Ponownie na Midweście
piątek, 25 kwietnia 2008
Kielich Elijahu i kielich Miriam

Na pesachowym stole tradycyjnie stawia się kielich z winem dla proroka Elijahu. Nowym obyczajem jest stawianie obok niego drugiego, równie pięknego kielicha wypełnionego wodą - to kielich Miriam.

Przyjście proroka Elijahu na ziemię, wedle tradycji, będzie poprzedzało przyjście mesjasza. Elijahu przyjdzie przed nim, a gdy przyjdzie, będziemy wiedzieli, że mesjasz jest już niedaleko. Podczas pesachowego sederu, gdy dobiega on końca, otwieramy drzwi wejściowe do domu. Robimy to z dwóch powodów - po pierwsze po to, by wyrazić nasze zaufanie do Boga, który w Pesach otacza Żydów szczególną opieką, a po drugie, by symbolicznie zaprosić proroka Elijahu.

Prorok w tym roku nie pojawił się w mojej okolicy, ani nigdzie indziej, z tego, co wiem. Nie pojawił się też w przeszłości. Wino nalane do jego kielicha po sederze wraca więc do butelki. Kielich Elijahu symbolizuje nadejście czasów mesjańskich, na które wciąż czekamy.

Jednym z piękniejszych obyczajów związanych z tym kielichem jest napełnianie go przez wszystkich zebranych przy sederowym stole - każdy odlewa nieco wina z własnego kielicha do kielicha Elijahu podkreślając tym samym rolę każdego z nas w przybliżaniu momentu, w którym świat będzie wreszcie taki, jakim chcielibyśmy go widzieć.

Stawianie na pesachowym stole kielicha Miriam jest nowym obyczajem. Miriam była siostrą Moszego i wedle tradycji (przez wieki niezbyt eksponowanej) jej obecności i pobożności wędrujący przez pustynię Żydzi zawdzięczali szczególny cud - studnię. Cudowną studnię, która towarzyszyła im w drodze zapewniając stały dostęp do świeżej, chłodnej wody. Woda ta nie tylko gasiła pragnienie. Dodawała także sił oraz leczyła rany.

Dlatego właśnie kielich Miriam napełniamy wodą.

A po co go w ogóle stawiamy? Oczywiście, żeby przypomnieć i o samej Miriam, i o wszystkich żydowskich kobietach z przeszłości. W Talmudzie czytamy:

Gdyby nie prawość kobiet tamtego pokolenia, nigdy nie zostalibyśmy wyzwoleni z Egiptu.

[Sota 9b]

Równocześnie postawienie kielicha Miriam obok kielicha Elijahu kładzie nacisk na równą wagę obecności kobiet i mężczyzn przy sederowym stole oraz w żydowskim życiu w ogóle.

Szabat szalom!

18:40, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 kwietnia 2008
Chleb czy pomarańcza?

Ktoś stwierdził kiedyś, że w judaizmie dla lesbijek jest tyle miejsca, ile jest go na chleb przy sederowym stole. Chleb to chamec par excellance. Wielu skądinąd świeckich Żydów powstrzymuje się od jego konsumpcji w czasie Pesach. W domach religijnych w czasie święta nie znajdziecie nawet małych chlebowych okruszków. Siła tradycji i religijnego nakazu jest wielka i jednoznaczna - w Pesach chleba nie ma i koniec.

Nie udało mi się wyśledzić, kto tak zgrabnie porównał osoby homoseksualne w judaizmie do chleba w czasie Pesach. Podobno jakiś rabin. Z pewnością heteroseksualny. Kimkolwiek był, musiał się skręcać ze złości, gdy żydowskie feministki wzięły sobie do serca jego słowa i umieściły kawałek chleba w samym centrum nakrytego do pesachowej wieczerzy stołu.

Jednym z elementów sederu jest specjalny talerz, na którym kładzie się kilka rytualnych produktów:

Zeroa - pieczona szyja kurczaka lub indyka. Jest to symbol ofiary pesachowej składanej w Świątyni tuż przed świętem Pesach.

Bejca - jajko ugotowane na twardo. Symbolizują korban chagiga, dodatkową świąteczną ofiarę składaną obok baranka pesachowego w Świątyni.

Maror - gorzkie zioła (chrzan lub sałata). Są one symbolem gorzkiego cierpienia narodu żydowskiego w Egipcie. Spożywany jest oddzielnie po macy, a potem razem z macą na kanapce Korech.

Charoset - mieszanka pokrojonych jabłek, gruszek i orzechów włoskich wymieszane z odrobiną miodu, do których podczas Sederu dodaje się odrobinę wina. Ta mieszanka przypomina zaprawę murarską, używaną przez Żydów do wyrobu cegieł w Egipcie.

Karpas - warzywo, które również kładziemy na talerzu sederowym. Najczęściej jest to ugotowany ziemniak lub surowa cebula.

Chazeret - drugi rodzaj gorzkich ziół. Używany jako maror na kanapki.

Jedna z wczesnych feministycznych hagad dodała do tej listy kawałek chleba, deklarując tym samym jasno: dla osób homoseksualnych jest miejsce w judaizmie.

Suzanna Heschel, córka słynnego i wybitnego żydowskiego myśliciela Abrahama Joszuy Heschla i równocześnie bardzo zaangażowana feministka, zwróciła uwagę na prawdopodobnie niezamierzony sens tego gestu i zaproponowała zamianę kawałka chleba na pomarańczę.

Dlaczego? Otóż kładąc na sederowym talerzu kawałek chleba jako wyraz akceptacji dla homoseksualizmu wczesne feministki zasadniczo zgadzały się z tymi, którzy za trafne uznawali owo błyskotliwe porównanie homoseksualizmu do chamecu. Chleb na tym talerzu jest złamaniem halachy. Użyty jako znak akceptacji sugeruje, że homoseksualizm również jest naruszeniem religijnego prawa. Innymi słowy, naruszenie znaczenia symbolicznego jest tu minimalne. Wczesne feministki, które zalecały położenie kawałka chleba na sederowym talerzu w geście solidarności z Żydówkami lesbijkami, nie mówiły tym samym - i nie mogły mówić - że homoseksualizm nie jest złamaniem halachy. Wprost przeciwnie, zgadzały się (choć nieintencjonalnie) z tym, że nim jest. Deklarowały jedynie, że owo naruszenie prawa akceptują w imię innych wartości.

Stąd wziął się pomysł położenia na sederowym talerzu czegoś, co nie jest zakazane halachą. Heschel zaproponowała pomarańczę czyli owoc - nie tylko jako znak akceptacji osób o orientacji homoseksualnej, ale także jako symbol tego, że ci obecność tych ludzi w żydowskiej społeczności przynosi dobre owoce.

Na sederze, na którym byłam w sobotni wieczór, piękna, duża pomarańcza leżała w samym środku sederowego talerza. Dokładnie tam, gdzie powinna być.

02:17, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (23) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
Pesach burzy i naporu

Im bliżej było Pesach (które w tym roku rozpoczęło się w sobotę wieczorem), tym bardziej byłam wkurzona. Zupełnie nie miałam ochoty na żadne świętowanie. Z godziny na godzinę narastała we mnie dziwna, niezrozumiała irytacja. W końcu wzruszyłam w duchu ramionami i stojąc rano przed lustrem wymamrotałam do siebie: "a chrzanię to wszystko".

W wielu żydowskich domach przed Pesach trwało gorączkowe usuwanie z domu chamecu. Szukanie, szorowanie, izolowanie, koszerowanie. A ja cieszyłam się słońcem i piękną pogodą nie zwracając uwagi na złogi chamecowe w kuchni. W piątek przed południem religijni Żydzi dokonywali biur chamec, czyli rytualnego spalenia chamecu. Mój chamec nadal spokojnie leżał sobie w kuchennych szafkach. Wieczorem zapaliłam świece szabatowe i zajęłam się czytaniem.

Rankiem następnego dnia obudziłam się dostatecznie wcześnie, by pójść na nabożeństwo do synagogi. Otworzyłam oko, zerknęłam na stojący przy łóżku budzik, po czym przewróciłam się na drugi bok i zakryłam głowę kołdrą. Śniło mi się coś przyjemnego, choć już nie pamiętam co.

I wszystko byłoby dobrze. Moja faza buntu trwałaby sobie spokojnie dalej, gdyby nie to, że byłam zaproszona na pesachowy seder w sobotni wieczór. Zaproszenie było nie do odrzucenia (choć nie złożył go lokalny ojciec chrzestny).

Seder był wspaniały, po prostu. W niewielkim i doborowym gronie. Długi, zgodny z wszelkimi tradycjami, z czytaniem hagady, z mądrymi rozmowami nad znaczeniem poszczególnych elementów sederu, ze śmiechem, żartami i pieśniami. Z minuty na minutę moja przedświąteczna irytacja malała, aż w końcu nie zostało po niej najmniejszego nawet śladu. Nagle poczułam, że jestem nie tylko tam, gdzie powinnam być, ale także tam, gdzie chciałabym być - razem z innymi Żydami, wspominając wyjście z Egiptu.

Po powrocie do domu późno w nocy stanęłam przed kuchnią, popatrzyłam na całe to zachamecowane miejsce i zaczęłam się serdecznie śmiać.

Ta chwila burzy i naporu mogła być głupia, ale była mi potrzebna. Czasem trzeba odejść, choćby na chwilę i choćby metaforycznie, żeby potem móc wrócić i docenić miejsce, do którego się wraca. Najważniejsze zaś było może właśnie to, że wiedziałam, że wracam.

Chag sameach!

20:57, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
środa, 16 kwietnia 2008
Omijam

"Omijam kolorowe ostrowy burzanu, już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu..." Przypomniały mi się te słowa klasyka, gdy przeglądając różne strony internetowe oraz prywatne kalendarium wydarzeń istotnych, zdałam sobie sprawę z tego, że nie napisałam tu nic o obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim, o samym powstaniu ani o nadchodzącym święcie Pesach. Skojarzenie z Mickiewiczem mocno pokrętne, wywołane raczej samym słowem "omijam" niż realną treścią, ale w końcu kto w pełni kontroluje pogięte ścieżki własnych myśli. Ja w każdym razie na pewno ich nie kontroluję.

Dlaczego więc omijam czy też pomijam aktualnie rzeczy ważne? Chyba dlatego, że jestem zmęczona. Nie fizycznie, pływanie dobrze służy mojej kondycji, ale mentalnie.

Jestem zmęczona toczeniem jałowych rozmów o tym, czy istnieje naród palestyński. W czasie takich dyskusji czuję się jak ów przysłowiowy dziad gadający do obrazu. Dodatkowo ten obraz nie przedstawia jakiegoś kojącego nerwy, sielankowego obrazka, żadnego "Babiego lata". Ba, to nawet nie jest rozkosznie kiczowaty "Szał". Raczej chocholi taniec, a może wręcz to jest portert Doriana Gray'a w ostatnich fazach? Straszliwa gęba wykrzywiona nienawiścią - żydowska gęba, ku mojemu przerażeniu.

Jestem zmęczona wielkimi, wzniosłymi słowami o bohaterstwie, honorze i potrzebie pokoju. Nie przeczę - słowa są ważne, bardzo ważne i czasem należy używać również tych wzniosłych. Zbyt rzadko jednak towarzyszą im zwykłe, drobne, przyziemne i zupełnie pozbawione fajerwerków akty najzwyczajniejszego w świecie dobra. Dobra, które zaczyna się od uznania, że każdy człowiek - także mój przeciwnik - został stworzony becelem Elohim i w związku z tym poniżenie jego oznacza poniżenie śladu boskości, który on w sobie nosi.

Mam dziwne wrażenie, że ilość chamecu w naszych sercach i umysłach jest tak wielka, że żadne sprzątanie domu, żadne wydłubywanie chamecowych okruchów z kątów szafek już nam nie pomoże.

Polecam za to opowieść o dwóch ortodoksyjnych Żydach i pralce w drodze do Hebronu. Poczytajcie, a ja sobie odpocznę.

wtorek, 15 kwietnia 2008
Święte prawo własności

Czekałam, aż zapadnie zmrok, by cichym krokiem złoczyńcy wychynąć z domu celem dokonania kradzieży. Nie mam tak zupełnej pewności, czy to była kradzież, ściśle rzecz biorąc. Przedmiot tejże znajdujował się bowiem w miejscu, które może, ale nie musi wskazywać na jego przynależność do jakiejś osoby. Na wszelki wypadek wolałam jednak owego potencjalnie nielegalnego czynu dokonać po zapadnięciu ciemności. Ciemnośc, jak wiadomo, sprzyja złoczyńcom. Średnia to zresztą ciemność, bo cel moich niecnych poczynan znajdował się, niestety, w pobliżu latarni. Z drugiej strony jednak, jak wiadomo, pod latarnia właśnie jest najciemniej.

W każdym razie wychynęłam, w dłoni dzierżąc nieco już tępawy scyzoryk i skradałam sie w stronę obiektu. Następnie kilka ruchów ostrzem i szybka ewakuacja w bezpieczny rejon za zamkniętymi drzwami mieszkania.

Rezultat wysoce zadowalający - dwie piękne gałązki kwitnącej forsycji stoją sobie teraz na moim stole w szklanym wazonie. Ale cicho sza! Niewykluczone, że ten krzaczek jednak należy do sąsiada. Nikt mnie nie gonił, z czego wnoszę, że moja ewentualna kradzież przeszła niezauważona. Niewykrycie przestępstwa nie zmienia jednak jego natury. Co więcej muszę wyznać, że to juz recydywa z mojej strony. Czego ta wiosna nie robi z człowiekiem!

Wiosna wiosną, ale ostrożność należytą należy zachować. Rozliczne opowieści o właścicielach strzelających ze starej strzelby do osób, które przypadkiem zabłąkały się na pustym polu, które wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi jednak do kogoś należało, robią swoje. Gdzie jak gdzie, ale w Ameryce prawo własności świętym jest i basta.

piątek, 11 kwietnia 2008
Demony narodowe

Od czasu do czasu ktoś napisze coś mądrego. Od czasu do czasu w medialnym kalejdoskopie pojawi się tekst, po którego przeczytaniu można tylko bić brawo. Właśnie przeczytałam taki artykuł: test Dominiki Wielowieyskiej "Lekceważyłam nasz antysemityzm"

Moja droga była inna niż Wielowieyskiej. Urodziłam się wprawdzie poźniej, ale wcześniej poczułam ów "delikatny niepokój" spowodowany zasłyszanym czy przeczytanym gdzieś antysemickim tekstem. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek lekceważyła istniejący w Polsce antysemityzm, gdyż od samego początku budził on we mnie moralną odrazę połączoną ze szczerym zdumieniem, że takie poglądy można rzeczywiście głosić, że można w taki sposób myśleć, że można pleść jakieś horrendalne androny o żydowskich spiskach. Z jednej strony czułam więc spontaniczną zupełnie niechęć, a z drugiej - ciekawość. Niczym naukowiec śledzący przebieg choroby, śledziłam różne przejawy tej mentalnej paranoi. Niestety było ich całkiem sporo.

I było mi wstyd. Nadal jest mi wstyd.

Pamiętam zaciekłe dyskusje z kolegą z klasy w liceum. Jego ostateczny argument zawsze brzmiał tak samo: Polacy nie są większymi antysemitami niż inne narody. Moja odpowiedź również była niezmienna: i co z tego? Czy mamy się zadowalać tym, że nie jesteśmy gorsi niż inni? Czy nie powinniśmy przypadkiem chcieć być lepsi? Mamy się pocieszać faktem, że w innych społeczeństwach jest jeszcze więcej oszołomów niż w naszym? Rzeczywiście, wielki powód do radości...

Do szewskiej pasji doprowadzała mnie opinia, że pogrom kielecki był prowokacją. Nawet jeśli nią był - mówiłam wtedy - to co z tego? Jeśli była to prowokacja, to padła na podatny grunt i to jest najważniejsze!

Trochę żałuję, że Dominika Wielowieyska nie napisała tych słów wcześniej:

...głosy publicystów, którzy przekonują, iż książka Grossa wzmocni antysemityzm w Polsce, są dziwaczne. Mamy uciekać od rozliczenia tych wydarzeń dlatego, że ktoś stanie się przez to większym antysemitą? Pokręcona logika.

Już bardziej uzasadnione wydaje mi się przypominanie przypadków, kiedy to Polacy ratowali Żydów. To zdrowszy odruch samoobrony. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że wrogość Polaków wobec środowisk żydowskich nie była zjawiskiem marginalnym. Obojętność Polaków wobec Zagłady nie była czymś rzadko spotykanym. Marzec '68 nie był jedynie tworem komunistów. Poszukiwania dowodów, że za pogromem kieleckim stało od początku do końca UB, wydaje się żałosną próbą zagłuszenia wyrzutów sumienia. A zbrodnie nie były dokonywane jedynie przez ludzi z marginesu, wyrzutków społeczeństwa. Miały swoje korzenie w polskim antysemityzmie, niezwykle odpornym na działanie czasu. Wystarczy posłuchać, co dziś wygadują niektórzy zwolennicy Radia Maryja.

Dziś tym wszystkim faktom trzeba stawić czoło. W tej dziedzinie i prezydent Aleksander Kwaśniewski i prezydent Lech Kaczyński zrobili wiele dla poprawienia wizerunku Polski w świecie. Dlaczego więc dziś kardynał Stanisław Dziwisz utyskuje na wydawnictwo Znak, które wydało książkę Grossa, a nie umie zdobyć się na jasną deklarację, że Kościół polski czuje się spadkobiercą bpa Kubiny, a nie bpa Kaczmarka? Takiej jasnej deklaracji nie mogłam się doszukać w wypowiedzi żadnego z biskupów. Dlaczego Jerzy Robert Nowak może jeździć po kraju z antysemickimi wykładami, a kolejne parafie, kolejni proboszczowie udostępniają mu świątynie katolickie? I prawie nikt przeciwko temu nie protestuje. Jak to możliwe jest w XXI wieku? Czy książka Grossa nie obnażyła przypadkiem prawdziwej natury części Polaków, skrywanej, tłumionej, ale wciąż istniejącej? Dlaczego szef Radia Maryja może bezkarnie nazywać prezydenta oszustem, bo podobno chce oddać polski majątek obywatelom polskim pochodzenia żydowskiego?

Najwyższy czas, by przestać traktować antysemityzm jako folklor. Najwyższy czas, by Polacy dokonali rachunku sumienia, bez wykrętów i uderzania się w cudze piersi.

Podobne słowa powtarzałam kiedyś do znudzenia.

Dziś antysemityzm trapi mnie mniej. Nadal wstydzę się za Polaków, którzy głoszą antysemickie poglądy, ale mniej o nich myślę.

Po pierwsze dlatego, że Żydom antysemityzm nie jest do niczego potrzebny. Żaden antysemita nie będzie określał mojego żydostwa, nie będzie mi mówił, kim jestem, nie będzie decydował o mojej tożsamości czy wpływał na nią - nawet jeśli wpływać miałby tylko poprzez moją negację jego poglądów. Mój żydowski świat ma w sobie zbyt wiele piękna i wielkości, żebym miała koncentrować uwagę na nienawistnikach. Oczywiście, wiem, że istnieją i staram się ich nie lekceważyć. Nie pozwolę im jednak zdominować mojego życia.

Drugi powód jest niestety bardziej smutny. Odkryłam mianowicie również świat Żydów - oszołomów. Żydów pełnych jadu i nienawiści. Żydów, którym duma i radość z powodu istnienia państwa Izrael i odrodzenia hebrajskiej kultury kompletnie poplątała się z fetyszyzmem, który każe bronić każdego posunięcia izraelskiego rządu, niezależnie od tego, jak byłoby głupie. Odkryłam Igala Amira, rabina Kahane i Barucha Goldsteina.

Kiedyś miałam jeden naród. Teraz mam dwa. I każdy z nich ma swoje demony.

Szabat szalom.

środa, 09 kwietnia 2008
Spakowana walizka

Jeden z moich ukochanych filozofów, Ludwig Wittgenstein, napisał kiedyś tak do swojego przyjaciela:

Jesteś jak człowiek, który wprowadza się do mieszkania i mówi: "o, to tylko tymczasem" i nie rozpakowuje walizek. To jest w porządku - na jakiś czas. Ale jeśli on nie może znaleźć lepszego miejsca albo nie może się zdecydować i powiedzmy zaryzykować przeprowadzki do całkiem innego miasta, wówczas powinien rozpakować walizki i zamieszkać w tym miejscu niezależnie od tego czy jest ono dobre czy złe. Bo wszystko jest lepsze niż życie w wiecznym oczekiwaniu.

Żyję z nierozpakowaną walizką już prawie cztery lata. I ciągle nie mogę się rozpakować, choć wiem, że Wittgenstein miał rację.

poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Śpiewające kardynały

To aktualnie najpiękniejszy ptasi śpiew w Bloomington. I chyba najbardziej charakterystyczny - śpiew kardynałów.

Słucham go każdego poranka, leżąc jeszcze pod kołdrą. Słucham go w słoneczne popołudnia, takie jak dziś, kiedy ruch samochodowy jest minimalny, studenci nie balują i nic nie zagłusza kolejnego dumnego samczyka reklamującego swoje nowe gniazdo na wysoki połysk i poszukującego małżonki. Słucham go przed zachodem słońca, kiedy niestrudzone samczyki żegnają kolejny dzień.

To głos bloomingtońskiej wiosny, która jednak do nas zawitała, wbrew moim najśmielszym oczekiwaniom mocno schłodzonym marcowym śniegiem.

piątek, 04 kwietnia 2008
Rabin Elijahu błyszczy

Były główny sefardyjski rabin Izraela, Mordechaj Elijahu, stanowczo należy do moich ulubieńców. Od czasu do czasu z jego ust wypłynie jakaś mądrość przeogromna, która mnie porazi kompletnie paraliżując umysł i wszystkie zmysły. Jak już nieco się otrząsnę zaś, to ogarnia mnie po prostu czysta furia.

Wczoraj rabin Elijahu uczestniczył w specjalnym nabożeństwie w jerozolimskiej jesziwie Merkaz HaRaw. Zebrani, ponad 1000 osób, upamiętnili ofiary zamachu, który miał tam miejsce miesiąc temu. Zginęło w nim 8 studentów jesziwy. Zebrani na pewno odmówili kadisz. Niestety nie ograniczyli się do tego.

Rabin Elijahu niestety zabrał głos. "Nawet jeśli szukamy zemsty, trzeba jasno powiedzieć jedno - życie jednego chłopca z jesziwy jest warte więcej niż życie 1000 Arabów", powiedział.

Można się wyłącznie załamać po usłyszeniu czegoś takiego, ale mam poważne obawy, że zebrani na nabożeństwie wcale tak nie zareagowali.

Jesziwa Merkaz HaRaw jest nie tylko jedną z jerozolimskich jesziwot. Jest główną jesziwą ruchu religijnych syjonistów. Ma za sobą wielką przeszłość. Jest symbolem. Atak na nią był atakiem na symbol. Zginęło w nim ośmiu młodych chłopaków z krwi i kości, ale symboliczny wymiar zamachu nie był mniej istotny.

Zrozumiała jest żałoba, zrozumiały jest gniew. Zrozumiałe jest nawet pragnienie zemsty, choć ono powinno być trzymane w szachu przez poszanowanie dla prawa. Wypowiedzi jawnie rasistowskie zrozumiałe już jednak nie są. Są wyłącznie obrzydliwe i oburzające.

Wypowiedź rabina Elijahu nagłośniły niektóre izraelskie media. I słusznie. Powinny być one nagłośnione i napiętnowane. Tym bardziej, że padły z ust człowieka wpływowego politycznie i stanowiącego dla niektórych moralny autorytet. Rabin Elijahu nie jest bowiem jakimś oszołomem z marginesu, nie jest marginalnym Bublem izraelskiej sceny publicznej. Jest jednym z moralnych i duchowych liderów poważnego ruchu religijnych syjonistów. Ruchu tyleż religijnego, co politycznego.

Takie i podobne wypowiedzi trzeba nagłaśniać i potępiać zanim będzie za późno, zanim się okaże, że duch rabina Kahane, którego rasistowska partia została w Izraelu zdelegalizowana, zmartwychwstał i miewa się znakomicie.

Czasem, gdy czytam informacje z Izraela, wydaje mi się, że może już jest za późno. Wedle niedawno opublikowanego sondażu ponad 70% izraelskich Żydów opowiada się na tym, żeby po powstaniu państwa palestyńskiego usunąć z Izraela Arabów, którzy mają izraelskie obywatelstwo. Ponad 70%!

Trzeba się modlić. Haszem aszer ose szalom aleinu weal kol Jisrael. Ale modlitwa to nie dość. Trzeba także protestować i krzyczeć. Póki nie jest za późno.

17:46, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (21) »
czwartek, 03 kwietnia 2008
A po co to wszystko?

Zanim wsiedliśmy kilka lat temu do pociągu relacji Warszawa - Berlin, uprzedziłam Brata, że wizyta w tym mieście nie obejdzie się bez zwiedzenia wszystkich możliwych miejsc związanych z historią Żydów. Brat zgodził się na wszystko bez oporów i przeszedł mocno przyśpieszony kurs edukacyjny na temat judaizmu.

Szczególnie wiele pytań zadawał, kiedy zwiedzaliśmy berlińskie muzeum żydowskie. Oglądaliśmy kolejne eksponaty, a ja starałam się w ramach możliwości wyjaśnić Bratu wszystko, co mogło być przydatne w danym przypadku. Brat słuchał z zaciekawieniem i cierpliwością. Opowiadałam o różnych wydarzeniach z przeszłości, o obyczajach, o architekturze...

W trakcie opowieści o prawach kaszrutu, a chyba dokładnie w momencie, gdy wspomniałam o konieczności posiadania osobnych kuchennych utensyliów do produktów mlecznych i mięsnych, Brat wyraził nieśmiały sprzeciw:

- Ja wszystko rozumiem. Poza jednym: jaki to wszystko ma sens? Po co to wszystko?

Dobre pytanie. Właściwie każdy religijny Żyd powinien je sobie zadawać codziennie rano, żeby wiedzieć, po co robi to, co robi. Po co wykonuje te wszystkie dziwne czynności rytualne. Po co w ogóle zawraca sobie głowę jakimiś regułami zapisanymi przez rabinów w wielkich księgach setki lat temu.

Musiałam chwilę pomyśleć, żeby dać Bratu odpowiedź, która byłaby zarazem krótka i rzeczywiście coś wyjaśniająca. Odpadała odpowiedź w rodzaju "robimy to, bo tak tradycja nakazuje". Pytanie dotyczyło bowiem sensu tych wszystkich nakazów.

- Ostatecznie chodzi o to, żeby każdy dzień, prawie każdy moment każdego dnia, każdą czynność umieścić w kontekście szerszym niż kontekst codzienności - zaczęłam - Jakkolwiek pompatycznie to brzmi, chodzi o uświęcanie siebie i swojego życia. Haszem mówi w Torze: "Bądźcie święci, jak Ja jestem święty" i to jest podstawowe przykazanie. Oczywiście jest ono zbyt ogólne, żeby miało uchwytny sens albo żeby dało się z niego wyprowadzić jakieś precyzyjne wskazówki praktyczne. Toteż potrzebne są dodatkowe, bardziej szczegółowe wskazania. I jakby absurdalne się czasem nie wydawały, prawie zawsze można wyśledzić ich źródło w nakazie uświęcania siebie.

Brat pokiwał głową. Cóż miał innego począć, tak naprawdę? Ja się zaś rozpędziłam i zaczęłam mu dalej tłumaczyć, w jaki sposób reguły dotyczące pożywienia zmieniają zwykłe dostarczanie paliwa organizmowi w coś więcej. Kaszrut uczy i przypomina, że ostatecznie wszystko, co jemy, zawdzięczamy (K)omuś (I)nnemu. Uczy nas również uważności. Nie mogę wrzucić na ruszt czegokolwiek, byle tylko zaspokoić swój głód, gdy wracam do domu po zajęciach czy pracy. Posiłek musi być nie tylko koszerny i koszernie przygotowany. Przewidziane jest także wypowiedzenie odpowiednich blogosławieństw przed i po jedzeniu. W ten sposób coś, co mogłoby być po prostu zapchaniem pustego brzucha, staje się rytuałem religijnym - wprowadzeniem innego wymiaru w moją codzienność.

Z czasem być może oba te wymiary - kadosz i chol, sacrum i profanum - przestają tak naprawdę istnieć, bo każdy moment i aspekt życia staje się przesiąknięty sacrum. Taki stan osiągają może caddikim.

Czy to oznacza, że koniecznie trzeba tych wszystkich reguł przestrzegać? Czy judaizm głosi, że to jedyna droga? Nie, niczego takiego nie mówi. To jest droga dla Żydów. Zdaniem niektórych, a na pewno zdaniem tradycji, najlepsza droga dla Żydów. Inni mają własne.

22:20, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2