Ponownie na Midweście
wtorek, 24 sierpnia 2010
Sierpień miesiącem przeprowadzek

Plączą mi się po głowie różne hasła w rodzaju "Kwiecień miesiącem trzeźwości" czy "Luty miesiącem higieny osobistej", a dzieje się tak dlatego, że aktem własnej decyzji zidentyfikowałam sierpień jako miesiąc przeprowadzek.

Nie cierpię się przeprowadzać i to nie tylko dlatego, że jestem istotą zasadniczo leniwą, a przeprowadzka zawsze oznacza mnóstwo roboty. Przeprowadzek nie lubię, ponieważ cenię sobie swoją przestrzeń - swoją czyli oswojoną, zaludnioną znanymi przedmiotami stojącymi w tych samych mniej więcej miejscach, zamieszkałą przez zaprzyjaźnione już cienie, a nawet pajęczyny starannie skonstruowane przez równie jak ja zadomowione pająki.

Pierwsze mieszkanie w Bloomington wypatrzyła dla mnie znajoma. Kiedy przyjechałam do Bloomington pewnego sierpniowego dnia, mieszkanie już na mnie czekało. Przystąpiłam do mozolnego nieco procesu oswajania, by po kilku miesiącach zadecydować, że jestem u siebie. W mieszkaniu następowały różne zmiany, ale żadne nie były rewolucyjne. Ot, na przykład, podniosłam sobie stopę życiową poprzez przywleczenie do mieszkania używanej kanapy. Albo nabyłam coś do powieszenia na ścianie.

W przeciwieństwie do większości moich znajomych studentów postanowiłam nie przeprowadzać się po roku - po roku czyli w sierpniu. Sierpień bowiem w Bloomington to właśnie sezon przeprowadzkowy. Umowy najmu podpisuje się z reguły na rok - od połowy sierpnia do połowy sierpnia mniej więcej. W tym okresie na ulicach pojawia się wiele ciężarówek i półciężarówek firm Budget i U-Haul. Widać także młodych ludzi obładowanych paczkami, dźwigających meble, pchających przed sobą lub ciągnących za sobą rozmaite wózki pełne wszelakich dóbr itp. Jest to również sezon przydomowych wyprzedaży.

Ja się zaparłam i zostałam w tym samym miejscu przez ponad 3 lata. Wyjazd do Waszyngtonu oznaczał konieczność zapakowania życia w pudła. Zajęło mi to kilka dni wypełnionych ciężką pracą i przyniosło ból w okolicach krzyża. Zapakowane życie poukładałam przy pomocy Dobrego Znajomego w pewnej piwnicy, pomachałam mu ręką, wzięłam walizkę i gitarę i wsiadłam w samolot. Do nowego lokum w Waszyngtonie wparadowałam z tak właśnie ograniczonym dobytkiem budząc szczere zdumienie pani, która wręczyła mi klucze.

Koniec pobytu w stolicy wiązał się z rosnącą paniką. Wracałam do Bloomington, gdzie, jak się okazało, jakoś dziwnie trudno było znaleźć mieszkanie do wynajęcia późną wiosną. Uczelnia zwiększyła nabór, do miasta przyjechać miała większa ilość studentów, toteż o mieszkania było trudniej.

Pamiętając o tej lekcji w tym roku za szukanie mieszkania zabrałam się nieco wcześniej. Nieco wcześniej jedynie, gdyż sytuacja finansowa nie pozwala mi na podejmowanie decyzji i podpisywanie ważnych umów z większym wyprzedzeniem. Mogłam się oczywiście nie przeprowadzać wcale. Myśl o przeprowadzce powodowała ból głowy. Nie mniejszy ból głowy powodowały jednak rachunki za elektryczność. Dom, w którym mieszkałam, był - jak się zdaje - kompletnie pozbawiony izolacji termicznej. Zimy jednak na Midweście bywają chłodne, ja zmiennocieplna nie jestem i w efekcie rachunki za prąd sięgnęły kwot z lekka astronomicznych.

Przeprowadzka zatem. Dokąd? Czy to nie oczywiste? Na stare śmieci. Niestety moje dawne mieszkanie było już wynajęte. Mogłam wziąć jednak inne na tym samym piętrze.

Życie nie może być jednak zbyt proste toteż zajęcie nowego lokum poprzedziły rozliczne peregrynacje po okolicy. Schowane w pudłach życie czekało w domu zaprzyjaźnionej osoby, a ja przenosiłam się z miejsca na miejsce w oczekiwaniu na dzień, w którym mogłam się w końcu wprowadzić. Parę dni tu, parę dni tam, dzień siam, parę chwil ówdzie... Na szczęście w międzyczasie były i chwile wakacyjnej natury, kiedy nie robiłam nic, popijałam chłodne piwo, bujałam się w hamaku, a dzień rozpoczynałam od kawy i grania na mojej nowej, cudownej gitarze.

earthly delights

Pozbawiona dostępu do internetu tkwiłam w błogiej ignoracji na temat dziejących się na świecie wydarzeń i miałam czas przyglądać się wydarzeniom nie mniej czasem dramatycznym choć na znacznie mniejszą skalę.

the end

Teraz jestem już wprowadzona. Niestety nadal nie mam w domu internetu, co mnie frustruje szczerze. Przestrzeń została zagospodarowana. Mezuzy przymocowane.

czwartek, 05 sierpnia 2010
Kruchość

Panujące nam niemiłościwie słońce powoduje, mam wrażenie, powolne wymieranie komórek mojego mózgu. Komórki wysychają niczym nasturcje, które z uporem godnym lepszej sprawy staram się tutaj hodować tego lata. Konswekwencją tego galopującego procesu zdają się być pewne trudności w zakresie komunikacji werbalnej.

Stawiam dziś zatem na komunikację pozawerbalną i zamieszczam mini serię zdjęć zrobionych wczorajszego popołudnia.

fragility 1

fragility 2

fragility 3

Jaka jest treść tego przekazu? Cóż, jeśli koniecznie chcecie werbalną, to musicie ją sobie wymyśleć sami ;-)