Ponownie na Midweście
czwartek, 31 lipca 2008
Moja pierwsza alija

Ubiegły tydzień był dla mnie czasem pierwszych razów. Pierwszy raz bywa często doświadczeniem wyjątkowo silnym. Tak było i w moim przypadku, a samych przypadków było więcej niż jeden.

Pierwszy raz byłam w mykwie. Pierwszy raz byłam w Nowym Jorku. Pierwszy raz byłam na zupełnie cudownej Fire Island. Pierwszy raz publicznie błogosławiłam szabatowe świece. Pierwszy raz dostałam aliję do Tory...

W szabatowy poranek w synagodze czyta się przypadającą na dany tydzień parszę czyli fragment Pięcioksięgu. Parszę z kolei dzieli się na kilka fragmentów. Publicznemu odczytywaniu każdego z nich towarzyszy odpowiednie błogosławieństwo wypowiadane przed i po.

Szczegóły są różne w różnych synagogach. Może być tak, że każdy fragment czyta inna osoba i ona też recytuje stosowne brachot. Bywa i tak, że do czytania Tory jest jedna osoba, a inne wzywane są do recytacji błogosławieństw. Powody dla drugiego rozwiązania są dość proste - otóż nie każdy Żyd potrafi w odpowiedni sposób odczytywać tekst Tory ze zwoju (o tym, dlaczego tak jest i dlaczego wcale nie jest to proste przy innej okazji).

Wezwanie do Tory nazywa się aliją. Jest to wielki zaszczyt. Pierwsza alija to wielkie wydarzenie.

W synagogach tradycyjnych, ortodoksyjnych, alijot są zarezerwowane dla mężczyzn z powodów, które są dla mnie mocno kontrowersyjne. Talmud (Megilla 23a) stwierdza, że "nawet kobieta może czytać Torę" publicznie w synagodze. Gemara zastrzega jednak, że kobiety nie mają w zwyczaju tego robić z uwagi na "kawod hacibur" czyli honor zgromadzenia.

Dlaczego alija dla kobiety miałaby w jakiś sposób uwłaczać honorowi zebranych w synagodze?

Micwa studiowania Tory jest skierowana pod adresem mężczyzn. Innymi słowy, mężczyzna ma obowiązek Torę studiować. Kobieta może, ale nie musi tego robić. Pierwszeństwo w wypełnianiu micwot przypada tym, którzy mają obowiązek, a nie tym, którzy podejmują się wykonywać je z własnej woli.

Tradycyjne rozumowanie w związku z aliją dla kobiet jest zatem następujące: mamy zgromadzenie w synagodze. Zakładamy, że obecny jest minjan pojęty tradycyjnie, czyli grupa 10 dorosłych mężczyzn. Teoretycznie każdy z nich powinien być w stanie odczytywać Torę publicznie. Każdy z nich zatem jest dobrym kandydatem do alijii. Jeśli aliję dostanie kobieta, ma to rzekomo sugerować, że wśród obecnych mężczyn nie ma wystarczającej ilości dostatecznie wykształconych, co z kolei źle świadczy o społeczności. Ergo - wezwanie kobiety do Tory narusza kawod hacibur, honor zgromadzenia.

Nie ukrywam, że to rozumowanie zawsze uważałam za raczej głupie i po prostu obelżywe pod adresem kobiet. Wiem, że taka jest tradycja, podobnie jak wiem, że przez wieki kobietom w ogóle odmawiano prawa do studiowania Tory. Ale powiedzieć, że kobieta nie może otrzymać alijii, bo to narusza honor kogokowiek, to oświadczenie zwyczajnie piramidalne. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie - honor zgromadzenia naruszają ci, którzy nie potrafią przyznać, że kobieta nie tylko może być znakomicie wykształcona, ale dodatkowo może chcieć uczestniczyć w publicznym rytualnym życiu swojej społeczności.

Judaizm konserwatywny wprowadził zmiany w żydowskim prawie bazując na mniejszościowych opiniach zawartych w tradycyjnych źródłach. Kobieta liczy się do minjanu tak samo jak mężczyzna. Ma takie same prawa i obowiązki dotyczące modlitwy. Ma takie samo prawo do alijii, jak mężczyzna. Zdarzają się jednak i takie szule konserwatywne, w których bardziej tradycyjnie zorientowany rabin na aliję kobiety nie pozwoli.

W synagogach bardziej tradycyjnych, a zarazem bardziej wrażliwych na kwestie związane z pozycją kobiet, organizuje się czasem grupy wyłącznie kobiece - wtedy nie ma podobno problemu kawod hacibur. Według mnie jednak segregacja płciowa nie jest żadnym rozwiązaniem. Wprost przeciwnie - jest gettoizacją i zamiast problem rozwiązywać jedynie go pogłębia.

Synagoga, w której miałam pierwszą aliję, ortodoksyjna nie jest. Pracujący w niej rabin był członkiem beit dinu, z którym spotkałam się w ubiegły czwartek. Jest także moim bliskim znajomym. Kiedy w piątkowe popołudnie powiedział mi, że chciałby, żeby miała aliję w szabatowy poranek, odrobinę mnie przytkało. W sumie nie powinnam była być zaskoczona, ale byłam. W pierwszym momencie nie wiedziałam, co odpowiedzieć - dostać aliję to stanąć tuż koło zwoju Tory umieszczonym na specjalnym pulpicie, dostać aliję to wezwać wszystkich zgromadzonych do błogłosławieństwa, dostać aliję wreszcie to być publicznie wezwanym imieniem hebrajskim.

Dla mnie oznaczało to usłyszenie mojego nowego imienia pierwszy raz. Gabbai powiedział głośno: "Taamod Awital bat Awraham..." - "Powstań Awital bat Awraham..."

Trudno mi powiedzieć, który moment był najbardziej poruszający. Chyba wypowiedzenie pierwszych słów skierowanych do obecnych w synagodze - "Barchu et Haszem hameworach", "Błogosławcie Haszem, który jest błogosławiony". Zebrani odpowiedzieli: "Baruch Haszem hameworach leolam waed", "Błogosławiony Haszem, który jest błogosławiony na wieki".

Pierwszy raz mogłam publicznie wezwać innych Żydów do błogosławieństwa.

To ważny moment. Bo konwersja na judaizm nie jest tylko zmianą własnego życia, światopoglądu czy codziennej praktyki. Konwersja na judaizm jest przystąpieniem do społeczności, jest aktem przyjęcia konwertyty przez innych Żydów, aktem uznania konwertyty za jednego z nas. Żydem jest się nie tylko dla siebie, wobec siebie i Boga, ale również wobec innych Żydów. Z tego też powodu konwersji nie dokonuje się samemu - nie wystarczy sobie powiedzieć "Od dziś jestem Żydówką". To społeczność musi mnie przyjąć i uznać za Żydówkę. Dlatego konwersję nie tyle "się robi", co się "jej podlega".

Alija do Tory była dla mnie znakiem potwierdzenia tego, co stało się w czwartek - stałam przed zgromadzonymi w synagodze jako jedna z nich.

00:56, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (24) »
środa, 30 lipca 2008
Mam na imię Awital

Od czwartku mam na imię Awital. Moja konwersja na judaizm się zakończyła, choć nie zakończył się proces mojego wzrastania. Czwartek był dniem, w którym zeszły się trwałość i kontynuacja z nowymi narodzinami. Czwartek był dniem, w którym zaczął się paradoks.

W Talmudzie rabini rozważają, jak głęboka jest przemiana związana z konwersją. Czy chodzi tylko o przyjęcie określonego wyznania? A może zachodzi jakaś głębsza zmiana? Rabini pośrednio udzielają twierdzącej odpowiedzi na drugie pytanie. Stwierdzają mianowicie, że konwertyta mógłby teoretycznie poślubić swoją biologiczą matkę, a to dlatego, że konwersja zrywa biologiczne więzi - konwertyta jest nowym człowiekiem.

Teoretycznie mógłby, podkreślam, bo rabini śpieszą zastrzec, że z różnych ważnych względów jest to niemożliwe.

Trudno jest jednak mieć wątpliwości co do znaczenia rabinicznej opinii - konwersja to nowe narodziny w głębokim sensie tego określenia.

Jestem więc nowym człowiekiem. A przecież w czwartek popołudniu nie byłam inną osobą niż w środę rano.

To właśnie ten paradoks.

Przyjaciel i rabin, który był członkiem beit dinu, życzył mi siły wzrastania w tym paradoksie. Paradoksie kontynuacji i radykalnej zmiany, w który weszłam dobrowolnie, kierowana wieloletnim już pragnieniem. Teraz od niego pewnie już nigdy nie ucieknę. Może dlatego trudno mi jakoś nadal zebrać myśli.

Jak dokonała się sama konwersja? Rano spotkałam się z beit dinem, w którego skład wchodziło trzech rabinów. Rozmawialiśmy o tym, jak pojmuję judaizm, o planach na przyszłość, o drodze, którą przeszłam dotąd, o obchodzeniu świąt, o brachach na różne okazje. Rabini byli usatysfakcjonowani. Nadeszła pora zanurzenia się w mykwie.

Mykwa przy 74 ulicy w Nowym Jorku jest na wysoki połysk. Zostałam zaprowadzona przez przemiłą panią do niewielkiej łazienki wyposażonej we wszystko, co potrzebne. Wzięłam prysznic, obcięłam dwa za długie paznokcie jednorazowym kompletem, nałożyłam szlafrok i nacisnęłam przycisk w ścianie. Pani po sekundzie pojawiła się po drugiej stronie drzwi.

Miałam dziwnie miękkie kolana, gdy prowadziła mnie do pomieszczenia z rytualnym basenikiem wypełnionym wodą. Weszła do niego razem ze mną. Rabini stanęli za drzwami, które pozostały lekko uchylone. Zdjęłam szlafrok i weszłam do wody zanurzając się w niej po szyję.

Przewodniczący beit dinu zadał mi kilka ważnych pytań. Utkwiło mi w głowie jedno - Czy zdaję sobie sprawę z tego, że to, co robię, jest nieodwołalne? Na pozostałe pytania odpowiedziałam szybko i bez wahania krótkim "yes". Na to po głębszym oddechu - "yes, I do".

Potem zanurzenie. Raz. Całe ciało idzie pod wodę, z głową włącznie, żadna część ciała nie może stykać się z czymkolwiek poza wodą. I do góry. W tym momencie trzeba wypowiedzieć dwa błogosławieństwa. Pierwsze dotyczące rytualnego zanurzenia w mykwie. Drugie zaś, moje ulubione, w którym dziękujemy Haszem za to, że doprowadził nas do tej chwili. I jeszcze dwa razy pod wodę.

Wychodziłam z wody po schodkach znowu na miękkich nogach, z głową, w której najwyraźniej włączył się jakiś lokalny cyklon. Pani czekała ze szlafrokiem. Kiedy mnie nim okryła, pochyliła się nade mną i z radosnym "mazal tow" pocałowała mnie w czoło.

Rabini czekali aż się osuszę i przebiorę. Zabrało mi to chwilę. Z uporem wsadzałam ręce nie w te rękawy koszuli, co trzeba. Zapomniałam wysuszyć włosy. Powitali mnie uśmiechami, uściskami i mazal towaniem. Przypomnieli o możliwości skorzystania z suszarki.

Kolejna ważna chwila - wspólna modlitwa. Pierwszy raz w życiu publicznie czytałam Szma Israel. Raz czy dwa poplątały mi się litery. Wszystko było jakoś dziwnie zamglone. Z powodu braku okularów na nosie czy jakiegoś innego? Modlili się za mnie, za moją przyszłość, za moją drogę, a we mnie narastało wzruszenie i najchętniej schowałabym się w jakąś małą mysią norę.

Mam na imię Awital. Awital bat Awraham.

04:16, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (23) »
piątek, 18 lipca 2008
Midwesternizacja postępuje

W drodze do kosza na śmieci dokonałam dwóch spostrzeżeń: 1) mam dziwną sąsiadkę i 2) padłam ofiarą postępującej midwesternizacji. Oba spostrzeżenia są ze sobą ściśle powiązane, choć zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego.

Dlaczego sąsiadka jest dziwna? Dlatego mianowicie, że a) nie uśmiecha się oraz b) nie mówi "hi", "hello" czy "how are you".

Dlaczego jest to dziwne zachowanie? Otóż dlatego, że w Indianie takie zachowania są powszechną normą. Mijasz na ulicy zupełnie obcego ci człowieka, a on ni z tego ni z owego mówi do ciebie "hi" i się uśmiecha. Mijasz go drugi raz na przestrzeni miesiąca i słyszysz "how are you". Stosowna odpowiedź to "how are you" czy "hi" zwrotne oraz uśmiech, przynajmniej lekki.

Skoro tak mieszkańcy Indiany zachowują się w stosunku do osób całkiem sobie obcych, to oczywiste jest, że zachowanie podobne w przypadku sąsiadów jest absolutną normą. Sąsiadka tymczasem - nic. Może jest z Nowego Jorku? Albo przynajmniej z Chicago, które wprawdzie też jest Midwestem, ale jest też wielkim miastem i jako takie ma swoją specyfikę.

Drugie spostrzeżenie nasunęło mi się natychmiast po pierwszym. Kiedy tu przyjechałam dziwiły mnie te wszystkie "hi" i uśmiechy obcych ludzi. Dziś dziwi mnie ich brak. Wniosek jest jeden - midwesternizacja postępuje.

Oczywiście to szersze zjawisko i nie mnie jednej dotyka. Wiele osób po powrocie z dłuższego pobytu w Stanach musi pilnować się, by przypadkiem odruchowo nie uśmiechać się do swojsko ponurych rodaków na polskich ulicach.

czwartek, 17 lipca 2008
Ważny dzień

Za tydzień, w godzinach porannych, pewnie będę zdenerwowana. W niedzielę wyjeżdzam z Bloomigton na parę dni na Wschodnie Wybrzeże. Głównym wycieczki nie jest jednak turystyczne nadgryzienie Wielkiego Jabłka, ale formalne zakończenie mojej konwersji na judaizm.

W czwartek rano spotkam się z beit dinem - sądem rabinicznym - który oceni, czy jestem gotowa. Zasiądzie w nim trzech rabinów, z których jednego znam dobrze, jednego mało i jednego wcale. Zdrowe proporcje. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jeśli rabini uznają moją wiedzę i zaangażowanie za wystarczające, następnym krokiem będzie mykwa, czyli rytualna łaźnia. Chlup, wychlup i bęc. Będę Żydówką.

"To zmieni Twoje życie", powiedział mi Bliski Znajomy. Bliski Znajomy lubi, żeby się z nim zgadzać, więc pokiwałam głową w odpowiedzi. Szczerze jednak mówiąc, nie wydaje mi się, by wydarzenia przyszłego czwartku rzeczywiście miały zmienić moje życie. Następnego dnia rano wstanę i powiem te same modlitwy, co dziś. Potem powitam nadejście szabatu. Zapalę świece, zrobię kidusz. Pod tym względem nic się nie zmieni.

Zmieni się, rzecz jasna, mój status. Będę oficjalnie członkiem społeczności. Będę mogła o sobie powiedzieć, że jestem Żydówką. Będę mogła dostać aliję do Tory. Wziąć religijny ślub czy być pochowana na żydowskim cmentarzu.

Nieco mi to przypomina sytuacje po egzaminie magisterskim i po obronie doktoratu. Wyszłam na Krakowskie Przedmieście i rozejrzałam się wokoło. Świat był taki sam, jak kilka godzin wcześniej. Ja miałam prawo postawić przed swoim nazwiskiem parę literek. Co się zmieniło? Tak naprawdę nic. Naukowy stopień nie zmienia człowieka. Zmieniają go lata studiów, a ta zmiana trwa latami. Nie potrafię wskazać jednego dnia, w którym studiowanie filozofii, miało głębszy wpływ na moje życie. Lata, tak, ale nie jeden moment.

Podobnie jest w tym przypadku. "Od kilku lat żyjesz jak Żydówka", powiedziała mi kiedyś lokalna pani rabin, "więc dla mnie jesteś Żydówką". Przemiana dokonywała się stopniowo, dzień po dniu, kropla po kropli.

O zanurzeniu się w mykwie mogłabym myśleć jako o ostatniej z tych kropel. Nie byłaby to jednak prawda. Konwersja bowiem z jednej strony trwa do momentu, gdy człowiek staje się Żydem formalnie, ale z drugiej strony - trwa całe życie. Każdy dzień jest zupełnie nowy, każdy dzień jest dniem przyjęcia Tory, każdy dzień jest dniem poszukiwania własnego miejsca w religijnej rzeczywistości. Ten proces kończy się dopiero z chwilą śmierci.

Może właśnie dlatego jakoś niespecjalnie denerwuję się wizją beit dinu.

Chciałabym jednak, żeby ten dzień był jakoś wyjątkowy. Sam fakt, że będę w Nowym Jorku - którego nigdy wcześniej nie miałam okazji odwiedzić - takim go uczyni, ale to nieco za mało. Doświadczenie mykwy może być szczególne, ale staram się nie szykować na jakieś duchowe przeżycie o wyjątkowej intensywności. W mykwach często bywa duży ruch, więc być może trzeba będzie raczej się spieszyć.

Specjalny za to z pewnością będzie szabat - pierwszy, który będę świętować jako Żydówka. Mój profesor, który jest także rabinem, a z czasem stał się i przyjacielem, zaprosił mnie na szabat na Fire Island, gdzie latem pracuje w synagodze.

Tak, to powinien być dobry tydzień. Nie tylko ważny, ale i dobry.

PS: A na imię będę mieć Awital.

17:45, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (15) »
niedziela, 13 lipca 2008
Uwolniłam się zupełnie

Uwolniłam się zupełnie od światka polskiej polityki. Światka powiadam, gdyż na zaszczytne miano świata niezbyt owa zagroda smętna zasługuje.

Jakiś czas temu narzekałam tutaj na poczucie braku zakorzenienia. Wcześniej rozważałam, co mogłabym zrobić, żeby tego poczucia się pozbyć i aby nieco naderwać kulturową i mentalną pępowinę łączącą mnie nadal mocno z nadwiślańskim łonem ojczystym.

Nie wiem, czy udało mi się to pierwsze. To drugie udało mi się zaś z pewnością cząstkowo - przestałam zupełnie śledzić informacje polityczne z Polski. Nic. Pustka. Żadnej wiedzy. Błoga nieświadomość połączona z brakiem frustracji na tle działań kolejnych polityków, których główną maksymą wydają się być słowa "Naprzód drodzy przyjaciele, do spieprzenia jest tak wiele!"

Jeszcze kilka miesięcy temu każdy dzień rozpoczynałam od słuchania Poranka Radia TOK FM oraz rozmów Moniki Olejnik. Z nałogu pomogła mi się wyrwać rywalizacja pomiędzy Barackiem Obamą a Hillary Clinton. Zamiast słuchać wiadomości z rodzimego podwórka, słuchałam informacji z... no właśnie, chyba powinnam powiedzieć z własnego podwórka.

Słuchając Poranka przeglądałam internetowe serwisy informacyjne. Co tam znowu za absurdy ktoś wymyślił? Kto na kogo napluł? Kogo ostatnio uważa się za byłego agenta? A może komuś stawia się pomnik? A może prezydent znowu zrobił coś pociesznego?

Teraz informacji z Polski dostarcza mi praktycznie wyłącznie Rodzina podczas weekendowych pogaduszek za pośrednictwem Skype'a. Rodzina ogląda serwisy informacyjne oraz czyta prasę, więc siłą rzeczy wie, co w trawie piszczy. Słucha tych dźwięków jednak bez większego entuzjazmu. Rządy PiSu wyraźnie obniżyły poziom odporności Moich Najbliższych na toczące się wokół nich życie polityczne. Rządy Platformy jak dotąd znacząco tego poziomu nie podniosły. Toteż Rodzina owszem politykę śledzi, ale bez szczególnego zainteresowania. W rozmowach zaś ze mną tematy z politycznej sceny pojawiają się czasem, ale zwykle szybko zastępują je inne, bardziej interesujące.

Oczywiście czasem jednak coś do mnie dotrze. Jak dzisiejsza smutna wiadomość o śmierci Bronisława Geremka, który był jednym z nielicznych polskich polityków utrzymujących się na poziomie przewyższającym ten przyjęty w maglu.

Kto wie? Może za jakiś czas nie będzie już w Polsce nikogo takiego. Po co więc o tym czytać? Po co się frustrować i denerwować tym, że są ludzie, którzy z uporem godnym lepszej sprawy moje rodzime podwórko usiłują zmienić w bajoro?

Od polityki zupełnie uwolnić się nie potrafię i nie chcę. Zerkam więc na amerykańską i izraelską. Obie dostarczają mi zupełnie wystarczającej ilości emocji. Z polityką polską na jakiś czas się pożegnałam i wcale tego nie żałuję.

czwartek, 10 lipca 2008
"Karow lebait" czyli o krytykowaniu Izraela

Kiedy mam dobry humor serdecznie mnie bawią wypowiedzi, wedle których podobno nie można krytykować Izraela, bo zaraz Żydzi podniosą larum wrzeszcząc "antysemityzm! antysemityzm!" (Kiedy mam gorszy humor takie wypowiedzi mnie wyłącznie denerwują.)

Osoby, które tak mówią czy myślą, mają najwyraźniej bardzo małe pojęcie o tym, jak Izrael krytykują sami Izraelczycy. A robią to często i na różne sposoby. By się o tym przekonać warto śledzić izraelskie media (żaden czytelnik Haarec nie powie, że Izraela nie można krytykować) i izraelską kulturę.

Dziś jeden przykład ze świata polityki i jeden ze świata kultury.

Na dzisiejszej konferencji w Hajfie premier Olmert stwierdził, iż arabscy obywatele Izraela są dyskryminowani. Rozwiązania, które Olmert zasugerował w swoim przemówieniu wydają mi się zupełnie nietrafne, ale samo przyznanie faktu ma swoją wymowę i wagę. Czy coś z tego dalej wyniknie, zobaczymy. Każda kuracja musi się jednak zacząć od przyznania, że choroba istnieje.

Zanim przeczytałam informację o wypowiedzi Olmerta, miałam zamiar napisać o dwóch filmach izraelskich, które obejrzałam w ostatnich dniach. Jeden z nich to "Karow lebait" (Blisko domu, 2005).

"Karow lebait" opowiada o dwóch izraelskich nastolatkach, które właśnie rozpoczęły służbę wojskową. To zupełnie zwykłe dziewczyny i zupełnie od siebie różne. Smadar jest nieco zbuntowana, poszukuje wrażeń silniejszych niż to, co wydaje jej się być codzienną nudą. Mirit od takich dziewczyn najchętniej trzymałaby się z daleka. Jest cicha i spokojna, a Smadar spogląda na nią z wyraźnym politowaniem. Nic nie wskazuje na to, że mogłby kiedykolwiek się zaprzyjaźnić. Rozkaz przełożonej tworzy z nich jednak parę - mają wspólnie patrolować określony rejon Jerozolimy.

Ten film mógłby być opowieścią o wojsku i panujących w nim relacjach między ludźmi. Dla mnie byłby wówćzas niezbyt ciekawy, nawet jeśli fakt, że opowiada o żołnierzach kobietach czyniłby go nieco bardziej oryginalnym. "Karow lebait" jest jednak ciekawy dlatego, że w sposób delikatny, a zarazem wyraźny dotyka najpoważniejszego problemu politycznego i moralnego w Izraelu, czyli okupacji.

Smadar i Mirit trafiają bowiem do straży granicznej. Patrolują ulice Jerozolimy wypatrując na nich Arabów, których mają za zadanie legitymować i spisywać. Raporty trafiają codziennie do przełożonej. Po mieście porusza się kilkanaście takich par - wszystkie mają to samo zadanie. Wypatrywać Arabów, sprawdzać ich dokumenty, wpisywać dane na listę. Taki-to-a-taki, na ulicy takiej-to-a-takiej. Może to być Palestyńczyk z Zachodniego Brzegu niosący gdzieś skrzynkę jabłek, może to być Palestyńczyk ze wschodniej Jerozolimy pracujący po stronie zachodniej, może to być Palestyńczyk mieszkający w zachodniej Jerozolimie, który wyszedł z domu po prostu na spacer. Oczywiście, jeden z nich może być terrorystą. Jeden z nich może zmierzać na przystanek autobusowy, by się na nim wysadzić w powietrze. Wyciągać z tłumu trzeba jednak wszystkich. Na wszelki wypadek.

Dziewczynom zdarza się także czasem pracować w punkcie kontrolnym. Niewielkie pomieszczenie podzielone na jeszcze mniejsze boksy - kontrola osobista dla kobiet. Żadna z nich nie wygląda podejrzanie i nie ma to znaczenia. Po prostu są Palestynkami i chcą się dostać do miasta. To dostateczny powód, by każdą brać do boksu, kazać się rozebrać, przetrząsnąć torby. Do boksów nie wolno wnosić żywności. Nie ma znaczenia, że mały chłopiec, którego matka jest kontrolowana, nic jeszcze dziś nie jadł. Kawałek pity z warzywami, który powoli gryzie, musi trafić do kosza.

"Karow lebait" nie jest filmem politycznym. I dlatego właśnie pokazuje znakomicie, jak bardzo polityczna i militarna rzeczywistość okupacji stanowi izraelską normalność. Zupełnie nienormalną normalność. Opowiadając o dwóch całkiem zwyczajnych dziewczynach pokazuje równocześnie ułamek codzienności upokorzenia - okupowanych i okupantów.

wtorek, 08 lipca 2008
He'brew

W pierwszej chwili przecierałam oczy ze zdumienia, ale tak, to prawda - jest takie piwo, jest taki browar:

Produkowane w Nowym Jorku i w San Francisco od 1996 roku. Koszerne, jakże by inaczej. Zebrało już całkiem sporo dobrych recenzji.

Messiah Bold i Genesis Ale to tylko dwa z szerszej gamy produktów. Mamy do dyspozycji również np. Rejewvenator oraz Jewbelation Eleven.

Chcecie spróbować? Lista sprzedawców na stronie browaru: Shmaltz.com

piątek, 04 lipca 2008
Burzenie domów i odpowiedzialność zbiorowa

We wtorek 30-letni Hosam Tajsir Dwajat, mieszkaniec wschodniej Jerozolimy, wjechał buldożerem na ulicę Jaffa w Jerozolimie. Staranował autobus, staranował samochody. Zabił trzy osoby, ranił kilkadziesiąt. Izraelski rząd zastanawia się nad reakcją. Informacje przekazywane przez media są niepokojące.

Nie wiadomo, czy był terrorystą, choć większość mediów opisuje jego atak jako taki właśnie. Nie wiadomo nic na temat jego związków z jakąkolwiek organizacją terrorystyczną. Nie wiadomo nic o tym, by takie związki miała jego rodzina. Zupełnie niewykluczone jest, że Hosam Tajsir Dwajat był po prostu całkiem zwykłym przestępcą, całkiem zwykłym mordercą. Wiemy, że był uzależniony od narkotyków. Wiemy, że był skazany za gwałt.

W czwartek policja weszła do wioski Sur Baher, w której mieszkał. Dowódca dystryktu, Aharon Franko, nakazał usunięcie wszelkich publicznych oznak żałoby. Tak też uczyniono - policja przyszła do domu mordercy i kazała rodzinie zliwidować tradycyjnie stawiany w takich okazjach namiot, w którym zebrali się żałobnicy. Mogą sobie obchodzić żałobę w domu. Nie wolno im obchodzić żałoby tak, jak chcieliby to robić, tak, jak nakazuje im tradycja.

Premier Olmert błyskawicznie zapowiedział, że dom "terrorysty" należy zniszczyć. W tym samym duchu wypowiedział się minister obrony, Ehud Barak. Prokurator generalny, Menachem Mazuz, został poproszony o sporządzenie ekspertyzy na temat legalności takiego kroku.

Niszczenie domów rodzin zamachowców stanowiło przez pewien czas standardową praktykę na terytoriach okupowanych. Wedle informacji Becelem od października 2001 do końca stycznia 2005 zniszczono 667 palestyńskich domów na terytoriach. Ponad 4000 osób zostało bez dachu nad głową. Połowa ze zniszczonych budynków to domy, które stały obok tych zamieszkanych przez rodziny terrorystów.

Burzenie domów miało odstraszać potencjalnych terrorystów. Możemy sobie wyobrazić taką scenę: członek Hamasu wraca do domu, by pożegnać się z rodziną przed zaplanowanym zamachem samobójczym. Zrozpaczona żona (lub matka) własnym ciałem broni drzwi wejściowych. Nie wypuści męża (lub syna), bo przecież zaraz po zamachu przyjdzie armia i zniszczy jej dom.

Scena tyleż wzruszająca, co kompletnie nierealna choćby z tego powodu, że rodziny najczęściej nie wiedzą o planowanym zamachu.

Faktem jest, że niszczenie domów rodzin zamachowców nijak nie wpłynęło na liczbę zamachów terrorystycznych. O wpływie tej praktyki na społeczne nastroje po stronie palestyńskiej mówić chyba nie potrzeba.

Ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy. W 2005 powołano specjalną komisję, która miała zbadać skuteczność stosowanej kary. Wynik analizy był jednoznaczny - skuteczność jest zerowa. W lutym 2005 komisja zarekomendowała zaniechanie praktyki burzenia domów. W tym samym miesiącu rekomendację zaakceptował Szaul Mofaz, ówczesny izraelski minister obrony.

Niestety teraz rząd czeka tylko na nową ekspertyzę dotyczącą legalności niszczenia domów rodzin terrorystów. Menachem Mazuz już ją sporządził - z punktu widzenia prawa działanie takie jest ok, oświadczył.

Dziwne to prawo i dziwna opinia. Burzenie domów rodzin zamachowców stanowi bowiem całkiem jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego - jest w założeniu i w praktyce karą wymierzoną osobom niewinnym, którym nie stawia się żadnych zarzutów. Podstawową zasadą prawną jest, iż nie wolno jednego człowieka karać za czyn popełniony przez kogoś innego. Odpowiedzialność zbiorowa nie mieści się w prawnych kanonach. Nawet gdyby burzenie domów działało jako środek odstraszający, pozostawałoby nielegalne.

Dziś wiemy, że jest nielegalne i nieskuteczne.

Minister Ehud Barak wydał w piątek rano polecenie o zburzeniu domu rodziny Hosama Tajsira Dwajata w Sur Baher. Armia ma zniszczyć również dom Palestyńczyka, który dokonał w marcu zamachu na jerozolimską jesziwę Merkaz HaRaw.

Wtorek był smutnym dniem. Reszta tygodnia okazała się równie smutna.

czwartek, 03 lipca 2008
Muszę sobie wybrać imię

Sprawy związane z formalnym zakończeniem mojej konwersji nabrały ostatnio dynamiki i stanęłam przed kwestią, którą dotychczas odkładałam na później myśląc, że będę miała jeszcze mnóstwo czasu. Otóż muszę sobie wybrać imię.

Częścią konwersji jest przyjęcie nowego - hebrajskiego - imienia. W sytuacjach religijnych Żydzi nie używają imion zapisanych w dowodzie tożsamości. Na przykład do czytania Tory w synagodze nie wzywa się Józefa Blumenfelda czy Janet Robson, ale Menachema ben Szoszanę i Sarę bat Hilę.

Imię hebrajskie nadają dziecku rodzice. W moim przypadku - jak każdy inny konwertyta - mogę je sobie wybrać sama.

Jak się okazuje, to wcale nie jest takie proste. To imię będzie ze mną do końca życia. Jak słusznie zauważyła Kochana Osoba, gdyby nie podobało mi się moje imię codzienne, mogłabym mieć pretensje do rodziców. Imię hebrajskie wybieram sama, więc głupio by było za parę lat przyjść z reklamacją, że jednak mi ono nie pasuje.

Dawno temu myślałam o imieniu Rut. To jedna z podstawowych opcji. Rut przyjęła judaizm jako osoba dorosła i to z jej ust padły piękne słowa "amech ami weElochaich Elochai" - "Twoj naród moim narodem i Twoj Bóg moim Bogiem". Księga Rut jest jedną z moich ulubionych ksiąg biblijnych, jeśli nie ulubioną.

Czy na pewno jednak chcę mieć na imię Rut?

Może raczej Szulamit? To imię pojawia się w Szir ha-szirim (Pieśni nad pieśniami), mojej drugiej ulubionej megili i w "Todesfuge" Celana (to akurat smętne - choć piękne - skojarzenie).

Imiona hebrajskie zawsze coś znaczą. Rut, na przykład, znaczy mniej więcej słodka i przyjemna. Szulamit - pełna pokoju czy spokojna. Jedno i drugie pasuje do mnie jak pięść do nosa, ale niestety hebrajska wersja kakofonii odpada.

Myślałam też o imieniu Szoszana. Ono z kolei oznacza różę. Również nie pasuje, bo taka ze mnie róża, jak z koziej d... trąba, jak mawiała moja babcia. Nie lubię imienia Róża, ale Szoszana mi się podoba. I również pojawia się w Pieśni nad pieśniami.

Bruria? To by było stanowczo na wyrost. Bruria to jedna z bardzo nielicznych kobiet, których imiona padają w Talmudzie (kobiety są tam zasadniczo bezimienne i funkcjonują jako żona takiego-a-takiego albo córka tego-i-owego). Bruria była kobietą niebywale mądrą i wykształconą. Wedle niektórych wersji jej losów okazało się to być jej zgubą (zbyt mądra kobieta to w końcu niebezpieczeństwo w patriarchalnym świecie). Tak czy inaczej, Brurią stanowczo się nie czuję.

Debora? Kolejna mądra kobieta, tym razem z Biblii. Przypadł jej w udziale los prorokini, co - podobnie jak wykształcenie Brurii - w tamtych warunkach było raczej niezwykłe. Stanęła także na czele powstania przeciwko Kananejczykom. Wybitna i silna kobieta, jednym słowem. Do tego również wrażliwa. Chyba odpada.

Awital? Była żoną króla Dawida. Słowo "tal" zaś ma ciekawe konotacje w kabale. Samo Tal też jest zresztą imieniem.

A może Jael?

Ciężka sprawa...

PS: Serdeczne dzięki za komentarze i sugestie!

Jael mi się podoba, ale biblijna Jael zaciukała nożem pewnego faceta. Wprawdzie to było w czasie wojny i ów facet był wrogiem, ale tak w nocy? nożem? śpiącego?

Z miłości do Batszeby (a może raczej z powodu napadu pożądania) z kolei okropności dopuścił się król Dawid. Wolałabym imię bez krwawych skojarzeń.

Tiferet jest pięknym imieniem. Ale tak samej sobie dawać na imię "piękno"? Czy to nie jest przesadnie pretensjonalne?

Lea i Sara odpadają - to były nieszczęśliwe, niekochane kobiety.

Lilit jest zbyt demoniczna jak na moje potrzeby ;)

Będę myśleć dalej w szabat...

18:53, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (21) »