Ponownie na Midweście
piątek, 30 lipca 2010
W upały cd.

Ludzie chodzą na lody, a z niektórymi przedmiotami dzieją się rzeczy dziwne...

ad infinitum

Szabat szalom.

środa, 28 lipca 2010
W upały

Ludzie chodzą na lody...

ice-cream break

wtorek, 27 lipca 2010
Po dwóch latach

W ostatni szabat przypadła druga rocznica mojej konwersji na judaizm. Sporo o tym myślałam zarówno w piątek, jak i w sobotę. W niedzielę spadły mi na głowę najrozmaitsze rzeczy (na szczęście nie cegły), które zakłóciły, a potem skutecznie zagłuszyły głębszą refleksję nad tą moją drogą.

Co się zmieniło i czy cokolwiek się tak naprawdę zmieniło, zastanawiałam się w piątkowe popołudnie w drodze do sklepu spożywczego. Czy cokolwiek zmieniło się we mnie?

Chyba niewiele, doszłam do wniosku w drodze powrotnej. Być może ciężkie siatki z zakupami przywiodły mi na myśl porównanie do wstąpienia w związek małżeński, jak to się pięknie mówi.

Wyobraźmy sobie ludzi, którzy mieszkają razem już kilka lat. Znają się dosyć dobrze, choć naturalnie nie kompletnie, co nigdy nie jest możliwe. Kochają się. Stworzyli wspólną rzeczywistość. Z przyczyn obojętnie jakich postanawiają się pobrać, idą do urzędu stanu cywilnego, wychodzą z niego jako małżeństwo. Wracają do mieszkania, z którego wyszli. Wracają do życia, które i tak razem wiedli. Nic wielkiego się nie stało, bo i dlaczego miałoby się stać?

Może w przypadku konwersji na judaizm jest podobnie. Szok - pozytywny czy negatywny - jest wykluczony. Podobnie zaskoczenie. Nie następuje żadna wielka zmiana codzienności, ponieważ proces przygotowania do konwersji oznacza między innymi stopniowe owej codzienności zmienianie. Człowiek, który staje przed bejt dinem, a następnie zanurza się w mykwie, nie dokonuje żadnej rewolucji po wynurzeniu. Judaizm i Żydzi są już częścią jego rzeczywistości.

A co się zmieniło od dnia konwersji?

Nieco paradoksalnie być może zaczęłam rzadziej chodzić do synagogi. Dziwne to o tyle, że dopiero po konwersji stałam się pełnoprawnym (przynajmniej w synagogach nieortodoksyjnych) członkiem minjanu. Po konwersji zatem zyskałam możliwość pełnego uczestnictwa w nabożeństwach. Jak się jednak okazało uczestnictwo to nie wszystko, a nawet nie rzecz najważniejsza.

Wolę się modlić w samotności. Niewykluczone, że jest to konsekwencja chorobliwego indywidualizmu, który jest cechą mojej osobowości od wielu lat. Równie prawdopodobne jest i to, że modlitwa indywidualna bardziej mi odpowiada - przynajmniej aktualnie - ponieważ sama reguluję jej tempo i poprzez to również do pewnego stopnia charakter. Wspólne modlitwy w synagodze są często raczej szybkie, o czym wie każdy, kto w synagodze na nabożeństwie był. Kiedy modlę się sama, mogę czytać tekst powoli, w skupieniu, koncentrując się na znaczeniu (lub znaczeniach) każdego hebrajskiego słowa.

Nie bez znaczenia jest tu także lenistwo, nie będę ukrywać. Nie chce mi się wstawać wcześnie rano w sobotę, żeby dotrzeć do synagogi na 9:30. Jestem strasznym śpiochem.

Druga rzecz, która ulegała stopniowej zmianie przez ostatnie dwa lata, to mój stosunek do Izraela. Nigdy nie byłam w Izraelu zakochana, więc trudno mówić o zawiedzionej miłości. Izrael był i jest dla mnie ważny. Im więcej jednak wiem, tym wyraźniej widzę, że syjonizm - w tej formie, która okazała się zwycięska, bo syjonizmów było więcej niż jeden - jest ideologią przeszłości.

Co nawet gorsze - wydaje mi się, że straciłam nadzieję na to, że sytuacja izraelsko-palestyńska kiedykolwiek się unormuje. Czytanie wiadomości z Izraela stało się czymś na kształt codziennego wylewania na siebie lodowatej wody z wielkiego kubła. Czy nie lepiej więc dla własnego zdrowia psychicznego dać sobie spokój i zacząć czytać coś innego przy porannej kawie?

18:38, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
środa, 21 lipca 2010
Z gitarą na bosaka

Jedną z nielicznych rzeczy, które lubię w lecie, jest chodzenie na bosaka. Muzyka zaś zajmuje ostatnio w moim życiu bardzo wiele miejsca.

against the wall

poniedziałek, 19 lipca 2010
Jest lato, niestety

Krótko po przebudzeniu, owinięta niebieskim szlafrokiem i całkiem rozczochrana wyszłam z mieszkania na nasze niewielkie podwórko, by odetchnąć świeżym, rześkim powietrzem poranka. O święta naiwności! Jaka tam świeżość! Gdzie rześkość!

W Bloomington nie ma aktualnie powietrza. Jest raczej coś na kształt ciepłej zupy. Powietrze jest bowiem gęste, ciężkie, lepkie i gorące. Porównanie do zupy wydaje się o tyle trafne, że zupą raczej trudno jest oddychać. Stałam więc na podwórku i dyszałam niczym ryba wyciągnięta z wody. Niezależnie od tego, ile powietrza udawało mi się wciągnąć do płuc, było go za mało. Wniosek - powietrza w powietrzu nie ma, jest wyłącznie zupa.

Nie jest to pierwszy dzień tej upiornej pory roku zwanej latem, w którym regionalne władze wystosowały ostrzeżenie dotyczące warunków atmosferycznych takiej oto mniej więcej treści: "Siedź w domu, dobry człowieku, i nigdzie nie łaź co najmniej do godziny 8 wieczorem". Prawdę mówiąc po tej godzinie nie będzie wiele lepiej. Owszem, słońce będzie już mniej grzało, a w końcu nawet całkiem zniknie z pola widzenia, ale na temperaturę i poziom wilgotności będzie to miało wpływ znikomy. Nagrzane ulice, nagrzana ziemia, nagrzane chodniki, ściany domów - wszystko zacznie oddawać ciepło i nadal będzie nie do wytrzymania.

Serwis pogodowy informuje mnie, że odczuwalna temperatura w dniu dzisiejszym przekracza 40 stopni. Bardzo podoba mi się amerykański obyczaj podawania temperatury odczuwalnej. Jest to oczywiście zawsze jakieś tam przybliżenie, ale nawet przybliżeniem będąc daje lepsze niż sama temperatura powietrza wyobrażenie o tym, co czeka mnie po przekroczeniu progu mieszkania. Temperaturę odczuwalną wylicza się biorąc pod uwagę temperaturę powietrza oraz względną wilgotność. Generalnie - im wyższa względna wilgotność, tym bliżej jestem stanu całkowitego zawieszenia władz poznawczych oraz wszelkich innych. Im dłużej zaś utrzymuje się połączenie wysokiej wilgotności z wysoką temperaturą, tym bardziej skłaniam się ku założeniu kościoła Czcicieli Klimatyzacji.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że są na świecie miejsca jeszcze cieplejsze, o jeszcze bardziej upiornych warunkach pogodowych. Nie w tym jednak rzecz. Co mnie zastanawia to fakt, że zanim znalazłam się w Stanach, nigdy nie przyszło mi do głowy, że lato tutaj może być tak gorąco-wilgotne.

Powód tego stanu rzeczy to naturalnie ignorancja. A wystarczyło popatrzeć na mapy. Na przykład na taką jak ta przedstawiająca w zarysie strefy klimatyczne Stanów Zjednoczonych:

Z mapki tej widać jasno i wyraźnie, że Indiana znajduje się w strefie wilgotnego klimatu kontynentalnego. Cecha dodatkowa - ciepłe lata. Sama przyjemność dla chłodnolubnej zasadniczo mojej skromnej osoby.

Spoglądając dalej na mapkę, można zobaczyć, że Waszyngton, DC znajduje się w innej strefie klimatycznej - otóż mamy tam klimat nie tylko wilgotny, ale na dodatek subtropikalny. Istotnie, lato w Waszyngtonie jest gorsze niż w Bloomington, a co gorsza zaczyna się wcześniej. O ile w Bloomington w czerwcu zdarzają się piękne, ciepłe, słoneczne i suche dni, o tyle Waszyngton w czerwcu - a bywa że i w maju - przypomina już wilgotny piec.

Nowy Jork jest na północ od Waszyngtonu. Nie dość na północ jednak, by uciec przed wysokim poziomem wilgotności. Pamiętam z Nowego Jorku całkiem przyjemne dni letnie, z temperaturą odczuwalną w granicach 35 stopni Celcjusza. Pamiętam jednak również takie, w których nie sposób było wyjść z klimatyzowanego wnętrza. Swoją drogą, jak to się człowiekowi zmienia postrzeganie rzeczy. Dawnymi czasy, jeszcze w Polsce, mianem "upalnego" określałam dzień, w którym temperatura przekraczała 27 stopni...

W każdym razie przyjeżdżając do Stanów znajdowałam się w stanie błogiej nieświadomości. Nie trwał on długo. Ściśle rzecz biorąc zakończył się dość brutalnie w chwili, kiedy pierwszy raz wyszłam z klimatyzowanego wnętrza terminalu lotniska w Indianapolis w sierpniu 2002 roku. Wyszłam i tchu mi zabrakło. Przez chwilę nie byłam w stanie oddychać.

Myśląc o moim szoku klimatycznym zastanawiam się, dlaczego na filmach, których akcja toczy się w Stanach, nie widzimy ludzi zalewających się potem. Dlaczego w filmach Woody'ego Allena nie ma nowojorczyków tonących we własnym pocie na Piątej Alei? Dlaczego bohaterowie CSI Miami zawsze wyglądają świeżo i to pomimo tego, że łażą po słońcu w środku lata i to w dodatku w marynarkach?! Dlaczego w scenach, dajmy na to, z Houston nie widać teksańczyków roztapiających się w upalnym słońcu?

No cóż, wiedzy o świecie zasadniczo z filmów czerpać nie należy. A w lato należy być całkiem gdzie indziej niż strefa wilgotnego klimatu kontynentalnego.