Ponownie na Midweście
piątek, 27 lipca 2007
Językowa archeologia

Wyjeżdżam niebawem do Wilna, uczyć się jidysz. Uprawiać językową archeologię.

W opowiadaniu (zresztą znakomitym) "Envy; or Yiddish in America" Cynthia Ozick opisuje smutne raczej losy pewnego piszącego w jidysz poety, który - mieszkając w Ameryce - ma wielkie trudności ze znalezieniem czytelników i rozpaczliwie poszukuje tłumaczy, którzy mogliby jego wiersze przełożyć na język, w którymś jeszcze ktoś coś czyta i coś rozumie. Szuka bezskutecznie. Biedny Edelsztajn... Jego wiersze na zawsze pozostaną zagadką zapisaną literami o dziwnym nieco kształcie, w słowach, których sensu nie potrafi uchwycić już nikt.

A język został stracony, zamordowany. Język-muzeum. O jakim innym języku można powiedzieć, że zmarł nagłą i ostateczną śmiercią, w określonym czasie, w określonym miejscu?

Cynthia Ozick, "Envy; or Yiddish in America"

Z jednej strony te słowa są niewątpliwie prawdziwe. Nie ma tego świata, który mówił językiem jidysz, który w jidysz kupował chleb, w jidysz rozmawiał z dziećmi, w jidysz pisał książki i tworzył poezję. Ten świat istniał tuż obok, właśnie nad Wisłą i już go nie ma.

Nie zniknął jednak zupełnie. Znajomy i wykładowca na mojej uczelni nauczył się jidysz w domu jako pierwszego języka. Dziś tworzy w tym języku poezje i nie szuka tłumaczy, ale zwraca się do tych, którzy jidysz albo jeszcze znają albo już się go nauczyli - do tych, którzy kierując się ku przeszłości lingwistycznej i historycznej odkryli, że jest jeszcze jakaś cząstka żywej rzeczywistości w tym języku. Znajomy ów prowadzi nawet blog, na którym można poczytać jego wiersze: www.elabrek.blogspot.com

W jidysz można także dziś poczytać gazetę: The Algemeiner Journal albo nowojorski Forwerts (Forward w wydaniu angielskim).

Mnie interesuje jednak przeszłość. Nie mam sentymentu do jidysz, choć nie miałam go również do hebrajskiego, póki nie zaczęłam go poznawać. Może się więc i w jidysz zakocham? Teraz jednak kierują mną względy bardziej praktyczne. Chcę przeczytać mnóstwo zapisanych przed laty kartek, mnóstwo zdań opisujących pewien świat i jego zagładę. Jest w tym jakaś ironia, że zagładę ową opisano często w języku, który sam został w znacznej mierze zgładzony.

Jidysz odkryłam poprzez poezję, tłumaczoną rzecz jasna. Przez wiersze Jakuba Glatsztejna, który mieszkając w Ameryce pisał o Zagładzie. Najbardziej poruszył mnie ten fragment, do dziś nie mogę go zapomnieć:

Torę otrzymaliśmy na Synaju,
a w Lublinie ją zwróciliśmy.
Umarli nie chwalą Boga,
Torę dano żywym.
I tak jak staliśmy wszyscy razem
przy nadaniu Tory,
tak umarliśmy wszyscy razem w Lublinie.

Jakub Glatszejn

Naturalnie, jidysz to nie tylko Zagłada. Wprost przeciwnie! Jidysz to bujne, kolorowe, przebogate życie. Wiedział o tym także Glatsztejn, który postanowił nie poddać się śmierci swojego języka i tworzył dalej zbierając okruchy przeszłości i dając im nowe życie w poetyckiej formie. Może uda mi się odkryć i poczuć choć jego część dzięki zajęciom w Wilnie. Może uda mi się uwierzyć w to, że jidysz jednak nie został zamordowany bezpowrotnie.

Szabat szalom i do zobaczenia później.

11:33, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (14) »
środa, 25 lipca 2007
Eruwin

Bigapple spytała o eruw. W sumie słusznie, że spytała, bo w Big Apple eruwin jak najbardziej są - są tam eruwin chaceirot. Jeszcze kilka lat temu za taki eruw uważano na przykład cały Manhattan.

Fajnie, eruwin są. Ale czym są? Samo słowo "eruw" oznacza po hebrajsku "mieszaninę", a technicznie odnosi się do trzech różnych struktur prawnych, dzięki którym można wykonywać czynności, których inaczej wykonywać by nie było wolno. Mamy eruw chaceirot, eruw tawszilin oraz eruw techumin.

Podejrzewam, że Bigapple chodziło o ten pierwszy, ponieważ ten eruw można zobaczyć gołym okiem.

Wyjaśnienie należy zacząć od szabatu i od dwóch pojęć - przestrzeni prywatnej (reszut hajachid) oraz przestrzeni publicznej (reszut harabim). Nie wnikając dokładnie w to, w jaki sposób określa się, czy dana przestrzeń kwalifikuje się jako publiczna, a jaka jako prywatna, można powiedzieć tak: przestrzenią prywatną jest moje mieszkanie, przestrzenią publiczną wszystko na zewnątrz (to spore uproszczenie, ale chwilowo wystarczy).

W szabat nie wolno robić różnych rzeczy, wykonywać różnych czynności zakazanych określanych zbiorową nazwą melachot (melacha w liczbie pojedynczej). Jedną z tychże jest przenoszenie przedmiotów z przestrzeni prywatnej do przestrzeni publicznej.

Co to oznacza w praktyce? Otóż sporo utrudnień codziennego funkcjonowania w szabat. Oczywiście, szabat jest i ma być zaprzeczeniem codzienności, ale zakaz przenoszenia przedmiotów może człowiekowi stanąć kością w gardle i być tak męczący, że szlag trafia 3/4 uświęconej atmosfery szabatu.

Chcę na przykład w szabat wyjść sobie z domu. Wypadałoby wziąć ze sobą klucze do mieszkania, ale wziąć ich nie można, bo właśnie nie mogę przenieść przedmiotu do przestrzeni publicznej. Na dodatek, wyobraźmy sobie, mam katar. Jak wyjść bez chusteczki do nosa? Trzeba wyjść bez niej, bo - znowu - przenosić nie wolno. Albo fajnie by było pójść sobie w szabatowe popołudnie na piknik do pobliskiego parku. Może by i było fajnie, ale niestety, zrobić się tego nie da, bo nie wolno z przestrzeni prywatnej do publicznej przejść z wyładowanym koszykiem.

Rozwiązanie nasuwa się samo: trzeba jakoś przerobić przestrzeń publiczną w przestrzeń prywatną. Takie rozwiązanie to właśnie eruw chaceirot, czyli wspólna własność przestrzeni.

Reszut hajachid, czyli przestrzeń prywatna, musi być ogrodzona - naturalnie (dlatego Manhattan się kiedyś kwalifikował będąc wyspą) albo nienaturalnie - np. płotem czy murem, fizycznym lub raczej symbolicznym.

Dlatego ten rodzaj eruw można zobaczyć. Np. w Nowym Jorku czy w Jerozolimie. Eruw chaceirot konstruuje się bowiem poprzez symboliczne ograniczenie przestrzeni za pomocą np. kabla czy sznurka prowadzącego od słupa do słupa i wyznaczającego symboliczne wejścia do przestrzeni prywatnej. To tylko część procedury. Sprawą podstawową jest kwestia rzeczywistej własności danych terenów. Jeśli chodzi o stworzenie eruw w pojedynczym bloku - takiego eruw, który obejmowałby np. korytarz, którym można byłoby przejść do mieszkania innej żydowskiej rodziny - należy uzyskać zgodę właściciela domu. Jeśli chodzi o większy teren - np. dzielnicę lub jej fragment, sprawa jest oczywiście odpowiednio bardziej złożona (ogromne trudności pojawiły się w tej sprawie podczas próby ustanowienia eruw na Brooklynie).

Gdy mamy eruw chaceirot w jego obrębie możemy przenosić przedmioty, bo nie dochodzi do przekraczania granicy pomiędzy przestrzenią prywatną a publiczną. Można wyjść z domu z kluczami w kieszeni albo pójść do parku (jeśli jest on w granicy eruw) z książką i smaczną bułką.

Poniżej mapka z zaznaczonym eruw przy synagodze na Piątej Alei na Manhattanie. Jak widać jest całkiem spory i obejmuje cały Central Park.

Tutaj zdjęcie satelitarne z zaznaczonymi granicami eruw w mojej okolicy, czyli w Indianapolis. Niestety w Bloomington nie ma eruw chaceirot. Nie ma go też w Warszawie.

Eruw chaceirot nie jest ustanowiony raz na zawsze. Zwykle robi się go na rok. Ciągłego sprawdzania wymaga też stan symbolicznego płotu - jeśli zostanie on naruszony, eruw przestaje być koszerny i tym samym przestaje istnieć.

PS: Przypomniało mi się określenie, które kiedyś usłyszałam: "żydowski telegraf". Tak podobno chłopi mówili na wsiach na widok sznurków, które wyznaczały eruwin za dawnych czasów wokół żydowskich domostw.

21:01, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (12) »
wtorek, 24 lipca 2007
Palcem po grzbietach

Przesuwając palcem po grzbietach książek w piątek bodaj w księgarni czułam narastający zawrót głowy. Nagły atak embarass de richesse, choć spodziewany i doskonale przewidywalny. Po co komu tyle książek, mamrotałam do siebie. Po co komu tyle słów, tyle setek i milionów zadrukowanych stron. Po chwili uderzyłam się też w pierś własną z poczuciem winy, bo przecież własna książka niebawem idzie do druku, a później pójdzie na półki i tam będzie się spokojnie kurzyć, obok dziesiątek i setek innych.

Przesuwałam palcem wskazującym po kolejnych grzebietach i nabawiałam się bólu w karku od ciągłego obracania głowy - czy doprawdy nie można by było stawiać wszystkich książek w jedną stronę, żebym nie musiała tak kręcić głową?

Mnóstwo znanych i nieznanych nazwisk, a w głowie cierpiącej na zawroty trwała kalkulacja wysoce złożona, a dotycząca zasobów budżetowych w zestawieniu z cenami książek, które chciałoby się nabyć. Ba, gorzej. Nie tylko by się chciało, ale powinno się. Z dużą przyjemnością zauważałam jednak i mnóstwo książek, których zupełnie nie potrzebuję. Całe szczęście.

Z jednej z półek wygrzebałam między innymi wiersze zebrane Barańczaka, od których nie mogę się oderwać. Wychodziłam z księgarni tuląc tom do piersi albo łona. W drugiej ręce miałam siatkę, w niej kolejnych parę książek, których nie udało mi się nie kupić. W twarz sobie nie spojrzę, mamrotałam do siebie. Ręki sobie nie podam, dodałam potępiając się za tę chwilę słabości, która powtarza się regularnie, gdy wchodzę do księgarni i po prostu nie mogę, no nie mogę się powstrzymać i zawsze coś kupię.

Wracając do domu zastanawiam się z wyprzedzeniem, gdzie wstawię te kolejne tomy. Smutna prawda jest taka, że wcale nie mam na nie już miejsca. Książki są na wszystkich półkach, a połowa księgozbioru i tak spokojnie spoczywa w piwnicy, od dnia przeprowadzki, bo przeprowadzka nastąpiła z przestrzeni znacznie większej do znacznie mniejszej i miejsca zabrakło (właśnie przed chwilą stwierdziłam, że - o zgrozo - w piwnicy muszą być eseje Barańczaka, do których chciałam zajrzeć).

Gdzie więc je postawię? Może przynajmniej chwilowo na parapecie. Stamtąd będą na mnie popatrywać z ironią. Po kiego czorta nas kupiłaś, skoro masz na półkach tyle innych, jeszcze nie przeczytanych? Zawsze mówisz, że w wakacje będziesz miała więcej czasu, to przeczytasz wreszcie i potem nic z tego nie wychodzi, bo książek i tak jest za wiele, a doba jak miała 24 godziny, tyle ma nadal i nie chce tego zmienić. W dodatku jesteś śpiochem i nie chcesz czytać do świtu.

Doprawdy, mogliby się nad nami - nieuleczalnymi molami książkowymi - zlitować i pisarze, i wydawcy i jakoś ograniczyć swoją radosną twórczość. Przecież my tego nie wytrzymamy. Zginiemy przytłoczeni ilością książek-do-przeczytania, książek-które-trzeba-koniecznie-przeczytać, książek-które-warto-przejrzeć-przynajmniej i książek-które-mogą-się-kiedyś-do-czegoś-przydać.

Tylko Barańczak niech znowu pisze. Bo parę godzin, parę dni z jego poezją warte jest i tej chwili słabości w księgarni, i bólu karku, i przypalonej zupy. A dla Pana Ryszarda Krynickiego wielkie podziękowania za wydanie "Wierszy zebranych".

18:52, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 lipca 2007
Zburzenie Świątyni

W poniedziałek wieczór zaczyna się dziewiąty dzień miesiąca aw - tisza be'Aw. Bardzo szczególny dzień w judaizmie, żydowskiej historii i przede wszystkim - w żydowskiej pamięci historycznej. Różne tragedie spotykały Żydów właśnie tego dnia. Przede wszystkim - w ten dzień została zburzona najpierw Pierwsza, a potem Druga Świątynia Jerozolimska. Pierwszą zburzyła armia babilońska (586 r.p.n.e), Drugą - Rzymianie (70 n.e.).

Świątynia była duchowym i fizycznym centrum religijnego życia Żydów. W Świątyni Żyd mógł poczuć obecność Szechiny. Nie trzeba było zastanawiać się, gdzie znajduje się Bóg i jak się do niego zbliżyć. Wystarczyło udać się do Świątyni. Można było złożyć w niej ofiarę i poprzez to odbudować swoją relację z Bogiem.

Wraz ze zburzeniem Świątyni religia dawnych Izraelitów straciła swoje centrum. Szechina przestała być obecna w jednym, szczególnym miejscu, w którym - być może - ziemia stykała się z niebem.

Tradycja uczy, że Świątynia została zburzona za grzechy. Gdyby Haszem nie chciał dopuścić do zniszczenia Świątyni, Świątynia nie zostałaby nigdy zniszczona. Wkładając słowa w usta płaczącej Jerozolimy prorok Jeremiasz mówi:

Zwołałeś jak gdyby na święto
wszystkie me trwogi zewsząd.
Nikt się w dniu gniewu Pańskiego
nie ostał, nie umknął:
tych, co pieściłam, chowałam
wróg mój wyniszczył

Prorok nie miał najmniejszych wątpliwości: tragedia, która spadła na Jerozolimę, była konsekwencją żydowskich grzechów.

W chrześcijańskiej teologii jest pojęcie "szczęśliwej winy", felix culpa. Nie wiem, jak to pojęcie przetłumaczyć na hebrajski, ale czasem zastanawiam się, czy nie byłoby ono i tu stosowne.

Dlaczego? Otóż dlatego, że judaizm - judaizm jakim go znamy i jakim go praktykujemy - narodził się po zniszczeniu Świątyni i między innymi właśnie jako odpowiedź na tę tragedię. Judaizm powstał tak naprawdę w diasporze, w rabinicznych akademiach Babilonu i Palestyny, gdy Świątynia już nie istniała, gdy nie istniały dawne struktury, na których opierało się żydowskie życie religijne i trzeba było w związku z tym stworzyć coś nowego, wprowadzić jakąś nową jakość, nie zrywając jednocześnie więzi z przeszłością.

Kto wie? Może gdyby Świątynia nie została zniszczona, a religia żydowska mogła trwać w formie niezmienionej, judaizm nigdy by się nie narodził?

Szabat szalom.

11:02, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 lipca 2007
Mądry ruch

Ja: Czy jest możliwość zorganizowania dla mnie bejt dinu w Stanach?

Rabin: Tak, nie powinno być problemu.

Ja: Ok, ale skąd rabin będzie wiedział, że jestem gotowa?

Rabin: Chcę, żebyś Ty mi to powiedziała.

Tak będzie trudniej - dodaje z lekkim uśmiechem.

Może się uśmiechać, bo dobrze wie, że ma rację. Nie wie raczej, że jestem nie tyle organicznie niezdolna do kłamstwa, co raczej organicznie upośledzona w tym zakresie i że w związku z owym upośledzeniem kłamanie mi kompletnie nigdy nie wychodzi. No nie umiem i już. Język mi się plącze, ciśnienie skacze, serce zaczyna bić gdzieś w okolicach przełyku i trapi mnie myśl, że kiedyś tam zapomnę, co nakłamałam i wszystko mi się zupełnie już pomyli.

Nie jestem gotowa, tzn. nie przestrzegam wszystkich reguł halachy tak, jak powinnam. W szabat nadal noszę rzeczy po kieszeniach. Czasem używam elektryczności... Zdarza mi się zjeść coś niekoszernego.

Detale? Detale. Ale Haszem tkwi w szczegółach.

Wystarczyłoby jedno niewielkie kłamstewko. Przecież nikt nie będzie miał możliwości tego sprawdzić. Nikt mi do lodówki nie zajrzy. Nikt nie będzie mnie pilnował cały szabat.

Problem w tym jednak, że sama zdążyłam się już uwierzyć w to, że przestrzeganie halachy jest warunkiem koniecznym konwersji. Jak miałabym się teraz samą siebie przekonać, że te detale wcale nie są ważne?

Mądry facet z tego mojego rabina.

12:27, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (8) »
sobota, 14 lipca 2007
Cena do zapłaty

Kiedy sięgnęłam po "Nieposłuszeństwo" Naomi Alderman (Wydawnictwo Sic: Warszawa 2006 - lektura czekała na mnie od paru miesięcy na półce w Polsce), nie miałam pojęcia, że jest w tej powieści wątek lesbijskiej miłości. Bardzo a propos, biorąc pod uwagę moje ostatnie wpisy oraz niedawną dysputę z rabinem na temat tego, czy moralny Bóg mógłby zakazać pewnej grupie ludzi wszelkich form seksualnej ekspresji i odebrać im możliwość stworzenia związku z drugą osobą.

Rabin, jak to rabin, nie udzielił mi żadnej jednoznacznej odpowiedzi. Skłania się sam ku pewnym opcjom, rozważa różne możliwości...

Książka Alderman jest bardzo a propos, gdyż opisuje społeczność Żydów ortodoksyjnych, którzy niespodziewanie dla siebie muszą skonfrontować się najpierw z kobietą, która opuściła ich społeczność w geście buntu, a tu nagle pojawiła się w nim ponownie - choć tylko na chwilę, a potem właśnie z faktem, że ktoś z nich jest homoseksualny.

Czego w "Nieposłuszeństwie" nie ma? Nie ma triumfu miłości idącej wbrew oczekiwaniom społeczności. Tego moglibyśmy się spodziewać - my, czytelnicy książki. Temat w końcu dość modny. Aż chciałoby się, żeby lesbijka rzuciła w diabły (czy raczej w Boga?) swoje ortodoksyjne życie i z jego okowów wyrwała się na wolność... Bla, bla, bla... Wtedy to dopiero byłoby nie do czytania! Równie nie do przyjęcia byłaby wersja a la Stefcia Rudecka, czyli opcja: zaszczucie, śmierć, a po niej obsypany białym kwieciem grobowiec i pozostający w nieutulonym żalu odpowiednik Ordynata.

Zakończenie jest tymczasem znacznie spokojniejsze, dla niektórych zapewne może słodkawe czy wręcz zbyt mdłe w swojej poprawności.

Ja na to patrzę nieco inaczej. Może dlatego, że sama zmagam się z wymogami żydowskiego prawa religijnego i usiłuję odszukać sposób na to, by ułożyć sobie z nim życie. Jedna z bohaterek "Nieposłuszeństwa" sposób ten znajduje, choć nie za darmo, co z kolei każe mi się zastanowić nad tym, jaką cenę ja jestem skłonna zapłacić i za co właściwie.

Książka może zaciekawić jednak i osoby, którym takie dylematy są nieznane. Nie daje wyczerpującego wglądu w ortodoksyjną społeczność, ale o taki wgląd w literaturze w ogóle trudno. Sama znam dwie powieści, które ten świat nieco przybliżają: "Nieposłuszeństwo" i nie przetłumaczoną na polski "The Romance Reader" Pearl Abraham. Zarówno Abraham, jak i Alderman, urodziły się i wychowały w ortodoksyjnym świecie (Abraham nawet w ultraortodoksyjnej rodzinie chasydzkiej), obie z tego świata wyszły i obie o nim z dystansu napisały. Abraham moim zdaniem lepiej, ale i "Nieposłuszeństwu" nie można odmówić inteligencji i poczucia humoru.

Szawua tow.

22:24, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (7) »
piątek, 13 lipca 2007
Tak powinno być

Dziś od rana Vivaldi, ale mimo tego melancholia trzyma się dobrze. Może przegoni ją szabat.

Tak to powinno wyglądać. Zebrani przy szabatowym stole zebrani zaczynają od pieśni Szalom aleichem - powitania aniołów przybywających do nas na szabat.

Szalom aleichem malachei haszaret
malachei Eljon
mi-melech malchei hamelachim
Hakadosz Baruch Hu

Boachem leszalom malachei haszalom
malachei Eljon
mi-melech malchei hamelachim
Hakadosz Baruch Hu

Barchuni leszalom malachei haszalom
malachei Eljon
mi-melech malchai hamelachim
Hakadosz Baruch Hu

Cetchem leszalom malachei haszalom
malachei Eljon
mi-melech malchei hamelachim
Hakadosz Baruch Hu

Następnie pieśń "Ejszet chail" opiewająca Kobietę. Osobiście za nią nie przepadam. Nie dość, że melodia trudna do śpiewania, to tekst mi działa na nerwy niewymownie.

Tekst zaś to ostatni rozdział Miszlei czyli Księgi Przysłów:

Niewiastę dzielną któż znajdzie?
Jej wartość przewyższa perły.
Serce małżonka jej ufa
na zyskach mu nie zbywa
nie czyni mu źle, ale dobrze
przez wszystkie dni jego życia
O len się stara i wełnę
pracuje starannie rękami
Podobnie jak okręt kupiecki
żywność sprowadza z daleka
Wstaje, gdy jeszcze noc
i żywność rozdziela domowi
Myśli o roli - kupuje ją
z zarobku swych rąk zasadza winnicę
Przepasuje mocą swe biodra
umacnia swoje ramiona
Już widzi pożytek z swej pracy
jej lampa w nocy nie gaśnie
Wyciąga ręce po kądziel
jej palce chwytają wrzeciono
Otwiera dłoń ubogiemu
do nędzarza wyciąga swe ręce
Dla domu nie boi się śniegu
bo cały dzień odziany na lata
sporządza sobie okrycia
jej szaty z bisioru z purpury
W bramie jej mąż szanowany
gdy wśród starszyzny kraju zasiądzie
Płótno wyrabia, sprzedaje
pasy dostarcz kupcowi
Strojem jej siła i godność
do dnia przyszłego się śmieje
Otwiera usta z mądrością
na języku jej miłe nauki
Bada bieg spraw domowych
nie jada chleba lenistwa...

Starczy... Doprawdy trudno dziwić się temu, że mężczyźni darzą ten tekst wielką estymą. Obok tekstów różnych błogosławieństw ten najczęściej można nabyć, pięknie wykaligrafowany, w ozdobnych ramkach itp. Przykład tutaj. Gdyby mąż przyniósł mi do domu coś takiego, to chyba bym mu ramkę nasadziła na głowę i następnie przegoniła, najlepiej nago po śniegu.

Zabawne zresztą, że choć pieśni tej nie lubię, to gdy byłam na kolacji szabatowej, podczas której jej nie śpiewano, to poczułam, że czegoś mi brakuje.

Wracając do szabatu i filmiku. Po dość nierównym odśpiewaniu "Ejszet chail" - jak wspomniałam, melodia jest trudna - ojciec (może to zrobić również matka, ale tutaj matka akurat chyba trzyma kamerę) błogosławi dzieci.

Jesimech Elohim keSara, Riwka, Rachel weLea... [w przypadku dziewczynki]
Jesimcha Elohim keEfraim weMenasze... [w przypadku chłopca]
Jewarechecha Haszem wejiszmerecha. Jaer Haszem panaw elecha wichunecha. Jisa Haszem panaw elecha wejasem lecha szalom.

Oby Bóg uczynił Cię jak Sarę, Rywkę, Rachel i Leę [Efraima i Menasze dla chłopca]
Oby Haszem Cię błogosławił i strzegł. Oby Haszem rozświetlił dla Ciebie Swoje oblicze i okazał Ci łaskę. Oby Haszem zwrócił ku Tobie Swoje oblicze i zesłał Ci pokój.

Podczas jednej z kolacji szabatowych widziałam, jak matka błogosławiła swojego syna i poczułam ukłucie zazdrości. Mnie to nie spotkało i nie spotka.

Szabat szalom.

11:22, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 lipca 2007
Melancholia w Lublinie

Ogłuszyła mnie w niedzielę informacja z ust premiera, że Polska jest tam właśnie, gdzie premier w niedzielę bawił. Dnia następnego dla odmiany nie zaskoczył mnie kolejny rekwizyt polskiej sceny publicznej pt. taśmy, tym razem taśmy o. Rydzyka. Nie zakoczyły mnie, gdyż o. Rydzyk jako żywo nie powiedział na nich niczego, czego nie mówiłby wcześniej i w innych okolicznościach.

Oba te wydarzenia wzbudziły we mnie jednak ochotę odcięcia się choć na chwilę od świata mediów - doprawdy po cóż narażać się na mentalne pociski w postaci kolejnych błyskotliwych wypowiedzi różnych dziwnych stworzeń, które chyba jedynie z nadmiaru litości zalicza się do gatunku homo sapiens.

Wybrałam się więc z krótką wizytą do Lublina.

Nie wiem, czy melancholia jest mi pisana na ten tydzień, czy po prostu turystyka śladami życia żydowskiego w Polsce musi owocować melancholią. Lublin - a ściśle rzecz biorąc jego centrum - wydał mi się dość przyjemnym miastem. Może z powodu licznych kamienic mocno nadgryzionych zębem czasu, które - w przeciwieństwie do kamienic pokrytych lukrem świeżego tynku - mają w sobie jakąś autentyczność. Po żydowskim świecie Lublina jednak, świecie, który zamieszkiwali tacy ludzie jak Widzący z Lublina czy Salomon Luria, nie zostało prawie nic.

Tablica upamiętniająca getto lubelskie, tablica upamiętniająca synagogę Maharszala i Maharama, stary cmentarz, nowy cmentarz, pomnik i połamane macewy...

Jaśniejszy punkt na tej mapie zatartych śladów przeszłości stanowi gmach dawnej Jesziwy Chachmei. Wre w nim praca. W lutym pisałam o otwarciu w budynku synagogi i o wprowadzeniu do niej zwoju Tory. Remont trwa dalej i zajmie jeszcze sporo czasu. Do dziś wyremontowano parter oraz pierwsze piętro, gdzie znajduje się właśnie synagoga oraz dwie sale wystawowe, w których obejrzeć można zdjęcia z historii jesziwy. W piwnicy trwa rekonstrukcja mykwy. Wedle planów mykwa ma być gotowa w grudniu.

Nie mogłam być na otwarciu synagogi, więc skorzystałam z okazji, by zobaczyć ją teraz.

Dawniej wyglądała tak:

Za czasów Jesziwy sala ta służyła zarówno za synagogę, jak i największą salę wykładową. W niej odbywały się wykłady Rosz jesziwy, czyli na początku samego założyciela uczelni i głównego rabina Lublina, Mejera Szapiry. On to właśnie siedzi pośrodku sali na fotografii poniżej.

A to stan obecny:

Jak widać nie zachowała się oryginalna arka, aron ha-kodesz. Chyba słusznie nie próbowano jej rekonstruować i zastąpiono prostą, sosnową szafką. Oryginalne są filary oraz cały babiniec. Okna - zamurowane za czasów urzędowania w gmachu Akademii Medycznej - zostały na nowo otwarte i wpuszczają do środka dużo światła.

Usiadłam w jednej z ławek w męskiej części sali - nie z przekory; nie wiedziałam, jak dostać się na babiniec, a poza tym w synagodze poza mną nie było nikogo. Sięgnęłam po jeden z leżących pod ręką sidurów. Nie była to pora na żadną z ustalonych modlitw. Pewnie najlepiej byłoby przeczytać parę psalmów. Sidur otworzył mi się jednak na zasadach wiary Majmonidesa, więc przeczytałam je właśnie, cicho, mamrocząc pod nosem, a i tak echo mojego mamrotania odbijało się od pustych ścian i wirowało pod sufitem. Myśląc o wszystkich, którzy modlili się w tej samej sali przed laty, nieco głośniej powiedziałam:

אני מאמין באמונה שלמה שתהיה תחית המתים בעת שיעלה רצון מאת הבורא, יתברך שמו ויתעלה זכרו לעד ולנצח נצחים

Wierzę pełnią wiary, że zmarli zmartwychwstaną do życia kiedy tylko Stwórca, błogosławione jest Jego Imię, tego zechce.

20:40, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
piątek, 06 lipca 2007
Gej i zające

Homoseksualizm jest obrzydliwy, ohydny, fuj, fuj. Często można usłyszeć taką opinię. Jeśli osoba ją głosząca na dodatek obeznana jest z grubsza przynajmniej z tekstem biblijnym i swoją niechęć do homoseksualizmu lubi uzasadniać wolą bożą, to dostarczy nam jeszcze stosownego cytatu. Zwykle tego:

Nie leż z mężczyzną jak z kobietą: to jest ohydą.

ואת זכר לא תשכב משכבי אשה תועבה היא

Lev 18:22

Jasno powiedziane, prawda? Ohyda i koniec. W polskich przekładach tekstu jest zwykle "ohyda" lub "obrzydliwość". W angielskich najczęściej pojawia się "abhorrence" i "abomination". Hebrajski tekst tymczasem posługuje się tutaj słowem "toewa" [תועבה], które w tekście Biblii hebrajskiej występuje 116 razy. Te 116 przypadków wcale nie odnosi się wyłącznie do homoseksualizmu.

Co zatem w Torze opisane jest jako toewa?

Przede wszystkim idolatria. Bożek i idolatria właśnie to podstawowe znaczenie toewa.

Na przykład:

Posągi bóstw ich popalisz ogniem; nie pożądaj srebra i złota na nich, by je zabierać sobie: abyś się nie usidlił w niem; ponieważ ohydą [כי תועבה] to dla Pana, Boga twojego.

Deut 7:25

Albo Ex 8:26: tutaj jako toewa opisane są bożki egipskie. Albo Deut 13:14-15: znowu idolatria.

Toewa są także czary i zabiegi magiczne:

Nie znajdzie się u ciebie - ani przeprowadzający syna swego lub córkę swoją przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zażegnywacz, ani wyzywający duchów, ani znachor, ani badający umarłych. Gdyż obrzydliwością są dla Wiekuistego...

Deut 23:10-12

Jakkolwiek można się było spotkać z potępieniami Harry'ego Pottera jako opowieści o magii i gusłach, która namieszać może w głowie młodzieży, to jakoś jednak nie przypominam sobie, by fani Harry'ego byli potępiani z równym zapałem co rzekomo obrzydliwi geje. Wydaje się, że na miejscu byłby także zakaz publicznego zajmowania się przepowiadaniem przyszłości...

Toewa to także: seks z kobietą podczas menstruacji (Lev 18:22); wszystkie pokarmy niekoszerne (Deut 14:3-21); stosowanie oszukanych miar i wag (Deut 25:13-16) oraz, na przykład, mąż, który ponownie bierze ślub z kobietą, z którą się rozwiódł (Deut 24:4).

Szkoda, że oszukiwanie przy ważeniu i mierzeniu produktów nie spotyka się z okrzykami: "obrzydliwość!"

Można byłoby argumentować, że Tora nazywa toewa coś, co samo w sobie jest obrzydliwe czy moralnie ohydne. Można by było, gdyby nie to, że toewa jest np. zając, jako niekoszerny. Czy zające są jakoś same w sobie ohydne? Nie powiedziałabym. To raczej bardzo przyjemne i sympatyczne stworzenia. Nazwane są toewa, ponieważ są niekoszerne, a nie dlatego, że są obrzydliwe.

Co do tego czy Tora zakazuje homoseksualizmu są spory biorące się między innymi z niejasności Lev 18:22. Jako toewa jest tam nazwane "leżenie z kobietą" [משכבי אשה], ale co dokładnie znaczy to określenie? Wcale nie tak łatwo powiedzieć. Tradycja rabiniczna zasadniczo zgodna jest co do tego, że toewa jest analna penetracja mężczyzny przez mężczyznę.

Tora nie daje nam jednak powodów do tego, by sądzić, że homoseksualny stosunek analny jest bardziej "obrzydliwy" niż puszysty i miły zajączek.

Szabat szalom.

13:31, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (13) »
środa, 04 lipca 2007
Droga bez końca

Pragnienie metafizyczne nie szuka powrotu, bo jest pragnieniem krainy, w której wcale się nie urodziliśmy. Kraju całkowicie obcego, który nigdy nie był naszą ojczyzną i do którego nigdy nie zawędrujemy. Pragnienie metafizyczne nie opiera się na żadnym uprzednim powinowactwie. Jest pragnieniem, którego nie sposób zaspokoić. Nader lekko mówi się bowiem o zaspokojonych pragnieniach, czyli o potrzebach seksualnych albo zgoła o potrzebach moralnych i religijnych. Nawet miłość uważana jest za zaspokojenie wzniosłego głodu. Taki język jest możliwy dlatego, że większość naszych pragnień, również miłość, nie jest czysta. Pragnienia, które można zaspokoić, przypominają pragnienie metafizyczne tylko w tej mierze, w jakiej zaspokojenie rozczarowuje albo w jakiej niezaspokojenie wzmaga pragnienie, co stanowi samą istotę pożądania. Intencja pragnienia metafizycznego jest inna - pragnie ono ponad wszystkim, co mogłoby je po prostu zaspokoić. Jest jak dobroć - Upragnione nie wypełnia go, lecz pogłębia.

Emanuel Levinas, Całość i Nieskończoność

Tyle Levinas, którego język może czasem doprowadzić do rozpaczy, ale zmagać się z nim warto, by odkryć nowe myśli i zaskakujące horyzonty. Sama czytałam go przez kilka lat, a po pierwszej lekturze doznałam lekkiego załamania psychicznego na tle: "o matko, jaka ja jestem bezdennie głupia, nic kompletnie nie rozumiem". A na domiar szczęścia musiałam o pewnym tekście Levinasa wygłosić referat na seminarium...

Idea pragnienia metafizycznego, pragnienia, które pcha człowieka w drogę podobną do drogi Abrahama, który szedł do nowej ziemi, a odmienną od drogi Odysa, który powracał, jest jedną z tych, które najgłębiej we mnie zapadły po lekturze Levinasa.

Pewnie dlatego, że metafora drogi, choć wyświechtana do granic możliwości, najlepiej oddaje proces konwersji.

Wedle Levinasa pragnienie nie może zostać zaspokojone. Taka jego natura, że odnosi się do przedmiotu, który pozostaje na zawsze poza zasięgiem pragnienia. W tym sensie ta droga nie ma żadnego celu. Ma kierunek, tak, ale nie ma mety, nie ma żadnej linii, po przekroczeniu której można byłoby usiąść na krawężniku i odetchnąć myśląc "dotarłam". Nie ma żadnego dotarłam, bo nie ma tego miejsca, w które by się dotarło - a ściślej rzecz biorąc: każde miejsce okazuje się jedynie chwilowym punktem zatrzymania, postoju, możliwością zebrania sił przed wyruszeniem w dalszą drogę.

I może tak właśnie musi być. Może nie ma sensu zżymać się na to, że to jeszcze nie dziś, jeszcze nie jutro, jeszcze nie za miesiąc. Być może nigdy nie będzie żadnej mety, żadnego końca drogi.

W praktyce oznacza to zaś tyle, że nie ma sensu tracić czasu na rozważania nad tym, kiedy stanę przed bejt dinem. Może nigdy. A może niebawem. A może jeśli przed nim nawet stanę, ta meta okaże się metą jedynie pozorną, ostatnie metry na finiszu zaś zaledwie końcówką kolejnego etapu. I potem trzeba będzie na nowo się spakować i wyruszyć dalej, bo we wnętrzu ciągle istnieć będzie ta dziwna pustka, która domaga się zaspokojenia, a zaspokojona zostać nie może.

22:06, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »