuły "gloria victis". To jednak dygresja...

"Vae victis" mogli powiedzieć Żydzi po pokonaniu swoich wrogów. "Zabili nienawidzących ich siedemdziesiąt pięć tysięcy" i zaczęli świętować. Dziś, w rocznicę ich zwycięstwa, świętujemy my.

Mi jednak daleko do świętowania. Nie lubię hasła "gloria victis" i nie lubię słów "vae victis". Militarne sukcesy, nawet jeśli w wojnie sprawiedliwej, mnie nie cieszą, podobnie jak nie cieszą mnie prezentacje wojskowej krzepy i potęgi na okolicznościowych paradach.

Judaizm nigdy nie był pacyfistyczną religią. Jest na to zbyt, powiedziałabym, rozsądny i realistyczny. Jest jednak w tradycji piękny midrasz, który przypomina mi się przy okazjach takich, jak dzisiejsza.

Otóż gdy Morze Trzcinowe zamknęło się nad egipską armią ścigającą uciekających z Egiptu Izraelitów, anioły chciały śpiewać radosną pieśń wysławiającą Boga. Haszem uciszył je jednak mówiąc: "Dzieło moich rąk tonie na dnie morza, a wy chcecie śpiewać?" [B. Megila 10b]

Może i dziś Haszem powinien uciszyć nasze celebracje.

17:02, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
niedziela, 08 marca 2009
Nie ma takiego przykazania

Jedną z najważniejszych książek na temat śmierci i żałoby napisał Nachmanides. Nosi ona tytuł "Torat ha-adam" i stanowi wielkie kompendium praw i obyczajów dotyczących śmierci. Kończy się dobrze znanym eschatologicznym traktatem "Szaar ha-gemul", a zaczyna filozoficznymi rozważaniami o śmiertelności.

Nachmanides zaczyna od pytania, dlaczego opłakujemy śmierć bliskiej osoby.

Skoro człowiek ma umrzeć i zasługuje na to, by spocząć w cieniu śmierci, dlaczego cierpimy z powodu czyjejś śmierci, dlaczego opłakujemy zmarłego? Przecież żyjący wiedzą, że umrą. To zastanawiające, że ci, którzy wiedzą, co nadejdzie, płaczą i wzywają innych do lamentacji.

Pytanie ma sens, ale zarazem trudno uniknąć wrażenia, że jest zupełnie kulą w płot. Oczywiście, że wiedziałam, że mój Ojciec umrze. Nie spodziewałam się, że jest nieśmiertelny. Żałoba nie wynika przykrej niespodzianki - "o cholera, jednak umarł". Ból po utracie bliskiej osoby nie ma nic do rzeczy z niespełnieniem mojego oczekiwania, że kochany człowiek będzie żył wiecznie. Wiemy, że ludzie, których kochamy, umrą, ale ta wiedza w niczym nie pomaga. Żałoba jest absurdalna tylko o tyle, o ile absurdalna jest miłość. A miłość - w ostateczym rozrachunku - jest najbardziej racjonalnym ze zjawisk.

All I have is a voice
To undo the folded lie,
The romantic lie in the brain
Of the sensual man-in-the-street
And the lie of Authority
Whose buildings grope the sky:
There is no such thing as the State
And no one exists alone;
Hunger allows no choice
To the citizen or the police;
We must love one another or die.

[W.H. Auden, "September 1, 1939"]

Auden nie cierpiał wersu kończącego tego fragment wiersza. Trudno mu się dziwić, skoro wprowadza on w utwór dźwięczącą fałszywie nutę optymizmu, który nijak nie pasuje do jego reszty ani, powiedzmy sobie szczerze do rzeczywistości. Miłość nie ratuje nikogo przed śmiercią. Kochamy i umieramy.

Auden przez wiele lat nie wyrażał zgody na publikowanie przedruków tego wiersza w całości - usunął cały fragment. Potem się zgodził - ale ze zmianą kończących słów na:

We must love one another and die

Oczywiście słowa poety nie stanowią żadnej odpowiedzi na filozoficzne pytanie Nachmanidesa. Bliżej jednak dotykają rzeczywistości. Ostatecznie, cóż po filozofii?

Nachmanides daje jednak odpowiedź na postanowione przez siebie pytanie:

Przeznaczeniem człowieka było żyć wiecznie, ale w konsekwencji pradawnego grzechu, ludzkie istoty zostały skazane na śmierć. I dlatego drżą - ponieważ są oddzielone od swojej prawdziwej natury.

Rabinowi z Gerony chodzi naturalnie o grzech popełniony przez Adama i Ewę. Pierwsi rodzice zostali wygnani z Gan Eden i stali się śmiertelni. To jednak marna odpowiedź. Opłakując mojego Ojca, nie opłakuję ogólnego fenomenu śmiertelności. Bólu nie powoduje fakt, że wszyscy ludzie są śmiertelni, mój Ojciec był człowiekiem, ergo: mój Ojciec był śmiertelny, a zatem musiał umrzeć, by ubrać to w słowa dobrze znanego sylogizmu. Nie opłakuję śmiertelności w ogólności ani jej szczególnego przypadku - jego śmiertelności czy mojej własnej. Opłakuję człowieka, który kochał i był kochany.

Znajduję jednak u Nachmanidesa coś, co mi się podoba. Żałoba nie jest absurdalna, stwierdza Ramban:

Studiowałem i rozmyślałem - w całej Torze nie ma zakazu opłakiwania i nie ma przykazania, by być pocieszonym.

Gdyby żałoba była bez sensu lub gdyby było w niej coś złego, byłaby zakazana w Torze, a nie jest. Zakazane są pewne określone praktyki, ale nie sam żal. Można by było argumentować, że żal nie jest zakazany, bo uczuć nie sposób ani zakazać ani nakazać. Nie byłoby to zły argument, gdyby nie fakt, że Tora zakazuje i nakazuje również uczucia - by przypomnieć tylko: "Będziesz kochał swojego Boga..."

Szkoda, że Nachmanides nie poprzestaje na tym stwierdzeniu i kontynuuje poszukiwania "racjonalnych" przesłanek dla żałoby, by ostatecznie dojść do wniosku, że opłakujemy grzechy - opłakujemy grzechy zmarłego i swoje własne po to, by wyciągnąć z nich odpowiednie lekcje dla siebie, skorzystać z okazji do moralnej poprawy i powrócić do Boga.

Ta odpowiedź budzi we mnie odrazę. Ośrodkiem mojej żałoby nie są moje grzechy, tylko mój Ojciec. On nie umarł po to, żeby mnie sprowokować do pokuty. On umarł po nic. Umarł po prostu. Żył po coś, ale nie umarł, żeby coś tam.

Wolę pozostać ze słowami Audena i wiedzą, że nie ma przykazania, by być pocieszonym.

18:25, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »