Ponownie na Midweście
czwartek, 31 maja 2007
Idź dziecię, ja cię uczyć każę...

Z różnych powodów czuję się nieco nieswojo po przylocie do Polski. A im głębiej w las, tym nie tylko drzew więcej, ale i powodów do dziwnego samopoczucia przybywa. Nie minęły jeszcze dwa tygodnie od przylotu, a już czuję przesyt polską rzeczywistością. Z bliska wygląda ona naprawdę gorzej niż z dystansu transoceanicznego.

Ledwie nieco ochłonęłam po seksualnej lustracji Teletubisia, a z nagłówków medialnych zaatakowała mnie nowa lista lektur opracowana przez ministerstwo edukacji. Po zapoznaniu się z nią stanowczo postanowiłam sobie w duchu, że jeśli będę miała dzieci, to do polskiej szkoły ich nie poślę. Zrobię także co w mojej mocy, by moja mała bratanica kształciła się albo w ramach staromodnego systemu nauczycieli prywatnych i domowych albo gdzieś z dala od alei Szucha i urzędujących przy niej mędrców, którzy ociekają wręcz żądzą wpajania w młode głowy jedynie słusznego wzorca polskości, w którym nie tylko żadnych świętości się nie szarga, ale przed każdą świętą krową narodową pada się plackiem.

środa, 30 maja 2007
Jerusza - Jeruszalaim

Skoro już jestem przy słowie "jerusza", to dodam, że wedle jednego z etymologicznych objaśnień nazwy Jeruszalaim, pochodzi ona właśnie z połączenia dwóch słów: jerusza i szalom, czyli dziedzictwo i pokój.

Druga możliwość: Jeruszalaim wzięło się z połączenia słowa jerusza oraz Salem, nazwy miasta, które znajdowało się w tym samym, co Jerozolima miejscu i które wspomniane jest w księdze Bereszit.

To odkrywanie nowych wymiarów sensu znanych słów i pojęć, które towarzyszy mi w nauce hebrajskiego, jest źródłem ogromnej przyjemności, muszę wyznać. Polecam to wam wszystkim!

17:45, kakofonia , Judaizm
Link Dodaj komentarz »
Dziedzictwo

Biblia ma dwa słowa na oznaczenie przemiotu dziedziczenia: nachala (נחלה) oraz jerusza/morasza (ירושה\מורשה) (te dwa są pokrewne).

Nachala spokrewnione jest ze słowem nachal (נחל), które oznacza strumień. Szesnastowieczny mistyk, Menachem Azaria, objaśniał, że nachala to dziedzictwo, które płynie naturalnie, jak strumień, z pokolenia na pokolenie, bez przeszkód.

Jerusza/morasza tymczasem ma inny sens. Czasownik, z którym oba te słowa są związane, oznacza mniej więcej "objąć w posiadanie", a zatem wskazuje na konieczność podjęcia pewnych działań. Tutaj dziedziczenie nie jest bezproblemowe. Wiąże się z jakimiś warunkami, jest w pewien sposób nienaturalne.

Menachem Azaria zwraca uwagę, że słowo jerusza pojawia się w jednym z ważniejszych może zdań biblijnych; w zdaniu, które zawiera zarazem obietnicę, jak i nakaz:

צדק צדק תרדף למען תחיה וירשת את הארץ אשר יהוה אלהיך נתן לך

Dąż wyłącznie do sprawiedliwości, abyś żył i posiadł ziemię, którą ci daje Pan, Bóg twój.

[Dewarim/Deut 16:20]

Ziemia i życie są jeruszot - ich posiadanie związane jest z wypełnieniem warunku: z dążeniem do sprawiedliwości. Bóg je daje, ale nie bezwarunkowo. To zaś sugeruje, że jeśli warunek nie zostanie wypełniony, dar może zostać odebrany.

W odniesieniu do ziemi ta myśl powraca często u proroków, którzy niestrudzenie przypominali Jisraelowi o tym, że na ziemi, która została mu dana, musi praktykować sprawiedliwe rządy. Ta sama idea obecna jest także, na przykład, w politycznych wypowiedziach Martina Bubera na temat syjonizmu, tego, czym powinien być i jak powinien być realizowany. O tym jednak przy innej okazji.

Drugie ważne zdanie, w którym pojawia się to rozumienie dziedzictwa:

תורה צוה לנו משה מורשה קהלת יעקב

Mosze dał nam Torę - dziedzictwo społeczności Jaakowa.

[Dewarim/Deut 33:4]

Ten fragment odsyła do zdania rabiego Jose, o którym pisałam poprzednio. Tora jest tu opisana jako morasza, czyli znowu - nie jako dziedzictwo bezproblemowe, które przyjdzie bez wysiłku, tylko dziedzictwo, na które trzeba zasłużyć.

Tradycja jest krucha i jej trwanie, jej kontynuacja nie jest wcale dana ani oczywista. Tradycja trwa, jeśli trwa, dlatego, że są ludzie, którzy wciąż na nowo są w stanie tchnąć w nią życie, zupełnie jak Haszem tchnął życie w nozdrza pierwszego człowieka. Nie możemy jednak z góry zakładać, że "wszystko będzie dobrze" i że niezależnie od naszych działań to, co w tradycji cenimy, będzie istniało dalej. Wszystko może trafić szlag. I całkiem sporo zależy tutaj od każdego z nas.

17:39, kakofonia , Judaizm
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 maja 2007
Tora i tradycja

Rabi Jose uczył (...) sam siebie przygotuj do studiowania Tory, bo nie jest ci dana w dziedzictwie.

[Pirke Awot 2:17]

To zdanie jest zaskakujące. Jeśli cokolwiek jest dziedzictwem Żydów, to przecież właśnie Tora. Talmud stwierdza, że Żyd, który odmawia uczenia Tory innego Żyda, odbiera mu jego dziedzictwo, odbiera mu coś, co należy do niego z racji urodzenia.

Rabi Jose przestrzega przed pójściem na łatwiznę, przed traktowaniem Tory jako czegoś, co dostaliśmy i co mamy na własność niezależnie od tego, co robimy. Jako czegoś oczywistego. Nie, na Torę trzeba zapracować. Żyd nie otrzymuje Tory w taki sam sposób, w jaki dostał tendencje do tycia po dziadku, kolor oczu po matce, a słabe krążenie po ojcu.

W jaki sposób zatem? "Przygotuj siebie do studiowania". Torę obejmuje się w posiadanie poprzez studiowanie jej. Nie wystarczy na półce mieć Pięcioksięgu, Talmudu, komentarzy i kodeksów. Trzeba je znać, trzeba je nieustannie zgłębiać.

Często wracam do tego zdania rabiego Jose. Teraz przypomniało mi się ono w związku ze stwierdzeniem T.S. Eliota:

Tradycja (...) nie może być odziedziczona i jeśli jej pragniesz, musisz zdobyć ją wielkim wysiłkiem.

[T.S. Eliot, Tradition and the Individual Talent]

O tradycji zwykle myśli się właśnie jako czymś danym, dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. Tradycja jest jak rzeka, na której brzegach zamieszkują kolejne pokolenia. Jeśli nie urodzisz się w pobliżu rzeki, nigdy nie stanie się ona twoją rzeką. W tradycji można się urodzić i wychować, nie da się do niej wejść z zewnątrz.

Zarówno rabi Jose jak i T.S. Eliot sugerują inny sposób myślenia o tradycji. Tutaj tradycja jest czymś nieoczywistym, czymś zdobywanym za każdym razem od nowa. W ten sposób wobec tradycji nie ma outsiderów i insiderów, bo wszyscy są równie outsiderami, wszyscy muszą ją dopiero zdobyć. Nie wystarczy po prostu urodzić się Żydem. Trzeba jeszcze jakichś działań, by objąć żydowskie dziedzictwo.

Dla mnie to ważne dlatego, że przy takim rozumieniu tradycji - i Tory - zarówno ja jak i Żyd z urodzenia jesteśmy równi. Oboje musimy na Torę zapracować.

20:03, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 maja 2007
SkyMall

Obowiązkowe podczas lotów długich jest wnikliwe studiowanie katalogu firmy SkyMall. Urok tego typu publikacji przybliżył mi początkowo Umberto Eco, który bodaj w którychś "Zapiskach na pudełku od zapałek" z wyraźną lubością opisywał rozmaite frapujące produkty opisane w katalogach.

Kiedy zaczęłam więcej latać, sama odkryłam ich niewątpliwe uroki.

Zacznę od produktów, na które szczególna uwagę powinna zwrócić mająca kłopoty ze wstawaniem Widlakowna. Droga Ewo, następnym razem będąc w samolocie, sięgnij po katalog SkyMall i zerknij na stronę 22. Znajdziesz na niej The Flying Alarm Clock. Budzik ten, gdy nadchodzi odpowiednia pora, wypuszcza w przestwór pokoju latające śmigło. Śmigło lata i lata, budzik dzwoni, śmigło po kilku minutach ląduje w oddaleniu od swojej bazy, a budzik dalej wrzeszczy - wrzeszczy do chwili, gdy śpioch wstanie, znajdzie śmigło i umieści je z powrotem na budziku. Zaledwie $39.95. Okazja!

Jeśli ten mechanizm nie zadziała, możesz wypróbować inny budzofon: Sonic Boom Alarm Clock Radio with Bed Shaker. Nie dość, że dzwoni (lub gra radiem), to wyposażony jest w specjalną przystawkę, która wprowadza w drganie całe łóżko.

Dla siebie zaś znalazłam The Voice Activated R2-D2. Replika gwiazdy filmowej reaguje na ponad 40 komend głosowych, porusza się po pomieszczeniach i może nawet grać z nami w chowanego. Możemy go także wykorzystać jako alarm reagujący na ruch, zapewne na wypadek włamania. R2-D2 naturalnie również wydaje z siebie dźwięki, jak w filmie, oraz odtwarza różne dialogi z Gwiezdnych Wojen. Jak go sobie nie kupię, to chyba zapłaczę się ze smutku. ($120)

Kusi mnie również działający na fotokomórkę pojemnik na mydło w płynie do rąk. Nie dość, że psiuka mydłem po zbliżeniu dłoni, to jeszcze mruga niebieską diodą! ($40)

Nudzicie się pod prysznicem? Jeśli tak, to powinniście zaopatrzyć się w Shower Station: w pojemniku po prawej płyn do mycia, po lewej szampon, a w środku wodoodporne radio z zegarem, żebyśmy wiedzieli, ile godzin już siedzimy w prysznicowej gabinie. Do tego mamy jeszcze dwa wieszaczki na gąbkę oraz sama nie wiem co ($50). Godny polecenia wydaje mi się także stojak na papier toaletowy wyposażony w przegrodę na czasopisma ($40).

Dla pływaków polecam zaś, po pierwsze, wodoodporny odtwarzacz mp3, który - cytuję - "przekazuje dźwięki przez kość policzkową do wewnętrznego ucha". Jak wyjdziecie już z basenu i męczyć was będzie pozostająca w uszach woda, sięgnijcie po maszynkę, która chucha w ucho ciepłym powietrzem. Rewelacja.

Jeśli jesteście zainteresowani tymi - bądź innymi równie atrakcyjnymi produktami (a jest ich mnóstwo) - a nie latacie często samolotami, SkyMall ma również sklep internetowy...

Szabat szalom.

czwartek, 24 maja 2007
Spacerem po lotniskach

Podróże transatlantyckie są okropnie nudne i generalnie męczące. Trudno i darmo - nie przepadam za nimi. Siedzenie na tyłku przez dwanaście czy trzynaście godzin doprawdy nie może być fascynujące. Dlatego stanowczo odmawiam latania tzw. klasycznymi lotami polonijnymi Chicago-Warszawa lub Nowy Jork-Warszawa. Muszę mieć więcej przesiadek, żeby nie oszaleć kompletnie.

Przesiadki oznaczają możliwość wyciągnięcia nóg, przejścia się kawałek i oczywiście - zwiedzanie lotnisk. To moja prywatna pasja turystyczna. Tym razem zwiedziłam dwa nowe: Washington Dulles i Frankfurt. Zacznę jednak od początku, czyli od Indianapolis International:

Lotnisko międzynarodowe w Indianapolis duże nie jest (ale rzecz jasna i tak większe od Okęcia) ani szczególnie nowoczesne. W budowie jest nowe lotnisko, które na projektach prezentuje się doprawdy okazale. Z przyjemnością je odwiedzę, gdy zostanie otwarte. Mam nadzieję, że większy będzie w nim teren za check pointami, bo na lotnisku obecnym, po przejściu punktu kontrolnego nie bardzo jest co zrobić z czasem pozostającym do odlotu. Zasadniczo można siedzieć. A przecież i tak się człowiek jeszcze nasiedzi...

Lotnisko im. Ronalda Reagana w Waszyngtonie poznałam ubiegłego lata. Jest fascynujące głównie ze względu na położenie - w samym centrum miasta. Gdy samolot schodzi do lądowania przelatując nad National Mall, widoki są naprawdę godne uwagi. Nie mniejsze wrażenie robi to, że podczas schodzenia na pas startowy trudno oprzeć się wrażeniu, że zaraz wyląduje się w Potomacu.

Lotnisko Dulles jest poza miastem i jest oczywiście znacznie większe.

Nowoczesnością terminale nie zachwycają, ale zaciekawiły mnie i rozśmieszyły dość pocieszne shuttle kursujące pomiędzy nimi. Wyglądają nieco jak jeżdzące na kółkach wagoniki metra. Ilość sklepów jest dostateczna do tego, by zabić jakieś dwie godziny przeglądając asortyment składający się w znacznej mierze z rozmaitych mniej i bardziej kiczowatych pamiątek (tych bardziej kiczowatych jest naturalnie więcej).

Frankfurt to kolos, ale dla mnie nie wielkość była najważniejsza. Dla palącego pasażera, który właśnie wylądował w Europie po dłuższym pobycie za oceanem, miodem na serce jest taki oto widok:

Kiedyś wzruszenie na podobnym tle ogarnęło mnie na londyńskim Heathrow. Gdy przemieszczając się między terminalami zobaczyłam wydzielony kącik dla palaczy, przez głowę przemknęło mi "welcome back to Europe..." Lubiłabym Heathrow, gdyby nie to, że dziwnie często znikają tam bagaże. Biorąć pod uwagę wielkość lotniska oraz panujący na nim permanentny rozgardiasz, nie jest to zaskakujące, niemniej - wolę mieć swój bagaż odebrać od razu, a nie czekać aż następnego dnia.

Głównym punktem lotniska we Frankfurcie jest chyba plac Goethego z pomnikiem poety oraz sporym i bardzo zatłoczonym barem. Z baru nie skorzystałam, uznawszy, że cena 4.5 euro za kawę jest po prostu barbarzyńska. Spędziłam godzinę bodaj na window shopping, po czym zaległam na dość wygodnych fotelikach w oczekiwaniu na samolot do Warszawy.

Foteliki wyjątkowo beznadziejne i zupełnie nie nadające się do tego, by na nich drzemać, są w Zurychu. Nie polecam. Spędziłam tam kiedyś całą noc i muszę przyznać, że było to przeżycie nieco upiorne.

Dobre do oczekiwania jest zaś lotnisko Schippol w Amsterdamie, na którym bawiłam kilkakrotnie. Nigdy nie miałam okazji nawet zajrzeć do stref wydzielonych dla pasażerów specjalnych czyli specjalnie zasobnych, ale nawet w strefach ogólnie dostępnych można na Schippol znaleźć przyjemne miejsce.

Detroit i Chicago mają swoje uroki. W Detroit jest bardzo przyjemna fontanna oraz wygodna komunikacja między terminalami. O'Hare w Chicago przytłoczyło mnie swoim ogromem. Podobnie jak w ubiegłe lato nowojorskie JFK. Na tym ostatnim spędziłam kilka godzin ciesząc się między innymi jeżdzącą po kole między terminalami kolejką.

A Wy macie jakieś szczególnie ulubione lotniska?

poniedziałek, 21 maja 2007
Przed podróżą

Praktycznie wszystko - łącznie ze mną - już gotowe do podróży. Szkoda trochę, że transatlantyckie pierepałki rzucają mi tym razem cień na moje ulubione z żydowskich świąt - Szawuot, które zaczyna się we wtorek, jak zawsze po zachodzie słońca.

Tradycją Szawuot jest tikun leil Szawuot - całonocne studiowanie Tory w pierwszą noc święta. Żydzi na całym świecie zbiorą się tej nocy na wspólnej nauce. Ja będę odsypiać podróż...

W środę, podczas porannego świątecznego nabożeństwa, w synagogach czytana będzie moja ulubiona księga biblijna, Megilat Rut.

Dla tych, którzy ją znają, odpowiedź na pytanie o to, dlaczego jest moją ulubioną, jest raczej oczywista. Megilat Rut opowiada o kobiecie, która nie będąc Żydówką wybrała bycie Żydówką i judaizm. Z tej księgi pochodzą słowa, które powtarzam sobie w duchu od dawna:

כי אל-אשר תלכי אלך ובאשר תליני אלין עמך עמי ואלהיך אלהי

Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, אwój naród będzie moim narodem, a twój Bóg moim Bogiem.

[Megilat Rut 1:16]

Rut poszła do Erec Jisrael za Noemi, swoją teściową, którą najwyraźniej kochała. We współczesnej żydowskiej teologii zainspirowanej feminizmem oraz problemami genderowymi można napotkać interpretacje, wedle których Rut i Noemi łączyła miłość homoseksualna. Może i tak było. Tanach ma to do siebie, że jest księgą wiecznie żywą między innymi ze względu na ciągle możliwe nowe odczytania starożytnego tekstu.

Ja nie wiem, za kim idę tam, dokąd idę. Nawet nie do końca wiem, gdzie jest to moje dokąd. Ale Rut i tak jest mi bliska. Dlatego właśnie, że wyruszyła w drogę.

Dla zainteresowanych świętem Szawuot - polecam zerknięcie tutaj

04:24, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 maja 2007
Indiana gotuje II

Jeszcze jeden przepis z książki kucharskiej stanu Indiana. Nie jest wprawdzie "obrazoburczy", by użyć określenia Scarlett, ale postanowiłam go zamieścić z uwagi na nazwę.

Nazwa zaś brzmi: Polish Mistakes. A rzecz jest zakąską.

Do zrobienia Polish Mistakes potrzeba:
1 funt mielonej wołowiny
1 funt pikantnych kiełbasek
1 funt ostrego sera
1 łyżka stołowa sosu Worcestershire
1 łyżka stołowa oregano
2 kromki chleba żytniego
trochę mozzarelli

Mięso i kiełbaski podsmażyć i osuszyć. Dodać ser, sos i oregano. Gotować do momentu, gdy ser się roztopi. Masą posmarować (obficie) kromki chleba po czym posypać mozzarellą. I wrzucić do piecyka na 15 minut, piec w temperaturze 400F.

Nie mam pojęcia, skąd się wzięła nazwa tej zakąski.

Smacznego!

Kocham Panią!

Nie, to wyznanie nie ma żadnego związku z warszawską paradą równości, na którą bym zresztą poszła była, gdybym nie była tak daleko.

Wyznanie to cisnęło mi się na usta (o mało nie napisałam, że "wypełzło"... i od razu w głowie pojawia się wielki znak zapytania: co wypełzło na usta Stefci Rudeckiej?! A może to wypełzło ordynatowi Michorowskiemu? O sklerozo!) w związku z pewną pracownicą administracyjną mojej uczelni oraz pod jej adresem. Powstrzymałam się od wyrażenia go głośno, ze względu na możliwe oskarżenie o napastowanie seksualne natury werbalnej.

Niemniej, fakty są faktami. Pani godna jest miłości.

(Ha! Iluminacja! To zmysły wypełzły na usta. Ale nadal nie pamiętam, na czyje...)

W piątek musiałam się udać do biura International Services, bo uświadomiłam sobie, że niezbędnie konieczny mi do szczęścia (i do ponownego przekroczenia granicy kraju) jest podpis na niebywale ważnym dokumencie pt. I-20. Bez aktualnego I-20 student do Ameryki nie wjedzie. Wbrew temu zaś, co mi się wydawało, I-20 jest ważny, gdy jest na nim aktualny podpis. Poprzedni podpis stracił zaś już ważność.

Pogalopowałam więc do biura i mówię, że owszem, wprawdzie ja wiem doskonale, że powinnam się była z tym zgłosić na co najmniej dwa tygodnie przed wyjazdem, ale rzeczy się mają, jak się mają, wylatuję w poniedziałek, a podpisu nie mam.

- Proszę wypełnić zgłoszenie on-line i przyjść jutro - mówi mi pani.

Ok, zgłoszenie zgłoszone. W piątek wczesnym popołudniem dzwonię spytać, czy podpis będzie.

- Hmm... - głos pani w słuchawce jest jakoś autentycznie zmartwiony - Niestety nie jest to jeszcze załatwione. Ale jest na to sposób. Proszę przyjść, zostawić dokument, a my go potem prześlemy na czas Fedexem.

Zdębiałam z lekka. Że niby da się wszystko bezboleśnie załatwić? Żadnego: "Trzeba było przyjść wcześniej, teraz to niech się sama pani martwi, to nie nasz problem, a w ogóle to ja nic nie wiem i mam przerwę teraz"? Wyślą mi wszystko do Polski?

Idę zatem do ponownie do OIS. Za biurkiem ta sama pani, co wczoraj, ta sama, co w słuchawce.

- A tak, tak - mówi kiwając głową po wysłuchaniu mojego wprowadzenia w problem, zupełnie jakby pamiętała, o co chodzi - Poczekaj chwilę... Sprawdzę, kto się dziś tym zajmuje. Zobaczymy, może da się sprawę załatwić.

Pani znika na zapleczu, po czym po krótkiej chwili wraca cała uśmiechnięta.

- Jeśli możesz poczekać jakieś 5-10 minut, to zaraz wszystko będzie gotowe - mówi wyraźnie zadowolona uśmiechając się konspiracyjnie.

Znowu dębieję. Chyba mi tak zostanie... Oczywiście, że poczekam! A skoro mam chwilę, to jeszcze jedna sprawa. Nie wiem, czy to w tym biurze, ale zaryzykuję. Wie pani, ostatnio dostałam rachunek na kwotę taką-to-a-taką, podobno za ubezpieczenie zdrowotne na lato, ale mnie tu w lato i tak nie będzie, więc dlaczego i po co...

- O tak - pani patrzy ze zrozumieniem - Proszę się nie przejmować. To błąd w systemie. Coś im się tam popsuło i przez pomyłkę wszyscy academic apointees, którzy zapisali się na letnie zajęcia, zostali obciążeni dodatkową kwotą, a przecież wydziały i tak już opłaciły wszystko do końca sierpnia. Zaraz wszystko naprawię - pani loguje się na odpowiednią stronę w Systemie - O, już zrobione - uśmiecha się ponownie - sporo podobnych przypadków miałam w ostatnich dniach.

Zanim do mojego umysłu dotrze informacja, że oto dzięki tej uprzejmej pani nie będę musiała zapłacić rachunku opiewającego na kwotę ponad 400 dolarów z jakiejś kanciapy wyskakuje inna pani z moim I-20, już podpisanym, wręcza mi dokument i życzy udanego lata.

Moje serca wzbiera uczuciem i najchętniej uściskałabym wszystkie te panie, które mam akurat w zasięgu ramion. Szczerze i serdecznie życzę im miłego popołudnia.

Schodząc po schodach nie mogę oprzeć się atakującym wspomnieniom z załatwiania różnych spraw z administracją mojej alma mater. Mój wydział pod tym względem był i może nadal jest raczej wyjątkowy - pracują tam dwie sekretarki, jedna do spraw studenckich, druga do spraw pracowników i doktorantów i obie są zadziwiająco pomocne.

Ale Pałac Kazimierzowski? To upiorne miejsce przypominające dom, który czyni szalonym z 12. prac Asterixa? Miejsce, w którym większość spraw załatwia się w trybie owszem ekspresowym, ale i odmownym, a większość konwersacji z paniami za biurkiem przebiega tak:

- Jest...?
- Nie ma.
- A kiedy...?
- Nie wiem.

Tak, wiem, tutaj płacę i wymagam. Tam nie płacę i mogę co najwyżej żebrać... Poza tym, tutaj czasem też człowiek obija się o biurokratyczne mury, kretyńskie wymagania, idiotyczne formularze oraz zadziwiający brak empatii (na jej niedobór cierpią przede wszystkim naukowcy), ale nasze Office of International Services to po prostu miód na zbolałe serce umęczonego papierkologią homo sapiens.

Kocham Panią!

piątek, 18 maja 2007
Indiana gotuje

Z myślą o Przyjaciółce Obdarzonej Talentem Kulinarnym nabyłam książkę kucharską o dumnie brzmiącym tytule "Best of the best from Indiana Cookbook". Do dziś mam wątpliwości co do tego, czy coś takiego, jak kuchnia amerykańska w ogóle istnieje, ale Amerykanie co do tego wątpliwości specjalnych nie mają.

Kuchnia amerykańska zatem jest - zgódźmy się chwilowo co do tego. Poza nią istnieją także kulinarne obyczaje regionalne. Ze wstydem przyznaję, że znam je w stopniu znikomym. Kuchnia plus Kakofonia równa się katastrofa. Gdy przekraczam próg tego pomieszczenia (również próg umowny - u mnie kuchnia jest częścią pokoju dziennego), moja prawa ręka natychmiast zmienia się w drugą lewą. I nic na to nie mogę poradzić. Gotować nie umiem, bo nie lubię. Bądź nie lubię, bo nie umiem. Obie opcje są możliwe. Do jedzenia mam stosunek wybitnie praktyczny: jem, bo trudno nie jeść, a jak mam ochotę na coś bardziej wysublimowanego, to albo odwiedzam dobrze gotujących znajomych albo idę do jednej z licznych w okolicy etnicznych restauracji i restauracyjek.

Książkę kucharską z Indiany jednak przeglądam z zaciekawieniem. I znajduję taki oto frapujący przepis na Staromodne Ciasto Wieprzowe (sic!).

Do zrobienia go potrzeba:
1 funt świeżych kiełbasek wieprzowych
3 cups brązowego cukru
1 jajko, lekko utarte
1 łyżeczkę sody do pieczenia (nie mam pojęcia co to jest, przepisuję jak leci...)
1 cup zimnej i mocnej kawy
1 cup rodzynek
1 cup orzechów
1 łyżeczka soli
3 cups przesianej mąki
po jednej łyżeczce cynamonu, gałki muszkatołowej oraz ziela angielskiego

Kiełbaski pociąć i wymieszać z cukrem (o mamo!). Dodać jajko i wymieszać porządnie. Dodać sodę do kawy po czym wlać to wszystko do mieszanki kiełbasiano-cukrowo-jajecznej. Wrzucić rodzynki, orzechy, sól, mąkę, cynamon, gałkę i ziele angielskie. I wszystko dobrze wymieszać. Piec godzinę w temperaturze 350 F w formie podłużnej (formę uprzednio należy rzecz jasna posmarować jakimś tłuszczem).

(Dla wyjaśnienia: funt to 450 gramów. Cup to termin techniczny, taka tutejsza dziwna (choć w sumie poręczna miara). 1 cup = 16 łyżek stołowych. Przyjaciółka Obdarzona Talentem będzie miała kupę uciechy przeliczając z tych ichnich funtów, uncji i cupsów na nasze swojskie gramy, litry itp.)

Staromodne Ciasto Wieprzowe musi co jest ogromnie smaczne. (Gdy Melchior Wańkowicz spytany przez gosposię, co życzy sobie na obiad, zaczął bredzić o jakichś indykach w maladze oraz nadziewanych czymś tam perliczkach, gosposia popatrzyła na niego krytycznie i spokojnie rzekła: "Musi co będzie mielony...")

Aż się cieszę, że wieprzowina jest niekoszerna.

Niemniej: smacznego. I szabat szalom.

PS: Staromodne ciasto wieprzowe upiekła oraz uwieczniła na zdjęciu Scarlett. Proszę iść i podziwiać: tutaj.

 
1 , 2