Ponownie na Midweście
piątek, 26 września 2008
Kruchość istnienia

Nigdy nie przepadałam za Nowym Rokiem. Początek nowego zbyt blisko związany jest z końcem starego, a mój umysł, który - z natury lub z innych powodów - ma tendencję do postrzegania szklanki jako w połowie pustej, skłonny jest raczej koncentrować się na owym końcu niż optymistycznym początku i tym, co każdy początek obiecuje.

Okolice Nowego Roku zawsze są dla mnie czasem rozmyślań o przemijaniu. Przemijanie kieruje zaś myśli dość naturalnie w stronę innego równie wdzięcznego tematu, mianowicie - śmierci.

Nowy Rok kalendarza gregoriańskiego i kultury masowej ma w sobie ten wymiar, ale skutecznie zagłuszają go wybuchy otwieranego szampana, radosne śmiechy, muzyka na imprezach, fajerwerki i pocałunki o północy. Rosz Haszana pozbawione jest takich rekwizytów, jakkolwiek zawiera również elementy radosnego świętowania. Od radości się jednak wcale nie zaczyna i na niej się na pewno nie kończy.

Śmierć i kruchość ludzkiego istnienia są jednym z tematów obecnych w świątecznej liturgii. Może szczególnie podkreśla je modlitwa Unetane Tokef:

W Rosz Haszana zostanie zapisane, a w Jom Kipur zapieczętowane, jak wielu odejdzie z oblicza ziemi i jak wielu będzie stworzonych, kto będzie żył i kto umrze, kto umrze w swoim czasie i kto przed swoim czasem, kto zginie od wody i kto od ognia, kto od miecza, kto od bestii, kto od głodu, kto z pragnienia, kto od burzy, kto od zarazy... Człowiek pochodzi z ziemi i do ziemi powraca... jest podobny do pokruszonej skorupy, schnącej trawy, więdnącego kwiatu, znikającego cienia, rozwianej chmury, powiewu wiatru, pyłu i przemijającego snu...

Po co mówić takie rzeczy? Czy to nie jakieś chorobliwe wpatrywanie się w najsmętniejszy aspekt ludzkiego życia?

Modlitwa Unetane Tokef na tych słowach się jednak nie kończy. Zamyka ją zdanie:

Ale Ty jesteś Królem, żyjącym i trwającym Bogiem

"Też mi pociecha", ktoś mógłby wzruszyć ramionami. "Ty jesteś trwającym Bogiem, ale ja jestem ledwie więdnącym kwiatem, rzeczywiście, od razu mi lepiej na duszy".

A jednak lepiej. Rosz Haszana każe nam zastanowić się nad własną śmiertelnością, nad tym, jak bardzo kruche jest nasze życie. Zarazem jednak wskazuje na to, że Haszem jest królem. Nie sądzę, aby konieczne było dosłowne rozumienie tych słów. Dla mnie znaczą one tyle, że wbrew rzucającemu się w oczy chaosowi rzeczywistości, gdzieś w świecie jest ukryta harmonia i ład. Jeśli nie są one widoczne, to nie znaczy, że nie istnieją przynajmniej potencjalnie. Mogą zaistnieć. Świat może być lepszy. Ja jestem śmiertelna, a moje życie jest podobne do przemijającego snu, ale jeśli Haszem jest królem, to ostatecznie wszystko ma znaczenie. Także kruchość mojego własnego istnienia. Ostatecznie liczy się każdy drobiazg.

Judaizm nie jest w żadnej mierze jedyną religią, która zdaje sobie sprawę z tego, że czasem - aby przypomnieć człowiekowi o wartości życia i jego znaczeniu - trzeba mu przypomnieć o śmierci. Rosz Haszana przypomina o jednym i o drugim równocześnie.

Szabat szalom.

PS: Niedługo miną dwa lata od momentu, kiedy zaczęłam prowadzić ten blog. Nazbierało się trochę wpisów najróżniejszych przez ten czas. Postanowiłam więc zrobić tematycznie podzielony spis treści - gdyby ktoś chciał się rozejrzeć po przeszłości.

18:21, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (11) »
wtorek, 23 września 2008
Bilety na micwę

Synagogi w nadchodzące Jom Kipur będą wypełnione Żydami. Podobnie będzie przynajmniej pierwszego dnia Rosz Haszana. W Polsce, o ile wiem, nie wszedł jeszcze w życie obyczaj kupowania specjalnych biletów na te nabożeństwa. W Stanach jest to normą. Członkowie danej synagogi płacą za nie w uiszczanych każdego roku składkach. Pozostali mogą prawo do wejścia nabyć przed świętami. Pieniądze uzyskane w ten sposób idą na najrozmaitsze potrzeby gminne, których zawsze jest aż za wiele. Utrzymanie synagogi nie jest tanie.

Obyczaj istnieje, ale nie jest niekwestionowany. Ściśle rzecz biorąc kwestionowany jest każdego roku w okresie przed wielkimi świetami, kiedy to ludzie zaczynają się zastanawiać, czy nie ma przypadkiem czegoś niestosownego w pobieraniu opłaty za możliwość wypełnienia micwy.

Z jednej strony nie ma. Nikt nie oburza sie na to, że do wypełnienia jednej z micw w czasie święta Sukkot też konieczne są fundusze. Trzeba w końcu kupić ten piękny cytrusowy owoc zwany etrogiem. Dlaczego więc nie zapłacić za uczestnictwo w świątecznym nabożeństwie, szczególnie jeśli synagoga zaprasza na nie jakiegoś wybitnego kantora?

Z drugiej strony jednak... Dlaczego miałaby płacić za możliwość wypełnienia micwy tak podstawowej jak modlitwa z minjanem? Zawsze się nad tym zastanawiam, gdy zbliżają się Rosz Haszana i Jom Kipur i to nie tylko dlatego, że mój ograniczony budżet źle znosi wszelkie dodatkowe wydatki.

Nie ja jedna rozmyślam nad tą sprawą. Znajomy przysłał mi dziś link do krótkiego filmu poruszającego sprawę wielkoświątecznych biletów:

20:29, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (21) »
czwartek, 18 września 2008
Urok produktów absurdalnych cd.

Swego czasu wspominałam, że jestem wierną fanką upychanych w lotniczych fotelach katalogów SkyMall, które pełne są przedmiotów tyleż urokliwych co kompletnie bezużytecznych, a w dodatku upiornie drogich. Tym razem wytwór z tego samego gatunku znalazłam we wciśniętym w skrzynkę na listy katalogu skądinąd szacownego sklepu Bed Bath and Beyond.

W BB&B można nabyć całkiem sporo ciekawych produktów do domu. Gdy zostanę już porządną cura domestica o odpowiednio zasobnym portfelu, z pewnością będę robić tam regularne zakupy.

Jedną z pierwszych rzeczy, po które sięgnę, będzie ta oto rewelacyjna obieraczka do jabłek:

Moim zdaniem bomba. Do złudzenia podobna jest do wielkiego imadła, które swego czasu mój ojciec zwykł przykręcać do kuchennego blatu. Miałam kupę uciechy z imadła, będę miała jej mnóstwo również z obieraczki, jak już ją kupię. Zaledwie 20 dolarów.

Kto by nie chciał mieć takiego pięknego ustrojstwa za tak przystępną cenę? Cóż z tego, że jest kilka razy większe od jabłka i zajmuje od pioruna miejsca. Obiera prawie samo! Wystarczy kręcić korbką, co dodatkowo ma ten urok, że pozwoli użytkownikowi przenieść się wyobraźnią w czasy samochodów na korbę. I do tego obiera również ziemniaki!

Miód na moje serce. Po co mam obierać jabłko zwykłym nożem, skoro mogę sięgnąć po urządzenie tak wyrafinowane i tym samym wkroczyć na dobre w świat Cywilizacji Konsumpcji?

Dziury w kontekście

Zanim zaczęłam nieść kaganiec oświaty, rozważałam różne potencjalne problemy. Głównym wydawała mi się kwestia bariery językowej. Bariera kulturowa może się jednak okazać poważniejsza.

Nieustannie trapi mnie moja językowa kompetencja. Oczywiście mówię po angielsku (w sumie więcej niż po polsku od jakiegoś czasu), ale czy mówię dostatecznie dobrze? Czy potrafię po angielsku mówić nie tylko płynnie i bezbłędnie, ale ciekawie i do ludzi?

Mówić do rzeczy jest znacznie prościej niż do ludzi, jak słusznie zauważył Lec. Mówienie do rzeczy wymaga bowiem jedynie rzeczy owej znajomości. Mówienie do ludzi zaś warunkowane jest nie tylko znajomością ich języka na poziomie czysto lingwistycznym, ale także - na poziomie kulturowym.

A mi brak amerykańskiego kontekstu kulturowego.

Stwierdziłam to, gdy studentka poprosiła mnie o podanie jakiegoś przykładu pewnego zjawiska, którego istnienie postuluje pewien naukowiec. Zamyśliłam się na chwilę. Szybko do głowy przyszły mi przykłady o europejskim rodowodzie. Co mi jednak po jakichś dziwacznych fenomenach rodem ze Starego Świata? Przecież mówię do studentów z całkiem Nowego Świata i jeśli chcę do nich trafić, muszę sięgać po to, co oni znają z własnego życia.

Uczenie ma w sobie coś z aktorstwa, a metaforyczna katedra, za którą staje uczący, coś ze sceny. Żeby grać dobrze, trzeba nie tylko znać tekst swojej roli - to zaledwie pierwszy krok i najmniej skomplikowany. Często potrzebne są rekwizyty. W salach wykładowych nie korzystamy raczej z kostiumów czy egzemplarzy zabytkowej broni. Korzystamy jednak z przykładów, ze skojarzeń, z całego życia cywilizacji, która nas otacza, by coś uwypuklić, coś rozjaśnić, na coś wskazać, o czymś przypomnieć. Wspominamy o jakimś wydarzeniu politycznym, o jakimś filmie albo jakiejś postaci z życia publicznego - wszystko zaś po to, żeby nie tylko przyciągnąć rozproszoną z definicji uwagę studentów, ale także po to, by ułatwić im powiązanie przedmiotu zajęć ze znaną im dobrze rzeczywistością.

Problem w tym, że ja marnie znam rzeczywistość przeciętnego amerykańskiego studenta pierwszego roku.

Z sytuacji udało mi się wybrnąć, ale kazała mi się ona zastanowić nad tym, w jak wielkim stopniu udana komunikacja międzyludzka opiera się na wzajemnej znajomości kontekstu kulturowego, historycznego, społecznego. Uczenie zaś opiera się, rzecz jasna, na udanej komunikacji. Trywialna w sumie rzecz, ale jak wiele innych banałów życia codziennego, życie na emigracji uczyniło ją dla mnie bardziej namacalną.

Jutro kolejne zajęcia. Zobaczymy, jak będzie.

piątek, 12 września 2008
Co jest najważniejsze?

Refleksja nad procesem konwersji na judaizm jest interesująca nie tylko dla kogoś, kto ją przeszedł lub chciałby przejść. Jest ciekawa również dla tych, którzy chcą zrozumieć, czym jest judaizm oraz czym jest żydowska tożsamość. Jest tak z tego względu, że w procesie konwersji społeczność żydowska - grono wyznawców judaizmu - wskazują na pewne priorytetowe ich zdaniem kwestie. Spotykając potencjalnego konwertytę, stając na przeciwko niego, Żydzi muszą się mu przedstawić - objaśnić mu, kim są i tym samym objaśnić, do jakiej społeczności konwertyta chce dołączyć. Opisy procesu konwersji zawierają, innymi słowy, obraz i etos żydowskiego samorozumienia.

Jeden z najważniejszych opisów tego procesu znajduje się w Talmudzie, w traktacie Jewamot (47a-b). Czytamy tam między innymi:

Informujemy go [prozelitę] o pewnych mniejszych i większych przykazaniach. I informujemy go o grzechu, jakim jest zaniedbanie przykazań dotyczących pokłosia, zapomnianego kłosu, skraju pola oraz dziesięciny biednego człowieka.

Ogólność pierwszego zdania i szczegółowość drugiego są intrygujące. Pewnie ważniejsze i mniej ważne przykazania, mówią rabini, nie określając dokładnie, o jakie przykazania by chodziło. Wydawało by się, iż konwertyta powinien być lepiej wyedukowany w zakresie micwot - przykazań, do których przestrzegania będzie zobowiązany, kiedy zostanie Żydem. Rabini tymczasem mówią jedynie o jakiejś bliżej nieokreślonej próbce przykazań, o których należy go poinformować.

W drugim zdaniu, tymczasem, rabini podają bardzo dokładną listę przykazań, o których konwertyta musi wiedzieć. Musi je znać i zdawać sobie sprawę z tego, jak poważnym grzechem jest ich naruszenie. I jakie to przykazania? Czy dotyczą one wiary w jedynego Boga? Modlitwy? Wiary w mesjasza? Nie. Wszystkie wymienione zasady odnoszą się do relacji międzyludzkich, a dokładnie - do relacji pomiędzy tymi, którzy mają, a tymi, którzy nie mają, tymi, którzy są w lepszej ekonomicznej sytuacji i tymi, którzy są w gorszej.

W księdze Wajikra (Kapłańskiej) czytamy:

Gdy będziecie żąć plon waszej ziemi, nie ścinajcie całkowicie skrajów waszych pól, bo to ma być zostawione dla biednych, i nie podnoś kłosów twojego żniwa, które upadły przypadkiem... Zostawcie je dla biednego
Wajikra 19:9-10

Te dwa i podobne przykazania mają jasny cel - chodzi o to, by uchronić biedaków przed śmiercią głodową. Mają również dodatkowy wymiar. Zbierając plony z własnych pól, Żyd musi pamiętać, że jego obowiązkiem jest dzielić się tym, na co napracował, z innymi, z potrzebującymi. Być może jest tu zawarta również sugestia, że nawet owoce naszej pracy nie należą wyłącznie i w zupełności do nas. Zboże, które wyrosło na moim polu, należy do mnie, rzecz jasna. Ale w ostateczności należy, jak cały świat, do Boga. Nie mogę więc zupełnie dowolnie nim rozporządzać. Nie mogę także zawłaszczyć go dla siebie w zupełności.

To że akurat o tych przykazaniach Talmud nakazuje powiedzieć konwertycie wydaje mi się bardzo znamienne. Konwertycie mówi się bowiem tym samym, że przyjmując judaizm, wchodząc w przymierze z Bogiem, wchodzi także w przymierze z ludźmi. Bierze na siebie obowiązki nie tylko wobec Boga, ale także wobec innych ludzi. A może te obowiązki wobec innych są ostatecznie obowiązkami wobec Boga? I może dlatego są tak ważne, że to o nich właśnie należy konwertycie powiedzieć.

Szabat szalom.

PS: Przepraszam za mniejszą częstotliwość wpisów ostatnio. Początek roku akademickiego (zaczął się u nas 2 września) nie sprzyja szczególnie niczemu...

18:26, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (9) »
niedziela, 07 września 2008
"Śmierć jako sposób życia"

Znaczną część szabatu spędziłam czytając książkę Dawida Grosmana "Śmierć jako sposób życia". Jak się okazało, to nie był najlepszy z moich pomysłów. W szabat człowiek powinien się cieszyć przedsmakiem ery mesjańskiej, a nie popadać w poczucie coraz większej beznadziei zastanawiając się nad losami procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie.

"Śmierć jako sposób życia" to zbiór 34 artykułów napisanych przez Grosmana - izraelskiego pisarza związanego z lewicą, autora wydanej w Polsce książki "Kto ze mną pobiegnie" - na przestrzeni 10 lat poczynając od zakończenia negocjacji w Oslo.

Pierwszy tekst pełen jest nadziei - trzeźwej i pozbawionej złudzeń, ale nadziei - i zawiera sporą dozę optymizmu. Oto wreszcie Izrael i Palestyńczycy wkroczyli na dobrą drogę, pisze Grosman w 1993 roku. Arafat wraca na terytoria okupowane po raz pierwszy od 33 lat. Nie czujcie się upokorzeni, mówi rodakom Grosman. To trudny moment dla wielu z nas, Izraelczyków, ale postarajmy się dostrzec w nim to, co bez wątpienia dobre - szansę dla Palestyńczyków, by poprawić swój los, by spełnić choć część swoich marzeń o niepodległości i szansę dla nas, Izraelczyków, by uwolnić się od rzeczywistości okupacji, by zakończyć przemoc, by stać się normalnym narodem. Szansa na normalność dla obu narodów.

Bo żaden z nich normalny nie jest. To jeden z pierwszych wniosków, jakie nasuwają się przy lekturze artykułów Grosmana.

Nie może być normalnym naród, który powstawał pod okupacją - turecką, jordańską, izraelską - naród, którego kultura, którego wartości rodziły się w odpowiedzi na przemoc i często z przemocy. "Nie tylko siła deprawuje", pisze Grosman, "Nie mniej deprawująca jest słabość": "Nawet intifada, która zaczęła się jako bohaterska inicjatywa narodu walczącego o wolność, w ciągu zaledwie dwóch lat stała się kłębowiskiem zabijania, rebelią dowodzoną przez religijnych fanatyków i zwykłych kryminalistów".

Nie może być normalny naród, który czuł się nieustannie oszukiwany i okłamywany. Na spotkaniu z palestyńskimi intelektualistami w 1995 roku Grosman spytał ich o to, dlaczego nie mówią głośno o tym, że trudności w procesie pokojowym są przejściowe, że uda się je pokonać. Dlaczego?

"Bo sami już nie wierzymy za bardzo w ten proces", odpowiedzieli. "Bo patrzymy wokół codziennie i widzimy, że nadal odbiera się nam ziemię, że buduje się nowe drogi wokół miast i osiedli, że osiedla rosną poprzez wielkie projekty budowlane. Zaczynamy czuć, że znowu, jak za każdym razem, wprowadzicie nas w błąd, że nas pokonacie. Tyle że tym razem zrobicie to w sposób tak przebiegły, że nie będziemy mieli już szansy się podnieść".

Trudno prowadzić jakikolwiek dialog bez minimalnego poczucia zaufania. Trudno, by Palestyńczycy mieli zaufanie do Izraelczyków. Zbyt często rzeczywistość terytoriów okupowanych zaprzeczała wzniosłym deklaracjom. Szok, w jakim Palestyńczycy obudzili się ze snu, który tak pięknie wyglądał w Oslo, trwa latami.

Po drugiej stronie zaś stoi państwo ze społeczeństwem nie mniej splątanym, poranionym i wypaczonym:

Okupacja osłabiała i osłabia izraelską demokrację i władzę prawa. Przemoc przeniknęła nasze życie. Nie wiem, ile lat upłynie, zanim dzieci po obu stronach przestaną się rodzić skażone nienawiścią.

Gdzieś w głębi izraelskiej świadomości, sugeruje Grosman, zawsze czai się wizja zagłady. Izraelczycy nie bardzo potrafią wierzyć w to, że mają przyszłość. Paraliżuje ich lęk. Lęk uzasadniony, powiedzmy sobie szczerze. Uzasadniony nie tylko tragiczną przeszłością europejskiej diaspory, ale także słyszalnymi nieustannie słowami o konieczności wymazania "syjonistycznego tworu" z powierzchni ziemi.

Jak możemy uwolnić się dzisiaj od tragicznej deformacji, od tego, że Holocaust nadal kształtuje nasze życie i świadomość w tak wielu wymiarach? Widać to w naszym absolutnym, wręcz straszliwym poczuciu braku bezpieczeństwa, które każe wątpić w to, czy nasze dzieci i my mamy jakąś przyszłość. Widać to w tym, że czujemy nad sobą cień śmierci, który skazuje nas na doświadczanie życia jako żywej śmierci.

Icchak Rabin próbował to zmienić po tym, jak sam się zmienił. I został zamordowany.

Młode małżeństwo opowiadało raz Grosmanowi o swoich planach na przyszłość. Chcieli mieć troje dzieci. Nie dwoje, a troje. Bo jak jedno umrze, zostanie dwójka. To jest choroba, mówi Grosman. Choroba, na którą cierpią obie strony, Izraelczycy i Palestyńczycy, choroba tych, dla których śmierć stała się normalną częścią życia.

"Mamy wspaniałe państwo", powtarza w 1998 roku Grosman z ironią słowa ówczesnego premiera, Benjamina Netanjachu. Doprawdy?

Ci, którzy przyjeżdżają do Izraela po dłuższej nieobecności są generalnie zadziwieni niesamowitym rozwojem miast, dróg, centrów handlowych. Zaskakują ich jednak sami ludzie - brutalność, wulgarność i brak wrażliwości. Ci, którzy tu mieszkają, już dawno przestali się temu dziwić. W zastraszająco szybkim tempie nasze młode, przyjazne i dzielne państwo poddało się umysłowemu procesowi przyśpieszonego starzenia.

Kolejne artykuły Grosmana są coraz mroczniejsze. Coraz więcej krwi, coraz bardziej odległa wizja pokoju i normalności. Bo jedno jest warunkiem drugiego. Nie będzie normalnym społeczeństwo toczące nieustanną wojnę, nie będzie normalnym naród okupujący inny naród.

Odrobina ostrożnego optymizmu pojawia się w tekstach pisanych po zwycięstwie wyborczym Ehuda Baraka. Szybko jednak niewiele po nim zostaje. Jeszcze zanim Camp David zakończy się klęską, zanim Ariel Szaron odwiedzi Wzgórze Świątynne, zanim wybuchnie druga intifada, a świat obiegają poruszające zdjęcia, na których w ramionach swojego ojca umiera mały palestyński chłopiec, rząd Partii Pracy pokazuje swoje ciemniejsze oblicze. Nie tylko nadal pompowane są pieniądze w żydowskie osiedla na terytoriach, ale dokonuje się również brutalnych i nieuzasadnionych wypędzeń. To była słynna sprawa, dziś już nieco zapomniana, choć nadal nierozstrzygnięta - w 1999 roku izraelska armia wypędziła 750 Palestyńczyków mieszkających w jaskiniach w okolicach Hebronu. Dlaczego? Tak naprawdę do dziś nikt tego nie wie.

Po dwóch latach intifady w zamachach terrorystycznych zginęło ponad 625 Izraelczyków. Izraelska armia zabiła ok. 1,340 Palestyńczyków. Liczby rannych po obu stronach szły w tysiące. Pomimo tego, pisze Grosman, po obu stronach są ludzie, którzy święcie wierzą w to, że druga strona nie nacierpiała się jeszcze dość.

Minęły dwa lata i nie ma nadziei. Sytuację można podsumować na kilka sposobów. Ja wybieram przytoczenie dwóch faktów, które wyróżniały się w ubiegłomiesięcznych raportach. Pierwszy: wedle danych ONZ ponad 1/4 palestyńskich dzieci cierpi aktualnie z powodu niedożywienia. Drugi: izraelskie dzieci będą miały niedługo specjalne zajęcia w szkołach - wczesne rozpoznawanie zamachowców-samobójców. Izraelczycy i Palestyńczycy, którzy nie chcą dostrzec związku między tymi dwoma faktami gwarantują, że jeszcze przez lata będziemy na wzajem swoimi zakładnikami, nosicielami zbytecznej i niepotrzebnej śmierci.

W 2004 roku ukazało się nowe wydanie książki Grosmana, wzbogacone o 6 artykułów, z których ostatni poświęcony jest negocjacjom w Genewie. Nie wiem, czy zajrzę do nich. Obawiam się, że nie znajdę w nich niczego poza kolejną zawiedzioną nadzieją na normalność.

poniedziałek, 01 września 2008
Nie obrażaj się na Żyda, jeśli...

Punkt 1

Jeśli jesteś kobietą i Żyd nie podaje ci ręki witając się z tobą, nie obrażaj się na niego.

Ten Żyd zapewne ma na głowie kipę i najprawdopodobniej jest ortodoksyjny. Nie dotknie on żadnej kobiety poza swoją żoną. Nie zrobi tego zaś z dwóch powodów: pierwszy i bardziej zasadniczy jest taki, że wedle tradycji rytualna nieczystość przekazywana jest przez dotyk. Rytualna nieczystość, podkreślam, a nie taka zwykła, którą kojarzymy z brudem. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Rzecz lub człowiek może lśnić i pachnieć czystością, a zarazem być rytualnie nieczysty. Może również być odrażająco brudny i równocześnie rytualnie czysty.

Czy oznacza to, że kobieta jest rytualnie nieczysta? Nie. Kobieta bywa rytualnie nieczysta - podczas menstruacji.

Ortodoksyjny Żyd nie poda więc ręki kobiecie, o której wie, że może w danym momencie być w stanie rytualnej nieczystości. Ba, nie dotknie on również swojej żony, jeśli jest ona akurat nida, czyli albo w czasie menstruacji albo już po niej, ale przed rytualnym zanurzeniem w mykwie.

Drugi powód jest mniej związany z zasadami prawa religijnego, a bardziej z tradycją obyczajowości. Zdaniem niektórych każdy kontakt fizyczny z przedstawicielem płci przeciwnej ma lub potencjalnie mieć może podtekst erotyczny - toteż należy go w miarę możliwości unikać. Są i tacy, którzy będą unikać nawet kontaktu wzrokowego.

Z tych samych powodów na żydowskim ślubie czy jakiejkolwiek innej radosnej imprezie mężczyźni nie tańczą z kobietami.

(Żyd nieortodoksyjny nie będzie miał problemu z podawaniem ręki czy tańcem.)

Punkt 2

Jeśli Żyd odmówi jedzenia w twoim domu, nie robi tego, gdyż sądzi, że przygotowane jedzenie jest obrzydliwe. Robi tak dlatego, że najprawdopodobniej owo jedzenie jest niekoszerne.

A co jeśli zadałeś sobie trud i przygotowałeś coś z koszernych składników? Poszedłeś do sklepu i kupiłeś koszerne mięso. Ziemniaki są koszerne same z siebie, więc nie ma problemu. Zielony ogórek też jest koszerny. Więc w czym problem?

W naczyniach i innych kuchennych utensyliach. Czy możesz zagwarantować, że nóż, którym kroiłeś mięso, nigdy nie był używany do krojenia sera? Że nigdy nie miał żadnego kontaktu z czymkolwiek mlecznym? Czy jesteś pewny, że talerze, na których podajesz danie mięsne, nigdy nie były używane do dań mlecznych? To samo ze sztućcami i wszystkim innym.

Powiedzmy sobie szczerze, prawdopodobieństwo tego, że nie-Żyd będzie miał koszerną kuchnię, jest znikome. W takim przypadku nawet najbardziej koszerne mięso w tej kuchni przygotowane, przestanie być koszerne.

Jeśli więc Żyd nie chce z tobą zjeść posiłku, nie ma się co na niego obrażać, bo i on nie chce obrazić nikogo. Po prostu trzyma się pewnych religijnych zasad.

Możecie zjeść obiad u niego. Tylko nie śmiej się z Żyda, jeśli ci powie, że nie może podać lodów zaraz po obiedzie, który zawierał mięso - po jedzeniu mięsa trzeba odczekać określoną ilość czasu przed zjedzeniem produktu mlecznego.

Nie denerwuj się także, jeśli po jedzeniu Żyd zacznie się modlić zamiast zapalić papierosa i oddać się przyjemnej konwersacji. W judaizmie jest specjalna modlitwa - dość długie błogosławieństwo - które odmawia się po posiłkach.

***

Do tego wpisu zainspirowała mnie wypowiedź pewnej osoby na forum dyskusyjnym. Osoba ta pracuje jako opiekunka do dzieci w ortodoksyjnej żydowskiej rodzinie. Sama nie jest Żydówką. Miała dobre chęci - chciała poznać nową kulturę, inną religię. Niestety niektóre zachowania Żydów, z którymi mieszka, okazały się dla niej bardzo irytujące. Na przykład to niepodawanie ręki. No kto to widział? Ja tu grzecznie i uprzejmie wyciągam prawicę w geście powitalnym, a ten Żyd jeden nic, patrzy się w okno, cham po prostu.

Trudno takiego gestu nie uznać za obraźliwy. Trudno jeśli nie wie się, dlaczego ta osoba zachowuje się w taki, a nie inny sposób. Czasem warto po prostu spytać. Pytając zaś lepiej powstrzymać się od robienia wielkich oczu i zwrotów w rodzaju "a po kiego czorta ty robisz takie dziwne rzeczy?" Dla nas to nie są dziwne rzeczy, dla nas to jest po prostu rzeczywistość, którą powinniśmy innym uprzejmie objaśniać, jeśli chcą się czegoś o niej dowiedzieć.

22:33, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (48) »