Ponownie na Midweście
środa, 29 sierpnia 2007
Wróg numer jeden

W moim sercu i umyśle niepodzielnie zapanowała nienawiść. Czysta, wszechogarniająca, podnosząca poziom adrenaliny i nieustająca.

Jej przedmiot widzę codziennie od samego rana. Dokładnie rzecz biorąc mniej więcej od godziny 7 rano, kiedy wyłazi spoza drzew rosnących na wschodzie i inicjuje swoją odrażającą działalność, która trwać będzie przez cały dzień, aż do chwili, gdy Ziemia zlituje się nade mną i wreszcie obróci na tyle, by znienawidzony zbrodniarz zniknął za horyzontem przynajmniej na kilka godzin.

Tak, mowa o słońcu. Wisi to to na niebie od rana do nocy i praży wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego okrutnych promieni. Koło 7 zaczyna mnie torturować, bo okno w sypialni wychodzi na wschód. Spuszczam rzecz jasna żaluzje, ale nic to nie pomaga. Czego bym nie robiła, słońce jest w stanie przebić się przez zasłony, odnaleźć najmniejsze szpary i napełnić pokój ohydną poświatą.

W ślad za poświatą rzecz jasna przychodzi gorąco. Nie takie tam sobie przyjemne ciepełko, które przywodzi na myśl widok ciała, najlepiej własnego, leżącego sobie na pomoście nad jakimś czystym jeziorem i moczącego fragmenty siebie, na przykład nogi, w chłodnej wodzie. Nie, nie. To jest gorąco. Koszmarne, obezwładniające gorąco, które wyciska z człowieka ostatnią dozę energii wraz z kroplami zalewającego oczy potu.

Koszulka - choć cienka - natychmiast przylepia się do pleców i nijak nie daje się od nich oderwać. Podobnie rzecz się ma ze spodniami, choćby były lniane. Skóra przestaje oddychać, bo nie ma czym. W powietrzu tyle jest wilgoci, że tlenu nie ma w nim prawie wcale.

Głowa, jeśli nie przykryta kapeluszem, zaczyna przypominać garnek bez pokrywki, w którym kipi właśnie woda. Mózg zmienia stan skupienia i z ciała w miarę stałego staje się płynną masą, która zaraz wycieknie uszami. Jeśli głowa jest przykryta, wcale nie jest lepiej. Garnek zostaje jedynie przykryty pokrywką, która będzie cały czas podskakiwać wypychana parą unoszącą się nad zagotowaną szarą substancją w czaszce.

W mieszkaniu 24 godziny na dobę szumi klimatyzacja, ale i tak jest duszno. Rano słońce nagrzewa ścianę wschodnią, popołudniu zaś zachodnią. W tej znajdują się drzwi do mieszkania. W efekcie dotknięcie klamki grozi poparzeniem. W nocy zaś - o zgrozo architektoniczna - rozgrzane do czerwoności ściany zaczynają oddawać ciepło do wewnątrz.

Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego dzieci rysują tak często na niebieskim niebie rozkoszną żółtą kuleczkę, nieodmiennie uśmiechniętą i radosną. Powinny rysować raczej jakiegoś potwora, który wisząc na niebie z sadystycznym grymasem zajmuje się smażeniem ludzkości na ziemskiej patelni. Szczerzy przy tym czarne, sterczące zębiska i chichocze diabolicznie obserwując, jak ludzkie istotki na tejże ziemi bezskutecznie poszukują choć odrobiny ochłody wlewając w siebie litrami zimne napoje.

Ot, urocze lato na Midweście...

PS: Przypomniała mi się najkrótsza powieść science-fiction: "Tego dnia słońce wzeszło na zachodzie". Mi się marzy wersja: "Tego dnia słońce nie wzeszło wcale".

wtorek, 28 sierpnia 2007
Wilno: ulica Żemaitijos

Midwest przywitał mnie upiornym upałem, więc powracam mentalnie do Wilna oglądanego w prywatnym kinie introspekcji. W Wilnie też było gorąco, ściśle rzecz biorąc, chwilami makabrycznie, ale w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj, panowały tam przyjemnie ciepłe warunki.

Zapomnijmy jednak na chwilę przynajmniej o tym cholernym słońcu, które grzeje, jak gdyby nie miało nic lepszego do roboty, i udajmy sie na ulicę Żemaitijos w starej części Wilna.

Litwa ma ze swoją przeszłością wielokulturową chyba jeszcze większe problemy niż Polska, ale bez wątpienia aktywne są tam siły (zapewne "wiadome siły"), które starają się mocno podkreślać ową przeszłość Wielkiego Księstwa. Przeszłość ta zaś to także Żydzi, może szczególnie w Wilnie, zwanym kiedyś Jerozolimą Litwy.

Na ulicy Żemaitijos przeszłość tę odkryto w sensie zupełnie dosłownym. Odkryto pod warstwą tynku, odsłonięto i pozostawiono w takiej oto formie:

W tym miejscu, pod numerem 7, znajdował się sklep kolonialny braci Abraham. Na ścianie tuż obok pozostał fragment reklamy po polsku: ktoś zajmował się srebrzeniem i niklowaniem. Czego? Nie wiadomo. Pod tynkiem zachowały się tylko słowa "srebrzenia i niklowania".

W kamienicy numer 9 ktoś prowadził zaś sklep o dumnej nazwie Prima, w którym sprzedawano między innymi sól i naftę.

W czasie wojny ta ulica znajdowała się w granicach wileńskiego getta. Od osoby, która przy niej właśnie wówczas mieszkała, wiem, że niewiele się od tego czasu zmieniło.

Zajrzałam w kilka podwórek.

Wyglądało to wszystko podobnie. Podobnie i zupełnie inaczej zarazem. Nie było samochodu. Ale byli ludzie, których już nie ma.

niedziela, 26 sierpnia 2007
Szczękościsk

Dopadł mnie chroniczny szczękościsk. Symptomy dolegliwości - dość męczącej na dłuższą metę - pojawiły się podczas pierwszego pożegnalnego spotkania z bliskimi ludźmi. Ściśle rzecz biorąc wtedy, kiedy wsiadali do tramwaju i przez chwilę trzymałam jeszcze palce jednej z tych Bliskich Osób.

Szczękościsk to jedyny znany mi sposób na pojawiającą się w takich okolicznościach dziwną gulę w gardle. Gula owa rośnie i zatrzymuje się gdzieś w grdyce, a może wcale się nie zatrzymuje, tylko przeciwnie, plącze się gdzieś dalej po organizmie i uciska na przykład gruczoły nosowo-łzowe. Bo jakże inaczej objaśnić nagłą wilgotność w oczodołach oraz pociągnanie nosem?

Na starość robię się chyba beznadziejnie sentymentalna.

Drugi atak miałam podczas drugiego pożegnania z Bardzo Ważną i Kochaną Osobą. Tym razem wilgotność w oczach mogłam jednak objaśnić również potem, który mi zalewał oczy. Zawsze to mniej sentymentalne wytłumaczenie.

Rzeczy wypakowane z plecaka, z którym byłam w Wilnie, znalazły się już w mojej kochanej, wielkiej, zielono-prawie-fosforyzującej walizie i gotowe są niemal do transportu na lotnisko, a potem dalej, za wielką wodę.

Tylko ja jakoś nie jestem gotowa i obawiam się, że na lotnisku dostanę strasznego ataku szczękościsku.

Jest jeszcze jedna możliwość jednakże. Mianowicie taka, że pojawi się szczękościsk natury nie tyle sentymentalnej, co raczej agresywnej. Podczas ostatnich spacerów po mieście zaatakował mnie on kilkakrotnie. Ściśle rzecz biorąc za każdym razem, gdy widziałam plakat przedwyborczy z hasłem "zasady obowiązują". Nie dość, że szczęki zaciskały mi się same, a w kieszeni - o ile jakąś miałam - otwierał się wielki, zębaty nóż, to dodatkowo stwierdzałam niespodziewany przypływ motywacji do wyjazdu.

Takiego przykładu politycznej bezczelności i cynizmu nie widziałam już dawno.

Jeśli do tego doda się zaś różne inne frapujące wydarzenia, o których informują media, łącznie z sprawą gwoździa oraz brakiem jakichkolwiek gwoździ do trumny wiadomego dyrektora wiadomej rozgłośni, to aż chce się opuścić łono ojczyste i odizolować się od wieści z kraju grubą warstwą dźwiękochłonnej gąbki.

Gdyby tylko... Właśnie, gdyby tylko nie ten starczy sentymentalizm i chorobliwe przywiązanie emocjonalne do różnych Kochanych Osób, z których żadna nie mieszka na Midweście...

Do tematu jidysz oraz Wilna powrócę już zza Oceanu.

A gite woch.

czwartek, 23 sierpnia 2007
Jaskółki nie czynią wiosny

Kiedy uczestnicy muzycznych warsztatów wystąpili z koncertem, Simche z uśmiechem stwierdził:

- Mówi się, że jidysz to martwy język. A tu proszę: młodzi ludzie pięknie śpiewają w tym języku.

Simche poleruje swoją znajomość jidysz z powodów sentymentalnych głównie. W tym języku mówili w domu jego rodzice. On sam jest teraz w stanie w jidysz czytać, pisać i mówić. Podobnie wielu innych uczestników letniej szkoły w Wilnie. Część z nas - głównie uczestnicy starsi wiekiem - przyjechała właśnie ze względów nostalgiczno-sentymentalnych, część z powodów naukowych - potrzebujemy jidysz, by poznawać literaturę czy historię. Zdarzało nam się w jidysz rozmawiać w czasie przerwy pomiędzy zajęciami, śpiewać piosenki. Ale czy to naprawdę oznacza, że jidysz jest językiem żywym?

Nie podzielam entuzjazmu Simche w tym względzie. Z tego, że kilkanaście czy choćby kilkaset osób jest w stanie posługiwać się jidysz nijak nie wynika, że to żywy język. Starosyryjski też znają różni ludzie. I starocerkiewnosłowiański. Ba, ten ostatni jest nawet w użyciu. Ograniczonym, ale jednak. I co z tego?

W Wilnie poznałam kilka osób, które w jidysz się wychowały. To był ich pierwszy język. Język pierwszych nazw, pierwszych zapachów, pierwszych doświadczeń, pierwszych wzruszeń. Dziś mają ponad 80 lat. Choć brzmi to okrutnie w pewnym sensie stanowią muzealne eksponaty. Są żywą pozostałością świata, którego zniszczenie widzieli na własne oczy. I nie udają, że jest inaczej. Myślę, że dobrze wiedzą, że są ostatnim pokoleniem. Że kiedy odejdą, pozostaniemy tylko my - ludzie, którzy jidysz się nauczyli, którzy nawet dobrze nim władają, którzy potrafią w nim pisać czy mówić, ale dla których jidysz zawsze pozostanie językiem nabytym.

Czy adepci języka jidysz są w stanie tchnąć w niego życie? Nowe życie? Nie sądzę. My możemy spowodować co najwyżej tyle, że ślady tego języka i tej kultury nie staną się rychło podobne tajemniczym znakom pisma linearnego A, którego do dziś dnia nie potrafi odczytać nikt. Dzięki tym, którzy jidysz się nauczą, piśmiennicze ślady kultury jidysz nie zmienią się w niezrozumiałe hieroglify. Ale nie będziemy w stanie spowodować żadnego odrodzenia, żaden feniks się dzięki nam z popiołów nie odrodzi.

Pewnej niedzieli zorganizowano nam wycieczkę o dość frapującej nazwie: wizyta w sztetlu. Zastanawialiśmy się z kilkoma znajomymi czy organizatorzy weszli w posiadanie wehikułu czasu, który zastąpi tym razem wysłużony autokar z marną wentylacją. Bo przecież sztetli już nie ma. Dokąd więc zamierzają nas zabrać? Co chcą nam pokazać?

Zamiast wehikułu czasu podjechał znany nam już autokar. Pojechaliśmy do niewielkiej miejscowości nieopodal granicy z Białorusią. Po żydowskich mieszkańcach rejonu nie pozostało praktycznie ani śladu. W miejscu, w którym stały trzy synagogi, dziś znajduje się sympatyczny park. Kilka lat temu postawiono tam dwa pomniki - jeden upamiętniający getto i jego mieszkańców oraz drugi upamiętniający właśnie owe synagogi. I to na tyle. Na obrzeżach miasta znajduje się jeszcze duży cmentarz, na którym od dawna już nikt nikogo nie chowa.

Dlaczego zatem pojechaliśmy właśnie tam? Otóż dlatego, że w miasteczku owym mieszka jeszcze pan, urodzony przed wojną, który pamięta swój stary sztetl i potrafi o nim opowiedzieć nam w jidysz.

Ale przecież jeden Żyd, nawet mówiący w jidysz, nie zmieni żadnego miasteczka w sztetl.

Podobnie, żadna ilość młodych ludzi śpiewających piosenki w jidysz nie zmieni jidysz w język żywej kultury, żywego świata.

To bardzo smutne, gdy język umiera. Jeszcze smutniejsze, gdy nie umiera własną naturalną śmiercią - gdy zostaje zamordowany. Nic jednak nie da sie na to poradzić. Jedyne, co można zrobić, to starać się o to, by jego ślady pozostały dla nas zrozumiałe, byśmy umieli je odczytywać ze zrozumieniem i w ten sposób zabezpieczyli je przed zupełną zatratą.

14:06, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (8) »
środa, 22 sierpnia 2007
Zapowiedź reaktywacji

Dziś o świcie wróciłam z Wilna półprzytomna i wymęczona, ale z dumą mogąca powiedzieć: ich hob geleient a sach jidisz.

Przepraszam za tak długą martwotę na blogu i obiecuję poprawę w najbliższym czasie. Teraz muszę dojść do siebie i zebrać myśli, by następnie przelać je w formie sensownej na tę elektroniczną formę papieru.

Zajt gezunt!