Ponownie na Midweście
środa, 13 maja 2009
Straszni sprzedawcy

Lubię mieć do czynienia z uprzejmą i pomocną obsługą w sklepach czy restauracjach. Lubię, na przykład, gdy kompetentny sprzedawca w sklepie z elektroniką pomoże mi znaleźć w gąszczu produktów ten jeden, którego akurat szukam i jeszcze dokładnie wyjaśni różnice pomiędzy nim a podobnym, ale sporo droższym. Lubię, gdy w restauracji kelnerka spyta czy "everything alright?", nawet jeśli udzielenie odpowiedzi wymaga ode mnie gwałtownego przełknięcia, które grozi zaksztuszeniem. Lubię, gdy sprzedawczyni w sklepie spyta z uśmiechem "how are you?", nawet jeśli wiem, że naprawdę kompletnie jej to nie obchodzi. Wiadomo - chodzi o pieniądze. Ale jak słusznie zauważyła Znajoma Osoba - oczywiście, że chodzi o pieniądze, ale może być bardziej lub mniej miło.

Całkiem mniej miło robi się jednak, gdy klienta osaczają sprzedawcy-potwory. Sprzedawca-potwór dopada klienta, gdy tylko ten - nieświadom zagrożenia - przekroczy próg sklepu. I koniec. Przepadło. Od sprzedawcy-potwora nie da się uciec. Śledzi każdy twój krok, dyszy ci w kark, ględzi nieustannie, podtyka pod nos wszystko, co mu w ręce wpadnie i nie popuści do chwili, w której triumfalnie - niczym dzielny pies myśliwski z upolowaną zwierzyną w pysku - nie zaciągnie klienta obarczonego furą chcianych i niechcianych zakupów do punktu docelowego czyli do kasy.

Wczoraj dopadło mnie stado takich sprzedawczyń w sklepie Victoria Secret. Zapowiadało się niewinnie. Pani podeszła, uśmiechnęła się, spytała "how are you?" oraz czego szukam. Tak, tak, oczywiście, mamy jak najbardziej! Może przejdzie pani do przymierzalni, a my tam przyniesiemy pani różne modele, będzie mogła pani przymierzyć, tak będzie wygodniej, nie będzie się pani męczyć... Gładki słowotok spowodował, że w głowie zapaliła mi się ostrzegawcza żarówka - uciekaj, póki możesz, wyszeptał wewnętrzy głos. Na mojej twarzy najwyraźniej pojawiło się jakieś echo tego głosu, ponieważ sprzedawczyni coraz bardziej stanowczo zaczęła mnie zachęcać do pójścia do przymierzalni. W międzyczasie zgarnęła już kilka staników, które jej zdaniem powinnam przymierzyć. Coś w jej oczach powiedziało mi, że jeszcze chwila, a złapie mnie za kołnierz, siłą zaciągnie do przymierzalni, zerwie ze mnie ubrania i... nie, niestety nie zacznie mnie namiętnie całować, a raczej wciskać moje piersi w kolejne modele biustonoszy.

Jakoś urwałam się tej pani. Spokojnie przeglądam sobie bieliznę, ale spokój nie trwa długo. Podchodzi kolejna pani i informuje mnie o dzisiejszych promocjach. Ok, kiwam głową. Niestety to nie jest dostatecznie entuzjastyczna reakcja. Pani prowadzi mnie do wyłożonych na stole skądinąd ładnych koronkowych fintifluszków i niemal wsadza w nie mój nos. A tu obok są także staniki! - zachęca głosem, w którym czai się groźba - a spróbuj tylko czegoś nie kupić.

Potem kolejna pani. Czy obejrzała pani nasze promocje? A może chciałaby pani coś przymierzyć? Bardzo proszę do przymierzalni... Przymierzę, jak będę miała ochotę - warczę pod nosem, bo zaczynają mi sie wyczerpywać zasoby cierpliwości. Pani nie dosłyszała. Stoi nadal koło mnie i uśmiecha się zachęcająco. Biedaczka najwyraźniej nie dostrzega, że grozi jej śmierć przez uduszenie.

Niewielką w sumie przestrzeń sklepu udaje mi się opuścić po jeszcze trzech utarczkach z uprzejmymi do obrzydliwości sprzedawczyniami. Wszystko na przestrzeni może 15 minut. Wychodzę z ulgą czując się jak zwierzyna, której jakimś cudem udało się uniknąć zastawionych wszędzie pułapek. Nigdy więcej Victoria Secret, postanawiam sobie stanowczo.

PS: Bywalców przepraszam za brak wpisów w ostatnim czasie. Okoliczności nie są sprzyjające.