Ponownie na Midweście
niedziela, 29 czerwca 2008
Encounter Point (2005)

Myśląc o konflikcie izraelsko-palestyńskim trudno czasem uniknąć poczucia kompletnej beznadziei. Nic się nie zmieni. Będą ciągle nowe ofiary, ataki armii, ataki terrorystów, będzie więcej i więcej krwi, więcej i więcej nienawiści.

Media nie pokazują nam prawie żadnych obrazów, które mogłyby nieść jakąś nadzieję. Oczywiście, mówi się o politycznych krokach, mówi się o blokadzie albo o zawieszeniu broni, o negocjacjach czasem jawnych, czasem tajnych, pośrednich i bezpośrednich. Tyle że takie informacje słyszymy już od lat. I jednocześnie widzimy, że nic się nie zmienia.

Zdarza się jednak, że ktoś uchwyci i przekaże szerszej publice wydarzenia z innego porządku. Wydarzenia, w których można dostrzec delikatne światełko w tunelu. Coś takiego właśnie pokazuje dokumentalny film nakręcony w 2005 roku zatytułowany "Encounter Point".

Robi przyjechała do Izraela z RPA, gdzie była zaangażowana w walkę z apartheidem. Kilka lat temu straciła syna - młodego chłopaka stojącego na straży przy żydowskim osiedlu Ofra na Zachodnim Brzegu zastrzelił palestyński snajper. Z czasem Robi zaczęła się zastanawiać: co mój syn tam robił? dlaczego pilnował żydowskiego osiedla na palestyńskiej ziemi? Teraz działa w organizacji - Bereaved Families Forum - zrzeszającej rodziny izraelskie i palestyńskie, które straciły bliskich. Robi straciła syna, Elham z Nablusu również, Rami stracił córkę w zamachu.

Ali był nastolatkiem, gdy wybuchła pierwsza intifada. Rzucał kamieniami w izraelskie czołgi. Trafił na cztery lata do więzienia. Został postrzelony przez żołnierza i wyjechał do Arabii Saudyjskiej na leczenie. Wówczas dotarła do niego wiadomość, że zginął jego brat - zastrzelony przez izraelskiego żołnierza przy wejściu do wioski, w której mieszkali. Ali również działa w Bereaved Families Forum. Spotyka się także w różnych miejscach z Palestyńczykami i próbuje ich przekonywać o tym, że przemoc do niczego nie prowadzi. Opowiada im o Gandhim i ruchu non-violence.

Mieszkający z rodziną w Betlejem George odwiedza na chrześcijańskim cmentarzu grób swojej córki. Kiedyś do miasta weszła armia, szukali terrorystów. Ostrzelali samochód, którym jechał George z rodziną. Później okazało się, że identycznym samochodem mieli poruszać się poszukiwani przez wojsko. George nie został ranny, przeżyła także jego żona. Ich córeczka została zabita.

Cwika stracił córkę w zamachu terrorystycznym w Tel Awiwie. Pojechała do miasta z trzema przyjaciółkami świętować urodziny. Zamachowiec samobójca wysadził się w powietrze w autobusie. Cwika był żołnierzem. Gdy był młody, myślał, że wszystkich Arabów trzeba z Izraela przepędzić. Dziś przychodzi na spotkania Bereaved Families Forum, gdzie rozmawia między innymi z Georgem i z Alim. Jeździ także po szkołach i spotyka się z młodymi Izraelczykami, którzy niebawem znajdą się w armii. Mówi im o sobie, o swojej córce. Mówi także o Palestyńczykach, których zna. Zastanawia się nad tym, w jaki sposób Izrael przyczynił się do powstania palestyńskiego terroryzmu. Ma nadzieję, że gdy chłopcy, z którymi rozmawia teraz, będą w wojsku, będą lepiej traktować Palestyńczyków niż on sam w przeszłości. Może dzięki temu ktoś kiedyś nie podejmie decyzji o wysadzeniu się w powietrze w zatłoczonym autobusie?

Szlomo urodził się na Zachodnim Brzegu. Mieszkał w osiedlu przez 35 lat. Przynaje, że nigdy w życiu nie miał żadnego znaczącego kontaktu z Palestyńczykami. Z żadnym nigdy nie rozmawiał. Nie mieszka już w osiedlu. Przeniósł się z rodziną na teren Izraela, choć nie była to łatwa zmiana. Zaangażował się w żydowsko-muzułmański dialog religijny.

W spotkaniach Bereaved Families Forum uczestniczy około 500 rodzin, 250 izraelskich, 250 palestyńskich. Siedzą razem, rozmawiają o sobie, o utraconych członkach rodziny, opowiadają o bólu i cierpieniu. I widzą, że po obu stronach są ludzie z krwi i kości. Że po obu stronach jest ten sam ból.

Prowadzący jedno ze spotkań Ali mówi: "Rozmawiamy tu o rzeczach, których politycy używają jako usprawiedliwienia dla przemocy. Nie używajcie nas jako alibii - my jesteśmy zjednoczeni".

Oglądając ten film przypomniało mi się, jak wiele dla pojednania polsko-niemieckiego zrobili ludzie, którzy bezpośrednio doświadczyli przemocy. Nie ci, którzy przyszli później, wiedzę o wojnie czerpią z książek, a dziś tak chętni są do tego, by domagać się odszkodowań za cierpienia ojców.

Być może kiedyś, kiedy zakończy się okupacja, do czegoś podobnego dojdzie w stosunkach izraelsko-palestyńskich. Już dziś po obu stronach są ludzie, którzy wiedzą, że przemoc prowadzi do nikąd.

Postaram się w następnych wpisach przybliżać różne organizacje izraelskie, palestyńskie i izraelsko-palestyńskie, o których media nie piszą zbyt wiele, a których członkowie codziennie robią rzeczy ważne, rzeczy, które być może w przyszłości zmienią rzeczywistość Bliskiego Wschodu.

PS: Więcej o filmie tutaj: Encounter Point

wtorek, 24 czerwca 2008
Prohibicja

Miałam najszczerszy zamiar świętować zwycięstwo Hiszpanów nad Włochami w towarzystwie butelki porządnego hiszpańskiego wina. Wychodziłam już z domu, ale zatrzymałam się w drzwiach. "Przecież dziś niedziela", pomyślałam. A w niedzielę mamy w Indianie prohibicję.

Prohibicja, to były czasy... Kwitnący przemyt i alkoholowe podziemie. Gigantyczne fortuny powstające nieomal z dnia na dzień. Na naszej lokalnej prohibicji zarobić się raczej nie da, bowiem obowiązuje ona wyłącznie w niedzielę i w dodatku jest ograniczona.

Alkohol w Indianie w niedzielę można nabyć wyłącznie w lokalach posiadających zezwolenie na sprzedaż i konsumpcję tegoż. Żadne sklepy alkoholu w ten dzień tygodnia nie sprzedają. Prawo stanowi, że sprzedaż alkoholu w sklepach kończy się o godzinie 3 nad ranem w niedzielę i rozpoczyna o godzinie 7 rano w poniedziałek. W lokalach zaś alkohol można nabyć od godziny 10 rano w niedzielę do 24:30 w poniedziałek.

Do roku 1983 alkoholu nie wolno było kupić nawet w pubie. "Będziesz dzień święty święcił i to nie po pijaku!", zdawali się mówić prawodawcy. "A na poranne nabożeństwo przyjdziesz trzeźwy!", dodawali ustalając, że butelkę piwa w knajpie można będzie nabyć dopiero po 12 w południe. Tę zasadę zmieniono cztery lata temu. Teraz mieszkaniec Indiany może się upić nieco wcześniej.

Wyjątek od tego prawa stanowią lokalne winiarnie - w nich rodzimego wyrobu wino można nabyć 7 dni w tygodniu.

Nie udało mi się dociec, co stało za wprowadzeniem prawa ograniczającego sprzedaż alkoholu w niedzielę oraz kiedy zostało ono przegłosowane. Podejrzewam, że właściciele winiarni maczali w tym palce.

Każdy stan w Ameryce ma jakieś dziwne, czasem pocieszne, a czasem raczej upiorne prawa. Prawo dotyczące alkoholu w Indianie przypomina mi dawną zasadę obowiązującą nad Wisłą - alkohol tylko po 13:00.

Cała Ameryka ma raczej chory stosunek do alkoholu. Szczególnie do alkoholu w rękach nieletnich. Pisze się o tym i trąbi przy rozlicznych okazjach. Efekty są odwrotne do zamierzonych, rzecz jasna, o czym mogłam się przekonać wielokrotnie żyjąc w miasteczku akademickim.

Pić legalnie w Stanach można po ukończeniu 21. roku życia. 21. urodziny celebrowane są tak, jak u nas osiemnaste. Jedynym zaś powodem hucznych obchodów jest to właśnie, że szczęśliwy solenizant może się teraz w zgodzie z prawem upić. Wszystkie inne ważne prawa (w tym wyborcze) dostaje wcześniej.

Oczywiście nikt nie czeka do przekroczenia magicznego wieku. Studenci w Bloomington piją na potęgę, szczególnie ci najmłodsi, którym pić teoretycznie nie wolno. Urywają się ze smyczy troskliwych rodziców i pierwszym sposobem wykorzystania wolności, jaki przychodzi im do głowy, jest urżnięcie się w trupa. Policja wyłapuje czasem upitych nieszczęśników na ulicach miasta, czasem robi naloty na lokale. Przed wejściem do wszystkich, w których można kupić alkohol, trzeba pokazać dowód tożsamości. Od czego jednak są zaradni ich fałszerze? W ubiegłym roku zatrzymano w Bloomington chłopaka, który dzięki fałszowaniu tychże mógł sobie pozwolić na studia oraz całkiem luksusowe mieszkanie. Biznes się zatem kręci.

A ja musiałam poczekać ze świętowaniem do dzisiejszego wieczora.

niedziela, 22 czerwca 2008
Viva Espana!

Zanim mecz się zaczął postanowiłam, że jeśli wygrają Włosi, wyrzeknę się frykasów włoskiej kuchni oraz natychmiast wyrzucę wszelkie produkty made in Italy. Co za ulga, że nie będę musiała realizować swego postanowienia. Mam słabość do spaghetti. Choć stanowczo wolę paellę. Ściśle rzecz biorąc - wolałam, kiedy jeszcze mogłam jeść owoce morza.

Jeszcze większą słabość mam do reprezentacji Hiszpanii, której wiernie kibicuję od lat, niezależnie od kolejnych rozczarowań, niezależnie od tego, że grali pięknie jak zawsze i odpadali jak zwykle. Przy okazji każdej wielkiej imprezy oglądaliśmy z Bratem mecze Hiszpanii czekając na to, by talent i umiejętności przełożyły się bramki w odpowiednich momentach. Równie dobrze mogliśmy czekać na Godota.

Podczas wczorajszej nocnej rozmowy Brat wróżył finał Niemcy-Włochy. To byłby chyba najnudniejszy final świata. Lubię niemiecki futbol, ale włoski, choć zasługuje na niewątpliwy szacunek z racji organizacji i gry w obronie, serdecznie mnie nudzi.

Teraz mogę Bratu, który dziś również dopingował Hiszpanię, powiedzieć "zygu, zygu". Nie będzie finału Niemcy-Włochy!

Czy będzie finał z udziałem Hiszpanii? Bardzo bym tego chciała. Nie zdążę już na czas nabyć koszulki hiszpańskiej reprezentacji, ale przejdę się dziś do sklepu, by nabyć butelkę hiszpańskiego wina bez względu na cenę.

Kibicom Holandii (Dagmara, Balaram) składam zaś serdeczne kondolencje. Nie martwcie się, kolor pomarańczowy i tak jest piękny. Choć czerwony piękniejszy!

czwartek, 19 czerwca 2008
Zmarnowana okazja - "Defiance"

Przeczytałam właśnie tekst Piotra Głuchowskiego i Marcina Kowalskiego "Wymazany Aron Bell" o partyzantce braci Bielskich i powstającym właśnie w Stanach filmie jej poświęconym zatytułowanym "Defiance".

Zrobiło mi się smutno.

O partyzantce braci Bielskich, którzy stworzyli w czasie Zagłady leśne żydowskie miasteczko napisano całkiem sporo, choć rzeczywiście nie w języku polskim. Z tego, co napisano, wyrasta obraz, w którym biel splata się z czernią, heroizm z brutalnością, bohaterstwo ze zbrodnią.

Dobrze wiadomo, że partyzanci najróżniejszych ugrupowań, podczas najróżniejszych wojen, dopuszczają się i dopuszczali aktów przemocy wobec ludności cywilnej. Partyzanci muszą jeść. W warunkach optymalnych cieszą się wsparciem mieszkańców okolicznych wsi i korzystają z ich pomocy. W warunkach normalnych wsparcie owo muszą wymuszać przemocą - muszą, krótko mówiąc, kraść, plądrować, terroryzować tych, którzy pomagać nie chcą, czasem ich zabijają.

Czy to umniejsza ich bohaterstwo? Oczywiście tak. Czy to czyni z nich zbrodniarzy? Oczywiście nie. Czyni to z nich jedynie ludzi swojego miejsca i czasu. Ludzi czasu wojny i przemocy.

Ale naturalnie my wolimy pomniki, jak pisał klasyk. My, Słowianie i różni inni my. Wolimy stawiać nieskażone monumenty. Na przykład Ogniowi, na przykład Dmowskiemu, na przykład braciom Bielskim.

Naliboki były jedną z wsi, które odmówiły pomocy lokalnej partyzantce związanej z władzami sowieckimi. Wiemy, że miejscowość została napadnięta przez partyzantów 8 kwietnia 1943 roku. Wiemy, że zginęło ok. 128 jej mieszkańców. Wedle ustaleń IPN w napadzie uczestniczyli również partyzanci z grupy braci Bielskich.

W nowym filmie nie ma nic na temat tego epizodu. W trailerze filmu padają liczne piękne słowa.

- Będziemy bronić każdego, kto pozostał przy życiu.

- Polują na nas, jak na zwierzęta, ale my nie staniemy się zwierzętami.

- Każdy dzień wolności jest aktem wiary.

Nie mam wątpliwości co do tego, że bracia Bielscy dokonali czynów bohaterskich. Ale czy to koniecznie musi oznaczać, że zapomnimy o złu, którego również dokonali? Czy konieczny jest kolejny nieskażony pomnik? Czy nie lepsza by była rzetelna refleksja nad tamtą koszmarną rzeczywistością, w której obrona własnego życia często wiązała się z krzywdą wyrządzoną komuś innemu, kto także chciał własnego życia bronić?

Niedawno przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder, opublikował artykuł w Rzeczpospolitej. Napisał w nim między innymi:

Dziś [Polska] jest znaczącym członkiem Unii Europejskiej i bardzo bliskim europejskim sojusznikiem Izraela. Chciałbym, żeby stała się jednocześnie przyjacielem Żydów. Będzie to wymagało woli i otwartości obu stron. Potrzebna będzie uczciwość, odwaga, chęć przyjrzenia się sobie, a także ludzie, którzy pokierują procesem przezwyciężania uprzedzeń rzucających cień na nasze wzajemne relacje w przeszłości.

Uczciwość, odwaga, chęć przyjrzenia się sobie. No właśnie.

15:29, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
niedziela, 15 czerwca 2008
Przypis

Wczoraj mój promotor świętował w gronie znajomych ukazanie się swojej najnowszej książki. Ja zaś, prowadząc konwersacje z różnymi zaproszonymi gośćmi, zdałam sobie sprawę z tego, że muszę sobie sprawić koszulkę z napisem: "I'm just kidding".

Ironia była, jest i raczej pozostanie jednym z podstawowych elementów komunikacji międzyludzkiej w mojej rodzinie oraz w gronie najbliższych znajomych. Rozmowy pozbawione jej błysku są - co tu dużo gadać - nudne. Poczucie humoru, które nie rozpoznaje ironicznego uśmieszku zawartego gdzieś między wierszami, nie kwalifikuje się w ogóle jako poczucie humoru, a trącić może nawet niezbyt wysokim poziomem inteligencji.

Problem w tym jednak, że powyższe stwierdzenia, co do których prawdziwości nie mam zasadniczo żadnych wątpliwości, na Midweście jakoś się nie stosują.

Czy moi amerykańscy znajomi nie mają poczucia humoru? Mają, ale jakieś dziwne. W kilku zaledwie przypadkach udało mi się doświadczyć podczas rozmowy tego ulotnego błysku porozumienia, gdy jedna osoba sięga po ironię, a druga chwyta ją w lot i odpowiada tym samym. Cudowna chwila.

Podczas wczorajszej imprezy kilkakrotnie, widząc wielkie znaki zapytania pojawiające się w oczach moich rozmówców, musiałam dopowiadać: "I'm kidding, I'm just kidding".

Czy nie byłoby praktyczniej mieć koszulkę z takim napisem, który funkcjonowałby jako przypis do każdej, czy prawie każdej, mojej wypowiedzi?

piątek, 13 czerwca 2008
Zakrywanie włosów

W Pięcioksięgu o zakrytych włosach kobiecych czytamy raz, w księdze Bamidbar. W rozdziale 5 znajduje się opis szczególnego rytuału, który musi przejść kobieta podejrzana o cudzołóstwo. Rytuał jest dość okropny, ale relewatne w tym przypadku jest tylko jedno zdanie:

Wtedy kohen postawi kobietę przed Bogiem. I odkryje (para) włosy na głowie kobiety...

[Bamidbar 5:18]

Znaczenie hebrajskiego słowa "para" nie jest tutaj jednoznaczne. Może ono znaczyć zarówno "odkryje", jak i "rozpuści". Rabini wybrali pierwszą możliwość i z tego stwierdzenia wyprowadzili religijny nakaz. Włosy kobiety podejrzanej o cudzołóstwo są publicznie odkryte, prawdopodobnie po to, by ją upokorzyć poprzez zmuszenie jej do zachowania, które miałoby miejsce wyłącznie w okolicznościach intymnych. A skoro tak, to w normalnych okolicznościach włosy powinny być zakryte.

Sifrei (wcześniejszy niż Miszna komentarz do Tory) jasno stwierdza, że taka właśnie jest intencja biblijnego tekstu:

"I odkryje włosy na głowie kobiety"; z tego wiemy, że córki Jisraela zakrywały swoje głowy...

[Sifrei Bamidbar 11]

W tym fragmencie nie rozróżnienia jeszcze pomiędzy mężatkami i pannami. Pojawia się ono później (a dokładnie w Bet Szmuel, Ewen ha-Ezer [dzięki Starcze i Oozie za pomoc]) i jedynie mężatki zobowiązane są zakrywać włosy.

Do dziś sporna jest kwestia czy ten nakaz jest dat Mosze (czyli prawem Tory) czy dat jehudit (czyli prawem obyczaju). Jeśli jest dat jehudit, to może ulegać reinterpretacjom zgodnie ze zmianami obyczajowymi. Jeśli jest dat Mosze, to żadnym zmianom ulegać nie może - jest prawem i tyle.

Rambam (Majmonides) twierdził, że o ile nakaz zakrywania włosów jest dat Mosze, to nakaz ich zaplatania jest dat jehudit.

Jakie są powody dla tego nakazu? Generalnie powiedziałabym, że są przygnębiające. W Gemarze Berachot są długie rabiniczne dywagacje na temat tego, w jakich okolicznościach mężczyzna może się modlić. I ostatecznie rabini stwierdzają, że stanoczo nie może się modlić wtedy, gdy jego myśli zamiast kierować się ku Bogu, kierują się ku wdziękom kobiecym. Wdzięki owe należy więc starannie zakryć, żeby przypadkiem nie zakłócać mężczyznom modlitewnej koncentracji... Ergo, chroni się mężczyznę poprzez ograniczanie kobiety, co niestety stanowiło dość popularną strategię rabiniczną.

Kluczowe pojęcie tutaj to erwa, czyli nagość, nieprzyzwoitość. Pytanie brzmi: co kobieta może pokazać, a pokazanie czego stanowi już ową nieprzyzwoitość?

Dla mnie włosy kobiece nie stanowią seksualnej podniety, więc trudno mi się jakoś odnieść do przekonania, że taką podnietę jednak stanowią i z tego względu powinny pozostać zakryte. Dodatkowo wydaje mi się, że jeśli coś prowokuje daną osobę do jakichś myśli czy działań, to jest to problem owej osoby, a nie potencjalnej przyczyny tych myśli. Innymi słowy: jeśli jakiś facet ma problem z koncentracją w modlitwie, bo widzi moje odkryte ramiona, to niech się idzie leczyć, a nie każe mi zakładać sweter.

Tak czy inaczej, klamka halachiczna zapadła i włosy mężatki powinny być zakryte. Sporne są kwestie, w jakim stopniu muszą być zakryte (zupełnie czy coś może wystawać, a jeśli może - to ile) i w jakich okolicznościach. Sporna jest także kwestia czy w dzisiejszym świecie włosy rzeczywiście nadal należy kwalifikować jako erwa. Różni rabini mają różne opinie co stanowi zresztą o uroku żydowskiego prawa religijnego.

Dziś zakrywanie włosów przez mężatkę w niektórych środowiskach stanowi wyznacznik jej poziomu pobożności (gdzie pobożność oznacza przestrzeganie reguł prawa i obyczaju).

Wracając na moment do wspomnianego przeze mnie wcześniej filmu "Arranged" - jedna z dwóch głównych bohaterek jest Żydówką ortodoksyjną, toteż po ślubie zaczyna zakrywać włosy.

O samych nakryciach głowy następnym razem.

Szabat szalom.

PS: Muszę poczynić jedno ważne zastrzeżenie: nie jestem specjalistką w zakresie halachy, więc całkiem prawdopodobne jest, że tu i ówdzie popełniam błędy. Moje opinie są moimi opiniami, a nie żadną wykładnią judaizmu :) Moja wiedza jest nadal bardzo ograniczona.

19:47, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (25) »
niedziela, 08 czerwca 2008
Ostre narzędzia

Nie należy robić manicure w czasie meczu, stwierdzam stanowczo aczkolwiek poniewczasie. Ja zwykle jestem mądra po szkodzie, czemu trudno się dziwić - czym skorupka za młodu i tak dalej.

Skaleczyłam się w palec przy drugiej bramce Podolskiego, którą miałam nieprzyjemność widzieć na ekranie laptopa dzięki uprzejmości ESPN360.com. Krew kapała na klawiaturę, a ja wrzeszczałam "shit!" strasząc nieco leżącego nieopodal Oscara, który spoglądał na moją wrzeszczącą osobę z wyraźnym niesmakiem.

Trzymajcie się z daleka od ostrych narzędzi podczas meczów, naprawdę...

Ale jaka to przyjemność oglądać wreszcie jedyny porządny sport zespołowy. Kiedy wreszcie Amerykanie dojrzeją do tego, by go naprawdę docenić?

Żeby nie zaspać

Jeden z midraszy opowiada, że Żydzi zaspali na spotkanie z Bogiem na Synaju. Pewnie byli zmęczeni, w końcu wędrowali przez pustynię już od jakiegoś czasu. Chcieli odzyskać siły przed ważnym wydarzeniem następnego dnia - przed matan Tora czyli nadaniem Tory. Spotkanie z Bogiem to nie błahostka, ale zmęczeni Żydzi zaspali. Czekający na górze Synaj Bóg musiał ich obudzić.

Najlepszym sposobem na to, żeby nie zaspać, jest rzecz jasna trzymanie się z dala od łóżka. To robi wielu Żydów na całym świecie w pierwszą noc święta Szawuot. Tak będzie także w mojej synagodze - spotkamy się tam dziś wieczorem, żeby wspólnie studiować Torę.

Studiowanie Tory, wedle tradycji, jest najważniejszą micwą - micwą, która obejmuje w sobie wszystkie inne. Nocne studiowanie Tory nie jest więc jedynie sposobem na odpędzenie snu. Jest także ćwiczeniem duchowym, jednym z wielu w żydowskiej tradycji. Stąd też nazwa tego obyczaju - tikun leil Szawuot, doskonalenie (siebie) w noc Szawuot.

Tradycja ta wywodzi się z kabały, a jej zapoczątkowanie przypisuje się albo rabinowi Josefowi Karo (autorowi "Szulchan aruch"). Stworzona wieki temu przyjęła się znakomicie. Studiowanie powinno rozpocząć się o zmierzchu i zakończyć o świcie. W nocy studiujemy Torę Ustną, a rano w synagodze odczytujemy odpowiednie fragmenty Tory Pisanej - Dziesięć Przykazań. W ten sposób łączymy w sobie i dla siebie jeden i drugi aspekt tradycji.

Będąc w poprzednim wcieleniu borsukiem w tym jestem okropnym śpiochem. Dziś postaram się jednak nie zasnąć. I nie zaspać. Szawuot - zman matan Tora - to moje ulubione święto. Może nawet najważniejsze dla mnie - osoby, która nie była pod Synajem, która nie przyszła na świat w tradycji Tory, a która postanowiła tę tradycję uczynić swoją.

Chag sameach!

18:52, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
środa, 04 czerwca 2008
Obama!

כן אנו יכולים

poniedziałek, 02 czerwca 2008
Jom Jeruszalaim

Nie ma chyba na świecie Żyda, dla którego Jerozolima byłaby po prostu miastem - jednym z tysięcy ludzkich osiedli. Jerozolima przez wieki stanowiła centrum żydowskiej religii i wyobraźni. Przed wiekami Żydzi pielgrzymowali do jerozolimskiej Świątyni, która była miejscem, gdzie niebo stykało się z ziemią. Później Świątynia przestała istnieć, ale Jerozolima dla Żydów pozostała miejscem, które wybrał dla siebie Bóg. Dla Żyda niereligijnego Jerozolima była symbolem dawnej państwowości. Dla religijnego - ośrodkiem rzeczywistości.

Oczywiście dla wielu z czasem domem stała się diaspora. Erec Jisrael przestał być realną polityczną wizją. Nigdy jednak Jerozolima nie przestała być potężnym symbolem, który przyciągał tak religijną, jak i świecką myśl, który pobudzał wyobraźnię z wielką siłą.

Tuż przed wybuchem wojny sześciodniowej, na prośbę ówczesnego burmistrza zachodniej Jerozolimy, Teddy'ego Kollecka, Naomi Szemer skomponowała nową pieśń: Jeruszalaim szel zahaw, Złota Jerozolima. Pieśń poruszyła wielu Izraelczyków, a dziś znana jest Żydom na całym świecie.

Dziś jest Dzień Jerozolimy. Izrael świętuje chwilę, w której - 19 lat temu - jerozolimskie Stare Miasto stało się na nowo dostępne dla Żydów. To takie słynne zdjęcie: żołnierze Cahalu pod Kotelem. Może w ich głowach pobrzemiewała pieśń Naomi Szemer? A może rozliczne wersy biblijne?

To trochę dziwne, ale tekst "Jeruszalaim szel zahaw" opisuje Jerozolimę jako miasto opustoszałe. "Rynek i plac jest pusty / Nikt nie wchodzi na Wzgórze Świątynne / Na Starym Mieście... / Nikt nie schodzi do Morza Martwego / Drogą przez Jerycho" Po zakończeniu wojny i zjednoczeniu Jerozolimy, pieśń Szemer stała się wielkim przebojem.

Ale przecież Jerozolima wcale nie była pusta. Na Wzgórzu Świątynnym stał wielki meczet odwiedzany przez wielu wiernych. Na rynku handlarze rozkładali swoje kramy. Arabscy handlarze. Arabscy mieszkańcy złotego miasta.

Na północy, na froncie syryjskim, zaczynało działać zawieszenie broni. W Jerozolimie kończył się szabat. W okolicach Kotelu pojawili się ludzie i buldożery. W czerwcu 1967 roku nie było przed Zachodnią Ścianą znanego nam dziś wielkiego, pustego placu. Stały tam arabskie domy, dzielnica Mughrabi. Najpierw zburzono publiczny szalet stojący tuż przy Kotelu. Następnie domy 135 arabskich rodzin. Teddy Kollek, który wówczas nie miał jeszcze żadnej władzy nad wschodnią częścią Jerozolimy, postanowił stworzyć przed Kotelem plac.

Mieszkańcy z początku odmówili opuszczenia swoich domów. Dano im na to kilka minut. Wedle relacji pułkownika Jaakowa Salmana, który kierował operacją, odeszli dopiero, buldożer zaczął niszczyć jeden z budynków i ten zawalił się na przebywających jeszcze wewnątrz ludzi. "Rozkaz ewakuacji tej dzielnicy był jednym z najtrudniejszych w moim życiu", mówił później Salman. "Kiedy w czasie walki dajesz rozkaz "ognia!", działasz jak automat. Tutaj musiałem wydać rozkaz wiedząc, że skrzywdzę niewinnych ludzi". Jedna z mieszkanek dzielnicy, Hajja Rasmia Tabaki, wydobyta spod gruzów, zmarła jeszcze tej samej nocy.

Izraelski rabinat nakazał, by w Jom Jeruszalaim recytować Hallel. Hallel to zestaw psalmów, które z radością odczytuje się w święta. To pieśni pochwalne, w których Żydzi dziękują Bogu za wszystkie cuda, które dla nich uczynił.

Są synagogi, pisze dziś blogger z Jerozolimy, w których dziś recytuje się jednak tzw. pół-Hallel, krótszą wersję Hallelu. Pół-Hallel recytuje się również szóstego dnia Pesach. Rabini podali następujący powód tej praktyki: wyjściu z Egiptu, bodaj największemu cudowi w żydowskich dziejach, towarzyszyło cierpienie i śmierć wielu Egipcjan. Nie można się zatem w pełni radować, trzeba pamiętać o cierpieniu innych, choćby byli to wrogowie. Nie można równocześnie jednak pozwolić na to, by pamięć o tym cierpieniu zupełnie przesłoniła nam radość z powodu wielkiego cudu.