Ponownie na Midweście
środa, 31 października 2007
Ziemia bez ludu?

Israelowi Zangwillowi, brytyjskimu syjoniście i pisarzowi, przypisuje się ukucie frazy "ziemia bez ludu dla ludu bez ziemi". Zangwill nie był jednak autorem tej idei. Wcześniej wyraził ją ponoć Lord Shaftesbury, który w 1984 roku, w liście do ówczesnego ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii miał pisać o "kraju bez narodu", który potrzebuje "narodu bez ziemi". Obaj mieli na myśli Żydów. Obaj mieli na myśli to, co po rozpadzie Otomańskiego Imperium i wkroczeniu do Jerozolimy generała Allenby'ego miało stać się brytyjskim mandatem w Palestynie.

Zangwill miał szczęście do bon-motów. To on wymyślił "melting pot", które to pojęcie tak wielką rolę miało odegrać w swoim czasie w tworzeniu społeczeństwa amerykańskiego.

Miał zatem Zangwill dar do formułowania błyskotliwych zdań. I niestety również dar do mijania się z prawdą. To ostatnie jednak nie przydarzyło się jedynie jemu.

Pojęcie "ziemi bez ludu", którą zająć miał "lud bez ziemi" bardzo szybko zapuściło bardzo głębokie korzenie w syjonizmie. Stało się w istocie rzeczy jednym z podstawowych mitów syjonizmu. Mitów bardzo żywotnych, niestety, o czym świadczyć może na przykład równie bon-motowa odpowiedź Goldy Meir na pytanie o naród palestyński. Odpowiedziała ona mianowicie: "nie ma takiego narodu". Zangwill swoją frazę ukuł pod koniec XIX wieku. Golda Meir zaś w 1969 roku, już po wojnie sześciodniowej. Po tym, jak zaczęła się okupacja Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu Jordanu. Zangwillowi można wybaczyć więcej niż Meir, gdyż jemu przypadł dar wczesnego urodzenia.

Zangwill nie był jedynym syjonistą, który święcie wierzył w to, że ziemia, do której mieli wrócić Żydzi, była jeśli nie zupełnie bezludna, to co najwyżej zasiedlona przez jakieś koczownicze plemiona pozbawione zbiorowej tożsamości. W słynnym dziele Herzla "Państwo żydowskie" nie znajdziemy ani jednej wzmianki o lokalnej ludności na terenach ówczesnej Palestyny. To wręcz uderzające, ale wcale nie niewytłumaczalne.

Nowożytny syjonizm powstał w umysłach ludzi, którzy w większości nigdy tej ziemi nie widzieli z bliska, ani ziemi, ani jej mieszkańców. Ta ślepota nie była zresztą przypadłością jedynie syjonistów. Europejskie spojrzenie na Bliski Wschód było właśnie takie: to ziemia tajemnicza, pełna obietnic i zagrożeń, niemal mitologiczna, owiana woalem wyobrażeń i zmyśleń, to Orient.

O orientalizmie, czyli sposobie w jaki ludzie zachodu postrzegali i czasem nadal postrzegają Bliski Wschód (choć nie tylko ten rejon) świetnie pisał swego czasu Edward Said. Jakkolwiek jego książka "Orientalizm" (szczęśliwie wydany i po polsku) oraz teoria, którą w niej przedstawia spotkała się ze sporą ilością głosów krytycznych, to jednak, moim zdaniem, ogólny obraz Said naszkicował dobrze.

Wracam jednak do owej "ziemi bez ludu" i mitu z nią związanego. Dlaczego ten mit był ważny? Z prostego powodu - syjoniści nie chcieli być kolonizatorami, szczerze szukali dobrego, sprawiedliwego rozwiązania dla tego, co Herzl nazwał "kwestią żydowską". Szukali wyjścia z sytuacji dla narodu prześladowanego. Nie chcieli sami być prześladowcami. Kreśląc na papierze swoje ambitne plany nie chcieli nikogo skrzywdzić. Naprawdę wierzyli w to, że ta ziemia jest pusta i czeka na żydowskie ręce, by wzięły ją w opiekę.

A później? Kiedy już było wiadomo, że sprawy nie miały się tak prosto? Cóż, wtedy z równie zrozumiałych powodów Izraelowi wygodniej było w oficjalnej polityce nie uznawać istnienia czegoś takiego, jak palestyńska tożsamość narodowa i naród palestyński. Gdyby go uznać, trzeba byłoby również uznać jego prawo do samostanowienia i posiadania państwa. Dokładnie tego samego prawa, którego syjoniści chcieli dla Żydów. Stąd słowa Goldy Meir.

To wszystko jest jednak tylko wstępem. Przeczytałam właśnie książkę, która zadaje, moim zdaniem, owemu mitowi ostateczny cios.

Dziś już mało kto zaprzecza istnieniu palestyńskiego narodu. Różnice w poglądach mogą dotyczyć raczej tego, kiedy i jak ten naród się narodził. Zdaniem niektórych powstał on wyłącznie w odpowiedzi na syjonizm, wyłącznie w następstwie tego, co Palestyńczycy dziś określają mianem Nakba - Katastrofa, czyli w efekcie powstania państwa Izrael. Rashid Khalidi w swojej książce "Palestinian Identity: The Construction of Modern National Consciousness" (niestety tylko po angielsku) wykazuje, jak bardzo jest to uproszczone spojrzenie na sprawę.

Khalidi jest Palestyńczykiem i historykiem, mieszka i pracuje głównie w Stanach Zjednoczonych, na University of Chicago. Jego przynależność narodowa jest wyraźna i samoidentyfikacja jednoznaczna, ale bynajmniej nie oznacza to, że książka jest jakoś spaczona czy stronnicza. Wprost przeciwnie. W natłoku parahistorycznych, a w istocie rzeczy czysto ideologicznych prac o Bliskim Wschodzie, jego książka jest jak powiew świeżego powietrza.

Zdaniem Khalidiego kształtowanie tożsamości zbiorowej populacji arabskiej zamieszkującej Palestynę zaczęło się w XIX wieku. Dokładniej rzecz biorąc - w tym samym czasie, gdy podobne zmiany pojawiły się w także w innych częściach chylącego się ku upadkowi Imperium Otomańskiego. Imperium chcąc się ratować przed rozpadem wprowadziło wielki program reform, znamy je pod nazwą Tanzimat. Reformy te jednak zaowocowały nie tyle jakąś realną sanacją kondycji Imperium, a bardziej - sekulazycją (zamierzoną) i (niezamierzonym) rozbudzeniem zalążków ruchów nacjonalistyczych czy narodowych. Cytując XIX-wieczne źródła Khalidi pokazuje, że już wówczas przynajmniej część intelektualnych arabskich elit Jerozolimy i innych ośrodków miała poczucie, że ziemia, którą zamieszkują, jest zaludniona przez grupę szczególną, odmienną od innych społeczności arabskich. Popularność polityka, który taki pogląd publicznie głosił, świadczy zaś o tym, że świadomość ta wykraczała poza elity.

Oczywiście tożsamość zbiorowa (podobnie jak indywidualna) nie rodzi się z dnia na dzień. Powstaje powoli, kształtuje się stopniowo, pod wpływem różnych czynników. Nie ulega wątpliwości to, że syjonizm miał w tym przypadku kolosalne znaczenie - ale syjonizm jeszcze przed powstaniem państwa Izrael. Ogromną wagę w procesie konsolidowania się palestyńskiej tożsamości miał między innymi opór arabskich rolników przeciw zajmowaniu ziemi przez imigrantów żydowskich, którzy przybyli do Palestyny w okresie tzw. drugiej aliji (1905-1914). To w tych latach wielu Arabów zorientowało się po raz pierwszy, że żydowska emigracja najpewniej doprowadzi do zastąpienia arabskiego bytu politycznego takimż bytem żydowskim. W gazetach "Filastin" oraz "Al Karmil" pisali o tym między innymi Said Al Husajni i Rushi Al Khalidi. Głosy wyrażające poczucie zagrożenia rozbrzmiewały w mediach i w parlamencie, ale konkurencja i rywalizacja toczyła się na dole - toczyli ją arabscy chłopi skonfrontowani z żydowskimi rolnikami.

Krytyczne lata zdaniem Khalidiego to okres 1917-1923. Wskazuje on na następujące kluczowe czynniki, z których część pojawiła się już w latach wcześniejszych: po pierwsze, religijne przywiązanie do Palestyny jako ziemi świętej zarówno dla muzułmanów, jak i chrześcijan; po drugie, administracyjne granice ustanowione w ramach Imperium Otomańskiego; po trzecie zaś - europejskie ambicje dotyczące tego kawałka świata. Wszystkie te trzy czynniki znacznie wyprzedzają czasowo pojawienie się syjonizmu i arabską z nim konfrontację. Rozbudowana opozycja wobec syjonizmu pojawiła się wśród elit populacji arabskiej bardzo wcześnie, o czym świadczą między innymi ówczesne arabskie gazety, które miały wielki wpływ na kształtowanie opinii publicznej.

Koniec I wojny światowej przyniósł zaś kres otomańskiego imperium i wraz z nim potencjalną możliwość samostanowienia. Palestyńczykom jednak przyniósł on przede wszystkim początek mandatu brytyjskiego. Nagle pojawił się okupant, który nie przejawiał najmniejszej ochoty na to, by uznać jakiekolwiek narodowe ambicje lokalnej ludności - a te były coraz wyraźniej wyrażane. Deklaracja Balfoura nie zostawiała w tym względzie żadnych wątpliwości.

Już się rozpisałam bardzo, ale naprawdę chciałam wszystkim zainteresowanym Bliskim Wschodem polecić tę książkę. Nie sposób po jej lekturze nadal wierzyć w prawdziwość owego mitu o "ziemi bez ludu dla ludu bez ziemi". Tam był naród, byli Palestyńczycy, jeszcze zanim powstało państwo Izrael.

Trzeba dodać, że Khalidi nie argumentuje jedynie przeciwko temu mitowi. Równie mocno sprzeciwia się niektórym narracjom palestyńskim, wedle których, na przykład, naród palestyński był tam "od zawsze", ma bezpośrednie zakorzenienie w dziejach ludów pokonanych przez Izraelitów wprowadzonych do swojej ziemi obiecanej. Nic z tego, mówi Khalidi. Naród palestyński istnieje - jako "wspólnota wyobrażona" zaczął się rodzić jeszcze w XIX stuleciu (tak, Khalidi podąża tutaj za Benedictem Andersonem), ale jest znacznie młodszy i nie ma żadnego sensu kultywować tutaj jakichś dziwacznych nacjonalistycznych mitologii.

wtorek, 30 października 2007
Dalaj Lama w Bloomington

No proszę, przechadzając się dziś rano po informacjach ze świata na Onecie przeczytałam, że Dalaj Lama wybrał się do Kanady. A o tym, że odwiedził Bloomington ani słowa... Światowe media nabrały wody w usta.

W Bloomington od czwartku zrobiło się szafranowe. Piękny kolor, swoją drogą. Z różnych punktów świata do miasta zaczęli zjeżdżać się buddyjscy mnisi, którzy chcieli spotkać się z Dalaj Lamą. Część z nich nie musiała jechać z daleka - mieszkają w południowo-wschodnim zakątku Bloomington, w naszym lokalnym Tibetan Culture Center.

Centrum powstało w 1979 roku, założył je pierwszy polityczny uchodźca z Tybetu, Thubten Jigme Norbu, który opuścił rodzinne strony w roku 1950, między innymi po to, by przypominać światu o tym, co działo się i dzieje w Tybecie pod chińską okupacją. Ostatecznie zamieszkał właśnie w Bloomington, gdzie przyjechał na zaproszenie ówczesnego prezydenta uczelni, Hermana Wellsa, w 1965 roku. W Bloomington pracował jako profesor na uniwersytecie i tutaj założył centrum religijno-kulturalne. Norbu nadal mieszka w stworzonym przez siebie ośrodku, ale po poważnych kłopotach zdrowotnych jest sparaliżowany. Funkcję aktywnego lidera społeczności przejął - desygnowany przez Dalaj Lamę - Arjia Rinpoche.

Dalaj Lama przyjeżdża do Bloomington dość regulanie. Być może dlatego głównie, że Thubten Norbu jest jego najstarszym bratem.

Każda z tych wizyt jest wydarzeniem i to nie tylko dla wyznawców tybetańskiego buddyzmu czy fascynatów tą kulturą.

Tysiące studentów, profesorów i mieszkańców Bloomington zgromadziło się w sobotnie popołudnie w Assembly Hall, żeby wysłuchać wykładu Dalaj Lamy. Jeszcze zanim się pojawił wielka sala huczała od oklasków, a wszyscy zebrani wstali z miejsc. Bez ruchu stali tylko mnisi, którzy w milczeniu czekali przy i na scenie na pojawienie się swego duchowego mistrza. Wszedł i usiadł na przygotowanym zawczasu żółtym fotelu, po czym stwierdził głośno, że w butach siedzi mu się niewygodnie. Zdjął je śmiejąc się i patrząc na stojący nadal tłum zawołał "siadajcie" wzbudzając ogólną radość.

Taki chyba właśnie jest - bezpośredni i serdeczny. Choć otaczało go grono agentów służb specjalnych oraz wielu mnichów Dalaj Lama stanowczo stwierdził, że nie uważa się za kogoś "świętego albo szczególnego". "Jestem po prostu człowiekiem", mówił.

Wykład był o współczuciu. To nie jest dobre słowo w języku polskim, gdyż niesie ze sobą jakieś ślady nieco pogardliwego stosunku do drugiego człowieka. "Ten biedak zasługuje na współczucie", mówimy popatrując z ukosa i paternalistycznie na nieszczęśnika, któremu się w czymś nie powiodło.

Angielskie "compassion" nie ma takiego wydźwięku i o takim właśnie współczuciu mówił w Bloomington Dalaj Lama. W sumie nie powiedział nic nowego tym, którzy coś na temat buddyzmu już wiedzą, ale jak wiadomo liczą się nie tylko słowa, ale czasem i usta, z których owe słowa się słyszy.

Filmy wideo z wizyty i towarzyszących jej wydarzeń można obejrzeć na stronie Centrum. Jakość dźwięku jest niestety w przypadku jednego z filmów upiorna i nic się nie da usłyszeć, ale można przynajmniej popatrzeć ;).

piątek, 26 października 2007
A co w środku?

Oto rzecz, która znajduje się w środku pudełeczka zwanego skrótowo mezuzą, czyli - klaf:

Na niewielkim kawałku pergaminu wypisane są dwa fragmenty Kriat Szema, czyli modlitwy, którą każdy religijny Żyd odmawia przynajmniej raz dziennie. Najpierw początek, Szema Jisrael [Dewarim/Powtórzonego Prawa 6:4-10]:

Słuchaj Jisraelu [szema Jisrael], Haszem jest naszym Bogiem, Haszem jest jeden. Kochaj Boga, twojego Boga, całym swoim sercem i całą swoją duszą, i całą siłą. Niech słowa, które Ja ci dzisiaj nakazuję, będą w twoim sercu...

I dalej, aż do wersu, który - jak widać - zawiera nakaz, którego wypełnieniem jest zawieszenie mezuzy:

I wypiszesz je [na pergaminie, i przymocujesz] na odrzwiach twojego domu i na twoich publicznych bramach.

Odrzwia po hebrajsku to właśnie "mezuza".

Drugi fragment Kriat Szema wypisany na pergaminie to "Wehaja im szamoa", czyli Dewarim 11:13-21.

Oba fragmenty muszą być zapisane dokładnie w 22 liniach. W ostatniej z nich mają znajdować się wyłącznie dwa wyrazy końcowe.

Jak widać na zdjęciu dwie litery w wierszu pierwszym są powiększone: w słowie "szema" większe jest ain, w słowie "echad" - dalet. Ain i dalet tworzą razem słowo "ed" - "świadek". Mezuza jest świadkiem naszej wiary albo przynajmniej przywiązania do tradycji, która nakazuje mezuzę posiadać.

Na odwrotnej stronie pergaminu napisane są trzy litery: szin, dalet i jud. Pergamin zwija się w rulonik w taki sposób, by te litery były widoczne. Stanowią one akronim jednego z Imion Boga - Szomer Daletot Jisrael, Stróż Bram Jisraela.

Ani pergamin, ani pudełeczko nie stanowią jednak żadnego talizmanu. Nie wieszamy ich na drzwiach po to, żeby zabezpieczyć się, dajmy na to, przed włamaniem. Tu nie chodzi o zabobony. Mezuza jest świadectwem naszej wiary, ale nie wiary w to, że Bóg w razie potrzeby powstrzyma złodzieja albo ugasi pożar. Od tego są porządne zamki, gaśnice i agencje ubezpieczeniowe.

Klaf powinien być koszerny, czyli wykonany zgodnie ze wszystkimi przewidzianymi normami. Jest ich mnóstwo i wcale nie łatwo jest je opanować. Z tego względu sporządzaniem koszernych klafów zajmują się specjalnie przygotowane osoby. Wyobraźcie sobie, że wykonanie mezuzy - napisanie tekstu na pergaminie - wymaga znajomości paru setek zasad określających sam kształt liter (których, notabene, jest na pergaminie dokładnie 713). A nie są to jedyne rzeczy, które należy wiedzieć, zanim zasiądzie sie do przygotowania klafu. Dodatkowo sofer, czyli ta przeszkolona osoba, musi być osobą o nieposzlakowanej opinii.

Między innymi z tych powodów koszerny klaf jest niestety drogi. Przynajmniej jak na moje możliwości finansowe. Przeciętna cena (zależna także od wielkości klafu) waha się od 30 do 70 dolarów. W Izraelu klaf można kupić znacznie taniej.

Lecąc do Stanów miałam dwa gotowe pudełeczka oraz jeden koszerny klaf. Drugi nabyłam w Waszyngtonie. Kiedy umieściłam obie mezuzy - jedną na zewnątrz, drugą wewnątrz mieszkania - poczułam, że teraz to jest moja przestrzeń.

Niestety, mezuzę, która wisiała na zewnątrz ktoś mi po krótkim czasie ukradł. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Pudełeczko było całkiem zwyczajne, drewniane, bez żadnych wyrafinowanych ozdób, żadna rewelacja. Dla mnie było ważne, bo było mezuzą, a w środku miało koszerny klaf. I była to pierwsza mezuza, którą zawiesiłam w miejscu, które uznaję za swój dom. To było dla mnie ważne wydarzenie.

Teraz pozostała mi tylko jedna. O ta:

Mam drugie pudełeczko, ale nie mam pieniędzy na klaf. Może za jakiś czas go kupię... I znowu zawieszę mezuzę na drzwiach.

Szabat szalom.

03:06, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (11) »
środa, 24 października 2007
12 cheszwan - rocznica śmierci Icchaka Rabina

4 listopada 1995 roku, po zakończeniu pokojowego wiecu w Tel Awiwie, został zamordowany Icchak Rabin.

Wedle kalendarza żydowskiego rocznica jego śmierci przypada 12 dnia miesiąca cheszwan. Czyli dziś.

To ostatnie chwile jego życia, końcowe momenty tamtego wiecu:

Właściwie to powinien być dzień postu.

wtorek, 23 października 2007
Złota jesień

Złota jesień bloomingtońska, midwestowa. Niestety, od kiedy tu mieszkam o polskiej rzekomo złotej jesieni nie potrafię myśleć inaczej niż z lekkim przekąsem.

A oto powody i dowody:

To główna brama na teren naszego kampusu, przy której rosną liczne tutaj klony. Klony właśnie głównie zmieniają Bloomington w październiku w miasto absolutnie bajeczne. Takich kolorów nie widziałam nigdy wcześniej i nigdzie indziej. Od bogatej, krwistej czerwieni, po głęboką żółć.

Co więcej ten stan kolorystycznej orgii trwa dość długo. Liście zmieniają kolory stopniowo, zwykle od tych na samej górze i na zewnątrz. I drzewo tak trwa, nie tracąc liści przez pewien czas, do dwóch, trzech tygodni. Ono sobie trwa, a ja trwam w raczej niemym zachwycie.

Gdy idę na zajęcia przechodzę uliczką Dunn, przy której kiedyś mieszkałam:

Zanim ją przejdę popadam w stan głębokiej głupawki błogostanowej. Brodzę w kolorowych liściach leżących na chodniku i wpatruję się w te, które nadal są na gałęziach, co czasem owocuje jakimś potknięciem oraz wyrżnięciem w glebę, ale doprawdy, kto by się w tych okolicznościach przejmował takimi drobiazgami.

Na kampusie nie jest z tym lepiej. Patrząc wyłącznie w górę obijam się o ludzi i nadeptuję im na nogi pozostając kompletnie głucha na lecące za mną w takich okolicznościach wyrażenia nieparlamentarne.

Ale czy można się temu dziwić? Liście klonów na tle naszego pięknego piaskowca wyglądają przecież tak pięknie.

Podobno w Vermont jest jeszcze piękniej, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

Warto tu mieszkać choćby dla tych kilku jesiennych tygodni.

niedziela, 21 października 2007
Nie tylko Dumbledore

Miałam zamiar o czym innym, ale - jak to często bywa - informacje z mediów sprowokowały mnie do poruszenia tego akurat tematu. Informacja dokładnie rzecz biorąc dotyczy Albusa Dumbledore'a, o którym dowiedzieliśmy się właśnie, że jest gejem.

Wiadomość ta ucieszyła mnie na tyle, że już chciałam lecieć na Facebook i założyć jakąś grupę fanów Dumbledore'a, ale po chwili oczywiście zorientowałam się, że należałoby raczej pogratulować J.K. Rowling tego oświadczenia. Gdyby jeszcze McGonagall była Żydówką...

Nie śmiejcie się, bo sprawa jest poważna. Jestem wielką fanką Dumbledore'a i nigdy nie wybaczę Rowling tego, że go uśmierciła. Biorąc pod uwagę ilość czytelników cyklu o Harrym Potterze na całym świecie, podejrzewam, że jestem jedną z tysięcy osób, które mają do Rowling podobny żal. Niewykluczone, że w tej grupie znajdują się również ludzie - młodzi i starsi - o homofobicznych poglądach. I co oni biedni mają teraz począć? Obrażą się na Rowling i Dumbledora czy może raczej coś zacznie świtać w ich biednych, zakutych głowach? Przecież lubią Dumbledora podobnie jak ja. Niebywale inteligentny czarodziej o silnym charakterze, jasnoniebieskich oczach i przenikliwym spojrzeniu, a do tego jeszcze troskliwy i obdarzony bardzo silnym zmysłem moralnym. Nieomal wzór do naśladowania. A teraz niespodzianka - ten facet jest gejem!

Od razu przypomniał mi się popularny tutaj serial Will & Grace, który oglądałam z przyjemnością, kiedy jeszcze miałam czas na telewizję. Will jest odpowiedzialnym facetem, prawnikiem. I gejem. O jego przyjacielu (ale nie partnerze, choć też geju) Jacku można dla odmiany powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to, że jest odpowiedzialny. Aspirujący i permanentnie bezrobotny aktor doprowadza do szału zarówno Willa, jak i Grace, ale doprawdy trudno go nie polubić. W serialu pojawia się także między innymi gejowska para, dwóch kochających się i żyjących razem facetów, którzy ogromnie chcą mieć dziecko i z czasem udaje im się to marzenie spełnić. Okazują się zresztą świetnymi rodzicami.

Serial, jak to amerykańskie seriale często mają w zwyczaju, jest jawnie edukacyjny. Zarazem jednak jest bardzo zręcznie zrobiony i naprawdę dowcipny, dzięki czemu nie zmienia się w nachalną opowiastkę moralizującą w stylu "Nad Niemnem". Po prostu - poznajemy różnych gejów i zaczynamy ich zwyczajnie lubić. Ba, może nawet identyfikować się z nimi?

W ten sposób właśnie wykorzystuje się kulturę popularną do oswajania się z Innym. Nadaje się mu konkretną, ludzką twarz i z Innego zmienia w Willa, Jacka czy właśnie Dumbledora. W Stanach Zjednoczonych analogiczną funkcję w stosunku do społeczności afroamerykańskiej spełnił swego czasu ogromnie popularny "Bill Cosby Show".

Na początku października CBOS przeprowadził badania na temat tego, jakie określenia uważamy za najbardziej obraźliwe. Na pierwszym znalazł się "pedał" (83%), na drugim "ciota" (80%), na trzecim "wsioch", na czwartym "lesba" (77%), niżej na liście jeszcze "czarnuch" oraz "Żydek". Okazało się również, że słowo "pedał" wcale nie musi odnosić się do homoseksualistów. Pedalskie mogą być buty, pedalska może być muzyka. Pedalskie, ciotowate i lesbijskie może być cokolwiek. Słowa te odkleiły się już od swojego pierwotnego kontekstu podobnie jak wcześniej miało to miejsce ze słowem Żyd, który w Polsce przestał znaczyć Żyda realnego, a zaczął odnosić się po prostu do tego, kogo Polacy nie lubią. (Od dawna uważam, że w Polsce nie tyle nie lubi się Żydów, co raczej tych, których się nie lubi, nazywa się Żydami.)

Przywracanie gejom, lesbijkom - Innym - realnych, konkretnych twarzy może być sposobem na radzenie sobie z tym zjawiskiem.

Oczywiście nijak się to ma do teorii queer, do rozmaitych teorii, wedle których powinniśmy nie tyle normalizować to, co inne, a raczej skupiać się na wskazywaniu, że wszystko - łącznie z orientacją seksualną - jest znacznie bardziej płynne niż nam się wydaje, że seksualność na przykład jest w znacznej mierze konstruktem. Te teorie są ogromnie ciekawe i akademicko często płodne. Ale pod strzechy nie trafią. W przeciwieństwie do telewizyjnych seriali.

Słyszałam kiedyś, że kiedy u jednej z bohaterek bodaj "Klanu" stwierdzono jakiś guzek w piersi, nagle mnóstwo kobiet zgłosiło się na badania. Taka jest siła telewizyjnego przekazu.

Kto wie? Może dobrze by było, gdyby jeden z głównych bohaterów jakiegoś polskiego serialu o wielkiej oglądalności był gejem? Albo gdyby czyjaś córka była lesbijką i żyła w udanym związku z inną kobietą? Albo gdyby pojawiła się w nim jakaś żydowska rodzina? Albo gdyby czyjś syn ożenił się z imigrantką z Wietnamu?

czwartek, 18 października 2007
Duże dzieci

Rozmawiałam niedawno z Michal, która uczy w tym semestrze hebrajskiego grupę początkującą, o tym, jak amerykańscy studenci reagują na otrzymywane oceny.

- Zanim dostałam tę pracę, pracowałam z małymi dziećmy w żydowskim przedszkolu - śmiała się Michal - Przechodząc tutaj powiedziałam znajomej, że będzie mi tych dzieci brakowało. A ona mi na to: nie martw się, na uniwersytecie też będziesz miała do czynienia z dziećmi. I miała rację...

Skala ocen tutaj jest następująca: od najwyższej A, przez B i C, do D oznaczającego "bardzo mizernie" i F oznaczającego "fail", czyli ocenę niezaliczającą.

Studentka pierwszego roku, Sara, która sprowokowała nas do tej rozmowy, a której mam zacząć pomagać w hebrajskim, dostała właśnie C z egzaminu połówkowego i wpadła z tego powodu w czarną rozpacz obficie podlaną szczerymi łzami. Michal trochę podśmiewała się z własnej reakcji na stan psychiczny tej dziewczyny: "To gdzieś trafia w moje matczyne uczucia", stwierdziła ze śmiechem.

Ale właściwie dlaczego C ma być powodem do łez? C to mniej więcej nasza swojska, przyzwoita trója. Żadna rewelacja, ale jako żywo nie jest to powód do załamania psychicznego. A jednak...

Wygląda na to, że wielu amerykańskim studentom wmawia się od wczesnego dzieciństwa, że koniecznie muszą mieć ze wszystkiego A, że muszą być najlepsi, a każde potknięcie w postaci niższej oceny, to po prostu tragedia, po której można się prawie wyłącznie powiesić.

Pamiętam takich uczniów z własnej kariery szkolnej, w Polsce. Biedne, zaszczute dzieci, których rodzice uważali, że każda ocena poniżej 5, z jakiegokolwiek przedmiotu, ubliża ich - tzn. rodziców - godności. Przecież ich dziecko jest genialne, a jeśli nie jeszcze nie jest, to genialne być musi i koniec! Brak geniuszu to klęska rodziców. Doprawdy nie jest istotne to, że dziecko wykazuje zerowe zdolności i zainteresowania np. chemią. Co tu mają do rzeczy odczucia dziecka?! Liczą się wyłącznie niespełnione ambicje rodziców.

Nie wiem, czy rodzice Sary myślą - czy raczej czują, bo z myśleniem nie ma to wiele wspólnego - w podobnych kategoriach. W każdym razie dziewczyna ma poczucie, że musi być z hebrajskiego znacznie lepsza. Na szczęście równocześnie uważa również, że musi ciężej popracować i jest do tej pracy chętna. Bywają gorsze przypadki.

Dziewczyna, której pierwszą pracę pisemną niedawno sprawdzałam, poszła do wspomnianego już przeze mnie wcześniej profesora M. z pretensjami. Dostała C i to postawione przeze mnie z dość ciężkim sercem, bo zasługiwała na mniej. Uznałam jednak, że należy z początku studentów raczej zachęcać niż zniechęcać, tym bardziej, że materiał może dla nowicjuszy być rzeczywiście trudny. Studentka była przekonana jednakże, iż powinna była otrzymać ocenę wyższą, a moje komentarze do swojej pracy uznała za "złośliwe".

Przejrzeliśmy te komentarze z profesorem. Za diabła nie mogłam sobie przypomnieć niczego złośliwego, ale wolałam sprawdzić, znając swoją skłonność do sarkazmu. Szczęśliwie profesor M. też się niczego nie dopatrzył, a moje krytyczne uwagi uznał za zarazem trafne i oględnie sformułowane. Sam pracę przeczytał, dodał tonę własnych uwag. Ocena została, jak była.

Zastanawiam się nad reakcją tej studentki, a jej przypadek nie jest odosobniony. Znajomi, którzy już tutaj uczyli, opowiadali mi nie raz o rozjuszonych studentach wpadających do ich biur z pretensjami, bo "przecież ja piszę znakomicie i ta praca zasługuje na znacznie lepszą ocenę!"

Tak, wielu z nich uważa, że zasługują. Na wszystko, co dobre. Są świetni i tyle. Nie muszą się starać, nie muszą niczego (również wiedzy) nikomu (również profesorom) udawadniać. Powinniśmy właściwie tylko na nich popatrzeć i na sam widok paść zimym trupem z zachwytu.

Dla takich studentów uniwerstytet na początku może okazać się ciężkim szokiem. W szkole niewiele się od nich wymaga, a tu nagle ktoś czegoś od nich chce. Nagle nie wystarczy pojawiać się na zajęciach, ale trzeba jeszcze na przykład coś napisać z sensem i poprawną angielszczyzną. Zgroza!

Ale czasem trzeba choć nieco dorosnąć, prawda?

wtorek, 16 października 2007
Mezuza

Do Stanów leciałam z dwoma pudełeczkami do zamontowania na framugach drzwi. Żydowskie prawo nakazuje przymocowanie mezuzy - małego pudełeczka, w środku którego umieszcza się kawałek pergaminu z wypisanym odpowiednim fragmentem z Tory - w każdych drzwiach poza tymi prowadzącymi do toalety.

Dla wielu Żydów ta zasada nie ma już ściśle religijnego wymiaru, raczej kulturowy. Mezuzy na drzwiach zamieszcza chyba większość Żydów, również niereligijnych, ale przywiązanych do tradycji przynajmniej w pewnym stopniu. Zamieścić mezuzę to powiedzieć - to jest żydowska przestrzeń.

To zdjęcie akurat z Londynu. Jak widać mezuzę umieszcza się po prawej stronie (z perspektywy osoby wchodzącej do wnętrza).

Popyt jest spory, a zatem i podaż odpowiednia. Wybór pudełeczek jest niebywały i niektóre z nich są naprawdę bardzo piękne, ozdobne, wyrafinowane. Halacha nakazuje, żeby klaf - ten zapisany kawałek pergaminu - miał podwójną ochronę: jedną prawie przeźroczystą ( używa się folii albo nawoskowanego papieru), a drugą nieprzejrzystą. Wszystko po to, by chronić klaf. Mamy więc mezuzy drewniane, srebrne, kamienne, metalowe, ceramiczne, wszelkie, jednym słowem. Ceny na każdą kieszeń, od prostych drewnianych, za parę dolarów, poprzez tradycyjne do artystycznych i awangardowych (często wyprodukowanych w jednym egzemplarzu) za kilkaset.

Mezuza może być zamknięta, w formie zbliżonej do równoległoboku albo składać się jedynie z przykrywki. W drugim przypadku tylną ściankę mezuzy stanowi framuga drzwi, do której ją przymocowujemy. Jeśli zdecydujemy się na taki pokrowiec - szczególnie przy drzwiach zewnętrznych - najlepiej jest we framudze przygotować małe wgłębienie: wówczas klaf umieszcza się w tym zagłębieniu i potem przykrywa pokrywką.

Do dziś można takie ślady po mezuzach dostrzec na framugach domów w Polsce. Znajoma przesłała mi kiedyś poruszające zdjęcie z Łodzi. Jeśli przyjrzycie się uważnie, dostrzeżecie jaśniejszy fragment na tej zniszczonej framudze. Tam właśnie kiedyś była mezuza.

Jak widać po tym śladzie mezuzy nie montuje się pionowo - powinna być ona lekko nachylona w stronę wnętrza. Taki jest obyczaj Żydów aszkenazyjskich czyli tych, którzy zamieszkiwali między innymi Polskę. Jeśli framuga jest za wąska, można mezuzę zorientować pionowo.

Większość pudełeczek jest opatrzonych literą szin - symbolizuje ona słowo Szaddai stanowiącej jedno z Imion Boga. Hebrajskie El Szaddai oznacza "Bóg Wszechmogący".

Następnym razem więcej o klafie, czyli o tym, co znajduje się w środku pudełeczka i jest tak naprawdę najważniejsze.

17:48, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
niedziela, 14 października 2007
Kipa na głowie, a szydło z worka

Co w najnowszym spocie LPR robi ujęcie przedstawiające prezydenta Kaczyńskiego w kipie pod jerozolimskim Kotelem w towarzystwie ortodoksyjnych Żydów?

Spot jest zasadniczo wymierzony przeciwko polskiemu zaangażowaniu w wojnę w Iraku. Migawki z walk, czołgi, krew plus fragmenty relewantnych przemówień z Sejmu. Demagogiczne, ale po spotach przedwyborczych takiej strategii należy się spodziewać. Przesłanie musi być krótkie i wyraziste, nawet jeśli przy okazji głupawe.

Prezydent Kaczyński pojawia się w spocie najpierw razem z Bushem. Polskie władze, zakochane w Stanach Zjednoczonych, wysłały polskich chłopców na wojnę do Iraku. Potem jest jednak niespodzianka: zdjęcie z wizyty Lecha Kaczyńskiego w Izraelu. I nowe ujęcie: bum, eksplozja i ofiary zamachów.

Jeśli to ma być jakiś ciąg logiczny, to należałoby przyjąć, że Izrael - wraz z Ameryką - wciągnął Polskę w wojnę z Irakiem. Najwyraźniej w całej sprawie maczali palce ci brodaci panowie w kipach i kapeluszach, których wpływom zapewne uległ Lech Kaczyński podczas wspomnianej wizyty. Prezydentowi towarzyszyli w niej również przedstawiciele polskich środowisk żydowskich, z głównym rabinem Michaelem Schudrichem włącznie, więc nie sposób wykluczyć tego, że i żydowskie macki w Polsce miały w całej sprawie coś do powiedzenia.

Końcowe ujęcie sugeruje, czym to się może skończyć dla Polski - zamachami terrorystycznymi. Za te zamachy winni będą, rzecz jasna, Amerykanie i Żydzi, którzy Polskę w wojnę wplątali.

Urokliwy przekaz.

LPR od początku opowiadał się przeciwko polskiemu zaangażowaniu w Iraku, ale wątku żydowskiego dotychczas jakoś nie rozgrywał. Przykra zmiana. Szydło wreszcie wyszło z worka? Z worka, który bardzo starannie szył sam Roman Giertych, między innymi przybywając na ubiegłoroczne obchody rocznicy mordu w Jedwabnem (notabene Giertych też wtedy musiał założyć jarmułkę; czy to aby o czymś nie świadczy? na przykład o tym, że za wprowadzeniem do polskich szkół mundurków stoją żydowscy przemysłowcy tekstylni?).

Kilka dni temu stowarzyszenie Nigdy Więcej ujawniło, że w przeszłości Roman Giertych napisał dla "Wszechpolaka" artykuł o "parchach". Czyżby LPR wracało teraz do korzeni?

czwartek, 11 października 2007
Ukorzeniacz

Są takie płyny magiczne, które powodują, że rośliny szybciej wypuszczają korzenie. Obcina się kawałek rośliny, wsadza do słoika z wodą, dolewa ukorzeniacza, a jak korzonki o dostatecznej długości się pojawią, roślinę wsadzamy do doniczki. Znana strategia.

Ostatnio żałuję, że nie ma takiego ukorzeniacza dla istot ludzkich. Dajmy na to, w postaci pigułek. Łykałabym codziennie jedną albo dwie i dzięki temu szybciej zakorzeniłabym się w otaczającej mnie rzeczywistości. Nie tyle fizycznie, bo to już się stało, ale duchowo, psychicznie i intelektualnie.

Niewykluczone, że miało to związek z trwającą w Polsce kampanią wyborczą i generalnie rozmaitymi informacjami, które dochodzą do mnie z kraju nad Wisłą, ale bodaj w weekend uświadomiłam sobie, że powinnam się zakorzenić tutaj. Mieszkam w Stanach już kilka lat i nie mam pojęcia, czy wrócę do Polski na dobre. Szczerze mówiąc wydaje mi się to mało prawdopodobne. Gdyby nie to, że w Polsce właśnie mieszka cała moja rodzina i wszyscy ludzie, którzy są mi bliscy, powrót byłby nie tylko mało prawdopodobny, ale zupełnie nieprawdopodobny.

Oczywiście, nie należy mówić "nigdy" i zaklinać rzeczywistości, która na nasze zaklęcia pozostaje zwykle całkiem obojętna, ale niezależnie od tego, co stanie się w dalszej przyszłości, bliższa jest dość jasna - w Polsce mnie nie będzie.

W związku z tą refleksją podjęłam babską decyzję o zmianie pewnych nawyków, które - gdy kultywowane - odnoszą efekt dokładnie przeciwny temu, jaki miałby ukorzeniacz, który mi się marzy.

Na początek zmiana nawyków porannych. Nie, zęby nadal myję i nadal biorę prysznic. Ale przy śniadaniu nie przeglądam już serwisów informacyjnych podających wiadomości z Polski. Zamiast tego odwiedzam New York Timesa (wprawdzie powinnam może czytać raczej Indianapolis Star albo wręcz nasz miejscowy Herald Times, ale tam naprawdę nie ma prawie nic do czytania). Bardzo szczęśliwie ostatnio się złożyło, że moja uczelnia podpisała z NYT umowę, dzięki której studenci i pracownicy mają darmowy dostęp do całej treści gazety zamieszczonej w internecie.

Ze słuchania Poranka TOK FM nie jestem na razie w stanie zrezygnować. Trzeba jednak postępować metodą małych kroków zamiast rzucać się z motyką na słońce. Kto wie? Może za jakiś czas zamiast przy porannej kawie i prasówce słuchać Poranka będę słuchać, na przykład, naszej własnej rozgłośni radiowej, czyli WFIU?

Nie zamierzam się od Polski odciąć zupełnie. Musiałabym kompletnie zgłupieć, żeby uwierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Nawet gdyby było możliwe, nie chciałabym tego. Muszę jednak znaleźć sposób na to, by łączącą mnie z Polską mentalną pępowinę nie tyle zupełnie zerwać, co raczej choć nieco nadszarpnąć.

Bardzo Bliska Osoba bardzo słusznie napisała mi w emailu:

...tak sobie myślę o tym Twoim jeżdzeniu i ze smutkiem dochodzę do wniosku, że chyba czas postawić sobie uczciwie sprawę: że Ty juz raczej mieszkasz tam i odwiedzasz nas w Polsce, a nie - jeździsz do USA na jakiś czas.

I tak sobie myślę, że chyba powinnaś sobie tam jakoś "normalne" życie układać, takie na stałe, z założeniem, że masz tam dom, swoje miejsce.

Wtedy chyba łatwiej jakoś z odległością - bo jakoś lepiej to brzmi, że znów odwiedzasz nas i to na długo przylatujesz, niż mieć ciągle poczucie, że wyjeżdzasz. A i Tobie - zwłaszcza Tobie - chyba łatwiej byłoby z poczuciem stałości, a nie tymczasowości w Bloomington, w którym w końcu spędzasz teraz większość życia.

Trafiła w samo sedno.

Ciekawa jestem strategi zakorzeniania innych znajomych emigrantów. Piszcie proszę.

 
1 , 2