Ponownie na Midweście
poniedziałek, 30 października 2006
Szczęściarz

Szczęściarz lub szczęściara, trudno powiedzieć. W każdym razie los uśmiechnął się niewątpliwie do właściciela samochodu o tej oto rejestracji:


"Ona zapłaciła"

Powiedzmy sobie szczerze, niebagatelny musiał to być uśmiech, biorąc pod uwagę fakt, iż samochód ten to ni mniej nie więcej tylko Pontiac Grand Prix

Jak się okazuje wiele lat studiowania filozofii, wielka miłość dla Marka Aureliusza oraz późniejsze i nadal trwające studia nad judaizmem, nie były w stanie wykorzenić we mnie w zupełności pewnej słabości do dóbr jak najbardziej doczesnych.

I żałuję, że sama nie spotkałam tej "Jej". Przyznaję się do tego bez bicia.

niedziela, 29 października 2006
A na drzewach zamiast liści...

A na drzewach zamiast liści wisieć będą... Nie, nie, wcale nie komuniści, a przynajmniej na pewno nie na Midweście. Na Midweście na drzewach wiszą buty:

Buty wiszą na drzewach, buty wiszą na kablach wysokiego napięcia... Obuwie sportowe i klapki, pantofle i półbuty. Pełna gala wyrobów amerykańskiego przemysłu obuwniczego. Niekoniecznie stare i zniszczone. Często zobaczyć można obuwie w dobrym stanie, parę związaną sznurowadłami i z wdziękiem kołyszącą się na gałęzi drzewa.

Od dość dawna intrygował mnie ten fakt, więc ruszyłam przeprowadzić wywiad środowiskowy, by odkryć znaczenie tej dość oryginalnej, jak by nie było, dekoracji. Ustalenia, niestety, są jak dotąd niezadowalające. W zrozumieniu zjawiska nie pomogła mi ani Koleżanka Doktorantka z Entografii ani Koleżanka Doktorantka z Antropologii.

Co wiem: otóż wiele wskazuje na to, że obyczaj zarzucania pary butów na kabel wysokiego napięcia lub gałąź drzewa wiąże się z faktem ukończenia studiów i bliskiego wyjazdu z miasta. Ot, taki gest pożegnalny.

Dlaczego jednak taki właśnie? Dlaczego pozostawiać po sobie w mieście pamiątkę w postaci pary półbutów?

Jedna z pytanych osób wiązała to ze sceną w jakimś amerykańskim filmie, w którym bohater wykonuje podobny gest. Niestety tytułu filmu nie udało mi się dotąd ustalić.

A może to zwykły wśród tutejszej młodzieży przejaw lekkomyślności i niezbyt poważnego stosunku do pieniądza? Buty, warto dodać, wcale nie są tu tanie. A może to forma protestu przeciw konsumpcyjnemu społeczeństwu, które nic tylko kupuje i kupuje, również buty, zamiast wrócić na łono natury i dziarsko maszerować na bosaka?

Niekoszerny pudding

Na ostatnie seminarium jeden z uczestników przyniósł sporą blachę puddingu. Wcześniej rozmawialiśmy o urokach - zdaniem niektórych: urokach bardzo wątpliwych - owego produktu i znajomy postanowił pudding przynieść, aby wszyscy mogli spróbować i wyrobić sobie opinię.

Wypiek wyglądał średnio apetycznie, więc bez specjalnego żalu zrezygnowałam z konsumpcji. Nie zrobiłam tak jednak dlatego, że rzecz nie prezentowała się ciekawie. Rzecz w tym, że pudding ów był niekoszerny.

Wiedzą dość potoczną jest, że religijni Żydzi nie jedzą wieprzowiny. Wieprzowina to nieomal symbol niekoszerności. Ale pudding? Czym zawinił biedny pudding?

Otóż reguły kaszrutu dotyczą nie tylko spożywania poszczególnych pokarmów, ale również sposobu ich przygotowania. Rzecz doskonale koszerna może stać się kompletnie trefna, jeśli podczas gotowania nie będziemy stosować odpowiednich zasad. Koszerne musi być nie tylko jedzenie, koszerna musi być również kuchnia, w której jedzenie owo się przygotowuje.

Koszerna kuchnia w nieżydowskim domu byłaby czymś oględnie rzecz ujmując zadziwiającym, więc w sposób oczywisty zakłada się, że posiłki w takich domach koszerne nie są. Zatem - jeść ich nie wolno.

Jeśli ktoś obraca się w środowisku nieżydowskim lub bardzo mieszanym pod tym względem, to musi liczyć się z tym, że przyjdzie mu odmawiać zaproszeń na obiad czy lunch.

Bywałam już w takich sytuacjach i muszę przyznać, iż mogą być one nieprzyjemne. To rzecz z pozoru drobna, ale stanowi dobry test tolerancji dla czyichś przekonań religijnych.

Jeśli macie znajomych Żydów, nie patrzcie na nich dziwnym wzrokiem, gdy powiedzą, że nie mogą przyjąć zaproszenia na wspólny posiłek. Oni po prostu przestrzegają reguł kaszrutu. Nie są źle wychowani, a zaproszenie mogło im sprawić prawdziwą przyjemność. Mają tylko inne priorytety.

02:14, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
czwartek, 26 października 2006
Kto jest chory?

Wszyscy (może poza panią kurator, która opowiada jakieś kompletne androny) jesteśmy wstrząśnięci tragedią w Gdańsku. Samobójczą śmiercią Ani, która została w szkole straszliwie upokorzona przez swoich kolegów i najpewniej pozostawiona bez żadnej pomocy po tym wydarzeniu.

Wróci pewnie teraz do mediów na chwilę dyskusja na temat polskiej młodzieży i kondycji polskiej szkoły. Szkoła jest chora, młodzież brutalna i zagubiona. Nie sądzę, żeby ktokolwiek powiedział cokolwiek nowego. Co jeszcze gorsze - pewnie nic tak naprawdę się nie zmieni.

Bo co właściwie powinno się zmienić? Czy pomóc może zatrudnienie w każdej szkole większej ilości pedagogów? Czy może pomóc uwrażliwienie nauczycieli na zjawisko przemocy wśród rówieśników? Czy rodzice zaczną więcej rozmawiać ze swoimi dziećmi?

Warto sobie jasno powiedzieć także, że takie rozmowy wcale nie są łatwe. Wiem, bo sama byłam, jak to się mówi, "dzieckiem trudnym" i rodzice byli w pewnym momencie ostatnią instancją, do której zwracałam się ze swoimi problemami. Ile nastolatków czuje podobnie? Dlaczego? Czy można to zmienić?

Nie ma najmniejszego sensu porównywać moich przeżyć okresu szkolnego z tragedią Ani, ale muszę przyznać, że to, co stało się w Gdańsku, przypomniało mi własne szkolne czasy.

Pod wieloma względami był to czas zły, trudny, samotny i bardzo bolesny. Nie dlatego, że spotykałam się z jakimiś wyjątkowymi wymaganiami ze strony nauczycieli, że musiałam strasznie dużo godzin spędzać nad pracami domowymi czy przygotowaniami do sprawdzianów. Nie. To było normalne - szkoła jest miejscem pracy.

Ale była również miejscem upokorzeń. Upokorzeń ze strony zarówno nauczycieli, jak i kolegów oraz koleżanek.

Z dystansu lat te sprawy wydają się drobne. Ot, ktoś coś powiedział, ktoś wykonał jakiś przykry gest... Nic wielkiego. Dla dziecka jednak, dla nastolatka to są wielkie rzeczy. Nie wolno ich ignorować, nie wolno wzruszać ramionami z komentarzem "ty to w ogóle jeszcze nie wiesz, co to są prawdziwe problemy".

Dzieci mają prawdziwe problemy, nawet jeśli pozornie nic dramatycznego w ich życiu się nie dzieje. Nie wszystkie kończą się samobójstwem. Nie wszystkie kończą się takim dramatem. Ale często mniejsze i większe rany wyniesione ze szkoły towarzyszą nam przez całe życie.

wtorek, 24 października 2006
Czy można zostać Żydem?

Można, wbrew temu, co sądzi wiele osób. Jest to zarazem proste i skomplikowane, jak większość rzeczy w życiu.

Są dwie możliwości bycia Żydem: 1) poprzez urodzenie, 2) poprzez konwersję na judaizm.

Nie mamy wpływu na to, w jakiej rodzinie przychodzimy na świat, czy nam się to podoba czy nie. Każdy z nas ma jednak możliwość wyboru swojej własnej drogi i nadania swojemu życiu kształtu. Oczywiście, możliwości te nie są ograniczone, ale wbrew wrodzonemu pesymizmowi muszę przyznać, że w znacznym zakresie swoje życie rzeczywiście mogę kształtować mniej więcej wedle własnej woli.

Jednym z kroków na tej drodze w moim przypadku była rozmowa z rabinem Michaelem Schudrichem na temat konwersji na judaizm.

Zanim do niej doszło, sporo wiedziałam już i o judaizmie, i o narodzie żydowskim. Kilka lat temu znalazłam się po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych, w tym samym miasteczku akademickim, w którym mieszkam teraz. Na Midweście nie ma wielu Żydów, ale tutaj jest synagoga. Znajomy, który znał moje zainteresowanie judaizmem i historią Żydów, zaproponował, żebym wybrała się do synagogi.

Wcześniej, przez kilka lat, studiowałam historię Holocaustu i związane z nim problemy teologiczne. Czytałam wiele dzienników, relacji, świadectw, tekstów filozoficznych i teologicznych. Odwiedziałam zapomniane żydowskie cmentarze, których w Polsce nie brakuje. Mieszkałam w Warszawie, a to miejsce szczególne - wystarcza ledwie trochę zainteresowania i wrażliwości, by wiedzieć i odczuwać, jak to miasto wyglądało przed wojną. Czym była żydowska Warszawa.

Znajomy powiedział: "Tak długo zajmowałaś się martwymi Żydami, pora żebyś poznała żywych". I miał rację.

Podczas pierwszego nabożeństwa w synagodze, na którym byłam, miała miejsce ceremonia bar micwy. Każda bar czy bat micwa jest poruszającym zdarzeniem. Szczególnie dla młodego Żyda czy Żydówki, którzy podczas niej wchodzą w religijną dorosłość. Niewykluczone jednak, że w czasie tej konkretnej uroczystości ja byłam bardziej poruszona niż jej główny bohater.

Jak się miało okazać, nie była to moja ostatnia wizyta w synagodze, ale raczej początek drogi.

Dokąd mnie ona zaprowadzi? Nie wiem. Mogę snuć marzenia czy przypuszczenia, ale tak naprawdę wiedzieć nie mogę. To droga w nieznane. Droga, podczas której zmieniam się ja i moje życie.

Kiedy Abram usłyszał od Boga słowa "lech lecha" po prostu wstał i ruszył w drogę. Ja nie usłyszałam głosu od Boga, raczej głos z własnego wnętrza. I wyruszyłam.

Stąd tytuł tego bloga: "haderech" to po hebrajsku "droga".

05:09, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (11) »
niedziela, 22 października 2006
Nasze marzenia

Tłumaczę właśnie dla Przeglądu Filozoficznego esej Johna Stuarta Milla i nie mogę się powstrzymać przed zamieszczeniem tutaj jednego zdania (dla "potomności", na wypadek, gdyby potomność czytywała blogi):

Nie jeden człowiek chciałby być Krezusem lub Augustem Cezarem, a jego marzenia zostają spełnione w skromnym wymiarze funta tygodniowo bądź pozycji sekretarza związku zawodowego.

Myśl w żadnej mierze nie nowa, ale jak ładnie ujęta.

Wybiła godzina dyni

Dynia: domena - jądrowce, królestwo - rośliny, podkrólestwo - naczyniowe, nagromada - nasienne, gromada - okrytonasienne, klasa - rosopsida (to brzmi nieomal poetycznie), podklasa - ukęślowe, rząd - dyniowce (co za niespodzianka), rodzina - dyniowate. Tyle mówi nam systematyka.

Na Midweście jednak dynia to znacznie więcej niż okrytonasienny jądrowiec bądź dyniowaty naczynowiec. To niezwykle istotny obiekt obecny w wielu dziedzinach życia.

Dynie się konsumuje i to w różnych formach. Jakkolwiek trudno mi było w to uwierzyć, doświadczenie poucza, iż tak właśnie jest. W piecykach okolicznych domostw zapewne nie jednokrotnie piekło się dziwne coś zwane "ciastem dyniowym". Przykładowy przepis znaleźć można tutaj.

Dyniowe smaki i aromaty napotkać można również - co wydaje mi się jakoś szczególnie kuriozalne - w kawie i herbacie. Te z kolei również można wykorzystać do pieczenia ciast - uzyskamy wówczas, na przykład, "ciasto dyniowo-kawowe". Jego smaku i aromatu nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

Dla mnie najciekawsze są jednak dynie jako elementy dekoracyjne. Pojawiło się ich w ostatnich tygodniach mnóstwo. Dynie zdobią parapety domów, wystawy sklepów, witryny pubów, kafejek oraz restauracji. Częstokroć pojawią się na werandach domów w towarzystwie jesiennych astrów.

Tak, dynia tutaj oznacza jesień. Nie ma jesieni bez dyni, dyniowych smaków i aromatów. Dynia jest ściśle związana z przemijaniem i rytmem pór roku.

A im bliżej Haloween, tym więcej pojawia się dyń szczerzących kły lub krzywo uśmiechniętych. Jack-o-lantern to już kulturowa ikona, nie tylko Midwestu.

PS: Właśnie odkryłam, że istnieje również dyniowe piwo. Jeden z jego rodzajów wytwarzany jest przez Lakefront Brewery w Milwaukee. Oto etykieta:

czwartek, 19 października 2006
Moszaw Band

Ostatnio nie mogę oderwać się od muzyki tego zespołu.

Moszaw Band to izraelska grupa, która powstała - jakżeby inaczej - w moszawie o nazwie Meor Modiim. To miejsce ma szczególne tradycje muzyczne, gdyż jego założycielem był Reb Szlomo Carlebach (więcej o nim przy innej okazji).

Meor Modiim leży na wzgórzach pomiędzy Jerozolimą a Tel Awiwiem i z tego miejsca na cały żydowski świat wypłynęło wiele pięknych melodii. Klasycznych niggunów, psalmów, a wreszcie mieszanek rocka, folku i reaggee, które prezentuje właśnie Moszaw Band.

Poniżej próbki - teledyski Moszaw Band. Najpierw "Elijahu Hanawi". Żydzi wierzą w to, że ponowne przyjście proroka Elijahu będzie poprzedzać przyjście Mesjasza. I dlatego śpiewamy: Elijahu hanawi, Elijahu hatiszbi, Elijahu hagiladi, bimhejra wejamejnu jawo elejnu im Masziach ben Dawid (Niech prorok Elijahu przyjdzie wkrótce, za naszych czasów, z Mesjaszem synem Dawida).

Następnie "Bereszit", czyli utwór, którego tekst stanowią pierwsze wersy księgi Bereszit (Genesis): Bereszit bara Elohim et haszamajim, et haszamajim we'et haarec. We haarec hajta tohu wawohu... (Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię...)

-----------

Marekslaw, bardzo dziękuję za miłe słowa. Współmałżonkowi ukłonów przekazać jednak nie mogę z tego prostego powodu, że go nie mam :-)

17:10, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 października 2006
Nadchodzi mar heszwan

Żydzi mają własny kalendarz, a w nim zbliża się miesiąc heszwan. Nazywany jest "mar heszwan" czyli "gorzki heszwan". A to z powodu braku świąt w tym miesiącu. Dla mnie, szczerze mówiąc, przynosi nieco odpoczynku...

Najpierw był miesiąc elul, a w nim - Wielkie Święta oraz Jamim Noraim czyli Dni Grozy. Szybko po Wielkich Świętach zaczyna się Sukot czyli Święto Namiotów, które kończy się wspomnianą już radosną celebracją w dzień Simchat Tora.

Simchat Tora w mojej synagodze w tym roku było, jak zwykle zresztą, poruszającym i wzruszającym dniem. Taką radość widzi się bodaj tylko w dzień ślubu. To porównanie nie jest zupełnie od rzeczy, gdyż związek pomiędzy narodem Jisraela a Torą ma w sobie coś z małżeństwa. Dobrego, bardzo długiego małżeństwa.

Oczywiście, są w nim spory. Są problemy. Czasem na współmałżonka trudno wręcz spojrzeć. Czasem najchętniej wzięłoby się rozwód w trybie błyskawicznym. Ale są dni, w których jesteśmy świadomi wartości naszego związku, świadomi tego, jak wiele otrzymujemy od tej ukochanej osoby, z którą dzielimy życie. Świadomi tego, jak marne byłoby nasze życie bez tej osoby.

W Simchat Tora czytamy w synagodzę ostatnią parszę. Osoba, której przypada ten zaszczyt nazywana jest "chatan Tora" (חתן תורה) - "oblubieniec Tory". Osobę zaś, która odczytuje zaraz potem parszę pierwszą nazywamy "chatan Bereszit" - "oblubieniec Bereszit" (חתן בראשית). Bereszit bara Elohim... to pierwsze słowa Tory.

Jest więc oblubieniec i jest oblubienica. Jest małżeństwo, jest miłość, jest związek. Często trudny, czasem męczący. Ale jest w nim wierność i miłość, które pozwalają uporać się z tymi trudnościami. I co roku w Simchat Tora następuje wielka celebracja tej miłości.

A po niej można i trzeba nieco odpocząć. Dlatego mamy pozbawiony świąt miesiąc mar heszwan. W końcu nie da się żyć na religijnych wysokich obrotach przez cały czas...

15:32, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 października 2006
How are you?

Mieszkam na Midweście w sumie już trzeci rok, a dopiero niedawno przyswoiłam sobie niezwykle istotną lekcję o charakterze lingwistyczno-kulturowym.

To straszne "How are you?", które człowiek - jeśli nie ma szczęścia - może usłyszeć kilkanaście razy dziennie... I za każdym razem słysząc je ma poczucie jakiegoś kompletnego absurdu: po co pytają, skoro odpowiedź ich nie interesuje?

O tym, że odpowiedź jest w istocie rzeczy bez znaczenia można przekonać się choćby na tej podstawie, iż jest ona dokładnie skodyfikowana. Żadnych tam swojskich "beznadzieja", "ech...", "co to za życie" etc. W grę wchodzą wyłącznie odpowiedzi typu: "ok", "w porządku", "świetnie" czy "znakomicie". Tym słowom powinien towarzyszyć przynajmniej lekki i krótki uśmiech.

I co z tym fantem począć, kiedy ostatnią rzeczą, na jaką ma się ochotę jest wmawianie komukolwiek, że jest świetnie, kiedy nie jest?

Sprawę rozwiązuje potraktowanie "how are you?" tak, jak traktowane być powinno - to nie jest pytanie, tylko przywitanie. To nie jest wyraz zainteresowania, a jedynie językowy rytuał. Jak się przekonałam, na "how are you?" można swobodnie odpowiedzieć drugim "how are you?"

Nikt nie oczekuje odpowiedzi, więc dawać jej nie trzeba. Trzeba natomiast uczestniczyć w rytuale. Inaczej narażamy się na zdumione spojrzenia.

I w sumie nie ma w tym nic dziwnego. W Polsce ciągle mówimy "dzień dobry". Z pewnością nie jest to prognoza pogody (nie mówimy "dzień deszczowy" na powitanie spotkanego znajomego, gdy za oknem leje), ani życzenie dobrego dnia (bo mówimy "dzień dobry" także osobom, które najchętniej zepchęlibyśmy ze schodów).

 
1 , 2