Ponownie na Midweście
niedziela, 29 kwietnia 2007
Mrówka w stogu siana

Kiedy rabin spytał mnie, dlaczego chcę przejść konwersję na judaizm, pierwszą odpowiedzią, jaka przyszła mi do głowy, było: "Bo chcę być Żydówką". Ponad rok temu identycznej odpowiedzi na identyczne pytanie udzieliłam, gdy zadał mi je bliski znajomy. Nie pamiętam już dokładnie reakcji rabina na te słowa (rozmowa była dość długa). Znajomy zaś pokiwał głową i odparł: "To najlepszy powód, o jakim mogę pomyśleć".

Judaizm był dla mnie narzędziem, dzięki któremu mogłam osiągnąć określony cel. Cel nadal jest najważniejszy, ale narzędzie z narzędzia przemieniło się w przedmiot o wartości autotelicznej. A może zawsze tak właśnie było? Może chciałam zaspokoić dwie równorzędne potrzeby równocześnie? Potrzebę przynależności do tego właśnie narodu i potrzebę religijną, która drzemała we mnie od bardzo dawna, ale nie mogła znaleźć zaspokojenia?

Dlaczego znalazła je w judaizmie, a nie - dajmy na to - w buddyzmie czy w chrześcijaństwie? Z dwóch powodów, jak sądzę.

Kiedy religia była przedmiotem moich studiów teoretycznych, najbardziej przemawiały do mnie te ujęcia, które kładły nacisk na praktykę religijną - nie na wierzenie w coś, ale na robienie czegoś. Tak o religii myślał Wittgenstein, tak o religii myślał William James (również poczciwy Frycek Nietzsche, powinnam dodać dla pełniejszego obrazu).

Judaizm jest taką właśnie religią par excellance. Niektórzy mówią nawet, że w judaizmie nie ma ortodoksji, jest jedynie ortopraksja. Innymi słowy, że w judaizmie nie ma żadnej obowiązującej teorii teologicznej, a jedynie obowiązująca praktyka. Nie jest to stwierdzenie do końca prawdziwe, ale ziarno prawdy w nim tkwi.

Halacha, czyli religijne prawo żydowskie, reguluje praktykę życia codziennego. Hebrajskie słowo "halacha" (הלכה) spokrewnione jest ze słowem "iść" i często jest tłumaczone jako "droga" czy "to, jak idziemy". Innymi słowy, halacha dostarcza drogowskazów. Albo jest czymś na kształt mapy, na której zaznaczone są rzeczy ważne, rzeczy mniej ważne, rzeczy zupełnie nieistotne. I w ten sposób nadaje kształt światu. Świat jest bezkształtny, dopóki nie wypełnimy go znaczeniem. Wtedy dopiero pojawia się pierwszy plan, drugi plan...

Ale czy inne religie tego nie robią? Robią. I tu pojawia się drugi powód.

Judaizm jest religią księgi, tak czasem się mówi. Naprawdę jednak judaizm jest religią tysięcy ksiąg, setek tysięcy kartek pokrytych pismem. Choć to metafora do bólu wytarta i wyświechtana - judaizm jest jak morze dla intelektu. Pluskam się w nim niczym radosny hipopotam. I wiem, że całego życia nie starczy mi na to, by to morze poznać w całości. Każde odkrycie pociąga za sobą kolejne odkrycie, każda zdobyta informacja - konieczność zdobycia kolejnych informacji. Tu pogadam chwilę z Majmonidesem, tam zagadnę Rambana, tu przysiądę się na chwilę do grupki kabalistów z Safedu, tam wpadnę na filiżankę kawy do Raw Sołowiejczyka.

No dobrze, ale czy nie mogłabym wpaść raczej do św. Tomasza? Cóż, wpadłam i do niego kiedyś. I do św. Augustyna, i do św. Jana od Krzyża. Ba, nawet z mistrzem Eckhardtem ucięłam sobie pogawędkę. Ale u żadnego z nich nie chciałam zostać na dłużej.

Tymczasem odwiedziny u każdego prawie z żydowskich mędrców chciałam przedłużać w nieskończoność. Więcej - chciałam móc powiedzieć, że ten świat, który poznawałam za pośrednictwem ksiąg, jest także moim światem. Znajomy powiedział mi kiedyś: "przecież możesz studiować judaizm, żydowską historię i kulturę nie będąc Żydówką".

Oczywiście, że mogę. Ale po kilku latach takich studiów zrozumiałam, że nie chcę być outsiderem, że chcę to wszystko nazwać swoją tradycją, uczynić ten świat swoim światem.

I ciągle odkrywam w nim coś nowego, co mnie zachwyca albo fascynuje.

Innymi słowy, chyba racja jest po stronie Klu: ostatecznie chodzi o miłość. Jeden lubi pomidorową, ktoś inny szczawiową. Ktoś Wittgensteina, ktoś inny Hegla. Ktoś zakochuje się w niepozornym okularniku, ktoś w pięknej blondynce, a ktoś inny...

Czuję się czasem jak zupełnie nieprzysłowiowa mrówka w stogu siana. Mrówka idzie przez pole po sianokosach. Teoretycznie byłby to łatwy spacer, gdyby nie to, że mrówka - jak to mrówka - ma nóżki raczej krótkie i nawet niska trawa stanowi poważną przeszkodę. Zaczyna padać deszcz. Mrówka wzdycha i brnie dalej. Nagle widzi wielgachny, kolosalny zupełnie stóg siana. Włazi w niego czym prędzej zadowolona, że wreszcie nie kapie jej na głowę. Wygniata sobie w sianie przyjemne i miękkie gniazdo. Uff... Jak dobrze.

Mrówka ciekawie zaczyna rozglądać się po swoim nowym lokalu. Sięga po jakieś źdźbło i zaczyna je powoli przeżuwać. Pycha! Sięga więc po kolejne. Bueee... Jakieś paskudztwo się trafiło, stare czy co? I jakąś zgnilizną jedzie. Ale są i inne. Mrówka wyciąga więc ze stosu kolejne źdźbła i żuje z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Przez moment w jej głowie pojawia się niepokojąca myśl - jak tak będę źdźbło po źdźble wyciągać, to się stóg kiedyś zawali. E... nie zawali się. Przecież jest gigantyczny, a ja taka mała. Mogę tu siedzieć do końca świata.

Mrówka znalazła w ten sposób dom. Dom i dla serca, i dla intelektu. Oba są nienasycone.

Szawua tow.

18:34, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (18) »
piątek, 27 kwietnia 2007
Śmieszność istnienia

Ostatnio męczą mnie hałasy. Od kilku dni jakiś szczęśliwy - bądź przeciwnie - zrozpaczony rudzik stawia całą okolicę na nogi około 5 rano. Trudno mi powiedzieć, czy chce nam się wszystkim pochwalić piękną panią rudzikową, dla której zbudował nowe gniazdo czy też przeciwnie - wypłakuje serce, bo wybranka wzgardziła jego uczuciem i nowym gniazdem. Tak czy inaczej, cholernik wydziera się nieprzytomnie.

Dziś jednak rudzik został przegłosowany (zupełnie dosłownie) przez pewnego mężczyznę, który od rana zajmował się pod naszym domem myciem chodnika.

Na zdjęciu widać kawałek sprężarki, która robiła straszny raban.

Muszę wyznać, że nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś pucował chodnik taką aparaturą. Owszem, chlusnąć wodą... Ale czyścić każdy cal kwadratowy strumieniem wody pod wysokim ciśnieniem?

Cóż w tym ciekawego, spytacie może. Otóż najbardziej frapujące w całej tej sytuacji było to, że pan ów pucował chodnik dokładnie pomiędzy dwiema wielkimi burzami. Pierwsza przetoczyła się przez Bloomington nad ranem pozostawiając po sobie wszędzie rwące potoki wody. Druga zaczęła się tuż po tym, jak pan wyłączył maszynę i zaczął pakować sprzęt do samochodu. Kolejne urwanie chmury.

I na co cała ta robota wytrwałego czyściciela? Na nic, rzecz jasna.

Przeładowany filozoficznymi treściami umysł usłużnie przypomniał mi myśl Camusa, który z całym przekonaniem zapewniał swoich czytelników, że powinni sobie wyobrażać Syzyfa szczęśliwym, gdyż w życiu wystarczy walka prowadząca ku szczytom.

Pan sprzątacz nawet nie wie, że dla mnie stał się Syzyfem. Jeśli spotkam go ponownie, spytam, co sądzi o Camusie.

Czytam akurat znakomitą książkę Diny Rubinej "Oto idzie Mesjasz". A w niej, tuż po tym, jak spostrzegałam toczącego dość beznadziejną walkę pana, napotkałam takie pytanie:

I gdzie tu się ukryć przed śmiesznością istnienia?

Dina Rubina

No właśnie, gdzie?

środa, 25 kwietnia 2007
(Niezbyt udana) próba uporządkowania myśli

Obejrzałam dziś w internecie video z jakiejś konferencji prasowej premiera. Premier mówił, jakie to działania podejmie rząd, aby zapewnić emigrantom utrzymanie i wzmocnienie więzi z ojczystym łonem. I wyraził nadzieje, że emigranci powrócą na łono.

W pierwszym momencie ryknęłam homeryckim iście śmiechem słysząc to dictum. Po chwili śmiech mi zamarł w gardle i przerodził się w jakiś dziwny sarkastyczny skowyt.

To okropne, pomyślałam po chwili, ale ja naprawdę do Polski wracać nie chcę. Dopadła mnie ta myśl dzisiaj, gdy patrzyłam na oblicze premiera.

Przez ostatnie tygodnie decydowała się kwestia mojego pozostania za oceanem. Moje studia tutaj ściśle zależą od tego, czy program, w którym studiuję, sypnie kasą czy też nie sypnie. Do sypania niezbyt był skory. Pierwszą propozycję finansową, jaką usłyszałam, byłam w stanie potraktować jedynie jako niesmaczny żart. Wychodziło na to, że trzeba będzie pakować walizy i wracać.

I przestałam spać. Nie mogłam prawie myśleć. Stres narastał i obezwładniał. Jak gdybym stała przed perspektywą podróży na Syberię i to nie wygodnym samolotem, ale w tradycyjnym, ciasnym pojeździe utrwalonym w polskiej pamięci zbiorowej pod nazwą kibitki.

Wrócę, myślałam, i co zrobię? Pracy na mojej macierzystej uczelni jak nie było, tak nie ma. Na innych uczelniach nie jest lepiej. Komu u licha potrzebny jest doktor filozofii? Jasne, trzeba było wybrać inny kierunek. Najlepiej może zostać informatykiem. Ale co się stało, to się nie odstanie. Nie jestem informatykiem ani prawniczką. Jestem doktorem filozofii.

Ściśle rzecz biorąc, w Polsce nie mam gdzie zamieszkać. Z przyczyn obiektywnych, jak to się pięknie określa, moje dotychczasowe miejsce zamieszkania nad Wisłą zmieniło właściciela - skądinąd na tego właściwego właściciela, któremu miejsce owo odebrano bezprawnie po wojnie.

Nie mam gdzie zamieszkać, nie mam gdzie pracować.

Bardzo zachęcające do powrotu.

A do tego dochodzi cały ten klimat nieustającej politycznej groteski, która przez ocean może chwilami wydawać się nawet śmieszna, ale z bliska - obawiam się - straciłaby cały swój wątpliwy urok.

Jak miałabym chcieć wracać do kraju, którego władza z pogardą traktuje zbiorowość, do której zawsze chciałam należeć i do której może w jakimś stopniu należę? Tak, jestem wykształciuchem, który - choć młody - dumny jest z III RP i jej osiągnięć.

Czy moje lęki były histeryczne? Przesadzone? W jakimś stopniu na pewno tak. Sytuacja jakoś by się zapewne ułożyła. Ale lęk był. O jego natężeniu przekonałam się dopiero kilka dni temu, kiedy zapadły ostateczne decyzje finansowe i okazało się, że zostaję w Bloomington na kolejny rok. Poczułam się jak po obronie doktoratu. Albo jak po wizycie u dentysty. I wreszcie się wyspałam.

To tak na gorąco. Głowę mam zajętą myślami o paru teologicznych tekstach pewnych bardzo tradycyjnych rabinów, którzy usiłowali pogodzić swój obraz Boga i Przymierza z tym, co widzieli przez okna swoich domów w gettach wschodniej Europy. Trudno mi w tych warunkach skupić się na mojej relacji do Polski.

Kiedyś trzeba będzie sobie jednak na parę ważnych pytań spokojnie odpowiedzieć. Wcale nie cieszy mnie wizja konfrontacji z nimi, ale jak słusznie zauważył pewien życzliwy mi znajomy - nie ucieknę od pytania o to, czy chcę zostać tutaj czy wracać do Polski. I muszę na nie odpowiedzieć raczej wcześniej niż później.

Dziś niewiele wskazuje na to, żeby moja odpowiedź zgodna była z nadziejami premiera. Choć nadzieje premiera do wykształciuchów się pewnie nie odnoszą.

PS: Pamiętam o pytaniu "dlaczego judaizm?" Wcale go nie zignorowałam, tylko usiłuję sobie ułożyć w głowie odpowiedź. Odpowiedź nie tylko dla Kosmopolitki i Klu, ale może nawet przede wszystkim dla siebie. Mój rabin powtarzał mi kilka razy: "zadawaj sobie to pytanie co jakiś czas i patrz jak zmienia się odpowiedź. Sprawdzaj, czy nadal naprawdę tego chcesz".

poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Bloomington trzeźwieje

Po mieście i kampusie snują się od niedzielnego popołudnia studenci o dziwnie bladych obliczach, oczy jakieś podkrążone, frapująca nadwrażliwość na światło słoneczne i na hałas. Co tam hałas! Przysłowiowy tupot białych mew o pokład pusty powoduje okrzyki protestu - cisza! cisza!

Z aptek poznikały wszystkie środki pomocne w zwalczaniu przykrej dolegliwości zwanej popularnie kacem.

Trudno się temu dziwić. Na kampusie jest ponad 30,000 studentów. Grubo ponad połowa z nich to undergradsi, a oni bardzo ciężko pracowali przez ten weekend. Mniej więcej od piątkowego popołudnia, choć niektórzy zaczęli już wcześniej - nawet w czwartek wieczorem (i nie pojawili się na zajęciach piątkowych).

Praca była ciężka i zaiste podziwiać należy wytrwałość, z jaką bloomingtońska młodzież wspierała przez ostatnie dni amerykańskie browary. Głównie amerykańskie, bo tak taniej. Sądząc z walających się dziś po okolicy puszek studenci zdecydowanie postawili na Millera i Budweisera, dwa napoje w sumie piwo-podobne bardziej niż piwne, przynajmniej dla kogoś przyzwyczajonego do europejskich standardów w tym zakresie (mało kto pije tu choćby Heinekena).

Cóż było powodem wielkiego świętowania (czytaj: wielkiego chlania) tuż przed samym końcem semestru i sesją egzaminacyjną? Rzecz jasna nie sam koniec semestru, ten będziemy świętować za jakieś dwa tygodnie.

Miniony weekend to Little 500 Weekend. Największa impreza amerykańskiego świata studenckiego, która - słusznie - przyniosła kampusowi IU w Bloomington miano jednego z najbardziej imprezujących kampusów w tym kraju.

Little 500 to wyścig rowerowy. Zapoczątkowany lat temu 52 przez niejakiego Howarda Wilcoxa, którego ojciec był kierowcą startującym w wyścigu Indianapolis 500. Syn postanowił zapoczątkować nową świecką tradycję podobnych wyścigów tylko na nieco mniejszą skalę - nie samochodowych ale rowerowych - na uniwersytecie.

Wyścigi miały miejsce w sobotę. Są dwa - jeden dla pań, drugi dla panów. Panie jadą 100 okrążeń stadionu, panowie 200. W każdym z wyścigów uczestniczy trzydzieści kilka drużyn, które zmieniają się jak w sztafecie. Drużyny są głównie rekrutowane z fraternities i sororities (te wszystkie znane z filmów Alfy Beta Thety oraz Gammy Delta Zety itp.)

Little 500 zostały uwiecznione w filmie "Breaking Away", którego osobiście nie widziałam, ale o którym wiem, że dostał Oscara. Podobno film niebywale jest "inspiring". Nie jestem pewna, do czego on inspire. Chyba do picia.

Osoby nie uczestniczące w sportowej rywalizacji na dwóch kółkach uczestniczą bowiem w innej sportowej rywalizacji. Mianowicie grają w beer-ponga.

Beer-pong to bardzo popularna dyscyplina wśród studentów. Jak widać na załączonym obrazku do gry potrzebny jest stół, kubki (zwykle plastykowe), piłeczka do tradycyjnego ping-ponga oraz co najmniej dwóch graczy. No i mnóstwo browaru. Wypełnione piwem kubki ustawia się po obu stronach stołu. Następnie gracze rzucają piłeczką tak, żeby trafić w kubek przeciwnika. Jeśli się uda, przeciwnik musi duszkiem wypić zawartość kubka. Wygrywa ten, kto dłużej utrzyma się na nogach.

Oczywiście poza beer-pongiem odbywało się w weekend także picie bez sportowego zacięcia. Ot, takie zwykłe sobie popijanie, sączenie tudzież chlańsko. Pijanych studentów widziałam już w sobotę rano, co wzbudziło mój szczery podziw - nie byłabym w stanie upić się o takiej porze (inna sprawa, że pijana nie byłam od wieków).

Znajomy z Teksasu powiedział mi kiedyś, że studenci tutaj najbardziej lubią właśnie Little 500 Weekend. Gdy spytał, dlaczego ten weekend tak im się podoba i co z niego pamiętają, usłyszał, że właśnie nic nie pamiętają i to im się najbardziej podoba.

Ja chyba naprawdę jestem już stara...

niedziela, 22 kwietnia 2007
Alon de Loco

Ostatnio nie było tu muzyki...

Alon de Loco urodzony, jeśli dobrze pamiętam, w Ber Szewie, mieszkający w Tel Awiwie. Tu akurat zachwycający się córką i nazywający ją swoim światłem.

Dedykowane mojemu Bratu i jego Światłu :)

06:28, kakofonia , Kultura
Link Dodaj komentarz »
Po co komu Maszijach?

A i B siedzą po dwóch stołach drewnianego stołu o jasnym blacie. Obaj są brodaci. Obaj jedzą koszerną i wegetariańską lasagne. Obaj są religijnymi Żydami, A studiował w ortodoksyjnej jesziwie w Izraelu i został rabinem, ale od lat nie uważa się już za ortodoksyjnego Żyda. B w jesziwie chyba nie studiował, ale wiedzę ma ogromną. Obaj są profesorami.

Siedzę z nimi, nad talerzem równie koszernego spaghetti carbonara i przysłuchuję się rozmowie.

Rozmowa zaczęła się od ortodoksyjnych myślicieli, których teksty poświęcone Zagładzie wszyscy troje studiujemy w ostatnim czasie. I schodzi po jakimś czasie na amerykański judaizm. B narzeka na poziom religijności tutejszych Żydów.

- Czy którykolwiek z nich wierzy jeszcze w mesjasza? A czym jest judaizm bez mesjanizmu? - pyta B potrząsając głową z ubolewaniem.

- Cóż... - A wygląda na mniej zasmuconego brakiem tej wiary - Kiedy ludzie wierzą w mesjasza? Kiedy mesjasz jest potrzebny? When your life sucks... Kiedy mieszkasz w biednym sztetlu i nie masz co do garnka włożyć...

Nie do końca jest to prawdą. Wiara w nadejście Mesjasza towarzyszyła Żydom zarówno w czasach prześladowań czy ogólnej mizerii losu, jak i w czasach kulturowego rozkwitu.

13 zasad wiary sformułowanych przez Majmonidesa nigdy nie miało statusu dogmatów (w judaizmie w ogóle nie ma czegoś podobnego chrześcijańskiej dogmatyce), ale jeden z nich wspominany jest szczególnie często:

אני מאמין באמונה שלמה בביאת המשיח, ואף על פי שיתמהמה, עם כל זה אככה לו בכל יום שיבוא

Ani maamin be'emuna szlema, bewijat hamasziach, we'af al pi szejitmahemeia, im kol ze achake lo be chol jom szejawo.

Wierzę pełnią wiary w nadejście Maszijacha, a chociaż zwleka, to nie przestaję czekać na niego każdego dnia.

No to czekam czy nie czekam?

Z pewnością nie czekam z wielką religijną pasją. Nie wierzę w to, że Maszijach jest tuż, tuż, za najbliższym zakrętem historii. Nie ma we mnie mesjańskiego ognia.

Czy dlatego, że moje życie, by przywołać A, doesn't suck?

Moje życie nie jest złe. Nie potrzebuję mesjańskiej nadziei do tego, by mieć siłę do codziennej aktywności. Nie potrzebuję wiary w nadejście Maszijacha, by nadać tej codzienności sens. Czy to zatem wygoda i poczucie bezpieczeństwa wypchnęły z mojego umysłu mesjańską nadzieję?

Wykluczyć tego się nie da, ale myślę, że powód jest inny.

Eschatologia jest ważnym składnikiem judaizmu, ale nie mniej ważne jest skupienie się na doskonalenie siebie i świata poprzez codzienne przestrzeganie micwot, poprzez stawanie się coraz lepszym człowiekiem. I to ten drugi aspekt jest w mojej wierze silniejszy.

Ale swoją drogą, tak, wierzę, że on kiedyś przyjdzie...

Szawua tow.

03:05, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 kwietnia 2007
19 kwietnia - Powstanie w getcie

Ostatni list Szmula Zygelbojma

Żałoba

W centrum miasta oraz na kampusie flagi są opuszczone do połowy masztu. W mediach nadal mówi się o masakrze na kampusie Virginia Tech.

Jedno pytanie nie znajduje cały czas odpowiedzi - dlaczego władze uczelni czekały tak długo po pierwszej strzelaninie, zanim powiadomiły studentów i pracowników o zagrożeniu. Podobno "intencje zabójcy nie były jasne". Pewnie... Widział ktoś kiedyś człowieka ganiającego po okolicy z pistoletem, którego intencje nie są czytelne?

Na mojej uczelni jest bardzo wielu studentów z Azji, szczególnie Koreańczyków. Najwyraźniej nasze władze pomyślały - skądinąd słusznie - że studenci ci mogą czuć się nieco nieswojo.

W związku z tym w emailowych skrzynkach wszystkich studentów zagranicznych pojawiła się wiadomość napisana przez biuro deana ds tychże zapewne i przez niego podpisana. Wyraża zatroskanie. Głębokie zatroskanie i niewykluczone, że zatroskanie zupełnie szczere. (Pojawiła się w moim umyśle wątpliwość dlatego, iż jakoś źle reaguję na frazy w rodzaju "rząd z zatroskaniem odniósł/pochylił się nad czymśtam".)

W wiadomości czytam, że jeśli ktokolwiek z nas spotka się z nieprzyjemnym zachowaniem ze strony innych studentów, to powinniśmy natychmiast skontaktować się z odpowiednim biurem. Możemy zwracać się do jego pracowników z każdym, choćby najdrobniejszym problemem tego rodzaju.

To miłe, prawda? Kampus w Bloomington znany jest z dobrego traktowania studentów zagranicznych. Rzeczywiście możemy tutaj liczyć na pomoc ze strony biura International Services.

PS: Matematyk Liviu Librescu był ocalałym z Holocaustu.

wtorek, 17 kwietnia 2007
Masakra w Wirginii

Wszędzie mówi się i pisze o tragedii w Virginia Tech. Zaszokowany i wstrząśnięty prezydent Bush. Zasmuceni i pogrążeni w żałobie członkowie parlamentu. W żałobie cała Wirginia, kampus w Blacksburg oraz wiele innych. Nieco przypomina mi to atmosferę po tym, jak eksplodowała Columbia.

Czy taka tragedia mogłaby się wydarzyć w Indianie? "Oczywiście, że tak", mówił wczoraj w wieczornych wiadomościach policjant z kampusu Indiana University w Indianapolis (IUPUI). "Bezpieczeństwo zaczyna się od ludzi", dodał, wyjaśniając, że oczywiście na kampusie są liczne kamery oraz przeszkoleni strażnicy. Niezależnie od ich ilości jednak nie da się zagwarantować tego, że uda się powstrzymać każdego psychopatę.

Kilka lat temu na znajdującym się w Indy kampusie Butler University zastrzelony został policjant. Chciał rozbroić napastnika zanim doszłoby do tragedii. Sam zginął, ale dzięki jego akcji wariata z bronią zastrzelono.

Przeprowadzono wczoraj krótki pokaz dla ochrony kampusu IUPUI. Pracownik biura ochrony, ubrany - jak wielu studentów - w workowate dżinsy i wielką bluzę z kapturem stanął za stołem, po czym spod ubrania zaczął wyciągać najrozmaitsze przedmioty - wielką siekierę, parę dużych młotków, półautomatyczną broń ręczną, miecz...

Na kampus w Bloomington wnieść można wszystko z bombą atomową w walizce włącznie.

Pojawiły się już głosy o konieczności ograniczenia dostępności broni w Stanach. Z tego oczywiście nic nie będzie. Dla zbyt wielu Amerykanów - z prezydentem włącznie jak się zdaje - posiadanie broni jest jakoś powiązane z faktem bycia Amerykaninem. Amerykanin broń mieć musi i basta.

Amerykanin może tak, ale Koreańczyk? Ciekawa jestem czy zbrodnia w Wirginii wpłynie jakoś na stosunek do imigrantów i studentów z Azji. Na kampusie w Bloomington jest bardzo wielu Koreańczyków.

Kilka razy już znajomi pytali mnie, czy w Bloomington można kupić broń. Można. Sklep jest jeden, na obrzeżach miasta i nigdy w nim nie byłam. O tym, że jest, wiem z książki telefonicznej. Nie znam stanowych regulacji dotyczących posiadania i nabywania broni. Generalnie w Stanach nie ma z tym większego problemu, więc nie mam powodów podejrzewać, że Indiana jest pod tym względem jakoś wyjątkowa.

Czy moje generalne poczucie bezpieczeństwa jakoś się zmniejszyło? Nie. Psychopaci są wszędzie i paść ich ofiarą można zawsze. W Blacksburg, w Bloomington, w Warszawie i w Paciutkowie Niemałym.

Zastanawiam się, jak to jest w Izraelu. Tam mnóstwo ludzi chodzi z bronią, a o przypadkach użycia jej w domowych kłótniach czy koleżeńskich porachunkach jakoś nie słychać. Może dlatego, że broń nie jest prywatną własnością, nie jest częścią męskości, wyznacznikiem statusu, tylko narzędziem walki z wrogiem zewnętrznym. Broń to armia, a nie sfrustrowani wariaci gotowi zabijać, bo życie im dopiekło.

Skoro już o Izraelu mowa - sporo się pisze o bohaterskim matematyku, który własnym ciałem zablokował drzwi do sali, w której prowadził zajęcia i uratował w ten sposób życie kilkunastu studentom dając im czas na wyskoczenie przez okno. Matematyk Liviu Librescu był Izraelczykiem. Mieszkał w Wirginii od lat, uczelni i studentom oddał całe swoje życie. Zupełnie dosłownie.

Teraz idę na zajęcia. Po drodze zgarnę lokalną prasę, także studencką i później napiszę, co Bloomington myśli o tragedii w Virginia Tech.

niedziela, 15 kwietnia 2007
Jom HaSzoa 15 kwietnia - 27 nisan

Chana

Ma długie dobre życie
Hoduje wnuki, dzieci i psy
Gotuje przysmaki
Smaży konfitury
Gości przyjaciół
Lubi głośny śmiech
I sprośne żarty.

Ale zawsze
w każdej chwili
szumi jej w mózgu
to zdanie, które
powiedziała
Matka zanim
wypchnęła ją na szyny:

"Jeśli przeżyjesz
opowiedz ludziom
że były takie czasy
kiedy matki
wolały żeby ich
dzieci nie żyły..."

Irit Amiel

03:56, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2