Ponownie na Midweście
wtorek, 22 września 2009
Ramadan w synagodze

Swego czasu pisałam o tym, że jedna z synagog w Indianapolis udostępniła swoje wnętrze dla grupy chrześcijan, których kościół akurat znajdował się w remoncie. W piątek wpadła mi w oko informacja o podobnej sytuacji - tym razem nieopodal Waszyngtonu.

Otóż w miejscowości Reston w stanie Wirginia lokalna społeczność muzułmańska miała problem w czasie Ramadanu - meczet nie był w stanie pomieścić przychodzących na modlitwy wiernych. Muzułmanie zaczęli rozglądać się za jakąś dodatkową przestrzenią do wynajęcia. Poszukiwania na szczęście nie były długie - do wykorzystania miejscowej synagogi zaprosili ich przedstawiciele lokalnej społeczności żydowskiej. Wedle relacji AP obie strony były bardzo zadowolone ze współpracy.

Co tu dużo gadać - serce rośnie! To zaledwie jeden z wielu przypadków pokazujących, że w różnych miejscach na świecie dobre relacje pomiędzy muzułmanami a Żydami nie tylko są możliwe, ale są faktem.

03:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 września 2009
Kłopot w święta

"A niech szlag trafi te wszystkie święta", przeklinałam dziś rano czując narastającą frustrację.

Dziś drugi dzień Rosz Haszana. Planowałam spędzić poranek w synagodze, na modlitwach. Planowałam usłyszeć dźwięk szofaru (wczoraj nie dęto w szofar, ponieważ był szabat). Plany spaliły na panewce, a dokładniej rzecz ujmując - w ogniu gorączki, z którą obudziłam się około godziny 4 rano. Ostry stan zapalny tego i owego. Żadna przyjemność. Trzeba iść do lekarza.

Pójście do lekarza nie jest takie proste dla osoby, która tzw. swojego lekarza ma w całkiem innym stanie. Nie jest też proste w niedzielę, kiedy wielu lekarzy cieszy się zasłużonym wypoczynkiem. Na szczęście w Arlington istnieje punkt pomocy działający 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Niestety znajduje się on w miejscu, do którego dojechać można wyłącznie samochodem. Nie dziwi to w kraju, w którym każdy obywatel rodzi się z prawem jazdy, a za kierownicą pierwszego własnego samochodu zasiada wkrótce po zdjęciu ostatniej pieluchy. Gorzej, gdy jest się dziwaczną istotą, która prawa jazdy i samochodu nie posiada. Wtedy trzeba brać taksówkę.

Zadzwoniłam, zamówiłam, taksówka przyjechała. W klinice obsłużono mnie uprzejmie, sprawnie i względnie szybko. Dostałam zastrzyk, dostałam receptę na antybiotyki, można wracać do domu.

Ponownie zadzwoniłam po taksówkę. "Tak, dziękujemy, że wybrała pani Firmę Taką-a-Taką, taksówka przyjedzie w ciągu 10-20 minut". Usiadłam na stojącej w cieniu ławeczce, oparłam głowę na kolanach, przymknęłam oczy i czekałam. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny. Dzwonię ponownie. "Ach, tak, tak, Barbara, adres taki i taki, zaraz połączę panią z dyspozytorem". W słuchawce odzywa się pan dyspozytor i zapewnia mnie, że taksówka została wysłana i niebawem po mnie przyjedzie. Niebawem to niebawem, myślę sobie. Nie tak źle. Z powrotem siadam na ławce. Nie mogę za długo stać, bo kręci mi się w głowie. I coś mi burczy w brzuchu.

Czekam dalej. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny... Sięgam ponownie po telefon i wybieram numer Firmy Takiej-a-Takiej. Tym razem spokojny głos pani po drugiej stronie nie działa na mnie kojąco. Gorączka w połaczeniu z burczeniem w brzuchu i godzinnym już oczekiwaniem na taksówkę najwyraźniej obniżają mój poziom tolerancji dla czegokolwiek. Pan dyspozytor wzdycha. "Bardzo przepraszam, ale mamy teraz niewielu kierowców. Nasi kierowcy to w większości muzułmanie, a dziś jest święto..." Rzeczywiście, jest święto - ostatni dzień Ramadanu. "A co mnie to obchodzi" - warczę w słuchawkę niczym rozeźlony brytan - "Albo państwo świadczycie usługi albo nie!" Pan zapewne pomyślał, że nie lubię muzułmanów.

Nie miałam w telefonie komórkowym numeru żadnej innej firmy taksówkowej. Zadzwoniłam pod numer świadczonej przez operatora usługi pomocnej w takiej sytuacji: dzwonisz, mówisz, gdzie jesteś, maszyna łączy cię z odpowiednią osobą, a ta następnie znajduje firmę, której usługi akurat potrzebujesz.

"Arlington, Wirginia" - mówię maszynie. Po sekundzie zamiast maszyny odzywa się męski głos. "Czy może mnie pan połączyć z jakąś firmą taksówkową" - proszę uprzejmie - "Byle nie żydowską, bo dziś Rosz Haszana i nie muzułmańską, bo dziś koniec Ramadanu..." A niech szlag trafi te wszystkie święta.

Leszana towa. Id mubarak.

czwartek, 17 września 2009
Niefortunna koincydencja

Dawno temu, kiedy składałam wniosek o stypendium w Bardzo Szacownej Jednostce Badawczej i wypełniałam konieczne dokumenty, zupełnie nie myślałam o tym, że koniec mojego pobytu w Waszyngtonie zbiegnie się w czasie z Wielkimi Świętami. Doprawdy, wysoce niefortunna koincydencja.

Mam jeszcze trochę czasu do wyjazdu, to prawda. Czas ten jest jednak wypełniony najróżniejszymi rzeczami, którymi koniecznie trzeba się zająć. Koniecznie trzeba zakończyć tę sprawę i tamtą kwestię. Muszę zająć się tym i owym, dopilnować sprawy owej, zadbać o siamto i owamto. W międzyczasie trzeba zapakować parę pudeł i rozwiązać rozmaite sprawy logistyczne związane z transportem niewielkiego dobytku do Bloomington. Niezbędnych jest też parę spotkań z różnymi osobami.

Minuty i godziny upływają błyskawicznie w takich okolicznościach. We mnie zaś narasta irytacja, bowiem z całego serca nie cierpię poświęcania czasu i uwagi na sprawy, które normalnie uważam za kompletne duperele, a które obecnie stanowią najważniejsze rzeczy pod słońcem.

Tu właśnie jest problem - "najważniejsze rzeczy pod słońcem" przysłaniają mi horyzont, a w piątek o zachodzie słońca zaczyna się Rosz Haszana. Czy przypadkiem całkiem inne rzeczy nie powinny być teraz najważniejsze?

Oczywiście, powinny. Bodaj Miłosz zanotował kiedyś, że czasem ma poczucie, że powinien wszystko wiedzieć, wszystko rozumieć. "Powinienem. I co z tego?", dodał. (Naturalnie to mógł być ktoś zupełnie inny. Ze wstydem przyznaję, że moja pamięć do cytatów, swego czasu znakomita, szwankuje od jakiegoś czasu.) Ja także powinnam. I co z tego?

Brutalna to i trywialna zupełnie prawda - ciężko jest znaleźć czas i miejsce dla Boga pomiędzy spakowanym i niedopakowanymi pudłami, pomiędzy rachunkami do zapłacenia, usługami do załatwienia, notatkami z badań do uporządkowania, pomiędzy jakimiś rozliczeniami finansowymi do dokonania i sprawozdaniami do napisania... Rzeczywistość może nie tyle mi tu skrzeczy, co raczej rozpycha się łokciami zajmując kolejne minuty, godziny, dni.

Pozostaje mieć nadzieję, że nadejście szabatu połączone z nadejściem Rosz Haszana pozwoli mi na chwilę wytchnienia. Wyłączę komputer, wyłączę komórkę, schowam kalendarz wypełniony datami spotkań oraz terminami ważnych rzeczy do zrobienia. Schowam go gdzieś bardzo głęboko... Wyjmę natomiast sidur, sięgnę po Torę i spróbuję przynajmniej na parę godzin pokazać figę rzeczywistości.

23:21, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 września 2009
Czysta radość

the joy of it

Wybrałam się w niedzielę na odbywający się w waszyngtońskiej dzielnicy Adams Morgan od lat ponad trzydziestu festiwal.

Działo się wiele. Tłum ludzi sie kłębił, przeżuwał smakołyki nabyte po niskich cenach w licznych stoiskach gastronomicznych, oglądał i kupował wyroby mniej i bardziej artystyczne, przysłuchiwał się grającym grupom i miksującym DJom.

Najwięcej czasu spędziłam patrząc na tę tańczącą kobietę z grupy Malcom X Drummers and Dancers. Wprost nie mogłam od niej oczu oderwać. Od jej ciała, którego każde włókno zdawało sie wibrować energią, od jej płynnych ruchów i od jej uśmiechu, w którym odzwierciedlała się czysta radość płynąca z dynamicznego tańca w rytm bębnów.

niedziela, 13 września 2009
Widzowie

spectators

piątek, 04 września 2009
Ojczyzna polszczyzna?

"Daj spokój z tym 'wow!'" - szturchałam się mentalnie po każdym użyciu tego wykrzyknika w rozmowie z polskimi znajomymi. Siedzieliśmy sobie wieczorem na schodkach prowadzących na niewielką werandę nieco zrujnowanego domu nieopodal Connecticut Avenue, ciesząc się przyjemną rozmową o wszystkim i o niczym. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie te moje "wow!"

Gdyby nie "wow" i parę innych rzeczy.

- O macie tutaj nawet ten... no, jak to się nazywa po polsku... fireplace.
- Kominek - uprzejmie podpowiada znajoma.
- Właśnie, kominek... - powtarzam posłusznie wdzięczna za przypomnienie.

Rozmawiamy o kartach kredytowych. Mówię, że takowej jeszcze w tym kraju nie zdażyło mi się mieć. Raz składałam wniosek, ale mi odmówiono z powodu braku "credit history". Hmm... jak powiedzieć credit history po polsku? I jak się mówi "reliable"?! Jak powiedzieć, że dobra "credit history" pokazuje, że jest się "reliable"?! Ratunku!

Zgroza, myślę sobie idąc opustoszałą o tej porze Connecticut Avenue w stronę najbliższego przystanku metra. Po drodze zaglądam do sklepu, kupuję galon mleka i paczkę papierosów. "Have a nice night", mówi sprzedawca. "Dziękuję" - odpowiadam odruchowo - "I mean... thanks" - poprawiam się natychmiast.

Fascynująca rzecz ten ludzki umysł, stwierdzam czekając na metro. Przestawia się z jednego języka na drugi niczym jakaś maszyna.

Tylko w moim przypadku ta maszyna zaczyna cierpieć na dziwną czkawkę. Na angielski przestawia się bez trudu, z polskim bywają problemy...

Dzień wcześniej siedzę przed komputerem pisząc tekst dla pewnej Szacownej Instytucji w Polsce. "Jeez", męczę się nad jednym zdaniem - jak będzie "disruption"? Pisząc po polsku myślę po angielsku. Złoszczę się na to, że w pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy słowa angielskie.

Wystarczyło kilka lat, by zmieniła się moja relacja do języka polskiego. Na początku pobytu w Stanach odczuwałam jego brak. Otaczająca mnie angielszczyzna wymagała stałego skupienia uwagi, co na dłuższą metę było męczące. Nosiłam angielski jak parę nowych butów. Skrzypiały, uwierały, obcierały tu i ówdzie. Polski był parą ukochanych, miękkich kapci, które zakładałam z ulgą, które pozwalały odpocząć zmęczonym stopom.

Teraz kapcie zakładam zasadniczo na mniej więcej półtorej godziny tygodniowo - skype'owe rozmowy z Rodziną. W ostatnich tygodniach zdarza mi się po nie sięgać nieco częściej. W mojej Jednostce Badawczej pojawiło się kilka sympatycznych osób z Polski. Po polsku bardzo dobrze mówi także jeden z pracowników biblioteki. W rozmowach z nim jednak sama często przechodzę na angielski. Dlaczego? Bo mówienie po angielsku w amerykańskim kontekście przychodzi mi znacznie naturalniej.

Mówienie po polsku stało się z czasem czymś dziwnym. Stare kapcie przestały być zawsze wygodne. Nowe buty dopasowały się do stóp i można w nich maszerować na długich dystansach bez ryzyka obtarć i bąbli.

Jasna sprawa - to się nazywa "total immersion" i nie bez powodu uważane jest za najlepszą metodę uczenia się nowego języka.

W moim przypadku to nawet więcej niż "total immersion". Raczej "totally total immersion". Niemal wszyscy Polacy, których tutaj poznałam, przyjechali do Stanów z partnerami lub po jakimś czasie związali się z innymi Polakami. W ich przypadku zatem "total immersion" nie jest tak naprawdę "total". W domu funkcjonują bowiem w języku polskim. Angielski jest językiem rzeczywistości zewnętrznej, językiem pracy, ulicy, mediów. Nie jest jednak językiem, w którym komunikują się z najbliższymi osobami. Ta językowa podwójność prowadzi do owych serdecznie obśmiewanych pokrak językowych w rodzaju samochodów zaparkowanych na kornerach.

Dla mnie angielska rzeczywistość językowa jest niemal totalna. Gdy wyjadę z Waszyngtonu pod koniec tego miesiąca, zniknie z horyzontu tych kilka osób, z którymi rozmawiam tutaj po polsku i kontakt z tym językiem będę miała ponownie tylko w czasie weekendowych pogaduszek z Rodziną. Znowu będzie to jedyny kontekst, w którym polszczyzna będzie brzmiała naturalnie, choć obawiam się, że i tutaj z czasem coraz częściej będę się potykać o przychodzące do głowy w pierwszym momencie słowa angielskie.

Wiem, że to skądinąd zrozumiałe zjawisko. Z drugiej strony wydaje mi się jednak jakoś dziwne i nieco niepokojące. Co będzie za parę lat?

PS: Dodam, że problemy z ojczyzną-polszczyzną, są jedną z przyczyn okresów ciszy na tym blogu.

Poczucie bezpieczeństwa

Podobno kobiety bardzo się wzruszają na widok mężczyzn z dziećmi w objęciach. Cóż, ja też się wzruszyłam. Scenka wydała mi się pełna uroku.