Ponownie na Midweście
wtorek, 29 czerwca 2010
Dziś post

Dziś post. 17. miesiąca tamuz ustanowiono post w związku z rozmaitymi wydarzeniami, które spotkały naród żydowski tego właśnie dnia.

Wedle tradycji 17 tamuz Mosze rozbił kamienne tablice Przymierza. Może pamiętacie tę scenę - Mosze schodzi z wiadomej góry niosąc w rękach zapewne ciężkie tablice i widzi Izraelitów oddających cześć złotemu cielcowi. Proroka trafia szlag na ten widok, tablice uderzają o ziemię. I nie, nie chodzi o tę oto, niemniej słynną, scenę z filmu Mela Brooksa:

(Nie mogę się powstrzymać przed zamieszczeniem tego fragmentu tutaj, choć 17 tamuz to dzień smutny i okoliczność tym samym nie jest stosowna. Uwielbiam tę scenę.)

Inne tragiczne wydarzenie związane w tradycji z dniem 17 tamuz to zburzenie przez Rzymian murów Jerozolimy. Niebawem Rzymianie zniszczą również jerozolimską Świątynię.

Pościmy dziś zatem. Od wschodu do zachodu słońca.

Post nie jest celem samym w sobie. Nie chodzi o to, by się umartwiać w celu umartwiania się. Post ma być okazją do refleksji nad popełnionymi grzechami. Okazją do tego, by zastanowić się nad historią Przymierza i własnym w niej miejscem. Dzień postu jest czasem wyjętym z czasu, by tak rzec. Czasem odgrodzonym od normalnego upływu godzin, minut i dni i przeznaczonym na refleksję.

Niestety w moim przypadku post nie bardzo chce działać w ten sposób, co stwierdziłam już jakiś czas temu. Brak jedzenia nie ma na mnie specjalnie dramatycznego wpływu. Mogę nie jeść. Znacznie gorzej jest jednak z brakiem picia. Niestety, organizm domaga się wody i jej brak powoduje, że po kilku godzinach myśli z uporem powracają do wizji wysokiej szklanki po brzegi wypełnionej płynem. Szczególnie gdy temperatura na zewnątrz sięga 30 stopni, a słonce zajęte jest wypalaniem mojego mózgu z czaszki. Trudno jest mi w takich okolicznościach skupić się na czymkolwiek innym.

Niewykluczone jednak, że człowiek kompletnie zanurzony w modlitwie czy stanie medytacyjnym, jest zdolny stłumić prostą fizjologiczną potrzebę i zapomnieć o napojach na kilkanaście godzin. Ja niestety do takiej formy jeszcze nie doszłam. Może z czasem, kto wie.

19:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 czerwca 2010
Nikogo nie ma w domu

nobody home

piątek, 18 czerwca 2010
Reaktywacja

Kości zostały rzucone, powiedział ponoć Juliusz Cezar przekraczając wiadomą rzekę. Przypomniały mi się te słowa Cezara jakiś czas temu. Kontekst: rozmowa o robieniu prawa jazdy w Stanach. Znajomy szczęśliwie jeżdżący samochodem po okolicy przekonywał koleżankę oraz mnie o tym, jak łatwo ten cenny dokument w tym kraju uzyskać i jak łatwo nauczyć się jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów.

Po chwili zastanowienia znajomy spytał "Jak długo planujecie zostać tutaj? Bo w Polsce to jednak bez automatu..." Pytanie mnie zdzwiło. Następnie zaś zdziwiło mnie moje zdziwienie. Pytanie w końcu zupełnie sensowne. A jednak wydało mi się dziwnie bez sensu. Moją pierwszą reakcją były bowiem (niewypowiedziane głośno) słowa: "Jak to 'jak długo?' Przecież moje życie jest tutaj". "Hmm... Tutaj? Sekundę" - toczyły się dalej myśli. "No tutaj, tutaj" - nieco śmielej zabrzmiał wewnętrzny głos. Wewnętrzny głos podświadomości, podejrzewam. Najwyraźniej podświadomie już te kości rzuciłam.

W Skype'owej rozmowie Brat przypomniał mi, że już jakiś czas temu, żegnając się z Rodziną na warszawskim lotnisku przed lotem za ocean stwierdziłam, że czuję się tak, jak gdybym wracała do siebie. Nie jak gdybym wyjeżdżała, ale właśnie wracała do siebie.

W sumie trudno się temu dziwić. W sierpniu minie pięć lat od mojego przyjazdu do Stanów. Szybko zleciały te lata, bo czas ma to do siebie, że w mojej percepcji w ogóle pędzi przed siebie jak szalony, zupełnie jak gdyby miał do czego tak pędzić, zupełnie jak gdyby miał w tym jakiś cel. Niemniej - pięć lat to nie jest nic. Zdążyłam się przyzwyczaić do bycia tutaj, nawet jeśli zarówno sama Ameryka, jak i Amerykanie w znacznej mierze pozostają dla mnie niezrozumiali. Zdążyłam się zadomowić także w sensie zupełnie dosłownym, nawet jeśli co jakiś czas muszę się przeprowadzić z jednego mieszkania do drugiego.

Podejrzewam, że ten proces wrastania w amerykańską rzeczywistość był i jest powiązany z faktem, że mój dom w Polsce przestał istnieć w pewnym ważnym sensie. Oczywiście, w Polsce jest moja Rodzina, w Polsce są moi bliscy. W Polsce nie ma jednak już miejsca, które nazywałam domem - nie ma już mieszkania przy ulicy Prądzyńskiego, w którym spędziłam większość życia.

Urodziłam się w warszawskim szpitalu Wolskim. Ze szpitala do domu było blisko - 5-10 minut spacerem. Pokonałam tę drogę jako niemowlę zapewne niesiona przez kogoś. W kolejnych latach przechodziłam tamtędy niezliczoną ilość razy. W drodze do szkoły podstawowej, w drodze do liceum, w drodze do sklepu, na przystanek autobusowy... Okolice Dworca Zachodniego i Szpitala Wolskiego - to była moja przestrzeń, której centrum stanowiło duże mieszkanie w bardzo starej kamienicy. Tyle że tego domu już nie ma. Najpierw wyprowadziła się Siostra. Potem Brat. W końcu musieli się wyprowadzić moi Rodzice wraz z Kotem. Spakowali dom w pudła, przewieźli w inne miejsce. Mnie przy tym nie było. Nie pożegnałam się z krzywymi ścianami naszego mieszkania. Nie pożegnałam się z raczej okropnym, ale dobrze znajomym podwórkiem. Nie pożegnałam się z niewielkim, ale miłym parkiem, w którym jako dziecko spędziłam długie godziny grając z Bratem w piłkę i w badmingtona.

I tak zniknął mój dom w Warszawie. Mój dom w Polsce. Oczywiście dom to nie tylko znajome ściany, meble i książki na swoich miejscach. Dom to ludzie. Nie potrafię jednak dziś powiedzieć, który z tych dwóch czynników jest ważniejszy. Może ostatecznie najważniejsze jest po prostu to, gdzie spędzamy większość naszego czasu? Nie wiem. Dla mojego Taty domem na zawsze pozostało mieszkanie, w którym się wychował. Śmiał się, że kiedy mieszkał już na Prądzyńskiego, zapytany o adres zamieszkania często w pierwszym odruchu mówił "Obozowa 31..." Ja w pierwszym i ostatnim odruchu mówię "416 E 2nd Street..."

A myśli te wszystkie w związku z nadchodzącymi w Polsce wyborami prezydenckimi, które - wyznaję bez bicia - obchodzą mnie w niewielkim stopniu. Poprzednimi przejmowałam się bardzo. Śledziłam z daleka kampanię wyborczą, złościłam się na polityków, a po ogłoszeniu oficjalnych wyników popadłam w stan lekkiej depresji zmieszanej z frustracją. Tym razem - hmm... Przegrana Hiszpanii w meczu ze Szwajcarią zrobiła na mnie większe wrażenie.

Kości zostały zatem rzucone?

Niewykluczone, że trzeba je kiedyś będzie rzucić jeszcze raz. O moim statusie w Stanach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest permanentny. Zaledwie w maju groził mi przymusowy powrót do Polski z powodów finansowych. Być może więc trzeba będzie wrócić. Być może trzeba będzie przenieść się gdzieś indziej. Podświadomość jednak podjęła swoją decyzję - moje życie jest tutaj.

Muszę tylko pamiętać, że wedle innej wersji losów Juliusza Cezara słowa wypowiedziane przez niego nad brzegiem Rubikonu brzmiały "albo rybka albo pipka".

PS: Jakkolwiek moje życie nigdy nie osiągnie stopnia organizacji, porządku i stabilności tak wysokiego jak te sfotografowane przeze mnie jakiś czas temu staniki, to jednak potrzeba ubierania doświadczeń w słowa i dzielenia się z nimi za pośrednictwem bloga powróciła. Wysuwam więc ponownie nieśmiało mackę mojego bytowania w Waszą stronę, pukam w drzwi i pytam "jest tam kto?" A może raczej "anybody home?"

brascape (rural life)