Ponownie na Midweście
sobota, 30 czerwca 2007
Ku zamyśleniu

Przeczytałam i się zamyśliłam jakoś niezbyt wesoło.

W trakcie warszatatów antydyskryminacyjnych ludzie bardzo się kontrolują i starają się zrobić wszystko, żeby nie wypaść na rasistów/rasistki lub antysemitów/antysemitki. Ale, co ciekawe, jeśli chodzi o homofobię, nie ma już takiej tendencji. Ludzie swobodnie wygłaszają teksty mnie lub bardziej obraźliwe, przy czym wiele osób mówi, że po prostu nie zna żadnego geja ani żadnej lesbijki. Nie są to zazwyczaj osoby młode, tylko, dajmy na to, czterdziestoletnie lub starsze.

Agata Teutsch, w książce Anny Laszuk "Dziewczyny, wyjdźcie z szafy!"

Rzeczywiście ciekawe. I niby optymistyczne, choć nie do końca...

Szawua tow.

piątek, 29 czerwca 2007
"...było bardzo dobre"

I obejrzał Bóg wszystko, co uczynił, i że było bardzo dobre.

ירא אלהים את כל אשר עשה והנה טוב מאד

[Bereszit 1:31]

Słowa "wajar Elochim ki tow" - "i widział Bóg, że dobrze" - padają podczas opisu stworzenia świata siedem razy. Pierwszy rozdział księgi Bereszit zawiera opis kolejnych faz stworzenia. Spoglądając na wytwory swoich rąk Haszem, zapewne nie bez pewnej dozy samozadowolenia, stwiedza: "dobre". Na sam koniec zaś, patrząc na całość swojej twórczości, stwierdza: "bardzo dobre".

Nie ukrywam, że czasem zastanawiam się, skąd ten boży optymizm, bo gdy ja się rozglądam wokoło, to jakoś inne słowa mi przychodzą do głowy. Słowa te pominę, z uwagi na ich niecenzuralność.

Chyba że popatrzę na Jego Krągłość. Wtedy wszystko staje się jasne. Oto kluczowa informacja, której brak w Bereszit - Haszem wcale nie patrzył na świat, gdy myślał, że dobre. Patrzył wtedy na Jego Krągłość. No dobrze, nie będę się upierać. Mógł patrzeć także na Nadieżdę Iwanownę, zwaną Kluską, albo na Oscara, zwanego przeze mnie Mruczakiem, który mieszka z moją sąsiadką w Bloomington i uczynił już moje mieszkanie swoim drugim mieszkaniem.

Jego Krągłość zwany jest zaś Grubciem, co w żaden sposób nie sugeruje, że jest gruby. Grubcio nie jest gruby, jest w sam raz krągły. Podobnie, określenie Pyzucha, doprawdy nie ma związku z rzekomo przesadną tuszą.

Gdy moi Rodzice musieli zimą zmienić miejsce zamieszkania, cała rodzina zatroskana była o jedno: jak zniesie to Grubcio? Przez tygodnie trwały konsultacje na ten temat, również transoceaniczne. Niezliczone minuty spędziliśmy na rozważaniach dotyczących organizacji transportu. Pal diabli meble, pal diabli książki i inne takie nieistotne drobiazgi. Kwestia zasadnicza brzmiała: jak przewieźć kota i jak przewieźć jego ulubioną wersalkę. A potem gdzie ją postawić. Umiejscowienie ulubionych mebli kota jest, jak wiadomo, sprawą absolutnie kluczową.

Dzięki obecności Grubcia w naszym życiu - a jest w nim obecny lat już 13 - cała najbliższa rodzina ma odpowiednio ukształtowaną hierarchię wartości. Na pierwszym miejscu tejże znajduje się kot. Potem długo, długo nic. A potem - ulubione krzesło kota. Pozostałe pozycje w hierarchi są kompletnie bez znaczenia.

Nigdy nie zapomnę uroczej sceny, która miała miejsce w domu kilka miesięcy po tym, jak pojawiła się w nim dziwna, mała, chuda, wieloucha i raczej wrzaskliwa stwora w wieku mniej więcej 4 tygodni. W pierwszym momencie Głowa Rodziny była mocno oburzona faktem, iż stwora owa pojawiła się w domu bez zgody Głowy Rodziny. No jak można tak Głowę potraktować bez szacunku? Początkowo Głowa zachowywała stosowny dystans w stosunku do Grubcia, który wówczas był jeszcze całkiem chudy. Pewnego dnia jednak, po powrocie ze szkoły, zastałam Głowę Rodziny kucającą przed kaloryferem i grzebiącą patyczkiem pomiędzy żeberkami. Przyglądałam się temu przez chwilę z niejakim zdziwieniem. Głowa Rodziny zorientowała się po kilku minutach, że ktoś ją obserwuje i z pewnym zawstydzeniem wymamrotała: Bo kotu piłeczka wpadła za kaloryfer... Od tego czasu niepodzielne rządy Grubcia w domu nigdy nie były kwestionowane.

I któż ośmieliłby się kwestionować władzę Kota wyglądającego tak dumnie?

O Oscarze przy następnej okazji. Teraz idziemy z Grubciem szykować się do szabatu.

Szabat szalom.

czwartek, 28 czerwca 2007
A może rozwód?

Jest takie pojęcie w psychologii poznawczej odnoszące się do pewnego błędu, który często popełniamy. Otóż wydaje nam się, że nasz pogląd na jakąś tam sprawę, jest poglądem powszechnie uznawanym. Mamy także skłonność sądzić, że normy albo przekonania obowiązujące w naszej kulturze czy religii są normami bądź sądami ważnymi powszechnie.

W ostatnią niedzielę w synagodze były dwa śluby, więc pomyślałam, że napiszę o rozwodach. W końcu jedno związane jest z drugim, przynajmniej logicznie.

Niedawno bliska osoba spytała mnie, jak to w judaizmie jest z rozwodami i czy inaczej niż w katolicyzmie. Skoro nauka katolicka rozwodów nie dopuszcza (umożliwiając zaś unieważnienie małżeństwa w bardzo szczególnych przypadkach), to może w judaizmie jest podobnie?

Nie jest. W judaizmie nie ma wobec rozwodów entuzjazmu, co raczej zrozumiałe, ale nie ma też potępienia. Rozwody nie są zakazane, a bywają nawet zalecane. Judaizm jest religią w wielu aspektach bardzo praktyczną. W tym przypadku uznał, że czasem lepszy jest rozwód niż zmuszanie do wspólnego życia dwoje ludzi, którzy razem już być nie chcą, nie potrafią i nie mogą.

Żydowski dokument rozwodowy nazywa się "get". Z uwagi na to, że zawarcie małżeństwa jest (również) czymś na kształt legalnego kontraktu, rozwód wymaga określonej prawnej procedury i właściwie przypomina czysto prawne postępowanie. Małżonkowie muszą udać się do sądu rabinicznego. Podczas procedury nie są im zadawane żadne pytania osobiste. Jeśli sobie tego nie życzą - co z dość jasnych powodów może mieć miejsce - nie muszą pojawiać się przed sądem równocześnie. W czasie spotkania zostaje przygotowany ów get, dokument, który tradycja nakazuje spisać w języku aramejskim. List rozwodowy nie zawiera żadnego opisu "rozkładu pożycia", a jedynie stwierdza, że dana kobieta jest już wolna i może poślubić innego mężczyznę. Obecni muszą być świadkowie. Rozwodzący się muszą zapewnić sąd, że nie są przymuszani z zewnątrz do rozwodu. Procedura kończy się przekazaniem getu żonie przez męża (niekoniecznie bezpośrednio). I po sprawie.

Rozwiedzeni nie mogą się ponownie pobrać. Mogą natomiast poślubić inne osoby.

Rzecz oczywiście jest w praktyce znacznie bardziej skomplikowana niż ten opis mógłby sugerować. I rzecz nie tylko w możliwych i często towarzyszących rozwodom tragediom i kłopotom natury emocjonalnej.

Odłożę więc kwestie emocjonalne na bok i zajmę się tymi okropnymi sprawami wyciąganymi przez feministki...

Otóż w żydowskim prawie pozycja małżonków nie jest w przypadku rozwodu taka sama. Talmud wprowadził istotne korekty do prawa biblijnego (np. uniemożliwił mężowi rozwiedzenie się z żoną bez zgody tejże), ale jedna rzecz pozostała nie zmieniona: kobieta nie może rozwodu zainicjować - żona nie może mężowi przekazać listu rozwodowego. List ten może iść tylko w jedną stronę: od męża do żony.

I tu pojawia się ogromnie bolesny problem "agunot" (l.p. aguna), czyli kobiet, które nigdy nie otrzymały listu rozwodowego i z tego względu nie mogą zawrzeć nowego małżeństwa.

Agunot pojawiają się najczęściej w następujących przypadkach:

1) Mąż odmawia przekazania listu rozwodowego, czasem już po rozwodzie cywilnym. Z czystej złośliwości albo z chciwości czy z tysiąca innych możliwych chorych powodów.

2) Mąż znika bez śladu porzucając żonę.

3) Mąż ginie w czasie wojny albo w zamachu, ale nie ma świadków śmierci ani ciała. Judaizm nie przewiduje kategorii "uznany za zmarłego", więc żona nie może zostać uznana za wdowę. Takie przypadki były rozpatrywany bardzo często przez sądy rabinicze po Zagładzie.

Problem agunot był jedną z przyczyn powołania do życia Jewish Orthodox Feminist Alliance. Celem kobiet zjednoczonych w tej organizacji było i jest między innymi właśnie pomaganie kobietom, które znalazły się w sytuacji tragicznego uwiązania do małżeństwa, które tak naprawdę przestało istnieć, kobietom szantażowanym przez mężów, którzy zapierają się i getu dać nie chcą. Sąd rabiniczny może domagać się od męża wystosowania listu rozwodowego, nie ma jednak władzy, by list ten wymusić.

20:59, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (16) »
wtorek, 26 czerwca 2007
Rozmowy, rozmowy, rozmowy

Jest taki fragment w rozmowie Jossiego Awni z Katarzyną Bielską, który mnie zabolał, być może jak wielu innych Polaków:

Myślałem, że mnie pobiją, oplują, że będę musiał ukrywać swoją izraelskość, żydowskość, uważać na to, co mówię...

Awni powiedział także:

Wcześniej byłem uprzedzony tak jak inni Izraelczycy. Pamiętam siebie sprzed dziesięciu lat, jak mówię do kolegów w Berlinie: "Jest kilka państw na świecie, w których nigdy nie chciałbym być, np. Polska". Zapytasz: dlaczego? Bo myślałem, że Polska mnie nie lubi. Teraz wiem, że mój pogląd był głupi i niesprawiedliwy. Chodzi oczywiście o antysemityzm, o którym wiele słyszałem, ale z którym się tu właściwie nie spotkałem. Nie bądźmy naiwni, Polska ma niekorzystny wizerunek wśród Żydów w Izraelu, a szczególnie poza Izraelem.

Moja znajoma Izraelka powiedziała mi to samo: że do Polski nie chciałaby przyjechać. Wcześniej zaś mówiła o swojej bardzo bliskiej przyjaciółce, Niemce, którą często odwiedza bodaj w Monachium. Wiem, że nasza znajomość i rozmowy - z których wiele nieuchronnie schodziło na Polskę, antysemityzm i Holokaust - zmieniło jakoś jej wstępne nastawienie do Polaków. Jestem jedyną Polką, jaką dotychczas poznała. Może gdyby tu przyjechała, zaczęłaby patrzeć na nas inaczej. Rok temu, gdy byłam latem w Polsce, szłam Nowym Światem i pomyślałam nagle, jak fajnie by było pokazać to miejsce Ajelet. Przejść się razem Krakowskim Przedmieściem, Nowym Światem, usiąść w jakiejś niewielkiej kafejce i po prostu patrzeć razem na to, co by nas otaczało.

Ajelet powiedziała mi kiedyś, że właśnie dzięki takim znajomościom, jak nasza, zmienia się percepcja i sposób myślenia.

Nie mam pojęcia, czy Ajelet kiedyś do Polski przyjedzie. Chciałabym tego. Bardzo chciałabym zabrać ją na Mazury.

Przyjeżdża jednak całkiem sporo Izraelczyków, młodszych i starszych. I rzeczywiście, często zmieniają zdanie.

Przyjaciółka pisze doktorat o polsko-izraelskich wymianach studenckich. Z rozmów z uczestnikami z Izraela wynika jasno, że ich obraz Polski przed przyjazdem był szary, ponury i wrogi. Polska jako kraj ponurych cmentarzy, nad którymi wciąż unoszą się dymy z krematoriów. A do tego antysemityzm.

Przyjeżdżają i ze zdumieniem stwierdzają, że Polska jest zielona. Bardzo zielona. I że świeci w niej słońce. Nie tak palące jak w Izraelu, ale przyjemne. Że nie tylko dymy i cmentarze można tu napotkać. Jeżdzą na przykład do Zakopanego i ogromnie im się tam podoba.

I spotykają rzecz jasna Polaków - uczestników programu z polskiej strony. Z badań Przyjaciółki wynika, że po tych spotkaniach Izraelczycy są zdumieni - zdumieni pozytywnie, bo spotykają młodych, bardzo dobrze wykształconych ludzi, którzy często więcej od nich samych wiedzą o kulturze i historii żydowskiej, znakomicie orientują się w tym, co dzieje się w szerokim świecie z Izraelem włącznie.

Niedawno w opiniotwórczym izraelskim dzienniku Haarec ukazał się tekst o Polsce, napisany przez dziennikarza, który w Polsce jakiś czas temu gościł - to jeden z wielu refleksów takich wizyt, które rodzą w umysłach Izraelczyków przeświadczenie, że istnieje "nowa Polska". Tutaj możecie zapoznać się z polską wersją artykułu.

Ale dlaczego mnie to właściwie w ogóle obchodzi? Przecież nie jestem Izraelką i konwersja na judaizm nie uczyni mnie obywatelką tego kraju. Ba, jeszcze nigdy tam nie byłam. Mój judaizm jest judaizmem diaspory i moja żydowska tożsamość będzie tożsamością diaspory. Połączę w sobie tożsamość polską i żydowską, ale nie izraelską.

Nie da się jednak tego poczucia jakiegoś związku z Izraelem uniknąć. I nie chciałabym go uniknąć. Izrael stanowi i będzie stanowił ważny punkt odniesienia dla każdego Żyda, który mieszka w diasporze. Także dla Żyda z wyboru.

piątek, 22 czerwca 2007
Pouczające dialogi

Pod balkonem dwie dziewczynki w wieku średnio-podstawówkowym bawią się piłką i z uporem godnym lepszej sprawy śpiewają cały czas tę samą piosenkę.

Idzie sąsiadka.

- Dzień dobry - dziewczynki są najwyraźniej dobrze wychowane.
- Dzień dobry - odpowiada sąsiadka, po czym zwraca się do jednej z dziewczynek z pytaniem:
- I co, zdałaś?
- Zdałam.
- Świadectwo z czerwonym paskiem dostałaś? - drąży sąsiadka
- Nie.
- O ty pierdoło - podsumowuje sąsiadka z westchnieniem.

Nie ma to jak sąsiedzi. Człowiek odkrywa nowe światy kulturowe.

Szabat szalom.

czwartek, 21 czerwca 2007
Świętowanie

W ten weekend w synagodze będzie mnóstwo świętowania. Najpierw, sam szabat. W sobotę rano - bar micwa. W niedzielę zaś - dwa śluby.

Aż można sobie pomyśleć: "Może jednak coś z tego będzie. Może jednak żydowskie życie w Polsce się odrodzi".

Po chwili jednak bardziej realistyczna (bądź cyniczna?) część umysłu podpowiada z sarkazmem: "Lepiej się zastanów, kto ostatni zgasi światło".

PS: Gdyby ktoś chciał zobaczyć choć niewielkie przebłyski żydowskiego ślubu, proszę odwiedzić galerię Gminy Warszawskiej, a w niej garść fotografii ze ślubu sprzed dwóch lat mniej więcej.

22:32, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Czułość

"Czułość" - to właśnie słowo przychodzi mi wciąż do głowy podczas lektury książki Jossiego Awni "Ciotka Farhuma nie była dziwką" (Wydawnictwo Sic: Warszawa 2007). Ta książka jest pełna czułości, ale unika pułapek czułostkowości, sentymentalizmu, różnych puci-puci tudzież zmysłów wypełzających na usta.

To jest mądra czułość. Taka, która przychodzi z czasem i z dystansem. Taka, która potrafi współistnieć z dostrzeganiem brzydoty, brudu, biedy, bezsensu. Często miesza się ze smutkiem. Ten rodzaj uczucia zdarzyło mi się napotkać w muzyce, na przykład w suitach Bacha na wiolonczelę. W literaturze - znacznie rzadziej. Być może łatwiej ją wyrazić poprzez nuty i dźwięki niż opisać w słowach.

Wcale nie jest łatwo dobrze opisywać miłość. Różewicz pisał, że chleb najlepiej opisać poprzez opis głodu. Miłość zatem - przez opis tęsknoty, niespełnienia i braku bliskości. I tak właśnie opisał miłość Awni. Miłość pomiędzy mężczyznami i miłość pomiędzy synem a matką.

Jossi Awni jest gejem i gejem jest bohater jego powieści. Czytając ją jednak czasem zapominałam o tym. Nie orientacja seksualna bowiem jest tu najważniejsza, ale sama miłość - w tym przypadku miłość do mężczyzny, który odszedł, choć obiecywał, że zostanie do końca świata.

"Ciotka Farhuma" to także opis sefardyjskiej rodziny mieszkającej w Izraelu. Opis pachnący wieloma przyprawami, głównie kolendrą, opis biedy, ciągłych trosk, niespełnionych marzeń i planów, wykrzykiwanych przekleństw i uroków rzucanych przez sąsiadkę. A w jego środku matka głównego bohatera, nieustannie martwiąca się o swojego syna, mówiąca dużo i szybko, spierająca się z mężem, który próbuje co jakiś czas nieporadnie bronić tradycyjnej pozycji "wszechmocnego pana domu". Główny bohater od niej ucieka, podobnie jak ucieka od wspomnień o swoim kochanku, ale tylko po to, by się przekonać, że ucieczka nie jest możliwa.

Podobnie ucieka od swojej ojczyzny. Kocha ją i jednocześnie pełen jest złości. To okrutny kraj, który nienawidzi własnych synów, mówi o Izraelu. Ale to jest właśnie dom.

Dotychczas ukazały się chyba trzy recenzje tej książki. W Gazecie Wyborczej, autorstwa Pawła Smoleńskiego, w Dzienniku napisana przez Michała Tabaczyńskiego oraz w serwisie Relaz.pl - Justyny Pobiedzińskiej, którą również uderzyła przede wszystkim czułość zawarta w powieści. Pierwsza i ostatnia pochlebne, druga bardzo krytyczna.

"Ciotkę" najlepiej przeczytać i samemu ocenić. Dodatkowo warto przeczytać rozmowę z Jossim Awni w Dużym Formacie. W tej pojawia się ciekawy i złożony wątek stosunku Izraelczyków do Polski, ale o tym przy innej okazji.

Na koniec jeszcze słowa podziękowania dla Leszka Kwiatkowskiego, bez którego osoby takie jak ja - dopiero uczące się hebrajskiego - nie mogłyby przeczytać ani "Ciotki" ani wielu innych książek.

I tylko jedna uwaga redaktorska - dlaczego u licha "Yossi Avni" zamiast "Jossi Awni"? Przecież podstawowa zasada transkrypcji brzmi: "piszemy tak, jak słyszymy". Tak, jak my słyszymy, a nie tak, jak piszą Amerykanie...

PS: Po przeczytaniu kolejnych dwóch rozdziałów i chwili dodatkowego namysłu stwierdzam, że nieco sentymentalizmu w książce jednak jest. Ale to nie szkodzi. "Harlequin dla gejów" to nie jest z pewnością.

21:00, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
piątek, 15 czerwca 2007
Do sklepu marsz

Do sklepu pójść należy, aby nabyć najnowszy album Avishai Cohena "As Is... Live At The Blue Note" wydany w Polsce nakładem Wydawnictwa Rock-Serwis.

O urodzonym w Izraelu jazzmanie, którego bass rozpoznać podobno można od pierwszych taktów, pisałam nieco wcześniej. W Polsce niestety niewiele jego płyt było dotychczas dostępnych - zaledwie 4 (licząc tę najnowszą) z dyskografii liczącej sobie albumów 8 (nie licząc płyt, na których Cohen się pojawia z innymi gwiazdami).

Osobiście jestem wielką fanką Cohena. Przekonał mnie do jazzu.

Jeśli jazz lubisz - idź i kup płytę. Jeśli nie wiesz, czy lubisz - też idź i kup, a przekonasz się, że lubisz. Jeśli sądzisz, że nie lubisz - idź i kup, bo możesz stwierdzić, że jednak lubisz.

Gdyby ktoś nie ufał moim zapewnieniom, co skądinąd mogę zrozumieć, warto odwiedzić stronę internetową Cohena i tam posłuchać fragmentów jego kompozycji. A potem oczywiście, pójść do sklepu i kupić płytę.

Niestety na tej płycie nie ma dwóch moich ulubionych utworów: Arawa i Ani Maamin. Jest za to skomponowany przez Cohena świetny Feediop. Poniżej nagranie z nowojorskiego klubu Blue Note, właśnie Feediop.

12:18, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (1) »
środa, 13 czerwca 2007
Uprzedzenia mają się dobrze

Miałam zamiar zająć się jakimś tematem nie związanym z kobietami i feminizmem. Nie wyszło mi jednak, a to dlatego, że przeczytałam w Jediot Achronot informację o tym, iż pewien bardzo ortodoksyjny rabin, bardzo wpływowy w środowiskach religijnych syjonistów, wpadł na genialny pomysł zawracania kijem nurtu historii.

Rabin Mordechaj Eliachu wydał mianowicie opinię, w której zabrania studiowania młodym dziewczętom Gemary. Nie powinny jej studiować, gdyż niesie to - o zgrozo - niebezpieczeństwo zatarcia różnic pomiędzy płciami oraz powoduje zmniejszenie religijności i przestrzegania prawa.

"Zacieranie różnic pomiędzy mężczyznami i kobietami jest zakazane pod każdym względem - w ubiorze, fryzurze, zachowaniu i także w nauce" - grzmi rabin. "Kiedykolwiek kobiety łamały tę zasadę... ich bojaźń boża, ich przestrzeganie micwot oraz szacunek dla Tory zmniejszały się zamiast wzrastać".

Rabin Eliachu naturalnie wsparł się tradycją i przywołał opinię "Chachameinu Zichronam Liwrocho" - czyli "mędrców błogosławionej pamięci", generalnie chodzi o autorów Talmudu - wedle których kobiety powinny znać tylko te fragmenty halachy, które odnoszą się bezpośrednio do nich.

Niedawno inny duchowy lider tego środowiska, rabin Szlomo Awiner, wygłosił podobną opinię uzasadniając zakaz studiowania Gemary dla kobiet tym, że studia te są "niestosowne dla ich dusz".

Oczywiście rabinowi Eliachu nie chodzi o to, że kobietom studiującym Talmud nagle wyrosną pejsy i brody. Zacieranie różnic pomiędzy płciami to zacieranie różnic pomiędzy tradycyjnie ustalonymi rolami społecznymi. Mąż ma siedzieć w jesziwie i studiować, żona ma siedzieć w domu, rodzić dzieci, gotować obiady i być dumna z tego, że może ciężką pracą zarobić na utrzymanie męża. To są zajęcia, które nazwać można prawdziwie stosownymi dla kobiecej duszy, czyż nie?

Kobieta wykształcona w Torze stanowi zagrożenie. Jest zagrożeniem, bo przypadkiem może dowiedzieć się na przykład tego, że wiele ze stawianych jej zakazów i nakazów ma wątłe zakorzenienie w tejże Torze, a wynika jedynie z dawno zakorzenionych w judaizmie patriarchalnych uprzedzeń. Może zacząć stawiać niewygodne pytania. I po co to komu? Czy nie lepiej po prostu kazać jej zapalać szabatowe świece bez zastanawiania się nad sensem tej czynności? Czy nie lepiej żeby zakrywała włosy nie wiedząc, dlaczego właściwie ma to robić? Czy nie lepiej żeby wypełniała praktyczne nakazy swojej religii nie wiedząc dokładnie, skąd się wzięły i jaka jest ich historia?

Otóż nie lepiej. Wiedział o tym już rabin Israel Meir Hakohen, który stwierdził, że porządna edukacja religijna jest podstawowym narzędziem w walce z asymilacją i sekularyzacją.

Nie zachęcimy do judaizmu nikogo pokazując mu jedynie zakazy i ograniczenia. Aby z własnej woli ograniczenia te przyjąć, trzeba poznać i zrozumieć ich sens. Ślepa, głucha i głupia wiara może istnieć, ale czasem wystarczy jedno rozczarowanie, by pozostały z niej jedynie wióry. Tyle że oczywiście rabina Eliachu nie interesuje to, czy kobiety przyjmują i praktykują judaizm w własnej nieprzymuszonej woli. Jego interesuje wyłącznie to, by wykształcone kobiety przypadkiem nie podważyły autorytetu uczonych w piśmie takich, jak on sam.

Marny to autorytet, który swojej pozycji potrafi bronić tylko wobec analfabetów.

Nie, nie chodzi mi o to, żeby kobiety, które studiować Gemary nie chcą, siłą do tego przymuszać i gonić, najlepiej pod batogiem, do jesziwy. Czym innym jest jednak brak nakazu, a czym innym - brak możliwości.

Zakaz wydany przez rabina Eliachu jest ordynarnie niesprawiedliwy. Argumentacja rabina Awinera prymitywnie oparta na uprzedzeniach. A obie podszyte są zwykłym, ludzkim lękiem ludzi o małych sercach, którzy nie ufają sile i pięknu własnej religii. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć tezę, że większa ilość wiedzy w przypadku kobiet owocuje mniejszym szacunkiem do Tory? Czy rabini chcą przez to powiedzieć, że jak ktoś bliżej pozna judaizm, to go z pewnością porzuci?

Ja wierzę - więcej nawet - ja wiem, że poznanie judaizmu, jego wielkości, głębi i piękna może przynieść zachwyt i prawdziwie głęboką religijność. Religijność, która jest następstwem świadomego wyboru, a nie jedynie naśladownictwa.

20:47, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Czasem wystarczy chcieć

Komentując mój poprzedni wpis Palulina18 spytała:

Hmm...a czy rabin nie mógłby pofatygować się do kobiet i im także osobiście życzyć szabat szalom??? Są ku temu jakieś przeszkody?

Przeszkód nie ma, faktycznie. Żaden mężczyzna nie może wejść do części przeznaczonej dla kobiet podczas nabożeństwa, ale przed nim - jak najbardziej.

Usiadłam zatem do komputera i napisałam email do rabina z sugestią, że fajnie by było, gdyby przed nabożeństwem zaglądał na ezrat naszim przywitać zgromadzone tam kobiety. To niewielki gest, a jednocześnie tak bardzo znaczący. Dzięki niemu kobiety mogłyby poczuć się w synagodze potrzebne.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie: "Świetny pomysł!"

Ergo: czasem naprawdę wystarczy po prostu chcieć.

Dzięki Palulino!

20:01, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2