Ponownie na Midweście
piątek, 30 maja 2008
Wakacje?

Kiedyś uważałam, że fajnie jest być studentem, bo ma się trzy miesiące wakacji. Nadal studiuję, ale wakacje jakoś diabli wzięli.

Codziennie rano, ledwie widząc na oczy i ziewając niczym hipopotam, wdrapuję się na rower i pedałuję na kampus, na poranne zajęcia. W drodze mijam dziesiątki studentów, którzy zmierzają w tę samą stronę i w tym samym celu. Jest ich mniej niż w czasie roku akademickiego, ale nadal całkiem sporo. Sporo jest również oferowanych zajęć.

Większość moich znajomych pracuje.

Koleżanka M jedzie niebawem na trwający półtora miesiąca ulpan do Jerozolimy. Musi znacznie poprawić swój hebrajski.

Kolega S postanowił dorobić i zatrudnił się jako taksówkarz. Całe dnie siedzi za kółkiem. Wieczorami przygotowuje wystąpienia na dwie konferencje jesienią.

Koleżanka J siedzi zagrzebana w dusznych i zakurzonych archiwach wyszukując materiały, które przydadzą się jej w pisaniu doktoratu. Niebawem przeniesie się z jednego miasta do innego, by siedzieć dalej, tyle że w innych archiwach.

Cztery koleżanki z wydziału spotykam każdego poranka na zajęciach z niemieckiego. Jedna z nich dodatkowo pracuje wieczorami jako recepcjonistka. Druga sama prowadzi zajęcia w późniejszej godzinie.

Kolega R jedzie do Wilna na kurs jidysz. Aktualnie zaś pracuje w restauracji.

Sąsiad codziennie rano, również na rowerze, jeździ do jednego z laboratoriów wydziału biologii, gdzie spędza 3/4 dnia.

Kolega D zatrudnił się na pełny etat w sklepie komputerowym.

Dla zaawansowanych studentów wakacje nie są wcale czasem wypoczynku. Wakacje to okres, w którym można i należy zrobić to wszystko, na co nie miało się czasu w ciągu roku akademickiego. Na naukę języków obcych, na prowadzenie badań, pisanie zaległych prac, czytanie niedoczytanych książek, przygotowywanie się do egzaminów itp, itd.

Wielu innych, w tym undergradsów, zatrudnia się w lato, żeby zarobić bądź dorobić. Jeszcze inni całą wiosnę spędzili na walce o cenne staże i teraz zasuwają jak mróweczki, by zdobyć doświadczenie w zawodzie i parę punktów w CV.

Usiłowałam sobie dziś rano przypomnieć, kiedy to ostatnio miałam zajęcia codziennie rano. Rano zawsze jestem nieco zamroczona, ale wydaje mi się, że miało to miejsce na pierwszym i może drugim roku studiów w Warszawie. Mniej więcej sto lat temu. Nie mogę powiedzieć, żebym powrót do takiej sytuacji powitała z jakimś przesadnym entuzjazmem. Nie mam jednak szczególnie wyboru. Muszę ukończyć dwa kursy niemieckiego, co oznacza zajęcia codziennie rano (prócz weekendów rzecz jasna) do 8 sierpnia włącznie.

W tak zwanym międzyczasie (bardzo lubię to określenie - co to jest za międzyczas? pomiędzy czym a czym on niby jest?) muszę poprawić jidysz i pracować dalej nad hebrajskim. Do tego trzy prace do napisania, najpóźniej do końca sierpnia. Całe szczęście, że zaoszczędzone pieniądze pozwalają mi na to, by przeżyć lato.

Lato. Bo to przecież nie są żadne wakacje...

Ktoś może wzruszyć ramionami: to nie jest żadna praca. Siedzenie w biurze - to jest praca! Machanie łopatą - to jest praca! Tak myślących zachęcam do tego, by spróbowali prawdziwej pracy akademickiej i intelektualnej, która trwa 7 dni w tygodniu, 31 lub 30 dni w miesiącu, a czas ma kompletnie nienormowany.

Na szczęście niebawem szabat. Planuję go przespać. Szabat szalom.

wtorek, 27 maja 2008
"Arranged"

Aranżowane małżeństwa wiele kobiet przepełniają szczerą i zupełną zgrozą. Mnie, muszę przyznać, jakoś nie, choć, oczywiście, łatwo mi mówić - nic takiego mnie nie spotkało i raczej w życiu nie spotka.

Obejrzałam w niedzielę pełen wdzięku film poruszający między innymi tę kwestię: "Arranged". Dwie młode kobiety - jedna wychowana w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, druga w tradycyjnej rodzinie muzułmańskiej. Spotykają się w nowym miejscu pracy - jednej ze szkół na Brooklynie. I obie stają wobec tych samych problemów: planów małżeńskich oraz braku zrozumienia ze strony niektórych osób w otoczeniu.

Trzy ciekawe sprawy:

1) Czy możliwa jest przyjaźń pomiędzy religijną Żydówką a religijną muzułmanką? Podczas jednej z lekcji pytają o to dzieci. Właściwie nie pytają, a stwierdzają: panie nie mogą się przyjaźnić, mówią, bo przecież muzułmanie nienawidzą Żydów i chcą ich zepchnąć do morza. Prawda jednakże ma to do siebie, że nie musi być prawdopodobna. Wątek przyjaźni pomiędzy dwiema głównymi bohaterkami filmu zaczerpnięty jest z życia - z życia pewnej nowojorskiej ortodoksyjnej Żydówki, która skontaktowała się kiedyś z reżyserem mówiąc mu, że ma pomysł na film.

2) Dyrektorka szkoły, w której pracują główne bohaterki, uważa się za kobietę wyzwoloną i widok dwóch młodych, pięknych kobiet, które jej zdaniem stłamszone są dziwacznymi, przestarzałymi tradycjami swoich religii, budzi w niej szczere współczucie i potrzebę działania. Zmieńcie swoje życie, mówi im. Kupcie jakieś porządne ubrania! Wyrwijcie się z tego zaklętego kręgu! Tyle że bohaterki wcale nie czują się zniewolone. "Dlaczego tradycja musi dla pani być równoznaczna z nonsensem?", pyta jedna z nich i nie otrzymuje odpowiedzi.

Czy to oznacza, że tradycja nie przynosi z sobą problemów? Ależ skąd, przynosi. Ojciec muzułmanki przyprowadza do domu kandydata na męża, starego przyjaciela rodziny, który u kandydatki na żonę budzi wyłącznie odrazę. Młoda Żydówka spotyka się z kolejnymi kandydatami na mężów na spotkaniach zaaranżowanych przez swatkę i z każdego chce uciekać dokąd pieprz rośnie (sceny z tych spotkań należą zresztą do najlepszych w filmie).

3) Czy to jest właśnie to, czego obie kobiety chcą w życiu i od życia? Tego nie powiem, żeby nie psuć Wam przyjemności oglądania filmu.

A polecam go serdecznie. Może jest nieco naiwny. Ale z pewnością pełen jest przesympatycznego, inteligentnego wdzięku. Sama przyjemność.

19:35, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (9) »
czwartek, 22 maja 2008
Polska specyfika?

- Należy zawsze spodziewać się najgorszego - oświadczyłam pewnej studentce, której pomagam w hebrajskim, przyjmując odpowiednio mentorski ton i minę. - Jeśli najgorsze się nie wydarzy, będziemy mieli miłą niespodziankę. A jeśli się wydarzy, przynajmniej unikniemy rozczarowania.

- Moja mama mówi tak samo! - wykrzyknęła studentka - To chyba jakaś polska specyfika!

Mama owej studentki jest polską Żydowką, która kiedyś tam wyemigrowała do Nowego Świata. Więc jak: to specyfika polska czy żydowska?

wtorek, 20 maja 2008
Koszulka Cahalu

- Podoba mi się Twoja koszulka - oświadczył na mój widok młody człowiek o jasnych włosach. Mijał mnie właśnie w sklepie spożywczym. Spojrzałam na siebie odruchowo, choć wiedziałam jaką koszulkę mam na sobie. Było jasne, że deklaracja młodego człowieka nie była to mało wyrafinowaną forma podrywu, ale raczej wyrazem poparcia. Miałam tego dnia bowiem na sobie koszulkę z napisem "Israeli Defense Force" i godłem Cahalu.

Szczerze mówiąc bardzo ją lubię. Dobrze się nosi, nie zdeformowała się w praniu, ma przyjemny kolor. Nie mam żadnej słabości do militariów, ale mam słabość do zielonego koloru. Niewykluczone zresztą, że nie jest to fortunny zbieg okoliczności, gdyż moja bladawe oblicze pod wpływem zielonego otoczenia nieco zmienia kolor. Tak przynajmniej podejrzewam od dnia, w którym inny młody człowiek zaproponował mi, żebym usiadła i dopytywał troskliwie, czy aby na pewno dobrze się czuję. Czułam się znakomicie. Czyżby zielona koszulka wraz z zieloną marynarką spowodowały, że ja wyglądałam lekko na lekko zieloną?

W każdym razie lubię tę koszulkę. To jedyna część garderoby z motywem militarnym, jaką posiadam. Przywiozła mi ją znajoma z Izraela. Sama o taką koszulkę poprosiłam.

Stojąc w drodze do kasy zaczęłam się zastanawiać nad tym, dlaczego właściwie chciałam mieć tę koszulkę i dlaczego ją noszę. W przeciwieństwie do brata nigdy nie interesowałam się wojskiem czy historią militarną. Wojny, owszem, w dziejach były i są ważne, toteż należy o nich posiadać wiedzę dostateczną, ale fascynować się tym? Zbierać militarystyczne gadżety? To nie dla mnie.

Więc dlaczego noszę tę koszulkę, u licha ciężkiego?

Nie mogę powiedzieć, że cieszę się w jakiś szczególny sposób z tego, że Izrael ma armię. Oczywiste jest, że musi ją mieć i jak każde państwo ją ma. Nie widzę w tym jednak szczególnego powodu do dumy. Wojsko to konieczność, przykra konieczność.

Mogłabym, teoretycznie, mieć do izraelskiej armii stosunek nieco inny. W końcu Żydzi w przeszłości nie mieli nigdy wojska. Nigdy nie byli w stanie stawić czoła militarnej przemocy, walczyć jak równy z równym. Teraz mogą. Ba, wygrywali nawet wojny.

Mogłabym, ale jakoś mi to nie wychodzi. Nie imponują mi pokazy militarnej mocy w postaci wojskowych parad czy bitewnych zwycięstw. Równie dobrze mogłabym celebrować fakt posiadania przewodu pokarmowego. Cóż, mam go, bo tak jesteśmy skonstruowani. Mam go, bo jest konieczny do życia. To dobrze, że działa, ale nie jest to powód do dumy.

Znacznie bardziej niż z izraelskiej armii jestem dumna z izraelskich pisarzy.

Mam teraz w izraelskim wojsku znajomą. Kiedy z nią rozmawiałam zanim rozpoczęła służbę wojskową, byłam nieco zdziwiona tym, że przyjmuje armię i bycie w niej jako coś zupełnie naturalnego i normalnego. Po chwili namysłu przestałam się dziwić - dla Izraelczyków to jest normalne. Wojsko jest taką samą częścią życia jak cokolwiek innego. Jest etapem, przez który przechodzą wszyscy. Jest też ważne, bo jeszcze nie było w krótkich dziejach państwa Izrael takiego czasu, w którym armia nie byłaby potrzebna.

To smutne.

Wiem zatem, że to konkretne wojsko jest koniecznością. Wiem, że jest ważne. Wiem, że broni kraju, na którym mi zależy. Wiem jednak również, że ta armia ma swoje bardzo mroczne strony. Wiem, że niektórzy jej członkowie dokonują rzeczy okropnych, strasznych. Można o nich przeczytać na stronie internetowej organizacji "Szowrim sztika" - założonej przez byłych żołnierzy izraelskich, którzy postanowili zacząć otwarcie mówić o tym, co dzieje się na terytoriach okupowanych. Wiem, że dla wielu znak Cahalu jest znakiem okupacji i przemocy.

W dwudziestą rocznicę powstania państwa Izrael, po wojnie sześciodniowej, w Izraelu wywiązała się dyskusja, czy w Jerozolimie powinna odbyć się z tej okazji wojskowa parada. Wielu jej chciało. Wielu jednak zwracało uwagę na to, że jest coś niestosownego w takiej manifestacji siły. Jeden z izraelskich generałów powiedział wówczas, że silne państwo, państwo pewne siebie i swojej siły, nie musi owej siły w taki sposób demonstrować.

Mam nadzieję, że kiedyś takie demonstracje przestaną być komukowiek potrzebne. Może do tego czasu będę jednak czasem nosić tę koszulkę.

poniedziałek, 12 maja 2008
Baruch dajan haemet

"Baruch dajan haemet" to tradycyjna formuła, którą Żydzi wypowiadają dowiadując się o czyjejś śmierci. To błogosławieństwo - "Błogosławiony jest sędzia prawdy". Wypowiedziałam je nieco ponad tydzień temu, gdy dotarła do mnie wiadomość o śmierci znajomego. Wypowiedziałam je dziś rano, gdy dowiedziałam się o śmierci Ireny Sendlerowej.

Tradycja błogosławienia Boga w chwili cierpienia, w chwili, gdy tracimy bliskich i kochanych ludzi nie jest w żadnej mierze nowa, ani specyficzna dla judaizmu. W judaizmie wiąże się ona między innymi z fragmentem Miszny, w którym rabini uczą nas, by Boga błogosławić za wszystko: za to, co dobre i za to, co złe.

Na dobre wiadomości mówi się "Baruch Ata Haszem, Elokeinu Melech haolam hatow wehametiw", a na złe wiadomości: "Baruch dajan ha-emet". Chajaw adam lewarech al hara keszem szemewarech al towa - Człowiek musi powiedzieć brachę i nad dobrą wiadomością, i nad złą.

[Bawli, Berachot 60a, b]

Bóg jest jeden. I ten jeden Bóg w jakiś sposób stoi za wszystkim, czego doświadczamy - za narodzinami i za śmiercią, za miłością i za rozpaczą, za radością i za bólem.

W parszat Haazinu Bóg opisany jest jako sprawiedliwy i doskonały:

Potężny, którego dzieła są doskonałe, bo wszystkie Jego drogi są prawością...

[Dewarim 32:4]

Ten werset powraca w tradycji żydowskiego pogrzebu, rozpoczyna modlitwę ciduk hadin - usprawiedliwienie (czy uzasadnienie) decyzji Boga o czyjejś śmierci. Wypowiadamy słowa "baruch dajan ha-emet" potwierdzając, że drogi i decyzje Boga są sprawiedliwe.

Łatwo powiedzieć..., mógłby ktoś wzruszyć ramionami. Wcale nie łatwo. Śmierć bliskiej, ważnej, kochanej osoby jest jak załamanie się całego świata. Mój świat właśnie się wali, a mam błogosławić Boga? Za co?

Choć ból każdego z nas jest jedyny w swoim rodzaju, bo jest tym właśnie konkretnym bólem, jest on zarazem uniwersalny, gdyż odczuwa go - jest skazany na niego - każdy z nas. Nikomu nie jest i nigdy nie było łatwo wypowiedzieć słowa "baruch dajan ha-emet". To nie może być łatwe, bo śmierć nie jest łatwa. To nie może być łatwe, gdyż ze śmiercią pogodzić się nie sposób.

A jednak musimy się z nią pogodzić. Bunt przeciwko śmierci jest najbardziej oczywistym i zrozumiałym z buntów. Tylko że równocześnie jest buntem kompletnie pozbawionym sensu. Nie tylko dlatego, że śmierć czyni nas tym, kim jesteśmy, ale także dlatego, że jest po prostu nieunikniona. Może lepsza jest więc rezygnacja niż bunt? Rezygnacja w obliczu tego, o czym wiemy, że musi się stać.

Dla mnie słowa "baruch dajan ha-emet" są właśnie wyrazem rezygnacji. Nie są to słowa rozpaczy, bo rozpacz nie jest w stanie ich wypowiedzieć. Po rozpaczy i gniewie przychodzi jednak moment wyczerpania, w którym te słowa przychodzą mi na myśl. Te i może jeszcze parę zdań z zupełnie innego filozoficznego i religijnego świata - parę zdań, które zanotował kiedyś pewien rzymski cesarz, który wcale nie chciał być cesarzem i dlatego właśnie był cesarzem dobrym. Pewien rzymski cesarz, który nieustannie uczy mnie mądrej rezygnacji.

Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że religia uczy nas akceptować życie jako nieuchronną porażkę. Od lat próbuję zrozumieć te słowa. Od lat wydaje mi się, że są prawdziwe, choć nadal mam wrażenie, że nie do końca chwytam ich sens. Staje się on nieco jaśniejszy, gdy mówię "baruch dajan ha-emet" słysząc o śmierci kogoś bliskiego. Chciałabym móc je wypowiedzieć także, kiedy odejdą ci, których kocham najbardziej. I kiedy sama będę umierać.

22:21, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
czwartek, 08 maja 2008
Jom Ha-Acmaut i Jawm al-Nakba

Dziś święto niepodległości - 60. rocznica ustanowienia państwa Izrael. Czy jest co świętować? Bez wątpienia tak. Ale trzeba równocześnie pamiętać, że nie dla wszystkich powstanie Izraela było błogosławieństwem. Trzeba pamiętać o Nakbie. Syjonizm był rewolucją, a każda rewolucja ma swoją cenę. Cenę tej rewolucji zapłacili palestyńscy Arabowie. Narodowy ruch żydowski starł się z narodowym ruchem palestyńskim i wygrał

Zanim doszło do pamiętnych wydarzeń 1948 roku było wiele możliwości, by historia potoczyła się inaczej. Byłaby inna, gdyby...

Gdyby w 1919 roku Arabowie zgodzili się na propozycję żydowskiego państwa przewidzianego w Deklaracji Balfoura - niewielkiego państwa, żydowskiej mniejszości, która z czasem pewnie zostałaby wchłonięta przez państwo palestyńskich Arabów.

Gdyby kilka lat później Arabowie zaakceptowali brytyjską propozycję stworzenia państwa w Palestynie z przeważającą większością arabską. Zgodził się na ten pomysł Chaim Weizmann, późniejszy pierwszy prezydent niepodległego państwa Izrael.

Gdyby w 1937 roku Arabowie zgodzili się na propozycję Komisji Peela - podział Palestyny na małą autonomię żydowską i znacznie większe państwo arabskie.

Gdyby rok później zgodzili się na propozycję Komisji Woodheada, zawierającą wizję jeszcze mniejszej żydowskiej autonomii w regionie.

Nic z tego. Żadna z tych propozycji nie zadowoliła strony arabskiej, która w przeważającej mierze od samego początku nie chciała pogodzić się z jakąkolwiek obecnością żydowskiego ciała politycznego na Bliskim Wschodzie.

Państwa arabskie odrzuciły w końcu i rezolucję ONZ - podział madantowej Palestyny. I wybuchła wojna, w wyniku której państwo Izrael zajęło znacznie większą część mandatowej Palestyny niż przewidywał jakikolwiek plan. Propozycja ONZ stała się dla strony arabskiej bardziej atrakcyjna dopiero w roku 1968 - po trzech przegranych wojnach. Tylko że wtedy było już za późno.

Król Jordanii Abdullah napisał w swoich pamiętnikach, że sojusznikiem syjonizmu były nie tylko kraje europejskie, ale również arabscy ektremiści, którzy nie chcieli żadnego porozumienia.

Oczywiście ekstremiści byli także po stronie żydowskiej. Ściśle rzecz biorąc, było ich całkiem sporo. By się o tym przekonać, nie trzeba studiować dziejów terrorystycznej organizacji Ecel. Wystarczy zerknąć na tekst rezolucji przyjętej jednogłośnie w roku 1944, na konwencji Światowej Organizacji syjonistycznej w Atlantic City, która nawoływała do utworzenia "wolnego i demokratycznego państwa żydowskiego, [które] obejmie całą Palestynę, niepodzieloną i nie umniejszoną". Niewiele lepsza była deklaracja z Biltmore, która w 1942 arabskiej większości przyznawała łaskawie prawa mniejszości w przyszłym żydowskim państwie.

Jak to często w historii bywa cenę za rewolucję, cenę za ekstremistyczne wizje snute na politycznych salonach ponieśli całkiem zwyczajni ludzie. Na terenie zajętym przez Izrael pozostało zaledwie ok. 200 tysięcy Palestyńczyków. Wedle szacunków izraelskiego historyka, Benny'ego Morrisa, ponad 700 tysięcy opuściło swoje domy i uciekło. Niektórzy uciekali z własnej woli - jeśli w ogóle można mówić o czymś takim w przypadku trwającej wojny. Niektórzy byli do tego zmuszani.

Część palestyńskich uchodźców postanowiła szukać szczęścia dalej. Zamieszkali w Libanie, w Jordanii, w Syrii. Niektórzy wyruszyli jeszcze dalej, między innymi do Stanów Zjednoczonych. Mediacje ONZ spełzły na niczym. Kraje arabskie nie chciały zasiąść do stołu rozmów z nowopowstałym państwem Izrael, gdyż nie chciały w ogóle uznać jego istnienia. Nic nie wyszło z konferencji w 1949 roku, podczas której Izrael zaproponował, by 100 tysięcy palestyńskich uchodźców wróciło do swoich domów. Nie pomogła w całej sprawie również wielka duma, poczucie upojenia sukcesem po stronie izraelskiej.

Większość uchodźców zamieszkała we wspomaganych przez UNRWA obozach ustanowionych na terenie Jordanii, Libanu, Syrii, Zachodniego Brzegu Jordanu (wówczas należącego do Jordanii) oraz w Strefie Gazy (wówczas należącej do Egiptu). W roku 1950 UNRWA zarejestrowała ponad 900 tysięcy palestyńskich uchodźców. Dziś ta liczba - obejmująca również drugie pokolenie - przekroczyła 4 miliony.

Kraje arabskie nie zrobiły nic, by uchodźcom pomóc.

Po dwudziestu latach, w wyniku wojny sześciodniowej obozy dla uchodźców znajdujące się na Zachodnim Brzegu (19 obozów, ok. 176 tysięcy mieszkańców) i w Strefie Gazy (8 obozów, ok. 480 tysięcy mieszkańców), przeszły pod kontrolę izraelską. Izrael nie zrobił nic, by je zlikwidować. Niewiele w sytuacji uchodźców zmieniło powstanie Autonomii Palestyńskiej. Jak żyli w biedzie i nędzy obozów, tak żyją w niej nadal.

Dla nich, dla palestyńskich uchodźców i ich potomków Jom Ha-Acmaut, Dzień Niepodległości, zawsze pozostanie Jawm al-Nakba, Dniem Katastrofy. Trzeba o nich pamiętać.

środa, 07 maja 2008
Indiana dla... Clinton

Niestety, dla Clinton. Na pociechę - minimalnie dla niej, jak się ostatecznie okazuje. Trudno przewagę 2% nazwać znaczącym zwycięstwem. W moim miasteczku (i hrabstwie), podobnie jak i w innych ośrodkach akademickich Indiany, wygrał Obama, z czego się ogromnie cieszę.

Więcej o prawyborach w Indianie w moim gościnnym występie na blogu USA 2008.

piątek, 02 maja 2008
Indiana University Bloomington for Obama!

Tydzień sesji to naprawdę nie jest najlepszy czas na cokolwiek, szczególnie, gdy ma się na głowie przeszło 70 prac końcowych do sprawdzenia. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie i postanowiłam się wybrać na wiec Baracka Obamy. Teraz Bloomington gościło już wszystkie gwiazdy Demokratów - Baracka Obamę i całą trójkę Clintonów. Prawybory już za kilka dni, sondaże wskazują na bardzo wyrównaną sytuację, więc kandydaci ciężko pracują.

Ciężko pracują także wolontariusze:

Obama pojawił się w Bloomington już wcześniej. W drodze z jednego spotkania na drugie wpadł na otwarcie wyścigu rowerowego i zajrzał do jednego z pubów wbudzając wielką radość zebranych w nim studentów.

Spotkanie z Obamą zostało zorganizowane w największej hali dostępnej w Bloomington - na kampusie, w Assembly Hall, czyli miejscu, w którym normalnie gra nasza drużyna koszykówki. Jest tam miejsce dla przeszło 17,000 ludzi. Zapchany kompletnie parking przed gmachem oraz wielka kolejka chętnych do zobaczenia senatora świadczyły o tym, że większość miejsc będzie zajęta - i rzeczywiście, zjawiło się ponad 12,000 ludzi.

Na szczęście organizacja była dobra, więc kolejka przesuwała się szybko i sprawnie. Nawet kontrola bezpieczeństwa (bramki, wykrywacze metali i tym podobne atrakcje) przebiegała bez problemów.

Do wnętrza dostałam się około 19 i usiadłam w zupełnie dobrym miejscu. Swoją drogą Amerykanie naprawdę wiedzą, jak budować sportowe obiekty. Nawet ci, którzy zjawili się później mieli dobrą widoczność.


Chyba najmłodsza uczestniczka wiecu.

Kiedy siedziałam rozglądając się wokoło, przypomniała mi się atmosfera przed meczem ostatnich mistrzostw świata, na którym byłam w Berlinie. Publika schodzi się wcześnie, zajmuje miejsca i powoli zaczyna podniecać się własnym podnieceniem. Trzeba jej zapewnić jakąś rozrywkę, zanim zacznie się właściwe zdarzenie, więc mamy występy muzyczne, filmy wideo na telebimach. Ktoś wpadł na dobry, jak się okazało, pomysł i dostarczył publiczności dodatkową rozrywkę w postaci dwóch wielkich dmuchanych piłek. Kto by się spodziewał, że tysiące dorosłych ludzi może tak cieszyć się z tak błahego powodu i wpadać w taką euforię, ilekroć piłka znajdzie się w ich pobliżu!


Jedną z piłek trzeba było reanimować...

Obama pojawił się z półgodzinnym zaledwie spóźnieniem, a zgromadzeni wpadli w stan bliski ekstatycznemu. Po zapowiedziach i nawoływaniu do uczestnictwa w głosowaniu zaczął się główny punkt programu, czyli przemówienie senatora.

Słuchając go i spoglądając na reakcje zgromadzonych zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy Amerykanie w ogóle śledzą media. Osobiście widziałam już dziesiątki wystąpień Obamy (podobnie jak mnóstwo wystąpień Clinton i McCaina) i zasadniczo nie usłyszałam od Obamy w Assembly Hall niczego nowego. Może poza zapowiedzią stworzenia boiska do koszykówki w Białym Domu. Publika jednak reagowała tak, jak gdyby wszystko słyszała po raz pierwszy, każdy żart, każde oświadczenie, każdy pomysł, każdą zachętę do aktywności politycznej. Siedząca przede mną młoda kobieta kiwała głową tak często i tak intensywnie, że mało głowa jej nie odpadła. Czy zadziałała magia słuchania Obamy na żywo czy raczej większość zebranych rzeczywiście nie śledzi dokładnie poczynań swojego kandydata? A może to świeżość Obamy i jego pozytywne nastawienie utrzymujące się pomimo ostatnich ciężkich tygodni kampanii?

W Bloomington Obama powinien wygrać - to najbardziej liberalne miasto w Indianie. Z dnia na dzień w ogródkach przybywa plakatów zachęcających do głosowania na niego. Coraz więcej samochodów z naklejkami "Obama '08". Kiedy kilka dni temu odwiedziłam miejską bibliotekę co krok napotykałam grupki zaangażowanych mieszkańców z ogniem w oczach dyskutujących o polityce, o prawyborach i o tym, co zrobić, żeby pomóc Obamie wygrać w Indianie. O głosy większości ludzi związanych z uniwersytetem Obama raczej martwić się nie musi. Ma je jak w banku.

Co będzie ostatecznie? Okaże się we wtorek. Ja trzymam kciuki za Obamą. I za szybkim wybraniem nominata Demokratów.