Ponownie na Midweście
niedziela, 30 września 2007
Wspólna Radość Tory

Bardzo proszę, żeby czytelnicy z Warszawy zanotowali sobie w kalendarzach informację o następującym wydarzeniu:

11 października, o godz. 16:00 w kościele przy ul. Rakowieckiej 61 odbędą się obchody wspólnego - żydowsko-chrześcijańskiego - dnia Radości Tory. Będą w nich uczestniczyć rabin Michael Schudrich, abp Kazimierz Nycz, Hanna Gronkiewicz-Waltz, bp Mieczysław Cisło, Zbigniew Nosowski, rabin Irving Greenberg.

Takie wspólne spotkania modlitewne w Simchat Tora od lat organizuje Polska Rada Chrześcijan i Żydów.

Jeszcze ciekawsze wydaje mi się zaplanowane na godz. 17:00 tego samego dnia małe sympozjum, podczas którego wykłady wygłoszą między innymi dwie osoby, których naprawdę warto posłuchać.

Po pierwsze, rebecyn Blu Greenberg, jedna z założycielek Jewish Orthodox Feminist Alliance, będzie mówić o tym, jak być Żydówką i feministką.

Blu Greenberg była jedną z inicjatorek ruchu feministycznego w ramach judaizmu. Przed laty wydała książkę "On Women and Judaism: A View from Tradition".

Po drugie, w sympozjum będzie uczestniczyć rabin Irving Greenberg, jeden z najciekawszych myślicieli amerykańskiej nowoczesnej ortodoksji. Rabin Greenberg od lat jest zwolennikiem i orędownikiem pluralizmu teologicznego w judaizmie oraz dialogu żydowsko-chrześcijańskiego. Poza tym jest również autorem ogromnie ciekawych tekstów na temat judaizmu po Holokauście. W czwartek w Warszawie będzie mówił o żydowskiej teologii chrześcijaństwa.

Pełny program spotkań czwartkowych znajdziecie tutaj

Bardzo żałuję, że nie będę mogła przyjść na te wykłady... Od lat czytam i bardzo cenię rabina Greenberga. Wybierzcie się, bo naprawdę warto.

18:02, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
Gumowa zgroza

O tym, że prezentowany przez Amerykanów stosunek do kwestii odzieżowych stanowi szczególną mieszankę luzu i braku smaku, wiedzą wszyscy, którzy w Stanach byli. Filmy amerykańskie nie oddają w tym przypadku dobrze codziennej rzeczywistości, choć czasem pojawi się w nich jakaś dziwnie ubrana osoba.

Populacja studencka nie stanowi oczywiście reprezentatywnej próbki, ale niektóre trendy odzieżowe obserwowalne na kampusie stanowią odzwierciedlenie zjawisk wykraczających poza jego granice.

Jednym z nich są Crocsy:

Oto kompletnie upiorne obuwie, którego niebywała popularność w Stanach przerasta moje możliwości pojmowania.

Crocsy są podobno szalenie wygodne. Wyposażone w podeszwę, która nie dość, że nie pozostawia żadnych śladów na podłożu (to szczególnie ważne dla potencjalnych przestępców, których ślady można by było wytropić na błocie), to jeszcze fantastycznie ponoć wszystko amortyzuje. Crocsy zaopatrzone są również w widoczne na obrazku dziurki, dzięki którym stopa doskonale się wietrzy, a dodatkowo - w bucie nie zostają np. piasek czy kamyki. Guma w warstwie wierzchniej jest podobnież jakoś tam cudowna, a cudowność ta objawia się tym między innymi, że stopa wcale się nie poci bardziej niż w normalnym obuwiu. Całość zakończona jest rewelacyjną - również gumową rzecz jasna - opaską, dzięki której but pozostaje mniej więcej w tym samym miejscu.

Po prostu kupować, nosić i nie umierać.

Ja jednak umieram. No, może nie umieram całkiem, ale cierpię katusze estetyczne, ilekroć widzę te gumowe upiory. Niestety widzę je często, gdyż Crocsy podbiły serca wielu Amerykanów. W sklepach są ich całe stosy, do wyboru i do koloru: Crocsy dla dorosłych i dla dzieci, dla pań i panów, różowe, zielone, niebieskie i pomarańczowe, z aplikacjami i bez. Na ulicach widać mnóstwo stóp w Crocsach. Niedawno przeczytałam, że w Nowym Jorku w Jom Kipur (w to święto obowiązuje zakaz noszenia skórzanego obuwia), Crocsy pokonały popularne niegdyś przy tej okazji trampki i klapki.

Cenię sobię swobodę w zakresie ubioru, jaką Amerykanie często prezentują. Od kiedy przyjechałam do Stanów, mój styl z czegoś, co można by było nazwać sportową czy swobodną elegancją przesunął się nieco bardziej ku biegunowi "sportowa" i "swobodna" i dobrze mi z tym. Czasem jednak moda, której przykłady widuję, po prostu mnie przerasta.

Wygoda, wygoda i jeszcze raz wygoda, estetyka to wartość podrzędna, której absolutyzować nie należy - tak chyba myślą Amerykanie. Taką mam przynajmniej nadzieję, bo jeśli uważają, że Crocsy są nie tylko wygodne, a również piękne, to jest znacznie gorzej, niż myślałam.

A gite woch.

środa, 26 września 2007
Rzeczy, o których się nie śniło

Jak wiadomo, jest na świecie mnóstwo rzeczy, o których się filozofom nie śniło. Będąc z wykształcenia filozofem - jakkolwiek kretyńsko to brzmi - mogę być uznana za żywy dowód na prawdziwość powyższej tezy.

Czasem stwierdzam, że nie śniły mi się różne wielkie rzeczy, które jednak istnieją i całkiem dobrze się miewają w rzeczywistości. Innymi zaś razy okazuje się, że moja senna imaginacja nie była dotąd w stanie wytworzyć obrazów rzeczy wprawdzie drobnych, ale jednak jakoś znaczących.

Przed dzisiejszym wykładem spotkałam się z profesorem M., by omówić to, w jaki sposób mniej więcej mam oceniać prace, które studenci mieli właśnie oddać. Siedzieliśmy sobie w jego biurze przy stole zawalonym książkami w co najmniej czterech różnych językach i rozmawialiśmy o pojęciu jedności we wczesnych pismach Bubera.

Nagle przerwało nam pukanie.

Do pokoju wszedł jeden z uczęszczających na wykład studentów. W ręku trzymał kilka kartek papieru.

- Good morning, professor M! - zaczął z radosnym uśmiechem na dziecięcym iście obliczu.

Profesor M. jest człowiekiem uprzejmym i generalnie lubiącym studentów, więc uśmiechnął się również.

- Zastanawiałem się - student niezwłocznie i z wielką swobodą przeszedł do sedna sprawy - czy nie ma pan przypadkiem zszywacza, bo nie mam czym spiąć mojej pracy - tu pomachał nam obojgu przed nosem trzymanymi kartkami.

Profesora M. z lekka przytkało. Pracuje na uczelni jednak od lat przeszło 30., więc ochłonął szybko i z szuflady biurka wyciągnął odpowiedni osprzęt, z którego czym prędzej skorzystało radosne i niczym niespeszone chłopię z pracą.

Przezorny profesor M. wziął zszywacz ze sobą na wykład. A ja zamyśliłam się nad relacjami, jakie na mojej uczelni panują pomiędzy kadrą naukową a studentami. Zszywacz to w sumie drobiazg, ale drobiazg symptomatyczny.

Tutejsi studenci, przynajmniej ci młodsi, naprawdę często są jak dzieci. Zagubione we mgle, nieporadne i marnie wychowane dzieci. Nie widziałam wprawdzie nigdy, by któreś z nich poprosiło profesora o wytarcie zasmarkanego nosa, ale gdybym to zobaczyła, nie byłabym zaskoczona.

Moja wyobraźnia - a wraz z nią i możliwości oniryczne - stanowczo się poszerza.

Teraz zabieram się do sprawdzania oddanych przez studentów prac. Muszę pamiętać, że nie należy robić na nich uwag w kolorze czerwonym. To bardzo studentów peszy. A przecież nie chcemy ich stawiać w takiej trudnej sytuacji, prawda?

poniedziałek, 24 września 2007
Marcel Marceau

Zmarł Marcel Marceau

Z książki "O sobie" Krzysztofa Kieślowskiego:

Chciałem poznać ich naprawdę, a nie tylko dowiedzieć się, jak wyglądają i jaką dysponują techniką. Często więc rozmowy wkraczały w niespodziewany, ciekawy rejon. Trzydziestoletnia aktorka opowiadała, że kiedy jest smutnam wychodzi na ulicę, do ludzi. Kilka razy już słyszałem we Francji takie opowiadania, wydawały mi się fikcją literacką, pytałem więc o szczegóły. Po co wychodzi? Co może zdarzyć się na ulicy smutnej dziewczynie? Jakiś konkret, przykład. Przypomniała sobie historię sprzed sześciu lat. Przeżywała jakieś załamanie i wyszła na dwór. Na ulicy dostrzegła sławnego francuskiego mima Marcela Marceau. Był już starym człowiekiem. Minęła go, odwróciła się, żeby jeszcze raz spojrzeć. On też się odwrócił i uśmiechnął się do niej. Stał kilka sekund, uśmiechał się, a potem poszedł dalej. "Właściwie uratował mnie wtedy" - powiedziała owa aktorka i w tym miejscu skończyła się literacka fikcja, bo powiedziała to zupełnie poważnie i uwierzyłem jej. Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie jest tak, że Marcel Marceau żył tak naprawdę tylko po to, żeby sześć lat temu uratować młodą wtedy, francuską aktorkę. Może wszystko, co zrobił, wszystkie przedstawienia i wzruszenia, które dał ludziom, nie mają w porównaniu z tym faktem żadnego znaczenia?
- Czy on wie, jakie miał dla pani znaczenie? - zapytałem.
- Nie - odpowiedziała aktorka - Nie spotkałam go nigdy więcej.

Jakoś wierzę, że ten uśmiech mógł komuś uratować życie.

PS 26 września: właśnie przeczytałam, że w 1944 roku Marcel Marceau (wówczas nazywał się jeszcze Marcel Mangel) pomagał w ukrywaniu żydowskich dzieci. Uczestniczył między innymi w akcji, podczas której wyprowadzono 120 dzieci z zagrożonego miejsca, w którym się ukrywały, w Sevres, do innego, bezpiecznego, przy granicy ze Szwajcarią.

Ojciec Marcela, Charles Mangel, miał przed wojną koszerny sklep w Strasburgu. Został aresztowany przez policję Vichy i później deportowany do Auschwitz.

Marceau został pochowany na Pere Lachaise. Religijną część pogrzebu prowadził główny rabin Francji, Rene Sirat.

03:03, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 września 2007
Chwila oddechu

Gdy w piątek wieczorem szłam do synagogi po drodze mijałam tłumy zmierzające na imprezy. Gdy z niej wracałam, tłumy w stanie wskazującym na spożycie przemieszczały się z jednych imprez na drugie. W sobotę wieczorem było podobnie.

Atmosfera weekendu na kampusie słynącym z bujnego życia towarzyskiego pozostawała w ostrym kontraście z atmosferą wewnątrz synagogi i przyznam, że ta druga odpowiadała mi bardziej.

Jom Kipur to wyjątkowe święto, wyjątkowy dzień i modlitwy tego dnia są również wyjątkowe. Szczególnie niektóre. Są takie, podczas których dzieje się ze mną coś dziwnego. Nie sądzę, bym przybliżała się do aniołów (choć tradycyjnie noszony w Jom Kipur biały strój ma nas do nich upodabniać). Do nich mi stanowczo daleko i tak jest lepiej. Ale coś się dzieje.

Gdy wszyscy zebrani w synagodze śpiewają tę samą modlitwę, powstaje jakaś nowa jakość - jakość związana z tym, że osobne jednostki stają się całością. Nie są już poszczególnymi osobami - choć zarazem nimi pozostają. Jesteśmy poszczególni, a zarazem jesteśmy klal Jisrael.

Oczywiście, sprzyja temu także sama liturgia. Najbardziej może Widui, czyli wyznanie grzechów, które nie polega na tym, że każdy z nas w duchu bądź na głos recytuje grzechy przez siebie popełnione, ale na tym, że z grzechów spowiada się cała wspólnota. Widui jest skomponowane w liczbie mnogiej: nie mówimy "ja", mówimy "my":

אשמנו, בגדנו, גזלנו, דברנו רפי

Poniewieramy, zdradzamy, jesteśmy okrutni, niszczymy, jątrzymy, kłamiemy...

W Jom Kipur nie sposób modlić się samemu, choć modląc się z minjanem, każdy z nas w pewien sposób stoi osobno. To jest zresztą jeden z większych sekretów judaizmu - że potrafi tworzyć społeczność nie niszcząc indywidualności.

Niestety to również święto autentycznie męczące. Głównie z powodu zupełnego postu trwającego od zachodu słońca do zachodu słońca.

Wróciłam do domu na ostatnich nogach. I muszę przyznać, że cieszę się na chwilę oddechu i spokoju bezświątecznego. Sukot zaczyna się wprawdzie w środę wieczorem, ale intensywność duchowa tego święta jest z Jamim Noraim zupełnie nieporównywalna.

Znajoma profesorka napisała w swojej książce, że żyjemy w czasach po Williamie Jamesie, który nauczył ludzi szczególnie cenić rozmaite peak experiences. To prawda, ogólnie rzecz biorąc. I James, choć z pewnością nie on jeden i może nawet nie on głównie, jest jakoś odpowiedzialny za to, że w religijności tak wielu z nas poszukuje momentów ekstatycznych, a religijność codzienną, przyziemną i zwykłą uważa za niegodną uwagi.

Ja jednak z przyjemnością powrócę do mojej religijnej codzienności. Nie sposób żyć cały czas na najwyższych obrotach. Duchowych czy fizycznych.

Szawua tow.

04:16, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 września 2007
Tszuwa

W piątek wieczorem zaczyna się Jom Kipur, bodaj najpoważniejsze z żydowskich świąt. Tradycja uczy, że w Rosz Haszana - na dziesięć dni - otwierają się bramy nieba. W Rosz Haszana Haszem rozpoczyna swój sąd nad ludźmi, w Jom Kipur go zaś kończy. Dni pomiędzy tymi dwoma świętami określa się mianem Aseret Jemei Tszuwa: dziesięć dni tszuwy.

Idea tszuwy jest jedną z najbardziej fundamentalnych w judaizmie, a samo słowo nie ma dobrego odpowiednika w żadnym ze znanych mi języków.

Czym jest tszuwa?

Szabat poprzedzający Jom Kipur nazywany jest Szabat Szuwa. Niektóre szabaty mają nazwy pochodzące od pierwszych słów czytanego w dany dzień fragmentu z proroków. W Szabat Szuwa czyta się fragment zaczynający się tak:

שובה ישראל עד יהוה אלוהיך כי כשלת בעונך

Powróć [szuwa], Jisraelu, do Boga twojego, bowiem poszedłeś błędną drogą występków.

[Hoszea 14:2]

Tszuwa oznacza zatem powrót ze źle obranej drogi. Z pojęciem tym wiążą się inne, takie jak na przykład skrucha czy żal, ale skrucha nie wyczepuje sensu oryginalnego. Skrucha jest żalem za grzech i tszuwa wiąże się z takim żalem. Jest on jednak zaledwie pierwszym krokiem.

Najpierw trzeba się zatrzymać, czyli przestać czynić zło, ale to jeszcze nie dość. Tszuwa zaczyna się naprawdę opiero wtedy, gdy zaczniemy podążać w innym kierunku. Sam żal, innymi słowy, nie wystarcza. Konieczna jest realna zmiana zachowania i myślenia. Grzech, w każdej religii, która tym pojęciem operuje, oznacza, między innymi, oddalenie od Boga. Tszuwa zatem w tym wymiarze jest właśnie powrotem - powrotem do źródła, od którego oddalił nas grzech.

Raw Kalonimus Kalman Szapira, którego draszot z warszawskiego getta studiuję od dość dawna, w Szabat Szuwa we wrześniu 1939 roku mówił do zgromadzonych w synagodze tak:

Jeśli ktoś żałuje [szaw - znowu nie ma dobrego przekładu] tylko z powodu grzechu, popełnionego, R"L, w myśli, mowie czy uczynku, to znajdzie się w tym samym miejscu, w którym był, zanim ów grzech popełnił, gdy jeszcze nie rozpoczął żadnej wielkiej duchowej drogi. Cóż więc z tego, że oczyści się z tego jednego grzechu? Główną zasadą tszuwy jest jednak "Powróć, Jisraelu, do Boga twojego". Abyśmy nie myśleli, że ograniczenie w grzechu jest wystarczające, prorok mówi nam, że tszuwa musi trwać dalej, aż do chwili, w której dotrzemy do Boga, "bowiem poszedłeś błędną drogą występków".

[Esz kodesz]

Wedle żydowskiej tradycji nie wystarcza zatem żadne wyznanie grzechów czy wyrażenie żalu z ich powodu. Potrzebna jest rzeczywista odmiana, realne zawrócenie z drogi, naprawa i poprawa.

Hebrajskie słowo tszuwa ma jednak i inne znaczenie. Kiedy je odkryłam, byłam szczerze poruszona. Tszuwa oznacza mianowicie również odpowiedź.

Po zjedzeniu wiadomego owocu z wiadomego drzewa pierwsi ludzie schowali się w krzakach.

האדם ואשתו מפני יהוה אלהים בתוך עץ הגן: ויקרא יהוה אלהים אל-האדם ויאמר לו איכה

I człowiek, i jego żona schowali się przed Bogiem wśród drzew w ogrodzie. Zawołał Bóg do człowieka i zapytał go: Gdzie jesteś?

[Bereszit 3:8-9]

Od Rosz Haszana do Jom Kipur Haszem ze szczególną mocą zadaje nam to samo pytanie: Gdzie jesteś? Czy nie miałaś iść inną drogą? Czy nie powinieneś być całkiem gdzie indziej?

Tszuwa - nasz powrót - jest właśnie odpowiedzią na to pierwotne pytanie.

Tszuwa jest odpowiedzią, a skoro tak, to oczywiste jest, że najpierw musiało paść pytanie. Tszuwa człowieka nie jest zatem może jego własną inicjatywą, ale raczej odpowiedzią na czyjąś inicjatywę. Być może nie byłoby jej w ogóle, gdyby nie zostało zadane pytanie.

To trochę jak z mostem zwodzonym: zawsze jest on opuszczany z tamtej strony.

A jak to wygląda w praktyce? Cóż... Idę, czasem się potknę, czasem walnę się w wielki palec u nogi tak mocno, że podskakuję na drugiej nodze klnąc pod nosem, czasem zniechęcona wlezę pod ciepły koc z silnym postanowieniem, że już spod niego nie wypełznę, a jednak wypełzam i idę dalej. Most jest opuszczony, więc można przez niego przejść.

Gmar hatima towa. Obyście zostali zapisani i zapieczętowani na dobry rok.

01:54, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (3) »
środa, 19 września 2007
Masz babo placek, czyli ambasador judaizmu

Na Rosz Haszana do Izraela przyjechała Madonna. To znaczy Ester, chciałam powiedzieć. Nie tam żadna Madonna.

Madonna-Ester spotkała się podczas wizyty między innymi z prezydentem Peresem, którego uszczęśliwiła prezentem w postaci księgi Zohar. Podejrzewam, że zdobycie tejże w Izraelu nie stanowi szczególnego problemu, ale niech będzie. Prezydent odwdzięczył się wręczając Madonnie Torę, co wydaje mi się o tyle bardziej stosowne, że mam wątpliwości co do tego, czy Madonna rzeczywiście Torę przeczytała.

Podczas spotkania Madonna złożyła dwie cenne deklaracje. Po pierwsze, powiedziała, że kocha Izrael. Nic oryginalnego, deklaracja jak na gwiazdę pop przystało. Po drugie jednak Madonna zdradziła Peresowi, że kabała jest ogromnie popularna w Hollywood i że wszyscy ją ciągle o kabałę wypytują. "Jestem ambasadorem judaizmu", dodała. I to jest coś!

O tym, że Madonna zainteresowała się kabałą, media pisały już dawno. Zainteresowała się, zaczęła jeździć do Izraela, podobno planowała zakup posiadłości w Safedzie (zapewne po to, by z otoczenia wchłonąć unoszący się tam duch kabalistyczny), zmieniła imię na Ester i być może zaczęła nosić na nodze, ręce lub szyi ozdobę z czerwoną nitką (do nabycia np. na eBay, nawet z certyfikatem, wprawdzie nie wiem, certyfikatem czego - skuteczności w odpędzaniu demonów?).

Nie jest wykluczone, że Madonna zaczęła kabałę również jakoś studiować. Jakoś studiować, a nie studiować po prostu, ponieważ rozpoczęcie przygody z żydowskim mistycyzmem od czytania Zoharu jest podobne do rozpoczęcia nauki matematyki od teorii chaosu z pominięciem zasad całkiem zwykłej algebry.

Kabały nie da się poznać w weekend korzystając z podręczników podobnych do "Nauka żeglarstwa w weekend" czy "Haftowanie dla niezaawansowanych". Nie da się, jakkolwiek są ludzie, którzy najwyraźniej chcą innym wmówić, iż jest przeciwnie i piszą, a potem wydają książki takie jak "Kabbalah for Dummies" czy "The Complete Idiot's Guide to Kabbalah".

W czym problem? Kupujesz książkę, czytasz i już! Bęc! Jesteś "kabalistą". Z opisu jednej z książek wynika, że po zapoznaniu się z jej zawartością nie tylko poznamy "wielką tajemnicę kabały", ale dodatkowo - grunt to efekty wymierne - dowiemy się, jak dzięki kabale zdobyć "pieniądze, miłość i zdrowie".

Ha-Ari pewnie przewraca się w grobie, a autorzy Zoharu zapewne plują sobie w brodę i żałują, że w ogóle stworzyli to dzieło.

Nie mam nic przeciwko temu, by kabałą zajmowali się nie-Żydzi. Było tak niemal od samego jej początku, już w średniowieczu pojawili się kabaliści chrześcijańscy. Nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, żeby z wyrafinowanego żydowskiego mistycyzmu nie robić zupy w proszku, która po wsypaniu do kubeczka i zalaniu wrzątkiem, zmieni się rzekomo w źródło wielkiego duchowego doświadczenia. Bo się nie zmieni. Pozostanie marną namiastką, żałosnym surogatem i karykaturą samej siebie. Noszenie czerwonej nitki na nadgarstku z nikogo nie czyni mistyka i kabalisty.

Kabała nie jest i nigdy nie była pomyślana jako zabawa, jako intelektualna igraszka dla znudzonych monotonią codziennego życia. To ogromne morze mistycznej tradycji żydowskiej, na którego studiowanie potrzeba lat i wielkiej wiedzy. Rabini od dawna wiedzieli, że kabały bez należytego przygotowania studiować się nie powinno, a jej studia stanowiły jeden z ostatnich, a nie pierwszych, kroków w żydowskiej edukacji religijnej.

Nie przeszkadza mi w sumie to, że Madonna - czy dziesiątki innych osób - studiuje sobie jakieś popłuczyny po kabale. Niech im to na zdrowie wyjdzie. Ale jeśli ktoś taki określa siebie jako ambasadora judaizmu, to już mnie krew zalewa. Równie dobrze mogłabym siebie nazwać ambasadorem braminizmu, bo widziałam w księgarni Upaniszady...

Jeśli zaś ktoś chce coś sensownego o kabale po polsku poczytać, to polecam oczywiście absolutnego klasyka czyli Gershoma Scholema oraz Mosze Idela, którego jedna książka o kabale niedawno się u nas ukazała.

Niestety, przeczytanie żadnej z książek tych autorów nie da nikomu klucza do zdobycia "pieniędzy, miłości i zdrowia". Ale zapewni trochę rzetelnej wiedzy.

00:18, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
wtorek, 18 września 2007
O czym nie mówić w Rosz Haszana?

Tradycją Rosz Haszana jest wygłaszanie przez rabina czegoś na kształt kazania (nie jestem pewna, czy słowo "kazanie" jest tu w pełni na miejscu z uwagi na to, że kojarzy się dość jednoznacznie z kontekstem kościelnym). Przed świętem czytałam artykuł w Jerusalem Post poświęcony między innymi temu, jakie tematy amerykańscy rabini różnych denominacji planują poruszyć podczas swoich wystąpień.

Przeprowadzono na ten temat badanie, z którego wynikało, że rabini zajmą się w pierwszej kolejności zagadnieniem aktywnego uczestnictwa w życiu społeczności, w tym również w jej życiu religijnym.

Synagogi w Wielkie Święta są pełne ludzi. Na nabożeństwach - przynajmniej tych głównych - pojawiają się osoby, które w innych okolicznościach nie przychodzą na nie wcale. Przynajmniej głównych nabożeństwach, muszę dodać, z uwagi na to, że o ile na szachrit pierwszego dnia Rosz Haszana w mojej synagodze był tłum nieprzebrany wręcz, to na nabożeństwie popołudniowym tego samego dnia zjawiło się osób czternaście.

Ta różnica wskazuje na oczywisty powód troski rabinów: co zrobić, żeby przychodziło więcej ludzi? W jaki sposób zachęcić ich do religijnej aktywności? Szerzej zaś: co zrobić, żeby Żydów w ogóle zachęcić do uczestnictwa w życiu danej społeczności?

Wedle badania 45% rabinów planowało poruszyć właśnie tę kwestię podczas Rosz Haszana. 41% chciało mówić o przebaczeniu. Związane z tymi tematami były deklarowane cele przemówień: zainspirować zebranych pokazując im ciekawą wizję żydowskiego życia (66%), dopomóc w zbudowaniu poczucia jedności w społeczności (11%), podnieść poziom moralnego życia zgromadzonych (9%).

Pani rabin w mojej synagodze najwyraźniej zaliczała się do owych 45 procent. Przemówienie było bardzo ładne, powiedziałabym. Zgrabny żart na początku, kilka zabawnych uwag w trakcie. Punktem wyjścia było pytanie o to, dlaczego w ogóle przyszliśmy do synagogi. Stosownie dobrany cytat z Talmudu pozwolił przejść płynnie do sprawy ogólniejszej, czyli: dlaczego w ogóle przychodzimy do synagogi i - co może ważniejsze - dlaczego warto tu przychodzić.

Przemówienie było ogólnie rzecz biorąc bardzo zachęcające. Każdy członek gminy jest ważny, obecność każdego się liczy, drzwi naszej synagogi są otwarte dla wszystkich itp.

Potem - w identycznym duchu - przemawiała przewodnicząca gminy. Znowu usłyszeliśmy o tym, że w tej synagodze każdy powinien czuć się u siebie. Również dlatego, że dla każdego znajdzie się coś do zrobienia, jakaś działalność, w którą mógłby się zaangażować. Interesuje Cię ochrona środowiska? Prosimy! Oto grupa zajmująca się tym, co w wymiarze indywidualnym możemy zrobić dla otoczenia. Troszczysz się o problem głodu? Nie ma sprawy, możesz dołączyć do grupy wspierającej organizację X, która temu właśnie poświęca swoje wysiłki. A w ogóle, drodzy państwo, potrzebujemy osób, które znają się na fundraisingu.

Jedno słowo w tych przemówieniach nie padło. Słowo Bóg.

Drobiazg, prawda?

02:54, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 września 2007
Radosne niespodzianki dnia codziennego

Przypomniało mi się stare chińskie przysłowie:

Życie jest jak morze: im bardziej się w nie wpatrujesz, tym więcej bałwanów dostrzegasz.

Przysłowie to nie przyszło mi na myśl w związku z życiem politycznym w Polsce, choć byłoby tu jak najbardziej na miejscu. Przyczynek był inny, ale nim go zdradzę - anegdotka:

Dawno, dawno temu stałam sobie w warszawskiej księgarni im. Bolesława Prusa, na piętrze z literaturą piękną i przeglądałam leżące tam stosy tejże. W pewnej chwili do stojącej nieopodal ekspedientki podszedł młody mężczyzna i poprosił o pomoc w znalezieniu "Stu lat samotności". Dziewczyna zasępiła się z początku, ale po chwili intensywnego wysiłku intelektualnego, który widoczny był na jej twarzy, uśmiechnęła się z ulgą i odrzekła: "Ale to chyba w dziale Psychologia, piętro wyżej".

Scenka ta stanęła mi przed oczyma, gdy poinformowano mnie dziś, że książka o Williamie Jamesie znalazła się w Prusie w dziale literaturoznawczym. Panie obsługujące ów dział były dość zdumione faktem, że William James i Henry James to nie była jedna i ta sama osoba.

Z podobnych przypadków przypomina mi się jeszcze, jak w innej już księgarni, również kilka lat temu, książkę Pawła Śpiewaka - nie pamiętam już jaką, może "Obietnice demokracji" - spostrzegłam w dziale Ezoteryka. "Very telling, indeed", chciałoby się powiedzieć.

Znacie jakieś podobne przypadki?

A gite woch.

sobota, 15 września 2007
Cichną cykady

Brak wilgotności w powietrzu to jeden z pierwszych (i błogosławionych) przejawów nadchodzącej jesieni. Nie ma jej od kilku dni, co sprawia mi niebywałą przyjemność. Wreszcie daje się oddychać!

Innym przejawem jest cichnięcie cykad.

Latem w Bloomington trudno jest usłyszeć ptaki, słychać prawie wyłącznie cykady. To dziwny dźwięk. Nie tak delikatny, jak swojskich świerszczy, które przyjemnie jest posłuchać wieczorem na Mazurach. Cykady raczej hałasują. W dzień czy w nocy - wszystko jedno - w zadrzewionych miejscach panuje nieustający, monotonny, cykadowy hałas.

Jak łatwo sobie wyobrazić są na świecie wielbiciele tych, moim zdaniem, średnio urodziwych owadów, którzy wydawane przez nie dźwięki gotowi są nazywać śpiewem. Dzięki takim maniakom mogę zaprezentować ten oto filmik:

Nie jest to specyfika wyłącznie Indiany. Latem w Waszyngtonie, gdy ze znajomymi szliśmy rano z hotelu do Muzeum Holokaustu na codzienne zajęcia, zastanawialiśmy się pewnego razu, co to za dziwny, głośny dźwięk, który rozbrzmiewa w okolicach każdego drzewa. To też były cykady, co stwierdziliśmy po uważniejszym przyjrzeniu się jednemu z drzew. Cykady generalnie występują w całych wschodnich Stanach.

Cykl życiowy większości cykad trwa od 8 do 12 lat. Dorosłe osobniki można spotkać prawie przez cały rok, bowiem ich rozwój nie jest synchroniczny. Istnieją jednakże takie gatunki, których cykl życia jest dłuższy - trwa 17 lat - i których rozwój jest jak najbardziej synchroniczny - pojawiają się wszystkie równocześnie i na kilka tygodni dosłownie zmieniają oblicze ziemi. Gdy do tego dochodzi, mówi się o brood - czyli o masowym wylęgu.

W Stanach wyróżniono, o ile wiem, 15 grup takich cykad okresowych, a największą z nich jest brood X.

Nie było mnie w Bloomington wiosną i latem 2004, kiedy to nasze okolice przeżyły właśnie brood X. Świetnie pamiętam emaile od znajomej, lekko podłamanej tym, że nie da się spokojnie wyjść z domu, żeby nie dostać po twarzy cykadą, że nie da się wyjść z psem na spacer, bo głupek zjada cykady i potem ciężko choruje oraz że od tego cykadowego hałasu to już uszy pękają i oszaleć można zupełnie.

W sumie jednak żałuję, że nie widziałam tego na własne oczy. Cykady piękne może nie są, jakkolwiek to rzecz gustu, ale brood X to wydarzenie zupełnie jednak wyjątkowe. Popatrzcie sami (filmik, moim zdaniem genialny, zrobiony przez dwóch pracowników mojej uczelni, latem 200 roku):

 
1 , 2