Ponownie na Midweście
czwartek, 28 sierpnia 2008
Jak się nauczyć uczyć?

Jako doktorantka w moim macierzystym Instytucie musiałam odbyć praktykę dydaktyczną. Z jakichś powodów nikomu nie przyszło jednak do głowy, że wraz z kolegami i koleżankami mogliśmy potrzebować pomocy w tym, żeby nie tylko przekazywać wiedzę, ale przekazywać ją dobrze. Powiedziano nam "idź dziecię, ja Ci uczyć każę" i tyle. Chlup na głęboką wodę i radź sobie sama. Nikt chyba nie brał po uwagę tego, że któreś z nas może utonąć i pociągnąć za sobą studentów - nie tylko frustrować się nieustannie, ale także nikogo niczego właściwie nie nauczyć.

Chlupnęłam do wody niezbyt chętnie. Miałam ciekawsze rzeczy do roboty niż uczenie historii filozofii studentów pierwszego roku pedagogiki i to w dodatku za darmo. Od koleżanek, które uczyły tam wcześniej, nasłuchałam się opowieści budzących lekką grozę, więc daleko mi było od entuzjazmu.

Co ciekawe, nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek prowadzili w doktoranckim - bądź jakimkolwiek innym - gronie rozmowy o tym, jak uczyć. Co i jak robić w klasie? W jaki sposób próbować przekazywać nagromadzoną w naszych głowach wiedzę? Jak uczyć, żeby czegoś nauczyć? Co robić, żeby studenci nie usypiali?

Moje doświadczenie z uczeniem nie było złe. Studenci byli różni, jak wszędzie. Niektórzy usypiali, niektórzy niczego nie czytali, niektórzy zaś czytali wszystko i prosili o więcej, a do tego zadawali inteligentne pytania. W ankietach oceniających moje zajęcia wielu studentów pisało o moim entuzjazmie w stosunku do przedmiotu. Jedna studentka zadeklarowała chęć wzięcia filozofii jako drugiego kierunku. Nie bardzo wiedziałam, co jej odpowiedzieć na takie zaskakujące oświadczenie.

Nie wszystkim jednak zajęcia się podobały, oczywiście. Zastanawiam się czasem - czy gdyby ktokolwiek pomyślał o tym, żeby mnie do uczenia przygotować, byłoby lepiej?

Myślę, że tak.

Uczenie jest sztuką, ale jest także rzemiosłem. Nie każdy nauczyciel, szkolny czy akademicki, będzie Leonardem da Vinci, ale przynajmniej większość powinna móc być zupełnie dobrymi wyrobnikami. Wszystkim powinno na tym zależeć, prawda? Uczącym, uczącym się, administratorom uczelni i szkół, ministrom edukacji, premierom rządów, prezydentom kraju.

Moi Rodzice są nauczycielami z wykształcenia. Ojciec był nauczycielem znakomitym, o czym przekonałam się również na własnej skórze - człowiek, który był w stanie nauczyć mnie rozwiązywania upiornych zadań z fizyki, potrafiłby nauczyć stoły latać, gdyby tylko chciał. Oboje - poza zasadniczymi kierunkami studiów - ukończyli również Studium Nauczycielskie w Warszawie. Na SN uczyli się głównie właśnie tego, jak uczyć.

Kiedy córka znajomej mojej Mamy studiowała pedagogikę, dzieliła się swoją nową wiedzą ze swoją matką, nauczycielką polskiego w liceum. Ta pani była skądinąd dobrym dydaktykiem, ale z niebywałym zainteresowaniem odkrywała nowe metody opisywane przez córkę. Z uczniami w klasie można robić to i owo, można spróbować tak i siak, to są różne ćwiczenia przydatne przy nauce literatury, a to różne strategie, które mogą być dobre przy nauce gramatyki. Moja Mama zaśmiewała się szczerze słuchając opowieści podnieconej nowinkami koleżanki - "myśmy to wszytko studiowali na SNie, w latach 60.", odpowiadała. Koleżanka polonistka nie studiowała jednak dydaktyki. Ukończyła polonistykę, została magistrem i poszła uczyć do szkoły. Tego, jak uczyć, miała nauczyć się sama - po drodze i na błędach, eksperymentując na kolejnych grupach uczniów.

Każdy z nas miał jakiegoś strasznego, beznadziejnego, upiornego nauczyciela. Matematyczka w podstawówce - zgroza. Ona sama naturalnie doskonale radziła sobie z rozwiązywaniem wszelakich zadań. My mogliśmy podziwiać jej sprawność. Następnie zaś mogliśmy stać przed tablicą gapiąc się na nią niczym przysłowiowe cielęta - rozwiązywać umiała, wytłumaczyć już nie. Czy miało to związek z faktem, że była z wykształcenia inżynierem bez przygotowania pedagogicznego?

Sprowokowała mnie do tych rozważań seria warsztatów dla osób prowadzących zajęcia, która zawsze poprzedza w Bloomington rozpoczęcie roku akademickiego. Dziś uczestniczyłam w jednym, poświęconym różnym technikom i strategiom prowadzenia dyskusji w czasie ćwiczeń. Jak aktywizować studentów? Jak zachęcić do aktywności tych nieśmiałych? Jak pomóc im nie tylko nauczyć się czegoś, ale także wpoić im nawyki uczenia się? Jak radzić sobie w przypadkach, gdy całą rozmowę dominuje kilku studentów, a reszta milczy jak grobowce? Itd., itp...

Wczoraj licznie zgromadzonym w sali asystentom różne osoby opowiadały o tym, jakie trudności wiążą się z wielokulturowością w klasach. Dowiedzieliśmy się też sporo na temat statystycznego studenta pierwszych dwóch lat - nieustannie prowadzone są badania, których wyniki mogą pomagać w wypracowywaniu nowych strategii i taktyk.

Na Indiana University w Bloomington istnieje grupa specjalistów od dydaktyki. Można się do nich zwrócić z każdym problemem. Można się spotkać z kimś, kto poradzi. Można zastanowić się z jednym konsultatem, można z wieloma. Można pójść na warsztat. Można nie tylko wylać nieco żółci, ale przede wszystkim - twórczo zastanowić się nad tym, jak sobie radzić w najróżniejszych sytuacjach, jakie mogą wydarzyć się podczas zajęć.

Tutaj nikt nie zakłada, że my wiemy, jak uczyć. Że bez żadnej pomocy poradzimy sobie po prostu znakomicie.

Cel jest jasno określony - mamy przekazać określonej grupie studentów określone zasoby wiedzy. I uczelnia pomaga nam w realizacji tego celu.

Oczywiście, że nie wszystko idzie pięknie, cudnie, łatwo i bezproblemowo. Uczenie nigdy nie jest bezproblemowe. W Warszawie jednak mogłam się zwrócić głównie do moich doświadczonych Rodziców. Tutaj mam cały sztab ludzi, których głównym zadaniem jest pomaganie mi w uczeniu. Uczenie jest umiejętnością, którą można nabyć, a dokładniej - którą nabywa się przez cały czas dydaktycznej praktyki. Lepiej jest, gdy można po drodze, szczególnie na początku drogi, skonsultować się z kimś bardziej doświadczonym, z kimś, kto więcej wie, z kimś, kto może poradzić.

Czy któraś z polskich uczelni zapewnia taką pomoc swoim młodym asystentom i adiunktom?

poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Coś musi się udać

Z pozdrowieniami dla R.W.

- Wiesz, Ty chyba powinieneś przyjechać na jakiś czas do Stanów. Za dużo masz negatywnych myśli, za bardzo się skupiasz na tym wszystkim, co może się nie udać, a takich rzeczy jest zawsze nieskończona ilość - powiedziałam Bratu podczas wczorajszej rozmowy na Skypie.

Brat ma problem, który postanowił rozwiązać dokonując dość radykalnej zmiany w swoim życiu zawodowym. I teraz się martwi. Martwi się na zapas, do przodu i do tyłu, wysoki poziom inteligencji w połączeniu z latami doświadczeń w analizowaniu ryzyka owocują mnożeniem się w jego umyśle wizji iście kasandrycznych. To nie wyjdzie albo może nie wyjść. Właściwie to ryzyko niepowodzenia jest dość duże, hmm... całkiem spore, jak mu się bliżej przyjrzeć i wziąć pod uwagę globalną koniunkturę. No nie wiem, jak to będzie. Może lepiej nie? A może lepiej tak? Jestem za stary. Mam doświadczenie, ale nie takie, jak trzeba. Będzie trudno. Będzie źle...

Innymi słowy, Brata trapi katastroficzny Gruebelsucht. Nie doszło jeszcze do sparaliżowania możliwości decyzyjnych, ale z czasem i to może nastąpić (to już moje własne kasandryczne wizje).

Brat do Stanów na dłuższy czas nie przyjedzie z wielu powodów. Niemniej pomyślałam sobie, że mogłoby to mu dobrze zrobić.

Gdy rozmawiałam z Bratem, myślałam o dobrym koledze R. R. przyjechał do Bloomington jako stypendysta, żeby pracować nad doktoratem. Przyjechał w nienajlepszej formie psychicznej, którą doskonale mogłam zrozumieć. Znałam te problemy. Obronisz się i co dalej? Pracy w rodzimym instytucie nie ma. Zasadniczo nigdzie jej nie ma, bo nawet uczelnie prywatne nie mają szczególnego zapotrzebowania na doktorów filozofii. A poza tym - jeśli wyjechać z Warszawy, to gdzie mieszkać? Skąd wziąć pieniądze na zakup mieszkania w innym mieście? No tak, ale na zakup mieszkania w Warszawie też nie ma szans, nawet jeśli człowiek dostanie etat adiunkta na uniwersytecie. Do tego życie osobiste to jedno wielkie dno...

Siadywaliśmy z R. nad piwem lub kawą i dołowaliśmy się bardzo skutecznie. W każdej rozmowie byliśmy w stanie odkryć nowe problemy, które wydawały się kompletnie nie do przezwyciężenia. Wizje przyszłości stawały się coraz bardziej mroczne, a we mnie narastała niemal paniczna determinacja, żeby do Polski przypadkiem nie wracać.

Tak było do czasu. Pod koniec pobytu głowa R. była pełna nowych pomysłów. Jeśli nie uda się to, to może spróbuję tamto. Gdyby tamto nie wyszło, to przecież można jeszcze zaryzykować siamto i ewentualnie owamto. Może uda się wyjechać tam lub ówdzie. Są przecież jakieś granty. A w ogóle są też programy unijne... Słuchałam tego z uśmiechem i kiwałam głową pozwalając na to, by i w mojej głowie zakiełkowały jakieś bardziej pozytywne wizje. Uda się, cholera jasna, mruczałam do siebie, uda się, bo musi się udać do licha ciężkiego!

R. sam stwierdził, że pobyt w Bloomington bardzo mu pomógł. Że otworzyła mu się głowa. Że spojrzał na sprawy z dystansu i nagle dostrzegł możliwości, których wcześniej jakoś nie widział. Czy stało się tak dlatego, że na kilka miesięcy uciekł z polskiego piekiełka akademickiej beznadziei czy dlatego, że udzieliła mu się panująca w Ameryce atmosfera pozytywnego i kreatywnego myślenia?

Naturalnie nie jest tak, żeby w Ameryce wszystko wszystkim się udawało, a każda napotkana osoba była gejzerem nowych idei i twórczych pomysłów. Coś jednak jest w tym, że jeśli życie nie idzie nam w jednym miejscu, to pakujemy samochód i jedziemy dalej na zachód, albo na wschód, albo na południe czy północ. Wszystko jedno - zawsze można zacząć życie na nowo.

Bardzo dobrze pamiętam rozmowę z dobrymi znajomymi, których udziałem w życiu stała się ciężka praca i z czasem prawdziwy sukces zawodowy i finansowy. Słuchając moich słowiańsko-mrocznych smęceń na temat przyszłości, Bob popatrzył na mnie i stwierdził: pamiętaj, że zawsze będziesz mogła zacząć robić coś nowego, coś innego.

Rzecz jasna w praktyce sprawy nie zawsze wyglądają prosto. Zaczęcie od nowa, radykalna zmiana życia może być niezwykle trudna. Trudna nie znaczy jednak niemożliwa. Nie jestem pewna, czy to rzeczywiście wpływ Ameryki czy może jakiegoś wewnętrznego rozwoju niezależnego od miejsca zamieszkania, ale podobnie jak wcześniej R. zauważyłam zmianę w moim sposobie myślenia. Musi się udać, mamroczę nadal. A jak nie uda się to, to uda się coś innego. Zaciskam zęby, zagłuszam wewnętrznego demona, który nieustannie mi powtarza, że nic się nie uda, a życie jest generalnie do dupy. Jasne, kiwam głową, jest do dupy, ale jest jakie jest i coś trzeba z nim zrobić. Daj więc już spokój temu marudzeniu. Pomyśl o tym, co możesz zrobić, a nie o tym, czego nie potrafisz i do czego się zupełnie nie nadajesz.

Wiem, to brzmi trochę jak mądrości rodem z książek "Pokochaj siebie" tudzież "Sukces dla początkujących". Dobrze jednak kładąc się wieczorem spać pomyśleć sobie niczym Scarlett O'Hara, że jutro jest another day i że ten dzień wcale nie musi być koszmarny. Może być całkiem dobry. Bo coś musi się udać.

piątek, 22 sierpnia 2008
Skrzydła Szechiny

Talmud w kilku miejscach opisuje konwersję - czy też giur (właściwie powinnam używać raczej tego hebrajskiego określenia) - za pomocą bardzo pięknej metafory: stwierdza się mianowicie, że giur jest równoznaczny z "wejściem pod skrzydła Szechiny" (Szabat 31a, Sanhedryn 96b, Awoda Zara 13b).

Szechina, najkrócej rzecz ujmując, to Boża Obecność. Wiele można powiedzieć o tym pojęciu i jego historii, ale na razie poprzestanę na tym, żeby nie plątać.

Źródło tej metafory jest w Megilat Rut. Boaz, przyszły mąż Rut, widząc, jak ciężko Rut pracuje zbierając kłosy w polu, by zapewnić jedzenie swojej teściowej i sobie, stwierdza:

Niech cię wynagrodzi Pan za to, coś uczyniła, i niech będzie pełna twoja nagroda u Pana, Boga Izraela, pod którego skrzydła przyszłaś się schronić.

Rut 2:12

Słowo "skrzydła" w języku bibilijnym może odnosić się zarówno do części ciała, jak i do części ubrania, do płaszcza. W odniesieniu do Boga oba znaczenia są właściwe. Można Haszem postrzegać jako potężnego orła, który chroni Izraelitów swoimi skrzydłami (np. Ps 91:4). Równie tradycyjne jest przedstawianie Boga jako mężczyzny - oblubieńca, który okrywa płaszczem Jisrael - swoją oblubienicę.

Metafora wejścia pod skrzydła Szechiny jest z jednej strony bardzo cielesna. Chronimy się pod skrzydłami, płaszcz nas okrywa. Skrzydła są czymś namacalnym i konkretnym. Tylko coś takiego może okryć nasze ciała, tylko pod czymś takim możemy się schronić.

Na cielesności jednak sprawa się nie kończy - "wejście pod skrzydła Szechiny" oznacza bowiem ni mniej ni więcej tylko wejście w przymierze pomiędzy narodem żydowskim a Bogiem. To właśnie zrobiła Rut opuszczając Moab, udając się do Judei i zostając Żydówką. To robi każdy konwertyta.

Który moment procesu konwersji jest symbolem owego schronienia się pod skrzydłami Boga? Czy to po prostu giur jako całość? A może jakaś konkretna jego część?

Tradycja żydowska ujęła metaforę wejścia pod skrzydła Szechiny w postaci bardzo określonego rytuału: zanurzenia w mykwie. W ten sposób metafora przestała być wyłącznie metaforą, skądinąd bardzo pięknym obrazem, który ma w pewien sposób kierować naszą myśl. Zanurzenie w mykwie jest czynnością symboliczną i mimetyczną: konwertyta zanurza się w wodzie, jego ciało jest otoczone nią całkowicie - otoczone wodą tak, jak ciało oblubienicy okryte jest płaszczem oblubieńca.

Rytualne zanurzenie w mykwie ma wiele różnych wymiarów symbolicznych (podobnie jak zanurzenie w wodzie w innych religiach). Ten jednak nie tylko bardzo mi się podoba, ale również pozwala mi lepiej zrozumieć, dlaczego rabini wybrali właśnie zanurzenie w mykwie jako jeden z centralnych - jeśli nie centralny - elementów konwersji.

Lubię myśleć o własnym zanurzeniu w wodzie nowojorskiej mykwy jako o chwili, w której nieomal dosłownie schroniłam się pod skrzydłami Bożej Obecności.

Tak fizyczne splata się z duchowym.

Szabat szalom.

22:01, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
środa, 20 sierpnia 2008
Wegetarianizm praktyczny

Przez większość mego życia byłam szczęśliwą istotą mięsożerną, której zdaniem posiłek pozbawiony mięsa nie kwalifikował się tak do końca jako posiłek. Teraz moja kuchnia stała się niemal zupełnie wegetariańska.

Nie dlatego, żebym nagle doznała jakiegoś objawienia i uznała, że mordowanie zwięrząt dla napchania ludzkich brzuchów jest zbytecznym okrucieństwem. Nie obejrzałam żadnego drastycznego filmu z rzeźni, który wstrząsnął moim sumieniem, a do organizacji PETA mam stosunek zasadniczo dość alergiczny.

Po prostu w Bloomington kupno koszernego mięsa jest raczej trudne.

Wszystko działo się stopniowo. Kiedy mieszkałam w Polsce, nie prowadziłam i nie miałam możliwości prowadzić osobnej kuchni, więc o przestrzeganiu kaszrutu nie było mowy poza jakimiś zupełnie oczywistymi przypadkami w rodzaju krewetek.

Kiedy przyjechałam do Stanów, pięknie wykoszerowałam kuchnię i kuchenne utensylia, po czym zostawiłam odosobniony zakątek lodówki na produkty mięsne niekoszerne. Nie powiem, przyjemnie było czasem zjeść kawałek wędliny.

Rabin, który przewodniczył mojemu beit dinowi w Nowym Jorku, wiedział o tym, gdyż nie widziałam powodu, dla którego miałabym go okłamywać w tej kwestii. Udawanie osoby bardziej przestrzegającej reguł wydawało mi się - i nadal wydaje - raczej niskie.

Po powrocie z Nowego Jorku oczyściłam kuchnię do końca i stałam się praktyczną wegetarianką. Byłoby inaczej, gdyby nie realia. Koszerne mięso w postaci piersi kurczaka można u nas nabyć raz na jakiś czas w sklepie, do którego mam spory kawałek. Zakupy robię rzadko, bo szczerze nie lubię ich robić, a dodatkowo polowanie na koszerne mięso za bardzo przypomina mi polskie realia minionej epoki. Powiedziałam więc mięsu "do zobaczenia kiedy indziej" i przestawiłam się na warzywa. Z początku, nie mogę zaprzeczyć, brakowało mi w posiłkach czegoś "bardziej konkretnego". Po krótkim czasie z mojej podświadomości zniknął jednak obraz befsztyka z cebulką. Wielkiego uroku zaś w moich oczach nabrały brokuły.

Większość moich żydowskich znajomych w Bloomington to wegetarianie - motywacje są różne, nie zawsze religijne, czasem zdrowotne, czasem ideologiczne.

Niemniej faktem pozostaje, że jeśli bardzo się uprzemy, możemy te koszerne piersi kurczaka kupić. Wziąć pięć pudełek na zapas i wsadzić do zamrażalnika.

A co ma zrobić Żyd w Polsce?

Kiedy wyjeżdżałam, w całym kraju był jeden sklep oferujący koszerne produkty, w tym mięso. O ile wiem, nic się w tym zakresie nie zmieniło. Sklep znajduje się przy warszawskiej synagodze, a ceny - nie ma to jak brak konkurencji - ma piramidalne.

Co ma zrobić jednak ktoś mieszkający, dajmy na to, w Płocku? Albo w Białymstoku? Albo w Szczecinie? W Bydgoszczy?

Po powrocie z wizyty w Nowym Jorku, gdzie są i koszerne sklepy, i koszerne restauracje, Bloomington jawiło mi się nieco smętnie w tym zakresie. Szybko zmieniłam jednak zdanie przypominając sobie polskie realia.

Nie mam powodów do narzekania, naprawdę.

czwartek, 14 sierpnia 2008
Opłakiwanie utraconej tożsamości

O ile konwersja jest nowymi narodzinami, jest również śmiercią. Jeśli dorosły rodzi się jako nowy człowiek, to równocześnie umiera - umiera jego poprzednie życie, jego poprzednia tożsamość.

Zmiana tożsamości - jeśli jest radykalna - nie jest czymś na kształt założenia nowej pary butów czy rękawiczek. Nowe buty nie zmieniają mnie, są czymś zewnętrznym, co pozostaje bez wpływu na to, kim jestem. Żydowska tradycja opisuje konwersję na judaizm jako dogłębną przemianę, o czym pisałam wcześniej. Skoro tak jest, to pojawienie się nowej tożsamości musi się wiązać z pożegnaniem starej.

Zauważył to żyjący w IX wieku w Bagdadzie rabin Szimon Kaiara, który w swoim dziele "Halachot gdolot" stwierdza, że rytuał konwersji musi obejmować następujące elementy: obrzezanie w przypadku mężczyzny, zanurzenie w mykwie oraz obcięcie włosów i paznokci. Dwa pierwsze elementy są standardowe. Dwa ostatnie stanowią interesującą nowość, nie są wymienione w Talmudzie.

Rytualne obcięcie włosów i paznokci pojawia się w Biblii. W księdze Dewarim czytamy o pięknej nie-Żydówce, która trafia w ręce Żydów w wyniku działań wojennych. Mężczyzna, który ją zdobył, chce ją wziąć za żonę - aby to było możliwe, owa kobieta musi stać się Żydówką. Tora stwierdza:

I przywiedziesz ją do swojego domu, i ogoli swoją głowę, i obetnie swoje paznokcie [hebrajski oryginał jest w tym miejscu niezupełnie jasny - kakofonia], i zdejmie z siebie powabne ubrania, w których została pojmana. Pozostanie w twym domu i będzie opłakiwać swojego ojca i swoją matkę przez cały miesiąc. Potem zbliżysz się do niej...

[Dewarim 21:12-13]

W Talmudzie są dwie interpretacje tego fragmentu. Wedle pierwszej chodzi tutaj o to, by kobietę uczynić odpychającą i w ten sposób zniechęcić Żyda do małżeństwa z nią. Wedle drugiej - znacznie ciekawszej i głębszej - rzecz w tym, żeby owej pojmanej nie-Żydówce dać czas na przejście radykalnej psychologicznej, społecznej i religijnej przemiany: na przejście z nie żydowskiej do żydowskiej zbiorowości.

Najciekawszy komentarz przedstawia zaś Nachmanides w swoim komentarzu do Tory:

To są reguły żałoby... On nakazał jej, by "ogoliła swoje włosy", podobnie jak napisane jest o Hiobie, że [gdy usłyszał o śmierci swoich dzieci] "ogolił swoją głowę". A także "obetnij swoje włosy" [Jer 7:29]. Podobnie obcięcie paznokci jest znakiem żałoby, jak ogolenie głowy... W ogólności zatem ona jest w żałobie, ponieważ opuszcza swoją wiarę i dołącza do innego narodu... Kiedy mówią jej, że musi opuścić swoją ziemię i swój lud, by stać się Żydówką..., dajemy jej czas na opłakiwanie i żałobę, jak czynią to żałobnicy, by złagodzić jej ból i tęsknotę, "bo w każdym cierpieniu jest korzyść" [Miszlei 14:23], a po nim pociecha.

Zdaniem Nachmanidesa i rabina Kaiara zatem przejście z jednej tożsamości do drugiej wymaga czasu - to jest proces, którego centralną częścią muszą być śmierć i żałoba: umiera jedno moje ja, by moje nowe ja mogło się narodzić.

Dziś ani obcinanie włosów ani obcinanie paznokci nie stanowią części rytuału konwersji. Nie spotkałam się jeszcze ze współczesnym źródłem, które zwracałoby uwagę na wymiar śmierci - negacji - i związanej z nimi żałoby. Mi zaś komentarz Nachmanidesa wydaje się naprawdę mądry. Oczywiście odnosi się on do szczególnej sytuacji, do konwersji pod przymusem. Przemiana tożsamości - narodziny nowego człowieka - ma jednak miejsce w przypadku każdej konwersji.

18:05, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Hoosiers w Pekinie

Właśnie zerkam na retransmisję zmagań gimnastyczek w Pekinie. Nikt mnie nie przekona, że wszystkie chińskie zawodniczki rzeczywiście mają 16 lat. Teraz występuje zespół amerykański. I oto dwie dziewczyny są z Indiany. Nie one jedyne. Samo Bloomington też ma się czym pochwalić.

Jak z dumą informuje moja uczelnia w Pekinie jest aktualnie grupa studentów, absolwentów i pracowników Indiana University.

Mike Westphal jest jednym z trenerów uniwersyteckiej drużyny pływackiej. Do Pekinu poleciał zaś jako członek zespołu trenerskiego Ukrainy. Dwoje jego podopiecznych to studenci IU. Siergiej Fesenko studia już ukończył, ale nadal w Bloomington trenuje. Kate Zubkowa i trenuje, i studiuje. Ciekawe czy pływamy w tym samym basenie.

Z Bloomington jest także trener skoczków, Jeff Huber, oraz jedna z zawodniczek - Christina Loukas.

Urodzony w Kentucky absolwent IU Aarik Wilson jest trójskoczkiem. Pochodzący z Indiany kolejny absolwent - David Neville - pobiegnie 400 metrów. Rose Richmond będzie skakać w dal. Kayla Bashore teraz gra w drużynie narodowej hokeja na trawie, a przez cztery lata grała w zespole uczelnianym. W barwach Wenezueli, w drużynie softballa, wystąpi zaś Mariangee Bogado.

Mark Spitz, którego medalowy rekord zamierza pobić Michael Phelps, również swego czasu trenował w Bloomington.

Chyba nieźle jak na pola kukurydzy, co?

piątek, 08 sierpnia 2008
Dobry czas na polowanie

W Bloomington są trzy dobre okresy na polowanie na darmowe meble i sprzęty domowe - przełom kwietnia i maja, kiedy studenci pakują manatki i opuszczają miasto na lato, początek sierpnia, kiedy ci, którzy pozostali w mieście przeprowadzają się z miejsca na miejsce oraz przełom sierpnia i września, kiedy studenci do Bloomington wracają i w swoich nowych mieszkaniach często zastają jakieś stare graty.

Kiedy przechadzałam się po okolicy w tym tygodniu często napotykałam leżące na trawnikach przed domami meble. Tym razem dominowały kanapy i sofy w różnym stopniu nadgryzione zębem czasu (a czasem wyraźnie również zębami domowych zwierząt). Niektóre były w zupełnie przyzwoitej formie. Widziałam też parę foteli, trochę krzeseł, regałów i stołów.

Obyczaj wystawiania gratów przed dom z początku mnie denerwował. Nie da się ukryć, że przesadnie estetycznie to nie wygląda. Wyobraźcie sobie skądinąd ładny, zielony i zadbany trawnik, a na nim straszącą wyłażącą gąbką sofę z poprutymi poduszkami. Kiedyś o mało nie dostałam zawału serca napotykając w środku nocy rozklekotane pianino, które straszyło wyszczerzonymi zębiskami klawiszy.

Z czasem jednak zaczęłam to zjawisko doceniać. Zdarza się bowiem, że wśród mebli, których ktoś już nie chce, są takie, które nadal bardzo dobrze nadają się do użytku. Dlaczego więc je wyrzucać na śmietnik? Czy nie lepiej dać okazję komuś, komu mogą się jeszcze przydać?

Rozglądając się po moim własnym skromnie umeblowanym mieszkaniu stwierdzam, że za żaden z mebli, które w nim stoją, nie zapłaciłam ani grosza. Wszystkie dostałam po kimś.

Kanapę koło naszego zbiorczego kosza na śmieci wystawiła wyprowadzająca się sąsiadka. Wystarczyło ją porządnie oczyścić i nabyć nowe pokrycie. Służy mi znakomicie. Kiedy sąsiadka zobaczyła, jak dysząc ciężko tacham kanapę z powrotem na pierwsze piętro, zaproponowała mi również fotel, którego zamierzała się pozbyć. W ten sposób stałam się właścielką bujanego fotela z przyjemnym pomarańczowym obiciem.

Podobnie było w przypadku krzeseł i stołu. Używaną deskę do prasowania też dostałam po kimś. Niepotrzebną już nikomu komodę znajomy znajomych trzymał w garażu i z przyjemnością mi oddał. Koleżanka, która zaoferowała pomoc w transporcie tejże, od razu zaproponowała mi wzięcie kuchenki mikrofalowej, którą sama trzymała w piwnicy - została po poprzednich właścicielach. W ubiegłym tygodniu wyprowadzał się sąsiad, z którym często staliśmy razem przed drzwami naszych mieszkań paląc papierosy. Oddał mi swój 24-calowy telewizor - jak powiedział, przeprowadzał się do domu, w którym były już trzy. Kuchenkę mikrofalową oddał zaś do Goodwill.

Osobną formą obrotu rzeczami używanymi są rzecz jasna yard/garage sales. Tu jednak trzeba już za rzeczy zapłacić, jakkolwiek cenę często zupełnie symboliczną. Raz nabyłam komplet czterech wysokich szklanek oraz wiaderko na śmieci za 2 dolary.

Do yard/garage sales mam jednak stosunek nieco mniej pozytywny. Szczerze mówiąc sama idea sprzedawania rzeczy, które czasem wstyd publicznie pokazać, napełnia mnie często zażenowaniem. Oddać coś takiego, jeśli komuś może się przydać - ok. Wystawić koło śmietnika, bo może ktoś się zainteresuje - w porządku. Ale domagać się choćby najmniejszej kwoty pieniędzy? To już moim zdaniem przesada. Dodatkowo sales odbywają się zasadniczo w soboty, co uniemożliwia mi korzystanie z nich.

Kiedy sama będę się wyprowadzać, pewnie rozprowadzę będące w przyzwoitym stanie rzeczy wśród znajomych i nieznajomych. Mój stół jest na przykład w bardzo dobrej kondycji i na pewno komuś się jeszcze przyda.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ten obyczaj przekazywania używanych rzeczy w inne ręce podoba. Bloomington jest miastem akademickim, połowę mieszkańców którego stanowią studenci - lud wysoce nomadyczny, plączący się zarówno po samym mieście, jak i po całym kraju. Meblowanie nowych miejsc zamieszkania używanymi meblami jest czymś absolutnie normalnym. Po co wydawać więcej pieniędzy, skoro można wydać mniej albo wcale? Po co inwestować w meble na wysoki połysk, skoro wiadomo, że za rok lub dwa trzeba się będzie przeprowadzać?

Naturalnie są i tacy, którzy używanego przedmiotu nawet nie tkną. Dla nich istnieją sklepy, które notabene już od dwóch tygodni mniej więcej mają specjalne zaopatrzenie "College 2008". Ja z przyjemnością nie kupię niczego.

poniedziałek, 04 sierpnia 2008
Podziemna muzyka

Gdybym mieszkała w Nowym Jorku przez dłuższy czas, napisałabym książkę o nowojorskim metrze. Nawet po krótkiej, kilkudniowej wizycie byłam w stanie stwierdzić, że to nie jest po prostu metro. To jest podziemny świat, miasto pod miastem.

Z nowojorskiego metra nie mogłam nie korzystać z tego prostego powodu, że Ridgewood, w którym nocowałam, znajduje się całkiem daleko od miejsc, które chciałam w mieście zobaczyć. Poza tym metro jest naprawdę optymalnym środkiem transportu. Ilość linii może budzić zazdrość. Dojechać da się prawie wszędzie. Jeśli nie dokładnie w zamierzone miejsce, to przynajmniej w jego pobliże. Żadnych korków. Czas oczekiwania krótki. Dogodne przesiadki i bardzo dobre oznakowanie, które nawet kompletnemu nowicjuszowi pozwoliło się połapać w systemie w ciągu kilku godzin.

Metro ma jedną poważną wadę - brak klimatyzacji na stacjach. Ale za to jakąż przyjemność sprawia umęczonemu duchotą człowiekowi wejście do wagonika, w którym panuje miły chłodek. Aż się nie chce wychodzić...

Nowojorskie metro jeździ nad ziemią i pod ziemią. Przejazdy na wysokościach pozwalają podziwiać często frapującą panoramę miejskich dachów i murów pokrytych najróżniejszym grafitti. Wejścia pod ziemię nie są tak piękne, jak w Paryżu, ale za to pod ziemią skrywa się cały świat pełen niespodzianek.

Pisałam kiedyś o pewnej pochodzącej z Izraela kobiecie, która w nowojorskim metrze gra na pile. Niestety nie widziałam jej. Dokonałam za to innego odkrycia muzycznego.

Kiedy wysiadłam z wagonika na stacji Union Square do moich uszu dotarło intrygujące, rytmiczne brzmienie instrumentów perkusyjnych. Po chwili dołączył do nich najwyraźniej saksofon, a moje ramiona zaczęły się samoczynnie poruszać w narzuconym przez instrumenty rytmie.

Kierując się dźwiękami wyszłam z peronu do przejścia podziemnego, gdzie muzyka zaczęła być odrobinę ogłuszająca. Przed jednym z zakątków zebrany był spory tłum ludzi, do którego czym prędzej dołączyłam.

Było diablo gorąco, a ja miałam w planie dotarcie do jakiegoś określonego miejsca, ale jakoś nagle przestało mi się śpieszyć. Niektórzy słuchacze najwyraźniej doszli do tego samego wniosku. Obok turystów z mapami i aparatami fotograficznymi w dłoniach zatrzymywali się także mieszkańcy miasta. Co jakiś czas ktoś wrzucał pieniądze do stojącego przed grającymi wiaderka.

Ja nabyłam dwie płyty. Słucham często i z przyjemnością.

Podczas następnej wizyty w Nowym Jorku mam nadzieję ponownie natknąć się na Drumadics.