Ponownie na Midweście
piątek, 31 października 2008
Jakie powody nie są ważne

Docierają do mnie głosy z okolic Wisły, że lepiej by było, gdyby wygrał McCain. Że mieszkający w Ameryce Polacy nie powinni głosować na Obamę, bo będzie on zbyt łagodny wobec Rosji, co zaszkodzi polskim interesom. A już na pewno nie powinni na niego głosować, jeśli niczego szczególnego Polakom nie obiecał.

Nie zgadzam się z tym, że Obama będzie wobec Rosji "zbyt łagodny". Niezależnie zaś od szczegółów jego planów dotyczących relacji amerykańsko-rosyjskich zamiary i sposób myślenia przedstawione przez kontrkandydatów są takie, że nikt o zdrowych zmysłach nie powinień oddać na nich swojego cennego głosu. Dość przypomnieć niebywale błyskotliwą wypowiedź mojej ulubienicy Sary Palin, która na wieść o tym, że amerykańska interwencja w Gruzji mogłaby skończyć się amerykańsko-rosyjską wojną, powiedziała ze swoim cudnym uśmiechem bezdennej głupoty - "no tak". No tak... właśnie...

Ważniejsza wydaje mi się jednak druga kwestia - że Polacy mieszkający w Stanach nie powinni głosować na Obamę, bo ten niczego nie obiecał ani im ani ich pobratymcom nad Wisłą. Nie wiem, co mógł obiecać. Może zniesienie wiz? Nie powiem, nie miałabym nic przeciwko temu, szczególnie że w przyszłym roku czeka mnie wątpliwa przyjemność ubiegania się o nową wizę. Mój interes jest tutaj całkiem jednoznaczny. Oczekiwanie jednak od Obamy, że podejmie w tej sprawie decyzję jest równie sensowne jak oczekiwanie wparcia w tej sprawie ze strony hydraulika, który wpadnie dziś do mnie popołudniu naprawić kran w wannie. Obama - jeśli zostanie prezydentem - na wizy wpływu mieć nie będzie.

No dobrze, może mógł obiecać coś innego. Jakieś gruszki na wierzbie. Jakąś porządną porcję grillowanej kiełbasy wyborczej.

Ale dlaczego to miałoby decydować o głosie mieszkających w Ameryce Polaków? Czy przypadkiem nie powinno o nim zadecydować to, który z kandydatów ma najlepszy program dla Ameryki? Dla kraju, w którym owi Polacy w końcu mieszkają i płacą podatki? Dla kraju, w którym zdecydowali się zamieszkać i z którego opieki korzystają?

Moim zdaniem tak właśnie powinno być.

Gdybym mogła zagłosować, zagłosowałabym na Baracka Obamę. Nie dlatego, że spodziewałabym się z jego strony szczególnych błogosławieństw dla Polski i Polaków, ale dlatego, iż sądzę, że jego propozycje programowe oraz jego wizja Ameryki są lepsze dla tejże Ameryki niż plany kontrkandydata.

O moim głosie za Obamą nie zadecydowałby także jego stosunek do Izraela, jakkolwiek nie da się ukryć, że ten aspekt amerykańskiej polityki zagranicznej jest - dla Ameryki i Bliskiego Wschodu - znacznie ważniejszy niż "sprawa Polska". Fortunnie się składa, że zgadzam się przynajmniej z częścią tego, co Obama mówił o Izraelu i martwym procesie pokojowym. Zgadzam się, na przykład, z tym, że podział Jerozolimy jest koniecznością i mam nadzieję, że prezydent Obama nie zmieni zdania na ten temat pod wpływem jakiegokolwiek lobby.

To nie jest jednak decydujące. Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, co Obama proponuje dla Ameryki - to, co jego prezydentura może zmienić na lepsze w Ameryce i dla Ameryki.

Czy to świadczy o tym, że, jak ujął to jeden z moich korespondentów, jestem dowodem na rzecz tezy, że "Polak jest głupi i przed szkodą i po szkodzie"? Nie sądzę. A może świadczy to o moim braku patriotyzmu? Czyż nie powinnam stawiać Polski i Polaków ponad wszystko podążając za wyborczym sloganem McCaina "Country First"? Szczerze mówiąc, nie uważam, że powinnam.

Wcale nie uważam, że powinnam stawiać ponad wszystko interes kraju, w którym nie mieszkam, w przypadku wyborów mających miejsce w kraju, w którym mieszkam. Niezależnie od obywatelstwa i wpisanej w paszporcie narodowej tożsamości.

środa, 29 października 2008
Stan gorączki przedwyborczej

Moje dni są aktualnie podzielone na cztery całkiem nierówne części - książki, jesień, muzyka i wybory. Największa z nich jest chyba część czwarta, wyborcza, choć szczęśliwie śledzenie politycznych wieści daje się pogodzić ze słuchaniem muzyki, przynajmniej czasami. Jeśli się nie daje - cóż, rezygnuję z muzyki na rzecz polityki.

Większość znajomych jest w podobnej sytuacji. Kampania wyborcza i wszystko, co się z nią wiąże, weszła w ich codzienność z rozmachem i rozpychając się łokciami, po czym zasiadła na kanapie i nijak nie można się jej pozbyć. Nawet jeśli ktoś z nas z początku próbował impertynentkę wypędzić z mieszkania, to teraz wszyscy poddaliśmy się i co najwyżej mierzymy stan własnej gorączki przedwyborczej. Są powody, by podejrzewać, że do 4 listopada będzie ona wyłącznie rosnąć.

W Indianie głosować można już od jakiegoś czasu. S. skorzystał z tej możliwości. Wybrał się wcześnie rano, żeby nie stać za długo w kolejce. Jak powiedział mi wczoraj, rzeczywiście nie musiał długo czekać - zaledwie pół godziny! D. czekała dłużej. Podobnie L., która - nierozważnie - postanowiła głosować popołudniu. L. skorzystała za to ze sponsorowanego przez lokalny komitet wyborczy Obamy busika, który za darmo dowozi do punktu wyborczego wszystkich chętnych studentów.

J., którego samochód nigdy wcześniej nie był przyozdobiony bumper stickerem, tydzień temu przykleił na zderzaku swojej Hondy wielką nalepkę "Obama '08". Podobnie zrobiła jego siostra. Nigdy wcześniej nie czuli potrzeby manifestowania swoich politycznych sympatii w taki sposób. Dziś chcą, żeby ich poparcie dla Baracka Obamy było na tyle publiczne, na ile to możliwe. Nie są w tym wyjątkowi.

Widzę zdjęcia ludzi stojących w ogonkach do urn w najróżniejszych stanach. W niektórych rejonach Georgii czeka się aktualnie kilka godzin. Podobnie w Wirginii, Północnej Karolinie, Florydzie...

Wielu oczekujących deklaruje, że świadomość wagi tych wyborów przeważa nad frustracją związaną ze sterczeniem w ogonku. Więc stoją. I głosują.

Jest w tym stanie pod- i całkiem gorączkowym coś poruszającego. Jakiś refleks autentycznego obywatelskiego zaangażowania, który śledzę ze szczerą ciekawością i podziwem. Zastanawiamy się czasem z S. co te wybory naprawdę zmienią. Co się stanie, jeśli wygra Obama? Co się stanie, jeśli wygra McCain? Oczywiście, wzrusza ramionami S., moje życie wcale się nie zmieni. Co się może zmienić w Bloomington? Niewiele. Ale jednak, wzrusza ramionami ponownie, obchodzi mnie to wszystko.

S. jest jednak Amerykaninem. Jego zainteresowanie wyborami, podobnie jak pasja wyborcza wielu innych moich znajomych, jest dla mnie całkiem naturalna i zrozumiała.

Ale dlaczego mnie także to obchodzi? Dlaczego tak wiele czasu spędzam przeglądając w internecie wiadomości z politycznego frontu? Dlaczego tak niemożliwie denerwuje mnie Sara Palin, której skądinąd - jako doskonałego przedmiotu wszelakich żartów - będzie nam tu chyba wszystkim brakowało?

Przecież głosować nie będę. Ameryka nie jest moim krajem. Barack Obama nie będzie moim prezydentem. Na szczęście nie będzie nim także John McCain, gdyby jakimś cudem udało mu się wygrać wybory.

Czy chodzi więc tutaj o to, że na moich oczach może w przyszłym tygodniu wydarzyć się Historia? Czy raczej o to, że jednak Ameryka jest już jakoś moim krajem. Tutaj w końcu mieszkam od ponad trzech lat. Tutaj płacę podatki. Tutaj wykupuję ubezpieczenie zdrowotne. Tutaj chodzę do sklepów, oddycham, jem, pracuję, śpię. Może niepotrzeżenie owo tutaj stało się jednak moim domem.

piątek, 24 października 2008
Awraham awi

Im dłużej się na tym zastanawiam, tym bardziej cieszę się, że moim duchowym ojcem jest Awraham. Mówimy Awraham Awinu - nasz ojciec Awraham. Ja mogę mówić również Awraham Awi, mój ojciec Awraham. W końcu nazywam się Awital bat Awraham.

Kiedyś Awraham kojarzył mi się głównie i prawie wyłącznie z akedą - związaniem Icchaka - bardzo problematyczną i poruszającą opowieścią o tym, jak Bóg kazał Awrahamowi złożyć w ofierze swojego ukochanego syna. Niewiele więcej wiedziałam o Awrahamie, a lektura Kierkegaarda była na tyle silnym wstrząsem intelektualnym, by wszelkie inne skojarzenia wymieść mi z głowy. Teraz wiem znacznie więcej.

W tradycji żydowskiej Awraham jest uosobieniem chesed. Paradygmatyczny przypadek znajdujemy w Bereszit, na początku parszat Wajera. Awraham siedzi "pośród dębów Mamre" w bardzo upalny dzień -

Podniósł wzrok i dostrzegł, że w pobliżu stoi trzech mężczyzn. Gdy ich zobaczył, wybiegł im naprzeciw z wejścia do namiotu i pokłonił się do ziemi... Przyniesie się trochę wody, umyjecie swoje nogi. I odpocznijcie pod drzewem. Wezmę kawałek chleba i posilicie się, a dopiero potem pójdziecie, skoro przechodziliście obok waszego sługi. Odpowiedzieli: Zrób tak, jak powiedziałeś. Pośpieszył Awraham do namiotu, do Sary i powiedział: Szybko, zagnieć trzy sea najlepszej mąki i zrób placki. Pobiegł też Awraham do bydła, wziął ciele delikatne i dobre i dał młodzieńcowi, który pośpieszył, by je przyrządzić. Awraham wziął śmietanę, mleko i cielę, które przyrządził, i położył przed nimi; on stał przy nich pod drzewem, a oni jedli.

[Bereszit 18:1-9]

Jest piekielnie gorący dzień, a słońce wypraża człowiekowi mózg z czaszki. Awraham siedzi pod drzewem i nie jest w najlepszej formie - kilka dni wcześniej obrzezał siebie i wszystkich mężczyzn w swoim domu. W swoim komentarzu Raszi stwierdza, że Bóg specjalnie zesłał tego dnia wyjątkowo silne słońce po to, by żadni goście nie plątali się po okolicy i żeby Awraham mógł spokojnie dochodzić do siebie po bolesnym zabiegu. Ale Awraham był przygnębiony - przygnębiony faktem, że nie ma okazji wykonać jednej z najważniejszych micwot, hachnasat orchim, micwy przyjmowania gości. Więc Bóg, kontynuuje Raszi, zesłał mu trzech aniołów postaci mężczyzn.

Widząc gości Awraham natychmiast pędzi ich przywitać. Biegnie w pole złapać cielę oraz goni do pracy żonę (mógł sam upiec te placki, powiedzmy sobie szczerze, ale załóżmy, że w tym wypadku chodziło o taki podział prac, żeby jak najszybciej przygotować gościom to, czego potrzebowali).

Hachnasat orchim, czytamy w Talmudzie, jest ważniejsze niż przywitanie Szechiny, boskiej obecności (Bawli Szabat 127a)

To tylko jeden z przykładów chesed Awrahama. Innym, może bardziej przemawiającym do wyobraźni jest jego obrona Sodomy, którą Bóg postanowił zniszczyć wraz z grzesznymi mieszkańcami:

Zbliżył się Awraham i powiedział: czy rzeczywiście zgładzisz sprawiedliwego razem z grzesznikiem? Może jest pięćdziesięciu sprawiedliwych w mieście, czy naprawdę zgładzisz i nie przebaczysz temu miejscu ze względu na pięćdziesięciu sprawiedliwych, którzy tam są? Byłoby niegodne Ciebie zrobienie takiej rzeczy!... I powiedział Bóg: Jeśli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miejscu przez wzgląd na nich. Awraham odpowiedział: Ośmielam się mówić do mojego Pana, choć jestem prochem i popiołem. Być może zabraknie wśród pięćdziesięciu pięciu sprawiedliwych, czy zniszczysz za pięciu całe miasto?

[Bereszit 18:23-29]

W końcu Awraham zszedł do liczby dziesięciu sprawiedliwych, których obecność w Sodomie wystarczyłaby do ocalenia miasta i Bóg się zgodził. Awraham musiał mieć silne nerwy, żeby w taki sposób rozmawiać z Bogiem. Silne nerwy, żeby Bogu wypominać niestosowne dla Niego zachowanie. Silne nerwy, żeby w obronie sprawiedliwości zakwestionować decyzję Boga.

W Kabale sefirot łączone są z bibilijnymi postaciami: Icchak to Gewura, Jaakow - Tiferet, Mosze - Neca, Aaron - Hod, Josef - Jesod, Dawid - Malchut. A Chesed to właśnie Awraham. Rabin Icchak z Akki napisał:

Ciało naszego ojca Awrahama było czyste, gdyż był on przygotowany na przyjęcie jasnego światła Chesed Boga. Awraham był otoczony Chesed, jak gdyby byli jednym.

Mieć uosobienie chesed za duchowego ojca to prawdziwe wyzwanie dla każdego konwertyty, jak sobie niedawno uświadomiłam.

Szabat szalom

18:18, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (9) »
Występ gościnny

Drugi raz zapraszam na mój występ gościnny na blogu o wyborach w USA: Wczesne głosowanie - relacja z Indiany

wtorek, 21 października 2008
Urodziny

Gdy postanowiłam stworzyć ten blog, nie zakładałam żadnego horyzontu czasowego dla jego istnienia. Założenia wydawały mi się pozbawione sensu, a to dlatego, że blog do istnienia potrzebuje moim zdaniem dwóch rzeczy - oczywiście autora, ale przede wszystkim czytelników.

Z okazji drugich urodzin tego bloga, składam Czytelnikom zatem najserdeczniejsze życzenia i podziękowania. Blog okazał się bardzo ciekawą i przyjemną formą komunikacji z Wami oraz potwierdzeniem tezy, że bez sygnałów zwrotnych, bez dialogu z innymi trudno jest siebie dobrze zrozumieć. Bardzo Wam dziękuję za wszystkie komentarze i opinie. Również za te, z którymi się zupełnie nie zgadzam.

Kwestia interpretacji bezbronnego tekstu intrygowała mnie od dość dawna. Tekst jest bezbronny, gdyż nawet jeśli zawiera w sobie interpretacyjne wskazówki, to nigdy nie jest w stanie ani w pełni własnej interpretacji przewidzieć ani jej zapobiec. W efekcie więc nie jest w stanie zupełnie własnej tożsamości określić ani jej ukształtować. Tekst bez czytelnika i jego reakcji pozostaje niepełny. Podobnie jak człowiek bez innych ludzi, którzy go obserwują, starają się zrozumieć, reagują na jego zachowania - także zachowania werbalne, czyli w przypadku bloga - na teksty, które autor tworzy i postanawia zamieścić.

Nie zgadzam się z Sartrowskim podejściem, wedle którego inni to piekło. Bliższe mi jest stanowisko Bubera, który w każdym kontakcie dopatrywał się możliwości objawienia. Pisanie bloga wiąże się z wieloma spotkaniami. Najpierw ja spotykam się sama z sobą pisząc. Potem jakaś część mnie - ujęta w słowa - spotyka się z Wami. Każde spotkanie ma w sobie potencjał. Nie każde spotkanie musi stać się Buberowską sytuacją dialogiczną. Ściśle rzecz biorąc spotkanie blogowe nie może się nim stać, choćby z tego względu, że dokonuje się za pośrednictwem słów. To jednak wcale nie odbiera mu wartości. Sam Buber zauważył, że nie da się żyć wyłącznie w świecie relacji Ja-Ty.

Będzie mi miło, jeśli nadal będziemy się tutaj spotykać. Nigdy nie wiadomo, dokąd takie spotkanie może nas zaprowadzić.

I dla każdego porcja ciacha:

niedziela, 19 października 2008
Powell zagłosuje na Obamę

Nie piszę tutaj o amerykańskiej polityce, bo jakkolwiek śledzę ją codziennie, to nie sądzę, bym osiągnęła dostateczny poziom jej zrozumienia. Tym razem jednak nie mogę się powstrzymać przed podzieleniem się wypowiedzią Colina Powella na temat Baracka Obamy i jego krytycznymi uwagami pod adresem własnej partii:

Najważniejsze moim zdaniem jest to, co Powell powiedział na temat nieustannie unoszącego się w amerykańskim powietrzu pytania o to, czy Obama jest muzułmaninem. Jest dokładnie tak, jak mówi Powell i jak zauważyło wcześniej kilkoro komentatorów - właściwa odpowiedź na to pytanie brzmi: "a jeśli jest, to co z tego?"

Historia młodego amerykańskiego żołnierza, który zginął w Iraku i na którego grobie na cmentarzu w Arlington wyryto półksiężyc i gwiazdę, powinna trafić do wyobraźni przynajmniej części wyborców. Taką przynajmniej mam nadzieję.

W ostatnich tygodniach szukałam dobrego filmu dokumentalnego na temat odrodzenia islamskiego w niektórych krajach arabskich. Chciałam pokazać coś takiego studentom. Poszukiwania były frustrujące, oględnie rzecz ujmując. Nie udało mi się znaleźć żadnego anglojęzycznego filmu dokumentalnego wyprodukowanego po 11 września 2001, który nadawałby się do czegokolwiek poza szerzeniem antyislamskiej propagandy. W końcu obejrzeliśmy bardzo ciekawy i dobry dokument wyprodukowany przez PBS - wyprodukowany w 1993 roku.

Trudno mi się dziwić, że sugestie, wedle których Barack Obama jest wyznawcą islamu, mogą działać na wyborców. Od lat karmieni są propagandową papką lęków.

Jedna wypowiedź Colina Powella nie zmieni sytuacji, ale można mieć nadzieję, że z czasem podobnych słów będzie padało coraz bardziej. Również z ust prezydenta Baracka Husseina Obamy.

poniedziałek, 13 października 2008
Student i jego laptop

Amerykański student bez laptopa jest niczym Kakofonia bez swojej ulubionej poduszki - jest bytem napiętnowanym brakiem. Zło, wbrew temu, co pisał biskup z Hippony, nie jest brakiem dobra, ale brakiem laptopa (lub poduszki). Brak ów zieje z nieszczęsnego bytu niczym jakaś wielce przepaścista przepaść. Spojrzeć w nią, to jak spojrzeć w oczy bazyliszka. Brak ów boli i rozrywa tożsamość bytu. Trudno się więc dziwić, że należy uniknąć go za wszelką cenę. Zawsze należy mieć ze sobą laptop (lub poduszkę).

Zamyśliłam się nad naturą związku pomiędzy amerykańskim studentem a jego laptopem dziś podczas wykładu z tego prostego powodu, że dwóch siedzących przede mną studentów zdradzało obajwy czegoś znacznie poważniejszego niż symbiotyczne powiązanie ze stojącymi przed nimi laptopami. Wyjęli je z plecaków jeszcze zanim profesor pojawił się w sali wykładowej. Otarli z kurzu i paprochów, starannie postawili na blatach i włączyli. Czekając na pełną gotowość systemu do pracy obaj studenci śledzili wzrokiem pojawiające się na ekranie komunikaty i obrazy z czymś, co nazwałabym wręcz czułością. Paprochy były najwyraźniej również na ekranach, gdyż zostały one przetarte szybkim acz starannym gestem dłoni.

Profesor się pojawił i zaczął o czymś tam rozprawiać przed tablicą. Atrakcyjność samej jego osoby - nie mówiąc już o wypowiadanych przez niego zdaniach - w porównaniu z atrakcyjnością laptopów i tego, do czego można dotrzeć za ich pośrednictwem była znikoma, by nie powiedzieć wprost - zerowa. Obaj studenci uruchomili jakieś programy. Jeden przeglądarkę zdjęć, drugi zaś przeglądarkę internetową. Ich dłonie sprawiały wrażenie przyrośniętych do klawiatury i touchpadów. Dzięki swoim laptopom natychmiast przenieśli się poza ściany nudnej w ich percepcji sali wykładówej i wkroczyli w świat obrazów z przeszłości (zdjęcia) lub biężących informacji i rozrywki (internet).

Nasz kampus jest jednym wielkim hot-spotem, więc internet dostępny jest w każdym miejscu. Również w salach wykładowych. Profesor westchnął na początku semestru, że bardzo by chciał, by możliwość połączenia dawało się okresowo w danej sali wyłączyć. Rzecz nie do zrobienia, ale pomarzyć można. Dziś niestety trzeba próbować znacznie mniej finezyjnych metod odciągnięcia uwagi studenta od jego laptopa choć na chwilę. Trzeba mianowicie zakazać ich używania podczas zajęć.

Żaden zakaz nie pociąga za sobą swojego przestrzegania. Niezależnie więc od tego, że studentom laptopów używać nie wolno, są one używane. Przynajmniej do czasu. Łatwo to zrozumieć. Jak można bowiem cierpieć dojmujący brak naruszający strukturę tożsamości wiedząc cały czas, że lekarstwo leży w zasięgu ręki? Wystarczy sięgnąć po laptopa, nacisnąć odpowiedni przycisk i już nerwy zaczynają się uspokajać wsłuchane w subtelny szum systemu wentylacyjnego.

Ci dwaj studenci byli jednak bezdennie głupi. Jeśli chcesz korzystać z laptopa, choć ci tego nie wolno, to nie siadaj tuż pod nosem osoby, z którą masz zajęcia! Szturchnęłam jednego i drugiego. Obaj drgnęli, jak gdybym brutalnie wyrwała ich z głębokiego i przyjemnego snu. Coś podobnego pewnie miało zresztą miejsce. Oto kolega spokojnie grał sobie w jakąś kolorową strzelankę, a tu niespodziewanie ocknął się i stwierdził z bólem, że wcale nie zbawia świata ratując go przed atakiem Obcych, ale siedzi na twardym i niewygodnym krześle w smętnej sali wykładowej. Jeden student wymamrotał w moją stronę jakieś "sorry". Drugi jedynie popatrzył na mnie ze szczerą odrazą. Obaj wyłączyli laptopy, ale pozostawili je na blatach przed sobą. W ten sposób mogli przynajmniej zachować kontakt fizyczny z bramą do innego świata.

I zapewne zaczęli cierpieć. Dobrze wam tak, pomyślałam mściwie. Skoro ja nie mogę mieć tu swojej poduszki, wy nie będziecie się cieszyli swoimi laptopami. A figę!

niedziela, 12 października 2008
Sim szalom

Znam żydowską liturgię na poziomie, powiedziałbym, przyzwoitym. Mogłoby być znacznie lepiej i z czasem może będzie, ale jakąś tam znajomość przedmiotu mam już dziś. Obcuję w końcu z tym "przedmiotem" praktycznie codziennie. Z liturgią świąteczną mam mniej do czynienia, ale nie jest mi ona całkiem obca. Na szczęście jednak nie stała się ona dla mnie czymś całkiem powszednim. Być może dlatego właśnie nieustannie odkrywam w niej coś nowego, nieustannie jakieś nowe struny ona we mnie porusza.

Liturgia na Jom Kipur jest ogromnie rozbudowana i zawiera w sobie bardzo wiele elementów ciekawych, wartych zastanowienia i komentarza. Niemal cały dzień spędza się w synagodze na modlitwach, więc jest o czym myśleć.

Tym razem utkwiła mi jednak w głowie formuła dość prosta, powtarzana codziennie i wcale nie związana wyłącznie z Jom Kipur:

Sim szalom baolam, towa uwracha... Daj pokój na świecie, dobroć i błogosławieństwo...

Sim szalom, sim szalom... powtarzało rytmicznie echo w mojej głowie. Może dlatego, że tego bym właśnie chciała dla siebie w nowym roku?

Oczywiście od razu w głowie odzywa się poczciwy chochlik, którego zgarbione plecy układają się w znak zapytania. "Wcale byś tego nie chciała", mówi. "Nie chciałabyś, bo wiesz, że jeśli pokój oznacza brak konfliktu, brak wewnętrznego napięcia, to stałabyś w miejscu niczym sosnowy kołek. Stałabyś się takim kołkiem". "Sim szalom", odpowiadam chochlikowi marszcząc brwi i próbując zagłuszyć jego ironiczny chichot.

Chochlik ma rację, rzecz jasna. Niewykluczone, że za bardzo przejęłam się kiedyś tezą, że bez dialektyki nie ma ruchu i teraz dialektyka we własnym umyśle (bądź duszy) wydaje mi się owego ruchu warunkiem koniecznym. Pokój leży za blisko spokoju, a spokój z kolei za blisko stagnacji. Od stagnacji zaś już tylko mały krok do zarośniętego wodorostami stawu, w którym brak już miejsca dla jakiejkolwiek ryby.

Ale pal diabli. Sim szalom. Choć czasami.

Czego i wam życzę w Nowym Roku.

03:44, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 06 października 2008
Zmora

Zmora zerka na mnie z granatowego skoroszytu. Specjalnie wybrałam taki kolor - pasuje do zmory. Widział ktoś kiedyś zmorę w radosnej zieleni albo optymistycznej żółci? Oczywiście, że nie. Zmora musi być przybrana w jakiś poważny, nawet nieco smętny kolor. Czarny też byłby dobry, ale chciałam uniknąć skojarzenia z żałobą. Mam nadzieję bowiem jej uniknąć.

Zmora ma angielskie imiona. Nazywa się mianowicie Comprehensive Examinations, czasem zwana jest także Qualifying Examinations, w skrócie, nieomal pieszczotliwie - Quals.

Doktorant tutaj zaczyna od gromadzenia wiedzy. Chodzi na najróżniejsze zajęcia przez trzy, czasem cztery lata, by zaliczyć wymaganą ilość godzin/punktów. Zwykle studenci mogą przepisać część godzin zaliczonych w programie magisterskim do programu doktorskiego. W moim przypadku nie było to niestety możliwe, ale i tak udało mi się wszystkie konieczne zajęcia zaliczyć w trzy lata. Średnio doktorant zalicza 12-15 punktów na semestr, co przekłada się na 4-5 zajęć - każde lub prawie każde to dwa półtoragodzinne spotkania w tygodniu, tony literatury i tony prac pisemnych, których tworzenie jest zajęciem tyleż czaso- i pracochłonnym, co kompletnie beznadziejnym. Oczywiście branie takiej ilości zajęć jest kompletnie niemożliwe, jeśli doktorant musi uczyć. W takim przypadku - a jest ich mnóstwo - wszystko się przeciąga. Obowiązkowo - poza zaliczeniem wszystkiego, co potrzeba w ramach własnego wydziału - trzeba zaliczyć także tzw. outside minor, czyli co najmniej 15 punktów na innym wydziale. Interdyscyplinarność to podstawa.

Doktorant uczy się zatem najróżniejszych rzeczy - od standardowych zrębów wybranej dziedziny po kwestie bardziej związane z wybraną specjalizacją. Uczy się także języków obcych, bez których ani rusz. Na moim wydziale każdy musi opanować dwa języki nowożytne (najczęściej niemiecki i francuski) oraz wszystkie inne, które są konieczne do zapoznania się z literaturą w danej specjalizacji. W moim przypadku to hebrajski i jidysz. Inni uczą się greki i łaciny. Jeszcze inni hebrajskiego biblijnego i np. aramejskiego. Zainteresowani Indiami muszą opanować sanskryt. Najzabawniej jest oczywiście w przypadkach, kiedy potrzebnego języka nikt na kampusie nie uczy, co także się zdarza. Wtedy trzeba kombinować.

Moje doświadczenie na studiach doktorskich w Polsce pozwala mi jasno powiedzieć, że nijak się one mają - pod względem stawianych wymagań i ilości pracy - do studiów na Indiana University. O Harvardzie czy Stanfordzie wspominać nawet nie warto.

Student ma zasadniczo sześć lat, żeby uporać się z zaliczeniem wymaganych zajęć, opanowaniem języków i udowodnieniem ich znajomości oraz napisaniem dwóch wielkich i poważnych prac pisemnych, które po zaaprobowaniu przez profesora trafiają na wieczną rzeczy pamiątkę do dokumentów delikwenta.

I wtedy pojawia się Zmora. Delikwent, zwany w biurokratycznym żargonie doctoral student, musi stać się doctoral candidate. Rytuał przejścia z jednego stanu ontologicznego do drugiego to Qualifying Exams. Są one nieco podobne do egzaminów doktorskich, które zdawałam przed obroną w Warszawie, tyle że gorsze.

Zmora składa się z czterech części - trzech czterogodzinnych egzaminów pisemnych i jednego ustnego. Atrakcja zaczyna się od określenia tematów egzaminów i samodzielnego przygotowania bibliografii do każdego z nich. Nad procesem czuwa ciało profesorskie zwane Advisory Committee. Czuwa, czyli głównie zatwierdza przygotowane przez studenta bibliografie po dodaniu do każdej wielu niezbędnych i kluczowych pozycji, które tenże pominął w nadziei, że uda mu się rozmiary bibliografii utrzymać w rozsądnych granicach.

Moja Zmora w skoroszycie to trzy listy książek - po jednej do każdego egzaminu. Każda liczy sobie ponad trzydzieści pozycji, w sumie ponad setka.

W lato, kiedy nie zajmowałam się niemieckim, siedziałam w bibliotece, szykując bibliografie. Teraz moje mieszkanie zawalone jest stosami książek i papierów z notatkami, a w mojej głowie nieustannie pobrzmiewa paniczna myśl, że opanowanie tej masy materiału do grudnia lub stycznia jest kompletną niemożliwością.

Kilkoro moich znajomych ma qualsy już za sobą. Wszyscy wspominają czas przygotowania do nich jako połączenie maratonu z koszmarnym snem. Czytanie w tym czasie przestaje być jakąkolwiek przyjemnością, a staje się ciężką pracą wykonywaną przez kilka godzin dziennie. Koleżanka z wydziału historycznego jeździła do biblioteki każdego poranka, siedziała w niej do południa, szła coś zjeść, wracała i siedziała do wieczora.

Pocieszam się myślą, że znajomi przeżyli. Niewykluczone zatem, że i ja to przeżyję. Pytanie o to, czy nie zwariuję kompletnie od tej ilości wiedzy, pozostaje otwarte. Aktualnie skłaniam się ku odpowiedzi pozytywnej.

piątek, 03 października 2008
Minjan działa mi na nerwy

"Czy będzie minjan?" "Czy jest minjan?" To jedno z pytań często zadawanych w synagogach. "Co zrobić, żeby minjan był?" "Do kogo zadzwonić, żeby szybko przyszedł do synagogi?" Obecność minjanu lub jego brak świadczą często o liczebności danej społeczności. Kiedy Nachmanides w 1267 postanowił zamieszkać w Jerozolimie, w liście do syna pisał, że nie może znaleźć minjanu dla założonej przez siebie synagogi...

Minjan - dziesięcioro Żydów po bar/bat micwie, w judaizmie ortodoksyjnym - dziesięciu mężczyzn - odzwierciedla i wyraża rolę, jaką judaizm przypisuje modlitwie wspólnoty. O tym, że ważna jest modlitwa zbiorowości, rabini wywnioskowali rzecz jasna z Biblii. Czytamy w niej np.:

I będę uświęcony pośród [betoch] dzieci Jisraela. [Kapłańska 22:32]

Powiedz do całego zgromadzenia dzieci Jisraela [edat bnei Jisrael] i przemów do nich: Bądźcie święci, bo Ja, Haszem, wasz Bóg, jestem świety. [Kapłańska 19:2]

Bóg staje w zgromadzeniu bożym [edat El]. [Psalmy 82:1]

"Edat bnei Jisrael" - zgromadzenie dzieci Jisraela. Haszem nie zawierał przymierza z każdym Żydem z osobna. Nie pytał, hej, Jehoszua, zgodzisz się nawiązać ze mną przymierze? Przymierze zostało zawarte pomiędzy Bogiem a ludem Jisraela, pomiędzy Bogiem a edat bnei Jisrael. Judaizm zawsze podkreślał swój wymiar wspólnotowy - także w modlitwie, rozumieniu jej roli i natury oraz w regułach dotyczących jej odmawiania.

Miszna w traktacie Megila (4:3) wymienia czynności, które wolno wykonywać wyłącznie w obecności minjanu: recytacja Barchu, błogosławieństwo kapłańskie, czytanie z Tory i Proroków z odpowiednimi błogosławieństwami, błogosławieństwa ślubne, Kadisz, recytacja fragmentu błogosławieństwa po posiłku. Wedle Szulchan Aruch bez minjanu nie można również recytować birkat hagomel oraz trzynastu atrybutów Boga.

A dlaczego akurat dziesięciu? To znowu wyprowadzono z tekstu biblijnego. W księdze Bemidbar Izraelici szykując się do przekroczenia Jordanu wysyłają na jego drugi brzeg grupę zwiadowców. Było ich dziesięciu, a grupa opisana jest słowem "eda", "zgromadzenie" (Liczb 14:27). Ergo, stwierdzili autorzy Talmudu Babilońskiego, "eda" - "edat El" - to dziesięciu mężczyzn (kwestia liczenia bądź nie liczenia do minjanu kobiet jest złożona i napiszę o niej osobno).

Nie chodzi w całej tej sprawie wyłącznie o technikę. O zebranie do kupy dziesięciu osób, żeby było im raźniej. "Bóg staje w zgromadzeniu bożym" - Bóg jest obecny w zgromadzeniu bożym:

Rabi Chalafta ben Dosa, przywódca z Kfar Chananja, uczył: Jeśli dziesięciu siedzi i zajmuje się Torą, to Szechina przebywa pomiędzy nimi...

[Pirkei Awot 3:7]

Majmonides w Hilchot Tefila stwierdza zaś:

Modlitwa zgromadzenia jest zawsze usłyszana. Nawet jeśli są pomiędzy nimi grzesznicy, Święty Jedyny, niech będzie błogosławiony, nigdy nie odrzuca modlitwy zgromadzenia. A zatem człowiek musi dołączyć do zgromadzenia i nie powinien modlić się sam, jeśli może modlić się w zgromadzeniu.

[Hilchot Tefila 8:1]

Czytam i piszę o tym dlatego, że ostatnimi czasy mam problemy z modlitwą z minjanem. W mojej synagodze nie ma trudności z zebraniem dziesięciu osób na modlitwach w synagodze. Problem jest gdzieś w mojej głowie i jest jednocześnie trywialny oraz istotny.

Otóż nijak nie mogę sie skupić podczas modlitwy z innymi Żydami w synagodze. Po części wynika to z tempa narzucanego przez prowadzących modlitwę. Z powodów, których nie rozumiem, wiele osob najwyraźniej sądzi, że trzeba modlić się szybko. Czyżby Haszem stał nad nami z sekundnikiem i mierzył nam czas?

Ja lubię modlitwy recytować powoli, smakując każde słowo, zastanawiając się nad nim, zatrzymując, jeśli jakieś sformułowanie zwróci moją uwagę. W efekcie zostaję mocno w tyle. Ilekroć prowadzący modlitwę recytuje słowa "Haszem eloheichem emet" na koniec Szema, ja jestem dopiero gdzieś w połowie tej modlitwy...

Gdy próbuję dostosować się do tempa, dostaję duchowej zadyszki. Jaki sens ma taka modlitwa?

Często obecność minjanu pomaga w modlitwie. Głos wspólnoty wyprowadza nas poza samych siebie, pomaga odnaleźć sens recytowanych słów. Znam również to doświadczenie. Ostatnimi czasy jednak minjan zasadniczo działa mi na nerwy.

Chyba nie wybiorę się jutro do synagogi...

Szabat szalom.

18:11, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (31) »