Ponownie na Midweście
poniedziałek, 15 stycznia 2007
W nawiązaniu

W nawiązaniu do Opowieści o smutnym Słoniątku

To nie był dobry dzień dla Słoniątka. Obudziło się przed świtem czując dziwne łupanie w kolanach. Wszystko przez to wczorajsze łażenie po lesie, pomyślało Słoniątko. I przez siedzenie nad potokiem razem ze Słonicą Rzucającą Patyczki. Nadmiar wilgoci szkodzi na stawy.

Słoniątko przewróciło się na drugi bok i zamknęło oczy. Było jeszcze stanowczo za wcześnie na wstawanie. Słonie wstają wcześnie, ale Słoniątko od dawna miało poczucie, że zrywanie się ze snu o świcie jest zupełnie sprzeczne z jego naturą.

W Lesie coraz donośniej rozlegały się poranne trele ptactwa, które najwyraźniej zachwycało się promieniami słońca połyskującymi w kroplach rosy. Słoniątko wcisnęło łepek pod liście i przycisnęło uszy przednimi nogami. Co za cholerne wrzaskuny, zamruczało do siebie i liści. Czy naprawdę nie mogą dać Słoniowi ani chwili spokoju? Muszą tak się drzeć od samego rana?

Słoniątko otworzyło oczy i rozejrzało się wokoło. Parę dni temu położyło gdzieś tutaj zatyczki do uszu, było tego zupełnie pewne. Pogrzebało w liściach... Ech, pomyślało, pewnie zabrały mi je te głupie pawiany. One nijak nie rozumieją, że budzenie się i wstawanie jest kompletnie bez sensu. Po co wstawać, skoro wieczorem i tak idzie się spać z powrotem? A dodatkowo są jeszcze sny...

Słoniątko uśmiechnęło się lekko. Sny. Dziś śniło mu się coś ogromnie przyjemnego. Słoniątko zacisnęło powieki i próbowało odnaleźć ostatnią chwilę sennego marzenia. Tę, którą przerwały ptasie popisy wokalne. O tak, tak! Słoniątko już wiedziało - śniło mu się, że latało! Unosiło się nad lasem lekko niczym piórko, szybując w powiewach delikatnego wiatru. Z wysokości widziało Słonicę Piekącą Racuchy i Słonicę Palącą Nargilę. Chciało im pomachać i wtedy spostrzegło, że jego uszy działają jak skrzydła. Machnęło uszami i uniosło się wyżej, i jeszcze wyżej, i jeszcze wyżej... Tak, tak, wcale nie było Słoniątkiem. Było Latającym Słoniątkiem! Mogło poszybować tak daleko, jak tylko chciało. Nic nie mogło go powstrzymać. Wcale nie było ciężkim, przyziemnym stworzeniem, które z wiekiem zmieni się w jeszcze cięższe i jeszcze bardziej przyziemne stworzenie.

Nagle wśród porannych ptasich treli rozległ się inny dźwięk. Słoniątko bardzo mocno zacisnęło powieki i stanowczo postanowiło zignorować wszelkie ogłosy. Przecież latało. Nie mogło teraz przestać. Nie chciało przestać! Unosiło się właśnie nad jakąś ogromną rzeką, która meandrowała leniwie wśród drzew. Skąd ta rzeka wypływa? I dokąd zmierza? Na horyzoncie majaczyły wysokie szczyty pokryte czymś białym i lśniącym. Słoniątko zapragnęło dotknąć tego czegoś.

Nagle Słoniątko poczuło, że spada. Rozpaczliwie machało uszami, ale to nic nie pomagało. Ziemia zbliżała się coraz szybciej. Znikła wielka rzeka, a na horyzoncie nie było już widać odległych wzgórz.

To musiało się stać. Słoniątko otworzyło oczy i zobaczyło nad sobą kołyszące się leniwie liście palmy. Wcale nie latało. Leżało na ziemi, pod palmą, na którą nigdy nie będzie mogło popatrzeć z góry. Ptaki darły się jeszcze głośniej podniecone czymś, co zupełnie Słoniątka nie obchodziło. Na domiar złego obudziły się także hałaśliwe pawiany. Łomot garnków w pobliskiej kępie drzew sugerował, że wstała także Słonica Piekąca Racuchy i zabrała się za przyrządzanie porannej jajecznicy.

Może jestem głodne, pomyślało po chwili Słoniątko. Głód mógł tłumaczyć tę dziwną wewnętrzną pustkę, którą Słoniątko odczuwało od dłuższej już chwili. Zjadłoby się jakiegoś racucha albo choćby jajecznicę z pomidorami.

Ale w głębi słoniątkowej duszy Słoniątko dobrze wiedziało, że ta pustka nie miała nic wspólnego z głodem i nie dałaby się zapełnić nawet najwspanialszymi racuchami.

17:59, kakofonia
Link Komentarze (4) »
Zostać dawcą czy nie zostać?

Podczas procedury wyrabiania stanowego dokumentu tożsamości zapytano mnie o to, czy chcę być dawcą organów oraz czy chcę być dawcą całościowym czy częściowym. Dawca częściowy zgadza się na oddanie bodaj nerek i serca, dawca całościowy - daje wszystko, jak sama nazwa wskazuje.

Pytanie mnie w pierwszym momencie zaskoczyło, a potem ucieszyło. Bardzo to rozsądne, by każdy taką decyzję musiał podjąć oraz by na dowodzie tożsamości była adnotacja, czy dana osoba jest dawcą czy nim nie jest. Przynajmniej wszystko jest jasne.

W odruchu serca czy też innego organu zadeklarowałam gotowość do bycia dawcą całościowym. Zgodnie z tą deklaracją na moim dokumencie, w rubryce "donor" jest piękne, czerwone serce.

Później naszła mnie wątpliwość religijnej natury.

W judaizmie jest jedna zasada absolutnie fudamentalna - pikuah nefesz, czyli ochrona ludzkiego życia (nie oznacza ona ochrony każdego życia w każdych okolicznościach, ale o tym przy innej okazji). Jeśli kierować się będziemy tą zasadą, wówczas stanie się dawcą organu komuś, kto bez takiego zabiegu umrze, jest wielką micwą. Innymi słowy, jeśli zdecyduję się oddać komuś jedną z moich nerek, to spełnię czyn chwalebny.

Problem pojawia się jednak, gdy mamy do czynienia z ciałem, z którego organ można pobrać. Judaizm bowiem ma i inną zasadę - niwul hamet - która zabrania bezczeszczenia zwłok. Oznacza to, między innymi, że ciało należy pochować w całości, każdy jego fragment, każdy jego organ. Stąd na przykład, pokazywane czasem w mediach obrazki, na których po zamachu w Izraelu na miejscu pojawia się specjalna ekipa starannie zbierająca najmniejsze pozostałości ciał ofiar, często rozerwanych na strzępy przez siłę eksplozji.

Czy można zatem pobrać organ ze zwłok?

Dotychczas udało mi się ustalić, że można to zrobić wtedy, jeśli organ zostanie natychmiast wykorzystany w transplantacji i uratuje komuś życie oraz zdrowie. Nie można oddać organu do banku, w którym miałby on być przechowywany. Nie wolno także odddać organu dla celów badawczych.

Jestem w trakcie dalszych konsultacji z rabinem i jak czegoś więcej się dowiem, to dam znać.

05:02, kakofonia , Judaizm
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 stycznia 2007
Jeszcze przed szabatem

Do posłuchania prosto z Izraela: Hadorbanim, "Od laila"

חם והלב רעב לשיר אהבה
מבקש שלווה, מחכה למוזה הטובה
אך זה לא בא, שוקע מאבד תקווה

בירה ריקה מאפרה מלאה
רגש שגאה נהפך לשיטפון נורא
התאווה ליופי שעוד לא נראה

I wszyscy razem:

עוד לילה עבר והירח מר
עוד לילה עבר
עוד לילה עבר ושום דבר לא נשאר
עוד לילה עבר

יד מרחפת על האור החשוף
נגיעה ליטוף
הפיתוי הוא רק משחק שקוף
סם ממכר
עוד רגע הנאה לגוף

חם, מועקה, הנשימה חנוקה
והצימאון נע בין הטירוף לשיגעון
בא והולך ולא מוצא ת'הגיון

כמה רעה שורפת היא הקנאה
והאל לא חס שאחד יוצא השני נכנס
פיה נוטף פרי אהבה אסור וגס

חם והלב רעב לשיר אהבה
מבקש שלווה מחכה למוזה הטובה
אך זה לא בא שוקע מאבד תקווה

03:44, kakofonia , Kultura
Link Komentarze (4) »
Moja ulubiona bracha

Kiedy zięć Tewje mleczarza nabył nową i piękną maszynę do szycia, cała Anatewka zadumała się nad kwestią następującą: czy jest odpowiednia bracha - czyli błogosławieństwo - na tę okazję?

Oczywiście, że jest. Żydzi mają błogosławieństwa na każdą okoliczność. Nie pamiętam, jak rozstrzygnęli kwestię uczeni mężowie w Anatewce, mi jednak odpowiednie wydaje się błogosławieństwo następujące:

ברוך אתה יי אלהינו מלך העולם שהחינו וקימנו והיענו לזמן הזה
Baruch ata Haszem, Elohejnu, melech haolam, szehechejanu wekijemanu wehigijanu lazman haze.
Błogosławiony jesteś Ty, Haszem, nasz Bóg, król wszechświata, który dałeś nam dożyć i utrzymywałeś nas, i doprowadziłeś nas do tego czasu.

To stanowczo moja ulubiona bracha.

Są momenty wyznaczone do jej odmawiania, np. pierwszy dzień Chanuki, ale generalnie "szehechejanu" wypowiada się, ilekroć doświadczamy czegoś nowego, dobrego, pięknego, czegoś, co budzi w nas radość. Gdy widzimy nasze dziecko stawiające pierwsze kroki; gdy widzimy ukochaną osobę, za którą tęskniliśmy; gdy pierwszy raz w sezonie możemy skosztować świeżych truskawek; gdy usłyszymy piękny ptasi trel, którego nie słyszeliśmy od miesięcy; gdy kupimy nową maszynę do szycia...

Ostatnio nie miałam okazji wypowiedzieć tego błogosławieństwa. A bardzo bym chciała.

Rzecz może nie w tym, że nic miłego się nie wydarza. Może raczej w tym, że teraz nie potrafię dostrzec niczego takiego, co obudziłoby we mnie potrzebę powiedzienia szehechejanu i podziękowania Haszem za to, że dał mi czegoś pięknego doznać. Choć niewykluczone, że powinnam była. Wczoraj spotkałam osobę, której nie widziałam od tygodni i bez której świat wokół mnie był niepełny. Szkoda tylko, że jej obecność wiąże się tyleż z wypełnieniem świata, co i z goryczą, dla niej mój pełny świat jest bez znaczenia.

Pora sięgnąć po dobre wino. Ukryte jest w szafce, na specjalną okazję. Camelot Mead robione z miodu kwiatów pomarańczy zbieranego na Florydzie przez pracowite pszczoły. Szehechajnu...

I szabat szalom.

03:27, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 stycznia 2007
Ameryka jest w Azji!

Właśnie się dowiedziałam, że wbrew temu, co mi się wydawało i wbrew temu, co mi do głowy wkładano przez lata edukacji, Stany Zjednoczone znajdują się Azji.

Źródłem tej cennej informacji jest portal polonia.net, na którym stworzono sekcję "Blogi Emigracyjne". Ogromnie miło mi się zrobiło, gdy stwierdziłam, że na liście linków jest i mój blog, ale doprawdy nie miałam pojęcia, że jestem w Azji. A tu - jak wół - rubryka "Azja".

"Tylko ludzie powierzchowni nie sądzą po pozorach", zauważył kiedyś Nietzsche. A pozory rzeczywiście nieco sugerują Azję.

Pozory owe - czyli to, co widzę często i gęsto - to studenci z krajów azjatyckich, których na kampusie jest ogromnie wielu. Czytałam gdzieś, że stanowią oni aktualnie największą grupę studentów zagranicznych na amerykańskich kampusach. Nie znam procentowego udziału Azjatów w ogólnej liczbie studentów mojej uczelni, ale nie słyszałam, by Bloomington ogłosiło secesję, odłączyło się od Stanów Zjednoczonych i stało się częścią, na przykład, Państwa Środka.

To oczywiście znowu o niczym nie świadczy. Nie śledzę ostatnio na bieżąco lokalnych mediów i nie wykluczone, że redaktorzy polonii.net dotarli do informacji, która mojej uwadze umknęła.

Ta sytuacja przypomina mi o ogólnie bardzo słabej znajomości geografii świata w amerykańskim społeczeństwie, ale i o pewnych zmianach w tym zakresie. Znajoma, która w Stanach bawiła lat temu mniej więcej dwadzieścia, wspominała, że gdy mówiła, że jest z Polski, pytano ją, czy to gdzieś koło granicy z Meksykiem. Muszę przyznać, że mnie taka sytuacja nie spotkała ani razu. Nie spotkałam jeszcze osoby, która nie wiedziałaby, gdzie Polska się znajduje. Wszyscy wiedzą, że w Europie. Wiedzą też, że w jakiejś zimnej części Europy, nieopodal stad białych niedźwiedzi. I to zupełnie wystarcza. Wymagać, by znali dokładniejszą lokalizację, byłoby doprawdy przesadą.

Dla wielu Amerykanów bowiem Europa jest stanowczo za mała, żeby ją w ogóle dzielić na jakieś państwa. I powiedzmy sobie szczerze - coś w tym jest.

środa, 10 stycznia 2007
Dobrze się sprzedać

Jestem Inteligencją wcieloną w kobiece ciało. Ciało jest istotne o tyle jedynie, że podtrzymuje przy życiu ową Inteligencję. I umożliwia dalszą działalność badawczą dzięki kończynom górnym, które służą do trzymania książek przed nosem oraz stukania w klawiaturę oraz dzięki kończynom dolnym, które służą do chodzenia do biblioteki.

Po opanowaniu wszystkich możliwych ludzkich i nieludzkich narzeczy, po pochłonięciu ton dzieł naukowych, spędzeniu długich godzin w archiwach na całym świecie wyprodukuję Wiekopomne Dzieło. Dzieło owo pełne będzie nowych, błyskotliwych idei, a zawarte w nim interpretacje olśnią nawet tych, którzy do niego nie zajrzą - mądrość Dzieła Wiekopomnego opromieni cały świat i przyniesie chwałę wydziałowi, który mnie wypromował.

Tylko proszę, dajcie mi pieniądze! No choć trochę pieniędzy, żebym mogła tu jeszcze trochę postudiować. Odpracuję wszystko w międzyczasie co do grosza, prowadząc jakieś kretyńskie zajęcia ze studentami.

Nie, nie mam gorączki. Przynajmniej jeszcze jej nie mam. Przygotowuję jedynie wniosek o przyznanie stypendium, bez którego będę musiała spakować walizy i porzucić uczelnię.

I szlag mnie trafia. Nienawidzę tego, nienawidzę pisania tych upiornych bredni. Nienawidzę poczucia, że jestem produktem na półce sklepowej, który wdzięczy się do przechodzącej klienteli.

Czuję się jak proszek do prania. Tak, tak! Potrafię wywabić najgorsze plamy! Sok z buraków to dla mnie pestka, a plamy z trawy usuwam w mgnieniu oka. A w tle jakaś skoczna muzyczka. Niech mnie ktoś kupi!

Ja wiem, że jest jak jest. Wiem, że studia w tym kraju kosztują ciężkie pieniądze i w związku z tym traktowane są jako inwestycja. Właściwie jak każda inna inwestycja. Skoro chcę, żeby ktoś we mnie zainwestował, muszę dowieść, że będzie z tego jakiś pożytek. Nikt nie wyrzuci tu pieniędzy na bezsensowny projekt, w końcu nie jesteśmy w Polsce.

Wszystko to wiem, ale jednak upokarza mnie wymachiwanie realnymi i urojonymi zaletami, którego jedynym celem jest przekonanie jakiejś grupy ludzi, żeby sypnęli groszem.

Dla większości ludzi tutaj to zupełnie normalne. W Polsce też z czasem stanie się normalne. Powinnam chyba zacząć narzekać na kapitalizm, prawda? Sięgnąć po klasyków, np. starego, brodatego Karola M i napisać jakiś protest przeciw traktowaniu ludzi jak produkty na sprzedaż. Albo uspokoić się i przypomnieć sobie, że płatna edukacja ma swoje zalety. Porównać w myślach bibliotekę na Dobrej z biblioteką na Jordan Avenue... Porównać pensje profesorów tutaj i nad Wisłą...

Zacisnąć zęby i napisać ten cholerny wniosek.

poniedziałek, 08 stycznia 2007
Bruria dziś

Parę dni temu pewien ultraortodoksyjny beit din w Izraelu wydał werdykt zakazujący ortodoksyjnym Żydówkom studów na wyższych uczelniach.

Sprawa ma wiele wymiarów, między innymi bardzo praktyczny. Większość studentów jesziw, których żonami są ortodoksyjne Żydówki, nie pracuje poświęcając całe życie na studiowanie Tory. Rodziny utrzymywane są przez kobiety. Łatwo sobie wyobrazić, że kobiety te, bez wyższego wykształcenia, nie są w stanie zarabiać przyzwoitych pieniędzy.

Szczerze mówiąc szlag mnie trafia, jak czytam o czymś takim. W judaizmie niechęć do kształcenia kobiet ma długą historię. Zdawałoby się jednak, że żyjemy w XXI wieku i że zrozumieliśmy, że prawo do edukacji, do rozwoju poprzez wykształcenie jest czymś niezmiernie istotnym. Cóż, święta naiwność...

W Talmudzie wspomniana jest jedna wykształcona kobieta - Bruria, córka rabiego Hanani ben Teradiona, żona rabiego Meira. Podobno miała niebywałą wiedzę dotyczącą zarówno halachy, jak i innych kwestii związanych z religią. Zdarzało jej się nawet być mądrzejszą od uczonych w Piśmie mężczyzn.

Fakt, że Bruria pojawia się w Talmudzie mógłby wydawać się krzepiący. No proszę, już w starożytności bywały wykształcone Żydówki... Nic z tego jednak, a to dlatego, że koniec Brurii był smutny. Otóż podśmiewała się ona z zawartego w naukach zdania, iż kobiety są istotami lekkiego serca i słabej głowy. Gdy dowiedział się o tym jej mąż, zastawił na nią pułapkę - kazał jednemu ze swoich uczniów uwieść Brurię. Studentowi się powiodło, a upokorzona Bruria popełniła samobójstwo.

Jest też znana inna wersja losów Brurii, wedle której wraz z mężem uciekli przed Rzymianami do Babilonii.

W tradycji obiegowa jest jednak wersja pierwsza. Przywołuje ją sam Majmonides. Jej powszechność ma łatwe wytłumaczenie. Otóż historia Brurii miała służyć za przestrogę dla kobiet - niech im się w głowie nie przewraca! I niech na baczności mają się mężowie, których żony wykazują przesadne zainteresowanie słowem pisanym, nawet jeśli owo słowo jest słowem Tory.

Przypadki wykształconych religijnych kobiet w historii judaizmu można policzyć na palcach jednej ręki. Sprawy zaczęły się zmieniać wraz z emancypacją, która przyniosła wiele przeobrażeń w żydowskim życiu.

Niezmiernie ważną osobą w rozwoju zorganizowanej i systematycznej edukacji dla żydowskich kobieta była polska Żydówka, Sara Szenirer, dzięki której wysiłkom i uporowi powstała w 1917 roku w Krakowie pierwsza szkoła dla dziewcząt Bejs Jakow. Ortodoksyjni rabini wsparli inicjatywę Szenirer między innymi dlatego, że widzieli - słusznie - w edukacji odpowiedź na zagrożenie asymilacją. Żydem świadomie i z przekonaniem można być tylko wtedy, jeśli wie się, co to znaczy. Pierwszy zdał sobie z tego sprawę rabin Israel Meir Hakohen zwany "Chofec Haim", który zaprzeczył dotyczasowym regulacjom zakazującym kobietom kształcenia i stwierdził, że w obliczu asymilacji edukacja taka jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz wskazana.

Wielowiekową tradycję zmienia się trudno i kobietom długo odmawiano edukacji - tak religijnej, jak i świeckiej. Czasem wydaje mi się, że czasy się zmieniły. Sama mogłam studiować w jerozolimskim instytucie Pardes, mój ortodoksyjny rabin zachęca mnie do nauki, jak tylko może i w miarę możliwości pomaga w zdobywaniu wiedzy. Nauczanie świeckie, studia uniwersyteckie to norma dla mnie i dla mojego świata. To przykre i bolesne, że są żydowskie kobiety, którym ktoś odmawia tego, co moim zdaniem normą być powinno. I że czyni to w imię judaizmu - religii, która jak mało która, ceni edukację i wykształcenie.

Co dziś zrobiłaby Bruria, gdyby mieszkała w Mea Szarim? Ile kobiet tam mieszkających mogłoby stać się podobnymi do Brurii, gdyby dano im taką szansę? Ile judaizm i żydowskie życie tracą na tym, że nie korzystają z tego potencjału?

03:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (5) »
czwartek, 04 stycznia 2007
Tryby biurokracji

Papierosy w tym kraju można kupić legalnie po ukończeniu 18 roku życia, alkohol - po ukończeniu 21 roku życia. Regulacja ta nie ma charakteru czysto formalnego, niestety lub na szczęście, w zależności od zapatrywań. Często zdarza mi się, że sprzedawcy proszą mnie o pokazanie dowodu tożsamości zanim podadzą mi paczkę moich ulubionych PallMalli. Z zakupem alkoholu jest tak samo. Pokazanie jednego dowodu zawierającego datę urodzenia i zdjęcie jest normą, w niektórych miejscach trzeba pokazać jeszcze jeden dokument z fotografią. Czasem bez stosownego dokumentu nie da się nawet wejść do pubu, w którym serwowany jest alkohol.

Dla pełnoletnich Amerykanów nie jest to problem. Wszyscy mają prawa jazdy, które służą jako ID (udało mi się dotychczas poznać jednego Amerykanina, który prawa jazdy nie posiada, rocznik 1938, wozi go żona).

Ja jednak miałam tylko jeden dokument z datą urodzenia i zdjęciem - paszport. W paszporcie jednakże mam również wizę, w związku z czym zgubienie go byłoby wysoce kłopotliwe. Nie miałam jednak wyjścia i nosiłam paszport w plecaku.

Mając status resident alien mogę sobie w Indianie wyrobić stanowy dokument tożsamości. Miejscem, w którym taki dokument się wyrabia jest Bureau of Motor Vehicles, w którym wyrabia się również prawa jazdy. Biuro takie w Bloomington znajduje się mniej więcej na końcu świata, daleko na stronie zachodniej. Bez samochodu dostać się tam jest co najmniej ciężko.

Przyjechał w odwiedziny Dobry Znajomy z Teksasu, który już dawno temu obiecywał mi, że zawiezie mnie do BMV i pomoże w wyrabianiu dokumentu.

Na internetowej stronie stanu znaleźliśmy informacje, jakie dokumenty konieczne są do wyrobienia stanowego ID. Social Security Number, paszport (lub akt urodzenia), jakiś rachunek (np. telefoniczny) z aktualnym adresem stanowym oraz jeszcze jeden dokument ze zdjęciem (w moim przypadku legitymacja studencka).

Miasto jest nadal dość wyludnione, więc w BMV nie było kolejki. Okienek mnóstwo, urzędników mnóstwo, szybko zatem stanęliśmy przed obliczem odpowiedniej osoby. Osoba poprosiła o wszystkie papiery i zaczęła je przeglądać ze stosowną uwagą. Okazało się jednak, że jednego ważnego papierka mi brak. Powinnam przedstawić jeszcze I-20, czyli formularz potwierdzający mój status studencki (legitymacja to nie dość), konieczny między innymi przy przekraczaniu granicy USA.

W porządku. Wsiadamy ze znajomym do samochodu i wracamy do mnie do domu. W teczce na Bardzo Ważne Papiery znajduję I-20. Jedziemy z powrotem. Kolejki nadal nie ma, na szczęście.

Druga osoba w okienku znowu przejrzała dokumenty. Przeprosiła nas na chwilę i udała się do innego pomieszczenia. Wróciła stamtąd z przepraszającym uśmiechem na twarzy: mój Social Security Number nie wykazywał żadnej aktywności (cokolwiek miałoby to właściwie znaczyć). W tej sytuacji konieczne jest udanie się do biura Social Security i poproszenie o list potwierdzający, iż numer ten rzeczywiście został mi przyznany. Niestety, bez tego ani rusz. Pani bardzo nas przeprasza i daje nam mapkę z rozrysowaną drogą do tamtego urzędu.

Wsiadamy do samochodu i jedziemy do biura SSN, do którego także bez samochodu dostać się nie sposób. Tu już niestety kolejka jest. Na wyświetlaczu numerek 75, na karteczce, którą wypluła z siebie maszyna - numerek 90. Czekamy. Na wszelki wypadek pytam Znajomego z Teksasu, czy byłby skłonny zeznać pod przysięgą, że ja to ja. Przypomina mi się w międzyczasie, że bodaj we Włoszech, przy zakupie samochodu trzeba udowodnić, że nie jest się osobą zmarłą...

W końcu na wyświetlaczu pojawia się numerek 90. Pani w okienku wita mnie uprzejmym uśmiechem i w ciągu może dwóch minut daje mi stosowny list potwierdzający legalność i prawdziwość mojego Social Security Number.

Jedziemy z powrotem do BMV w drodze zastanawiając się, czy nie powinniśmy na wszelki wypadek zajrzeć do biura International Services na uniwersytecie, aby uzyskać jakieś potwierdzenie mojego I-20. A może powinniśmy zajrzeć do Immigration Services w Indianapolis albo wręcz w Waszyngtonie, aby potwierdzić, że jestem w tym kraju legalnie?

W BMV jest mała kolejka tym razem, ale na szczęście mamy kolejny papierek, który pozwala mi podejść do okienka poza kolejką.

Z bijącymi sercami zbliżamy się do Pana w Okienku, który z uśmiechem zabiera się do przeglądania stosu papierków. Ku naszej radości nie każe nam jechać do Indianapolis ani Waszyngtonu, nie domaga się żadnego potwierdzenia notarialnego ani nawet zeznania Znajomego, który potwierdziłby moją tożsamość.

Po 10 minutach wychodzimy z urzędu, a ja ściskam w dłoni niepomiernie cenny dokument, który pozwoli mi wreszcie spokojnie kupować papierosy, chodzić do pubów i zamawiać piwo.

Mimo wszystko muszę przyznać, że Urząd Gminy w Warszawie bardziej przypominał mi Dom, Który Czyni Szalonym z "Dwunastu prac Asterixa". Biurokracja w Stanach trzyma się znakomicie, ale z drugiej strony uprzejmość urzędników i ich kompetencja przyjemnie oliwi biurokratyczne mechanizmy. Poza tym, jeszcze nigdy nie usłyszałam tu sakramentalnego w Polsce: "nie wiem i nie wiem, gdzie można się dowiedzieć". Tu urzędnik wie. A jeśli nie wie, to wie, gdzie daną informację zdobyć. I to makes a huge difference.

środa, 03 stycznia 2007
Trudny wybór

Bardzo wielu studentów jeździ na rowerach. (Także część ciała profesorskiego, mój promotor, na przykład, bardzo dziarsko pedałuje po okolicy.) Rower ma nad samochodem tę przewagę, że łatwo znaleźć dla niego miejsce do parkowania. Stojaki rowerowe są na kampusie bardzo liczne. Parkingów w okolicy też jest sporo, ale żeby na jednym z nich zostawić samochód, trzeba zameldować się przed godziną 8 rano.

Dlatego też studenci często decydują się na dwa kółka, nawet jeśli mają samochody.

Zostawienie roweru na kampusie wiąże się niestety z pewnym ryzykiem. Wspominałam już, że pod względem przestępczości Bloomington to oaza spokoju. To jednak nie oznacza, iż kradzieże się nie zdarzają. Zdarzają się, jak najbardziej. Rowery mają tendencję do znikania szczególnie na początku roku akademickiego, gdy przypływ nowych studentów powoduje dodatkowy popyt na rynku rowerowym.

Popyt jest także na części.

Trzeba zatem uważać. Rower należy zabezpieczyć przed kradzieżą. Jak jednak to zrobić?

Jeśli przyczepimy go do stojaka za ramę, grozi nam utrata koła...

Jeśli przyczepimy za koło, grozi nam utrata całej reszty...

Trudny wybór.

niedziela, 31 grudnia 2006
Którą datę wybrać?

10 i 11 tewet 5767 czy 31 grudnia 2006 i 1 stycznia 2007?

Po zachodzie słońca zacznie się 11 tewet, który nie jest dniem szczególnym w żaden sposób. Równocześnie coraz większymi krokami będzie przybliżać się 1 stycznia 2007 roku.

Nowy Rok i cała kulturowa otoczka z nim związana. Spod grubej warstwy komercji, makijażów, fraków, sukni, szampanów i przyjęć daje się jeszcze dostrzec inne elementy - cała mistyka Nowego Początku, o której tyle pisał Eliade. Ześwieczczona została już prawie kompletnie, ale nadal ma siłę przyciągania.

Nowy Rok. Czynimy postanowienia. Podskórnie spodziewamy się jakiejś zmiany, rzecz jasna zmiany na lepsze, jakiegoś powiewu świeżości, ba - czasem wręcz odrodzenia.

Ale to iluzja. Przecież z noworocznych postanowień jeszcze nigdy nic nie wynikło, a nawet jeśli nowy rok przyniósł coś nowego, to nie miało to kompletnie żadnego związku ze zmianą cyfr w dacie czy nowym kalendarzem na ścianie.

Równoległe funkcjonowanie w dwóch kalendarzach daje mi możliwość wyboru, więc wybiorę 11 tewet. Nie będę się łudzić. Jutro nie będzie się niczym szczególnym różniło od wczoraj, a za miesiąc będzie podobny do miesiąc temu. Niech więc dalej trwa stary rok, 5767.

19:58, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (4) »