Ponownie na Midweście
sobota, 27 marca 2010
Napisów końcowych nie będzie

Bywa czasem tak, że "konieczność istnienia trudna jest do zniesienia", jak śpiewał swego czasu Grzegorz Turnau. Trzeba wtedy zmobilizować resztki energii i skupić się na tej konieczności własnie albo wprost przeciwnie - wpełznąć w jakąś ciemną, ukrytą przed światem i światłem dziurę i tam czekać na lepszy czas, na lepsze jutro, które - jak ogólnie wiadomo - było wczoraj.

Z pewnością nie da się w takich okolicznościach pisać niczego sensownego na blogu. Stąd też koniec bloga. Miałam zamiar napisać o Kalonimusie Kalmanie Szapirze, chasydzkim rabinie, który w samym centrum piekła zwanego warszawskim gettem zmagał się z tradycją, z sobą i z Bogiem, ale nie mam siły. Przepraszam.

Dziękuję za wspólnie spędzonych tutaj kilka lat. To, że czytaliście tego bloga, wiele dla mnie znaczyło i nadal wiele znaczy. Znacznie więcej niż proste "dziękuję" potrafi wyrazić, choć z drugiej strony - proste słowa są czasem najlepsze.

wtorek, 23 marca 2010
Bez ładu i składu

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, dżdżu krople padają i tłuką w me okno... Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną i światła szarego blask sączy się senny... O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni wiosenny...

Tak kształtowały się ostatnio warunki atmosferyczne w miasteczku Bloomington w stanie Indiana. Całkiem możliwe, że to one właśnie spowodowały przebudzenie tych warstw mojej dziurawej pamięci, w których skrywało się kilka wierszy Leopolda Staffa. Nie czytałam ich od wieków mniej więcej, a jednak gdzieś tam nadal się plączą wysuwając się na powierzchnie w najmniej spodziewanych momentach. Bo doprawdy - czy mogłam się spodziewać porannego przebudzenia z wierszem Staffa w głowie?

Dzień był dżdżysto melancholijny, podszyty różnymi negatywnymi emocjami, u których źródła znajduje się pewien szalenie dla mnie atrakcyjny dżentelmen. Dżentelmen ów ma wiele zalet - stąd moja słabość do niego - ale niestety ma jedną zasadniczą wadę. Jest mianowicie, wiele na to wskazuje, toksyczny. Trujące opary, jakie z siebie wydziela, nie są widoczne gołym okiem, ale umysł - w przeciwieństwie do durnego serca - jednak je wyczuwa. Durne serce, myślałam sobie gniewnie i znowu przypomniał mi się Staff - "bo lepiej zgiń zmiażdżone cyklopowym razem, niżbyś żyć miało własną słabością przeklęte, rysą chorej niemocy skażone, pęknięte".

Przeczytałam ten wiersz pierwszy raz w dawnych czasach licealnych. Pożerałam wówczas książki wszelakie niczym wygłodniały kornik drewno. Miałam także zwyczaj prowadzenia zapisków rozmaitych - zeszyty wypełnione mniej i bardziej inteligentnymi przemyśleniami własnymi oraz ogromna ilością najrozmaitszych cytatów z dzieł czytanych. Te wersy z wiersza Staffa też się tam znalazły, bo doskonale wyrażały wówczas moje odczucia. Jak się okazuje - lata płyną, a odczucia się nie zmieniły.

Snułam się po moim niewielkim mieszkaniu niczym sfrustrowane zombie mamrocząc do siebie mową wiązaną i udając przed sobą, że jeszcze chwilka, a się uspokoję i zabiorę do pracy. O święta naiwności! Serce swoje, rozum swoje - weź tu człowieku przygotuj się do zajeć ze studentami w takich okolicznościach.

Sięgnęłam w końcu po gitarę i zaczęłam brzdąkać utwór ułożony przez Toksycznego Dżentelmena.

Kto wie... Może to te dźwięki, może odmienny nagle rytm wystukiwany przez krople deszczu na szybie, może Staff, a może jeszcze coś innego, ale niespodziewanie negatywne emocje zniknęły, jak gdyby ktoś wytarł je do czysta gąbką. I zaczęłam się śmiać. Śmiać bez powodu, śmiać bez ładu i składu, ot tak, po prostu, bo poczułam nagłą lekkość na sercu i w głowie. "Baruch Haszem! Baruch Haszem!" - powiedziałam do siebie śmiejąc się dalej i ciesząc się z tego śmiechu.

Może to właśnie najważniejsze dla mnie w mojej kulawej religijności - że mogę k(K)omuś podziękować za takie chwile, nawet jeśli nie wierzę w to, by ów k(K)toś rzeczywiście w nadprzyrodzony sposób ingerował w moje życie, wpływał na samopoczucie i rozwiązywał problemy. Baruch Haszem zatem.

A melodia, mam nadzieję, spodoba się i Wam.

Ot, takie plątanie werbalne bez ładu i składu przy okazji wtorkowego przedpołudnia.

piątek, 12 marca 2010
Dwaj mężczyźni

with and without

niedziela, 07 marca 2010
Klepiąc biedę

Poklepałam Biedę po ramieniu chyba głównie z wdzięczności za to, że nie przyprowadziła ze sobą kuzynki Nędzy. Zaproponowałam kawę i herbatę. Ciastka niech Bieda sama sobie kupi, jak chce. Mnie na nie nie stać.

No dobrze, pewnie przesadzam. Prawdziwa bieda wygląda inaczej. Przesadzam z powodu Frustracji, która zamieszkała ze mną na dobre od stycznia. Frustracja jest na tle finansowym i nie zapowiada się, by w najbliższym czasie miała zamiar się wyprowadzić. Jej przyczyny bowiem nie leżą w moim postrzeganiu rzeczywistości - które mogłabym zmienić, gdyż mam na nie wpływ - ale w samej rzeczywistości, na którą wpływu nie mam żadnego.

Margot1976 zapytała, czy strajkuję. Czy polskie media istotnie trąbiły o protestach studentów i pracowników akademickich w Kaliforni? Tutejsze nie poświęciły im wiele uwagi. W końcu to tylko Kalifornia, jeden stan z wielu i to stan, którego nienajlepsza sytuacja gospodarcza nie jest żadną nowością. Tak, ludzie związani z kalifornijskim uniwersytetem wyszli na ulicę protestować przeciwko wzrastającym kosztom wyższego wykształcenia. Koszty wzrastają jednak wszędzie, nawet jeśli nie po równo. W końcu mamy kryzys.

Kryzys dotyka wszystkie stanowe uczelnie, także Indiana University. I niestety kryzys dotyka także studentów. Exemplum - ja.

Może nie najlepsze ze mnie exemplum, gdyż moją sytuację finansową określa kilka czynników, z których niektóre nie mają zupełnie nic wspólnego z kryzysem.

Zacznę od tego, który ma - płaca. Jestem doktorantem i jak wielu innych doktorantów utrzymuję się dzięki świadczeniu usług na rzecz uczelni. Usług edukacyjnych rzecz jasna - prowadzę zajęcia, sprawdzam prace pisemne i egzaminy etc czyli pracuję jako tzw. Assistant Instructor lub Teaching Assistant. Za tę pracę otrzymuję wynagrodzenie netto w zawrotnej kwocie ok. 1000 dolarów miesięcznie (fakt, że od tego dochodu odprowadzany jest podatek doprowadza mnie niezmiennie do śmiechu nieco wisielczego) plus uczelnia płaci za moje marne (marne, bo niewiele pokrywające) ubezpieczenie zdrowotne.

Czy wszyscy AI/TA dostają tak nędzne pieniądze? Nie. Płaca dla Student Academic Appointees w każdym wydziale ustalana jest przez władze College of Arts and Sciences. Nauki ścisłe dostają więcej niż humanistyka. W ramach humanistyki wiecej dostają angliści niż filozofowie. Filozofowie dostają więcej niż religioznawcy. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Wiele zależy tutaj od mniej lub bardziej skutecznego lobbowania profesorów danego wydziału. Innymi słowy - kto kogo zna i jak długo, kto kogo bardziej lubi, a kogo nieco mniej itp.

Mój wydział podobno radził sobie z tym lobbowaniem całkiem nieźle i byliśmy już na świetlanej ścieżce ku podwyżce dla AI/TA. Ale tu pojawił się Kryzys. Kryzys oznacza konieczność oszczędzania, a na kim lepiej oszczędzać niż na doktorancie, który i tak przecież na wydziale zostanie, jeśli mu na doktoracie zależy. Idea podwyżki odeszła w niebyt.

Ściśle rzecz biorąc podwyżki nie było dla nas już od paru ładnych lat. Tak się jakoś dziwnie składa jednak, że o ile, powiedzmy, dwa lata temu w Bloomington dawało się przeżyć za 1,000 dolarów miesięcznie, o tyle aktualnie nie jest to już możliwe. Ceny rosną czy co?

Jest moim marzeniem, żeby wszystkim członkom władz College of Arts and Sciences przyznać moje wynagrodzenie na czas, dajmy na to, dwóch miesięcy. Niech spróbują związać koniec z końcem. Może wtedy by zmądrzeli? Albo niech profesorom płaci się tyle samo za prowadzenie zajęć co mi. Może wówczas dostrzegliby, że wykonywana przez nas praca warta jest nieco więcej? A może rzeczywiście powinnam zastrajkować?

Mrzonki tego typu nie zagłuszą jednak skrzeczącej rzeczywistości. A skrzeczy sobie dziarsko i głośno drugi czynnik określający moją finansową sytuację - mianowicie moja studencka wiza F1. Studencka wiza jest dla studentów. Studenci przyjeżdżają do Stanów nie po to, żeby zbijać majątek, ale po to, by wytrwale studiować. Wiza F1 nie pozwala więc na szukanie zatrudnienia. Pozwala na pracę jedynie na kampusie danej uczelni i jedynie w wymiarze 20 godzin tygodniowo.

Efekt końcowy - w tym semestrze prowadzę całkiem zwykłe zajęcia, mam 41 studentów, prace pisemne, egzaminy itp. Oficjalnie zatrudniona jestem właśnie na te 20 godzin. Płacą mi za to $1,000 i nie mam możliwości legalnego zatrudnienia dodatkowego. Nielegalne pozostaje opcją, ale teoretycznie jedynie, bo taką pracę znaleźć w małym mieście nie jest łatwo.

Mam dach nad głową. Mam co jeść i mam nawet internet. Nie jestem więc tak naprawdę biedna. I naturalnie mogłoby być gorzej - w Polsce za prowadzenie zajęć dydaktycznych nie dostawałam ani grosza i gdyby nie to, że Rodzice zgodzili się mieć mnie na swoim utrzymaniu przez cztery dodatkowe lata, nigdy bym doktoratu nie napisała.

Mogłoby zatem być gorzej. Jakoś mnie to jednak nie pociesza. Właśnie zapłaciłam wszystkie miesięczne rachunki, ilość pieniedzy na koncie stała się znikoma, a kalendarz pokazuje mi, że jest dopiero początek miesiąca. I szlag mnie trafia.