Ponownie na Midweście
środa, 29 kwietnia 2009
Waszyngtońskie Chinatown

Nie bywam w waszyngtońskim Chinatown zbyt często. Można tam owszem bardzo tanio zjeść, ale niestety dziwnym trafem wcale nie jest tam koszernie, a i dania wegetariańskie nie występują w obfitości. Warto tam jednak czasem zajrzeć i to wcale nie po to, aby zobaczyć jakiegoś Chińczyka.

Dla każdego, kto choć raz odwiedził największe poza Chinami Chinatown na świecie - nowojorskie rzecz jasna - wizyta w waszyngtońskim musi być wielkim rozczarowaniem. Rozczarowaniem, któremu będzie towarzyszyć poczucie dziwnej schizofrenii.

Wysiadającego na stacji metra Gallery Place - Chinatown powita widok taki oto:


To coś, to łuk przyjaźni - znak siostrzanej relacji pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Łuk zaprojektował Alfred H. Liu. Kosztowało to dzieło milion dolarów, a odsłonięte zostało w 1986 roku. Mam wątpliwości co do tego, czy warto było na łuk wydać takie ciężkie pieniądze, ale powiedzmy, że po prostu nie jestem fanką tego typu architektury.

Łuk w każdym razie jest. W przeciwieństwie do Chińczyków. W waszyngtońskim Chinatown od dawna ich nie ma. Pojawili się w okolicy w latach 30, gdy budowa gmachów rządowych wygoniła ich z rejonu Pennsylvania Avenue. Ciosem dla Chinatown - i wielu innych dzielnic Waszyngtonu - były zamieszki, które wybuchły w mieście w kwietniu 1968 po zabójstwie Martina Luthera Kinga. Chinatown zostało zdewastowane i zrujnowane. Mieszkańcy postanowili się wyprowadzić. Wyprowadzili się na znacznie spokojniejsze i bezpieczniejsze przedmieścia, śladem wszystkich innych mniejszości, które spokojnie się asymilują i powoli zaczynają wspinać po społecznej drabinie ogólnej zasobności.

Kiedy postanowiono Łuk Przyjaźni Chińczyków w Chinatown już praktycznie nie było. Samo serce dzielnicy zniszczono dziesięć lat później, aby w miejscu niewielkich kamienić postawić wielką halę znaną dziś jako Verizon Center - miejsce, w którym grają m.in. hokeiści z Washington Capitals oraz koszykarze z Washington Wizards.

Dziś Chinatown to praktycznie jedno skrzyżowanie. Plącze się po nim mnóstwo ludzi, to fakt. Głównie turystów, których zapraszają serdecznie liczne restauracje, z których wiele nie ma z Chinami nic wspólnego. Jest także ok. 20 podobno restauracji azjatyckich, niektóre z nich malutkie, jakby nieco wstydliwie wciśnięte w piwnice. Na przystankach autobusowych poza turystami widzi się główie Afroamerykanów. Wielu z nich nie wygląda na zasobnych, oględnie rzecz ujmując.

Skąd zaś wrażenie lekkiej schizofreniczności tego miejsca? Ktoś otóż wpadł kiedyś na pomysł światły bardzo, by rewitalizację chińskiej dzielnicy wesprzeć lokalną legislacją dotyczą tego, w jakich językach w Chinatown mają być eksponowane publicznie napisy. Efekt jest co najmniej ciekawy:


Co ma sens w realnie chińskim Chinatown w Nowym Jorku wydaje się kompletnie absurdalne w Waszyngtonie. Kto u licha ma czytać te napisy? Światli legislatorzy wiedzą jednak lepiej.

W ostatnich latach w Chinatown rozkwitł biznes transportowy. To nowa atrakcja dzielnicy. Z Chinatown można prywatnymi autobusami za bardzo przystępną cenę pojechać między innymi do Nowego Jorku. Cena za przejazd w obie strony ma się do ceny oferowanej przez kolej (nie mówiąc o liniach lotniczych) mniej więcej tak samo, jak w Polsce cena obiadu w chińskim barze do tej w porządnej restauracji. Trudno się dziwić, że Chinatown Bus zrobiły się szybko ogromnie popularne. Sama zamierzam z jednego z nich skorzystać jakiegoś pięknego dnia, kiedy wolnego czasu nabiera się dość, by ponownie odwiedzić Nowy Jork i prawdziwe Chinatown.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Z dziennika podróży idiotki

Nadeszła pora na pełne, jak to mawiają tutaj, disclosure, czyli odsłonę faktów. Po kilku latach funkcjonowania w cyberprzestrzeni za pośrednictwem tego bloga czas na to, byście wiedzieli, Drodzy Czytelnicy, z kim macie do czynienia. A macie do czynienia z idiotką.

Do tak sformułowanej samooceny zmusiły mnie następujące okoliczności: siedzę na wózku bagażowym nieopodal jednego z wejść do terminalu lotniska Washington Dulles. Wózek jest zupełnie niezłym miejscem do siedzenia, stwierdzam, choć nieco mi już zdrętwiały podkurczone nogi, na których trzymam otwartego laptopa. Obok podkurczonych nóg stoi sobie kubek z kawą. Pod ręką mam także paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Czułabym się całkiem swojsko, gdyby nie to, że na moją skromnie koczującą na wózku osobę czasem dziwnie zerkają przechodzący funkcjonariusze policji i lotniskowych służb porządkowych. Jeden z nich nawet spytał mnie uprzejmie, czy przypadkiem niczego mi nie potrzeba. O mało nie odpowiedziałam spontanicznie - owszem, rozumu!

Bliski kontakt z wózkiem bagażowym jest bowiem prostą konsekwencją braku tegoż. Kupiłam sobie parę dni temu bilet na lot do Indianapolis. Wylot w niedzielę o 10:15. Wstałam przed świtaniem, gdyż dojazd do lotniska Dulles wymaga czasu (pod tym względem jest to zupełnie fatalne lotnisko). Podjechałam opustoszałym metrem (kto jeździ metrem w niedzielę o tak wczesnej porze?) do jeszcze bardziej opustoszałego autobusu, który całkiem szybko jechał autostradą w stronę lotniska. Dojechałam na czas, jak mi się zdawało.

Problemy zaczęły się przy check-in. Względnie przyjazna zwykle maszyna do samodzielnego przeprowadzenia tej operacji z uporem powtarzała mi, że nie mogę nadać bagażu wcześniej niż na cztery godziny przed odlotem. Popatrzyłam na zegarek - jakie cztery godziny, skoro odlatuję za mniej niż półtorej? Z pomocą przyszła mi pani z obsługi United Airlines. Ależ pani ma lot o 10:15 pm! - powiedziała, a mi odebrało mowę.

Pani miała rację, oczywiście. Na rezerwacji jak drut jest napisane 10:15 pm. Dobrze, że choć dzień się zgadza...

Uprzejma pani wpisała mnie na listę pasażerów, którzy będą próbowali się wepchnąć na pokład samolotu lecącego do Indianapolis koło południa. Samolot jest mały, osób z nadzieją na łut szczęścia jeszcze dwie, więc szanse są dość ograniczone. Następna możliwość do lot gdzieś koło piątej popołudniu. W najgorszym zaś razie czeka mnie czekanie do późnych godzin nocnych.

W tej sytuacji zarówno zaprzyjaźnienie się z wózkiem bagażowym, jak i krytyczna samoocena, wydały mi się jak najbardziej na miejscu.

Zastanawiam się, czy mam jakieś inne wytłumaczenie dla wyraźnych przejawów umysłowego otępienia. Przed laty złapał mnie w warszawskim tramwaju kontroler biletów. Nie miałam przy sobie żadnych dokumentów. Gdy w odpowiedzi na pytanie, gdzie studiuję, usłyszał, że w Instytucie Filozofii, pokiwał głową z politowaniem i westchnął: "filozof..." Nie wypisał mandatu.

Może i tym razem powinnam sobie westchnąć w duchu "filozofka"... Diogenes miał swoją beczkę, ja mam nie swój wózek bagażowy.

czwartek, 16 kwietnia 2009
Pożegnanie z macą

"Przez siedem dni będziecie jedli mace..."

Szemot 12:15

Siedem dni jedzenia macy dobiega końca.

Symbolika macy i chamecu jest bardzo bogata, a niemal każde pokolenie nadaje jednemu i drugiemu kolejne znaczenia. Podstawowe wymiary pozostają jednak bez zmian (inaczej tradycja zapewne nie byłaby tradycją).

Podczas pesachowego sederu najmłodszy jego uczestnik zadaje cztery pytania. Jedno z nich dotyczy właśnie macy:

Ma nisztana halajla haze? Szebechol haleilot anu ochlin chomec umaca. Halaila haze kulo maca.

Czym różni się ta noc od wszystkich nocy? [Dlaczego] każdej nocy jemy chamec i macę, a tej nocy tylko macę?

Odpowiedź zasadnicza jest zawarta w tekście hagady - opowieści o wyjściu z Egiptu. Prowadzący seder w pewnym momencie pokazuje zebranym przy stole macę i mówi:

Dlaczego jemy macę? Bo ciasto, które przygotowywali nasi przodkowie, nie zdążyło wyrosnąć, gdy Król królów, Święty, niech będzie błogosławiony, objawił się im i wybawił ich, jak jest napisane: "Z ciasta, które wynieśli z Egiptu, upiekli niewyrośnięte placki [mace], bo się nie zakwasiło, gdyż nagleni do wyjścia z Egiptu nie mogli zwlekać i nie przygotowali zapasów żywności.

Hagada na Pesach

Macę jemy więc zasadniczo na pamiątkę dawnego wydarzenia, jednego z wydarzeń, które ukonstytuowało żydowską religię i żydowski naród. Nie jest to jednak wyłącznie zabieg mnemotechniczny. Jak mówi nam hagada, każdy Żyd ma postrzegać siebie tak, jak gdyby to on wyszedł z Egiptu. Nie chodzi zatem tylko o pamięć, ale i o reaktualizację mitu - każdy uczestnik pesachowego sederu ma uczynić siebie jego częścią.

Pojawiło się pytanie o to, czy maca nie jest aby chamecem. Na wszelki wypadek wyjaśnię tę kwestię tutaj.

Otóż nie, maca stanowczo chamecem nie jest, choć jest zrobiona z mąki i wody. W robieniu macy liczy się czas. Maca musi być gotowa w mniej niż 18 minut. Nie więcej niż 18 minut może upłynąć od momentu połączenia mąki z wodą, do momentu wyjęcia z pieca gotowej macy. Inaczej zamiast koszernej na Pesach macy mamy całkiem niekoszerny na Pesach chamec.

Za macą nie przepadam, więc bez szczególnego żalu pożegnam się z jedzeniem jej w większych ilościach niż dwa płatki, których zwykle używam w piątkowe wieczory zamiast tradycyjnej szabatowej chałki. Ściśle rzecz biorąc jestem chwilowo tak przesycona macą, że jutro z pewnością użyję czegoś innego.

Nie ukrywam także, że z przyjemnością powitam na nowo w mojej diecie chamec w całym bogactwie jego form i smaków. Może na obiad zjem ryż z makaronem zagryzając je chlebem?

Zanim jednak nadejdzie ten miły moment, trzeba się pożegnać z macą. Tym razem - na osłodę - specjalna, jak najbardziej koszerna - maca w czekoladzie:


19:59, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
środa, 08 kwietnia 2009
Pesachowa gotowość bojowa

Stoczyłam przedświąteczną batalię z chamecem. Chamec został otoczony, odizolowany, stłamszony i usunięty z pola widzenia. Skapitulował, bo co miał biedak począć. Zasadniczo mam do chamecu stosunek pozytywny - płatki śniadaniowe! - ale nie jestem do niego przesadnie przywiązana. Gorzej, gdy przychodzi do pożegnania się z kitnijot. W tym smutnym momencie zawsze ogarnia mnie żal, że nie mam męża Sefardyjczyka.

Kitnijot to między innymi ryż, kukurydza, soczewica, fasola, proso, soja, groszek, sezam, mak. Żaden z tych produktów nie jest chamecem - nie zaczyna fermentować po 18 minutach kontaktu z wodą - ale wszystkie są w tradycji aszkenazyjskiej zakazane.

Zakaz wiąże się z tzw. budowaniem ogrodzenia wokół Tory. Chodzi mianowicie o to, by zminimalizować możliwość niezamierzonego przekroczenia zakazu.

Średniowieczni rabini rozumowali w sposób następujący - produkty z kitnijot bywają trudne do rozróżnienia od tych z chamecu lub zawierających chamec. Jak na przykład odróżnić mąkę z ryżu od mąki z pszenicy? Dodatkowo, sądził rabin Josef Karo, chamec może przypadkiem wymieszać się z kitnijot. Lepiej zatem, na wszelki wypadek, zakazać jedzenia kitnijot i produktów pochodnych.

Żydzi sefardyjscy nigdy nie przyjęli tego zakazu. Mogą zatem spokojnie objadać się w Pesach fasolą i ryżem. Stąd westchnienie pod adresem nieistniejącego męża sefardyjczyka - w judaizmie żona przejmuje tradycje rodziny męża (czego innego spodziewać się po patrialchalnej religii).

Kitnijot można - w odróżnieniu od chamecu - w Pesach posiadać. Nie trzeba ich wyrzucać czy sprzedawać, wystarczy odizolować.

Chowając wszystkie kitnijotowe produkty zaczęłam się martwić, że czeka mnie w Pesach śmierć głodowa. Znaczna część mojej diety opiera się na rzeczach w Pesach zakazanych.

Od wiszącej nade mną grozy uratowała mnie Sporothrix z Mężem - zawieźli mnie do znajdującego się na przedmieściach Waszyngtonu koszernego supermarketu, w którym tłum kłębił się pomiędzy półkami zapchanymi produkatami koszernymi na Pesach. Czegóż tam nie było!

Najbardziej ucieszył mnie makaron. Makaron koszerny na Pesach? Makaron bezchamecowy? Oczywiście - od czego jest mąka ziemniaczana i jajka! Z mąki ziemniaczanej, jak się okazuje, można zrobić wszystko. Mam więc i makaron, i śniadaniowe chrupki:

Da się przeżyć. Szkoda tylko, że wszystkie produkty koszer le Pesach są takie drogie...

17:55, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (16) »
wtorek, 07 kwietnia 2009
Ktoś zwątpił

Takiego oto dolara - z wyznaniem - dostałam w niedzielę w sklepie

confession

piątek, 03 kwietnia 2009
Wiosna w DC

Chyba zapomniałam napisać, że jest wiosna! Pierwsze jej objawy pojawiły się już jakiś czas temu, ale oficjalnie rozpoczęła się dopiero w ubiegły weekend - wraz z inauguracją Cherry Blossom Festival.

Kwitnące obłędnie wiśnie poszłam oglądać dziś. Moja Jednostka Badawcza znajduje się tuż przy Tidal Basin, która obsadzona jest japońskimi wiśniami.

Wiśnie zaś - poza tym, że obsypane kwiatami - są również otoczone przez rój turystów z najróżniejszych miejsc, którzy przyjeżdzają do stolicy napawać się widokiem i zapachem. Zapobiegliwe służby miejskie przygotowały okolice Tidal Basin na zalew turystów.

Kwitną w mieście także magnolie...

...i dzikie jabłonki, które myślący architekci przestrzeni powtykali w najrozmaitsze miejsca zmieniając przeciętną miejską okolicę w prawdziwie wiosenną radość dla oka (i obiektywu).

A Kakofonia urywa się z pracy w Jednostce, łazi po okolicy, pogląda ptaki...

...karmi wiewiórki...

...i cieszy się z tego, że jest Kakofonią w wiosennym Waszyngtonie.

Szabat szalom.

czwartek, 02 kwietnia 2009
Simcha

W tradycji chasydzkiej wiele miejsca poświęca się radości (simcha). Simcha jest, z jednej strony, owocem wiary (emuna) i ufności (bitachon), a z drugiej strony - ową wiarę i ufność wspiera czy nawet umożliwia. Smutek jest grzechem, bo osłabia zarówno wiarę, jak i ufność.

Człowiek nie powinien zagłębiać się w rozmyślania nad każdym swoim uczynkiem, bo celem złej inklinacji jest obudzenie lęku, który prowadzi do rozpaczy. Rozpacz jest przeszkodą w oddawaniu czci Stwórcy, niech będzie błogosławiony.

Ziwat ha-Ribasz

Tyle słynny Baal Szem Tow.

Doświadczenie podpowiada mi, że Baal Szem Tow miał rację. Do Boga zawsze jest mi bliżej w chwilach radosnych niż w momentach trudnych, bolesnych i smutnych. Wiem o tym dobrze, gdyż obdarzona naturą kłapouszą, bliżej znam te drugie niż te pierwsze.

Nigdy nie trafiało mi do przekonania często powtarzane stwierdzenie "jak trwoga, to do Boga". Zgodnie z takim podejściem religia narodziła się ze strachu - ze strachu przed nieznanym, ze strachu przed śmiercią. Dokładnych źródeł lęku wskazywano wiele.

Korzystając ze świetnego tytułu jednej z książek Emanuela Levinasa - "Bóg, który przychodzi na myśl" - powiedziałabym, że mi Bóg nie przychodzi na myśl, gdy się czegoś obawiam, gdy ogarnia mnie smutek, gdy dopada mnie rozpacz. Rozpacz, smutek i lęk, podobnie jak ból, zacieśniają świadomość do jednego punktu - do źródła tych uczuć

Ja myślę, że wiara rodzi się raczej z zachwytu, z jakiegoś radosnego zadziwienia. Może dlatego Marek Aureliusz nie był i nie mógł być religijny. Stoicyzm jest teorią odwagi, teorią bohaterskiego radzenia sobie z rzeczywistością i choć jest, dla mnie przynajmniej, nie tylko przekonujący, ale i piękny, to jednak trudno nie zauważyć, że pozbawiony jest radości. Stoik godzi się ze światem i z losem, ale nie przyjmuje swojego losu z radością.

Ufność i wiara są wzajemnie zależne. Podobnie radość, która jest podstawowa - radosna akceptacja własnego losu.

Icchak Josef z Komarna, Netiw micwotecha

Być może to brak owej radości spowodował, że ledwie przebrnęłam przez Purim, a dziś bez entuzjazmu myślę o nadchodzącym Pesach. Cóż poradzić jednak, prawdę mówiąc, Marek Aureliusz zawsze był mi bliższy niż Baal Szem Tow.

19:07, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »