Ponownie na Midweście
środa, 29 lipca 2009
Kocham to metro

Z czasem stałam się wielką fanką waszyngtońskiego metra. Nie jest tak rozbudowane jak nowojorskie ani tak piękne jak moskiewskie, ale ma swój niezaprzeczalny wdzięk, przynajmniej w moich oczach.

Orange Line to Vienna

Z próbą uchwycenia części tego wdzięku na zdjęciach musiałam poczekać do chwili, w której dotarł do mnie mój nowy Canon Rebel T1i. Kochany skądinąd Kodak nie sprawdzał się w nieco mrocznych podziemiach.

its coming

Z nowym aparatem mogę tam poszaleć. Przynajmniej zasadniczo rzecz biorąc. W praktyce bywa różnie. W ostatnich dniach upiorne zupełnie upały połączone z makabryczną wilgotnością i brakiem klimatyzacji na stacjach skutecznie zniechęcają mnie do tego, by być tam dłużej niż to niezbędnie konieczne.

it's arrived

Liczę jednak na zmianę pogody, a wraz z nią na okazję do nowych ujęć.

get in everybody

środa, 22 lipca 2009
Uśmiech, którego już nie ma

Ogromnie przygnębiła mnie wiadomość o śmierci Leszka Kołakowskiego. Co za feralny rok, pomyślałam, stwierdzając równocześnie ze zgrozą, że upłynęła zaledwie jego połowa. Jak tak dalej pójdzie...

Oczywiście dalej tak nie pójdzie, bo Leszek Kołakowski był jeden i jak każdy z nas umrzeć mógł tylko jeden raz, swoją własną śmiercią. Nie czytałam doniesień prasowych, więc nie wiem, czy cokolwiek o okolicznościach śmierci Profesora wiadomo. Niewiedza pozwala mi mieć nadzieję, że umarł spokojnie i bez bólu. Może po prostu zasnął, by się już nie obudzić.

Kołakowski przyjeżdżał czasem do Warszawy prowadzić zajęcia. Chodziłam bodaj na dwa jego cykle wykładów - szczególnie ciekawy dla mnie był ten poświęcony relacjom pomiędzy rozumem a wiarą - oraz na seminarium o Leibnizu, podczas którego studiowaliśmy zdanie po zdaniu "Monadologię".

Na seminarium co jakiś czas pojawiali się różni profesorowie, którzy albo Kołakowskiego znali albo bardzo chcieli go poznać. Niejednokrotnie byliśmy świadkami dość żenujących czasem podrygów i towarzysko-intelektualnych wygibasów, którymi profesorowie owi starali się zwrócić na siebie uwagę Kołakowskiego. Sprawiało to raczej przykre wrażenie. Nie wiem, jaki stosunek miał do tego Kołakowski, ale często wydawał się nieco zażenowany. Pamiętam, że kilka razy zwracał nam uwagę, by nie tytułować go profesorem - w Oksfordzie ponoć nie było takiego obyczaju.

Któregoś razu po jednym z wykładów zebrałam się na odwagę i zapytałam go o coś. O co - tego nie pamiętam. Kołakowski uśmiechnął się tym swoim uroczym, odrobinę jakby nieśmiałym uśmiechem i powiedział, żebym przyszła za pół godziny do Katedry Erazma z Rotterdamu, gdzie, jak się okazało, profesor spędzał trochę czasu po wykładach, spotykając się z zainteresowanymi studentami. Stawiłam się na miejscu rzecz jasna punktualnie, z duszą gdzieś w okolicach pięt.

Dziury w pamięci. Nie pamiętam, o czym żeśmy rozmawiali. Prawdopodobnie dlatego, że byłam pod zbyt wielkim wrażeniem samego faktu rozmowy z Leszkiem Kołakowskim. Niewykluczone, że rozmawialiśmy o Unamuno, którego pesymizm był mi jakoś w tamtym okresie bardzo bliski (na tyle bliski, żeby się nauczyć hiszpańskiego i czytać go w oryginale).

Pamiętam za to doskonale, jaki był podczas tej rozmowy Kołakowski. Ogromnie uprzejmy. Bez najmniejszego nawet śladu poczucia wyższości. Bez najmniejszej potrzeby pokazania studentowi "gdzie jego miejsce", co przecież tak często się zdarza profesorom. Słuchał uważnie, odpowiadał równie uważnie. Żartował ze smakiem i lekką ironią. Taki prawdziwy gentleman starej daty, pomyślałam sobie. Jeden z nielicznych jeszcze żyjących przedstawicieli wymierającego gatunku.

Potem zaprosił mnie na kawę. Chyba nigdy wcześniej w kawiarni Nowy Świat nie spotkałam się z tak szybką obsługą.

Od tamtego dnia Kołakowski zawsze witał mnie z uśmiechem. Nawet kiedy po roku czy może dwóch latach spotkałam go na Targach Książki w Warszawie. Najwyraźniej miał dobrą pamięć.

To smutne, że odszedł. Zwyczajnie i szaro smutne. Pozostają teksty, to prawda. Ale uśmiechu już nie ma.

piątek, 17 lipca 2009
Powitanie

Cudze wspomnienia często prowokują nasze własne do wyruszenia w drogę ku powierzchni świadomości. Czytam właśnie autobiograficzny manuskrypt autorstwa nowego znajomego - urodzonego w Kalkucie, zakochanego w Wittgensteinie lingwisty, który zapytany kiedyś, czy chciałby przejść konwersję na judaizm, odpowiedział, że nie ponieważ już czuje się Żydem.

Wspomnienia R. poruszyły moje zasoby pamięci. Pamięć jednak chodzi dziwnymi drogami będąc instrumentem tyleż fantastycznym co zawodnym i czasem zupełnie niezrozumiałym.

Przypomniała mi się ta oto sytuacja: dwa lub trzy dni po pogrzebie mojego Ojca przyszłam do warszawskiej synagogi Nożyków. Byłam umówiona z rabinem Schudrichem, którego dawno nie miałam okazji widzieć. Chciałam także powiedzieć kadisz podczas wieczornego nabożeństwa. Do synagogi przyszłam razem z Bratem, który chciał być ze mną w tak ważnym i trudnym zarazem momencie. To była jego pierwsza wizyta w synagodze. Nie wiedział, gdzie wejść, gdzie pójść, gdzie usiąść... Znalazłam dla niego kipę, weszliśmy razem do sali nabożeństw. Brat zaczął z ciekawością rozglądać się po wnętrzu przyciszonym głosem zadając mi różne pytania.

Po chwili do sali wszedł rabin. Podszedł do nas, przedstawiłam Brata, uścisnęli sobie dłonie, rabin wyraził żal z powodu śmierci naszego Ojca. Nie ten gest jednak - dość konwencjonalny w końcu - szczególnie zapadł mi w pamięci.

Zostawiłam Brata w dolnej sali synagogi i weszłam na babiniec. Spoglądając na salę z góry zobaczyłam, że rabin podchodzi do stojącego w rogu regału, sięga po jeden z leżących tam modlitewników, po czym idzie do mojego Brata siedzącego skromnie w ostatnim rzędzie. Rabin podał mu modlitewnik otwarty na odpowiedniej stronie.

Ten gest zrobił na mnie wrażenie. Gdyby tak nie było, prawdopodobnie zatarłby się kompletnie w mojej pamięci. To był bardzo trudny tydzień. Pełen smutnych i bolesnych momentów. A pośród nich ta prosta sytuacja - powitanie nie-Żyda w synagodze przez rabina. Powitanie bez żadnych pytań. Powitanie z otwartym modlitewnikiem.

Powinniśmy tak witać każdego.

01:13, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »