Ponownie na Midweście
środa, 23 grudnia 2009
Fotografując dzieci

Upływ czasu nijak nie wpływa na mój zasadniczo obojętny stosunek do dzieci. Wpływa natomiast na ilość dzieci w okolicy - dzieci przybywa. To zaś daje od czasu do czasu okazję do ich fotografowania.

Jagoda

To niespełna dwumiesięczna Jagoda, córka Bardzo Kochanej Osoby.

Tutaj zaś zdaje się mniej więcej dwuletnia córka Niezbyt Bliskiej Znajomej:

Mimi

Dzieci fotografować nie jest łatwo z różnych powodów, ale z tych dwóch zdjęć jestem dość zadowolona. Kto wie? Może fotografowanie dzieci spowoduje, że z czasem je nawet bardziej polubię?

niedziela, 20 grudnia 2009
"Christmuka"

W ostatni dzień święta Chanuka niosłam do domu choinkę pomrukując pod nosem "maoz cur jeszuati..." Był nie tylko ostatni dzień Chanuki, ale i szabat. Mrozek przyjemnie szczypał mnie w nos, deptany śnieg chrumkał przyjaźnie, a mi świat wydawał się dziwnie harmonijny pomimo tego, że stanowiłam w tamtej chwili dziwny paradoks okutany szalikiem i w zimowej czapce.

W szabat niczego się nie nosi, a Żydzi w ogólności nie mają powodu, by nosić do domu choinki z myślą o udekorowaniu ich kolorowymi lampkami. Naturalnie rzeczywistość jest bogatsza niż większość schematów pojęciowych, toteż zaskoczeniem ogromnym nie powinno być to, że Żydom zdarza się jednak choinki w domu miewać. Bożonarodzeniową choinkę w rodzinnym domu wspominał Primo Levi. Niedawno język giętki (w tym przypadku akurat angielski) stworzył zaś słowo "Christmuka" (w oryginalnej pisowni "Christmukkah"), by opisać zjawisko łączenia obchodów świąt Bożego Narodzenia z obchodami Chanuki. Drejdel na choince... A cóż to komu szkodzi?

Co do ostatniej kwestii można się spierać. Oczywiście, że szkodzi, powie ktoś. Choinka to Boże Narodzenie. Boże Narodzenie to chrześcijańskie świętowanie narodzin mesjasza, a przecież Żydzi Jezusa z Nazaretu za mesjasza nie uważają i mają ku temu niezłe powody. Ależ nic nie szkodzi, powie ktoś inny. Choinka to skomercjalizowany symbol czasu zakupów, jedzenia, dawania prezentów i czasu spędzonego w rodzinnym gronie. Jako taki właśnie symbol wcale nie kłóci się z chanukowym świecznikiem, drejdlem i latkes.

Dlaczego niektórzy Żydzi mają w domu choinki? Pewnie właśnie dlatego, że nie widzą problemu w mnożeniu symboli, szczególnie jeśli są to symbole estetycznie przyjemne. Do tego dochodzi niebywała popularność choinek i być może dzieci domagające się prezentów jeśli nie od jakiegoś świętego, to przynajmniej leżących w okolicach iglastego drzewka.

Mój przypadek jest nieco inny, ale najprawdopodbniej wcale nie wyjątkowy. Wprost przeciwnie - może on wskazywać na stan lekkiej schizofrenii, który właściwy jest być może wielu konwertytom.

Jako dziecko pisałam listy do św. Mikołaja, dekorowałam choinkę, a w wigilijny wieczór dzieliłam się opłatkiem z bliskimi. Boże Narodzenie nigdy nie było w moim rodzinnym domu świętem szczególnie religijnym. Tata wspominał z sympatią nocne wyprawy do kościoła z własnego dzieciństwa, ale sam nigdy nas na nie nie zabierał. Boże Narodzenie było czasem rodzinnego ciepła. Czasem bycia razem i dzielenia się miłością. Innymi słowy - typowe polskie, obyczajowe, a nie religijne, Boże Narodzenie. Gdyby nie bardzo przywiązany do tradycji i obyczajów Tata, być może w ogóle choinki by w domu nie było.

Dla moich bliskich Boże Narodzenie nadal pozostaje czasem rodzinnego bycia razem. Teraz może ważniejszym niż kiedyś, bo nie mieszkamy już razem. W tym roku także czasem wybrakowanym, naznaczonym nieobecnością.

Gdy zastanawiałam się, kiedy przylecieć z następną wizytą do Polski, doszłam do wniosku, że najlepsze będą właśnie okolice świąt Bożego Narodzenia. Pierwsze święta bez Taty - chcemy być razem. Dla mnie także pierwsza Gwiazdka od ładnych paru lat. Mój amerykański dom jest domem koszernym i pozbawionym choinki. Mieszka w nim w końcu Żydówka. Czy brakuje jej choinki, prezentów, dzielenia się opłatkiem? Nie. Boże Narodzenie po prostu zniknęło z horyzontu mojego świętowania. Pozostały miłe wspomnienia z dzieciństwa, ale pragnienie ich odnowienia jest nieobecne.

Brat ogromnie się ucieszył na wieść, że przylecę na święta. "Wy macie jakieś takie zimowe święta też, prawda?", dopytywał. "Tak, Chanukę", podpowiedziałam. Brat zapamiętał już mniej więcej, kiedy obchodzę różne święta, ale ich nazwy nie trzymają mu się jeszcze w pamięci. "Super!" - odpowiedział - "Macie jakieś potrawy? To przygotuję i będziemy mieli ekumeniczne święta!"

Nie wiem, czy w wielu rodzinach konwertyta spotyka się z podobną reakcją. Moja rodzina nie ma najmniejszego problemu z moim judaizmem, a ja nie mam najmniejszego problemu z ich chrześcijaństwem czy z ich przywiązaniem do rodzinnych tradycji i obyczajów. I pewnie dlatego nie będę miała problemu z dekorowaniem choinki. Że lepiej byłoby tę choinkę przynieść do domu dziś, a nie w szabat? Jasne. Ale dlaczego nie miałabym w tej kwestii pójść na rękę mojej Mamie?

Podejrzewam, że wiele jest osób w sytuacji podobnej do mojej. Są Żydami, ale ich rodziny żydowskie nie są. Obie strony muszą nauczyć się nie tylko szacunku, ale i wypracować sposoby radzenia sobie w rozmaitych sytuacjach, w których może dochodzić do konfliktu - konfliktu tradycji, obyczajów, religijnych zasad.

Nie będę wieszać drejdla na choince. Ale prezenty dostałam na Chanukę.

Nie mam poczucia wewnętrznego konfliktu. Nie jest to chyba również nawet lekka schizofrenia. Jest po prostu rzeczywistość człowieka, który z wyboru i z konieczności zarazem funkcjonuje w dwóch różnych światach.

11:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Szynka po żydowsku

Łono ojczyste odwiedzane po dłuższej nieobecności wydaje się zarazem znajome i jakoś obce. Myśl to tyleż głęboka, co ogólnikowa zupełnie i w sumie niewiele mówiąca. Do szczegółów zatem. Napotkałam w sklepie niespodziankę.

Niespodzianka znajdowała się w dziale mięsno-wędliniarskim, który odwiedziłam wyłącznie towarzysko. Spoglądałam bez szczególnego zainteresowania na wyłożone i dumnie prężące się kiełbasy, gdy Mama, której to właśnie dotrzymywałam towarzystwa w dziale mięsnym, wskazała mi niespodziankę. Niespodzianka była w kolorze różowawo-krwistym, spoczywała dumnie pomiędzy baleronem a szynką jak za Gierka i chwaliła się wypisaną na tekturce ceną być może przystępną. Wypadłam z nadwiślańskiego obiegu cenowego, więc cena nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia. Duże wrażenie zrobiła jednak nazwa Niespodzianki - na tekturce czytelnym pismem czyjaś ręka wypisała starannie: Szynka po żydowsku.

Gdybym nie była wegetarianką, z pewnością nabyłabym kawałek tego rarytasu.

środa, 28 października 2009
Zauważam również w lustrze

mirrored me

niedziela, 25 października 2009
Pochmurne popołudnie

sun lamp and birds

sobota, 24 października 2009
Dlaczego tyjemy w Ameryce?

Dlaczego tyjemy my - czyli Europejczycy. O tym, że tyją Amerykanie, wie cały świat (a w każdym razie ta jego - znikoma - część, którą ten fakt o amerykańskim społeczeństwie w ogóle może zainteresować). Dlaczego jednak szczupli Europejczycy w Ameryce prędzej czy później - zwykle prędzej - zaczynają przybierać na wadze?

Ja przytyłam upiornie podczas pierwszego roku pobytu w Stanach. Gdy przyleciałam na wakacje do Polski z ust stęsknionych członków Rodziny usłyszałam między innymi pełne osłupienia "o matko, aleś przytyła..." Nie były to słowa, którymi chciałam być powitana, ale nie dało się ukryć (ani zakryć), że reakcja ta miała swoje uzasadnienie, o czym przekonałam się po wejściu na wagę. Tak, tutaj nie miałam wagi, a konieczność nabycia nieco większych ubrań jakoś nie wzbudziła mojego niepokoju. Jak to mawiają - ignorance is bliss.

"Wszyscy tu tyją", pocieszała mnie Znajoma Polka, gdy wiedza o dodatkowych kilogramach na dobre do mnie dotarła.

Chyba rzeczywiście wszyscy. Właśnie spotkałam w sklepie znajomą Paryżankę, której nie widziałam od wyjazdu do Waszyngtonu. "Jak szczupło wyglądasz!", wykrzyknęła na mój widok, a ja niestety nie mogłam się odwzajemnić. Znajoma bowiem przytyła i to okropnie. Podobnie jak ja - przez pierwszy rok swojego pobytu za oceanem.

Dlaczego więc tyjemy? W moim przypadku głównym winowajcą była chyba słabość do lodów. O ile Amerykanie kompletnie nie potrafią robić dobrych ciast czy ciastek, o tyle są pewne firmy, które produkują zupełnie fenomenalne moim zdaniem lody. Jadłam je więc. Taki smak, owaki smak, a ten też warto spróbować... Jadłam i rosłam. Czy znajoma Paryżanka również padła ofiarą tej pokusy? A może zaczęła opychać się niezwykle tutaj popularną pizzą?

Słyszałam, że sprawa jest bardziej złożona. Podobno nawet osoby, które po przyjeździe tutaj nie zmieniają nawyków żywieniowch, zaczynają tyć, a to z powodu różnych szczególnych składników, które dodawane są do produktów żywnościowych w Stanach, a nie są używane w Europie. Jakie to składniki? Nie mam zielonego pojęcia. Niestety na żadnej z informacyjnych etykiet nie udało mi się odnaleźć zapisu w rodzaju "pogrubiacz - 10%"

A może jednak zaczynamy opychać się tanim fast foodem? Prawdą jest, że trudno tutaj nie utyć, jeśli ma się mało pieniędzy. Najtaniej jest żyć na hamburgerach i frytkach. Najwięcej wydaję na jedzenie, gdy kupuję świeże warzywa. A jeśli jeszcze zachce mi się warzyw opatrzonych naklejką "organic"... Gdy w budżecie robi się ciasnawo, najprostszym rozwiązaniem jest sięgnięcie po mrożone frytki albo pizzę. Widać to szczególnie w okolicach pośredniaka - wyraźnie im biedniej, tym grubiej. Może więc Europejczycy tyją z oszczędności?

środa, 14 października 2009
Głowa

floating

To moja ulubiona z publicznych rzeźb w Waszyngtonie - głowa Sacharowa, podparta jedynie dłońmi.

Choć ciałem jestem już w Bloomington, IN, duchem nadal przebywam w stolicy. Fakt ten być może wyjaśnia, dlaczego ciągle obijam się tutaj o ściany i meble, a nawiązanie pełnej interakcji z rzeczywistością zewnętrzną jest dziwnie trudne... Z czasem dusza dołączy do ciała jednak. Tak przynajmniej podejrzewam.

poniedziałek, 05 października 2009
Dobre dla Żydów

Znajomy, amerykański Żyd, otrzymał z rąk prezydenta Kaczyńskiego wysokie odznaczenie państwowe. Niewątpliwie wielki honor i honor zasłużony. Szkoda tylko, że z tych rąk - skomentowałam. Znajomy nie chciał się odnieść do mojej oceny prezydenta. Czuł się jednak zobowiązany zwrócić uwagę na bardzo pozytywny stosunek Kaczyńskiego do Żydów i jego wkład w polsko-żydowskie relacje. Zgadzam się ze znajomym w tym względzie. Nie mogę się jednak powstrzymać od prostego pytania - i co z tego? Czy bycie "dobrym dla Żydów" wystarcza, żeby być dobrym prezydentem?

Żydzi - przez wieki żyjący w diasporze i podlegli najróżniejszym władzom - często w przeszłości zadawali sobie to pytanie: czy dany władca jest lub będzie dobry dla Żydów? Nie ma w tym nic złego. Członkowie każdej mniejszości mają prawo zastanawiać się, czy rządząca w danym państwie osoba czy w dzisiejszych czasach partia polityczna, będzie dla nich dobra. Dziś naturalnie sprawa wygląda nieco inaczej niż, powiedzmy w średniowieczu. Coraz rzadziej mamy do czynienia z absolutnymi władcami, którzy nie podlegają jakiejś formie społecznej kontroli. W demokracji mamy także rozmaite mechanizmy - lepiej lub gorzej funkcjonujące - które mają za zadanie zapewnić np. przestrzeganie praw mniejszości. Nie wszystko więc zależy już od tego, czy dana osoba "będzie dla nas dobra czy nie".

Wracając do prezydenta Kaczyńskiego. Tak, zarówno on sam, jak i jego małżonka zrobili wiele dobrych rzeczy w zakresie polsko-żydowskich relacji. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Ja jednak nie mam także najmniejszych wątpliwości do co tego, że sam ten fakt nie czyni z prezydenta Kaczyńskiego dobrego prezydenta.

W czasie amerykańskiej kampanii wyborczej pisałam, że zastanawiając się nad tym, na kogo głosować członkowie Polonii nie powinni kierować się tym, czy nowy prezydent Stanów Zjednoczonych będzie dobry dla Polski czy też nie. Podobnie - amerykańscy Żydzi nie powinni czynić sprawy kluczowej ze stosunku przyszłego prezydenta do Izraela. Nadal jestem przekonana, że decydujące powinno być to, co dany kandydat proponuje dla Ameryki. A dziś nie oceniam prezydenta Obamy ani przez pryzmat tego, co zrobił i czego nie zrobił dla Polski ani przez pryzmat tego, co zrobił bądź czego nie zrobił dla Izraela. Relacje polsko-amerykańskie i amerykańsko-izraelskie stanowią zaledwie część polityki Obamy i to wcale nie jej najważniejszą część.

Podobnie z Polską i polskim prezydentem. Tak, prezydent Kaczyński jest "dobry dla Żydów". Ale to stanowczo nie dość, żeby uznać go za dobrego prezydenta. Z żydowskiej perspektywy - jeśli w ogóle mówienie o jednorodnej żydowskiej perspektywie ma sens, a wątpię, by tak było - wiele gestów i działań prezydenta Kaczyńskiego niewątpliwie należy waloryzować pozytywnie. To jednak nie powinno być decydujące w ocenie tej prezydentury. Relacje polsko-żydowskie (i polsko-izraelskie) są zaledwie jedną z rozlicznych spraw, którymi zajmuje się prezydent. Tak, na tym polu wypada dobrze, a może nawet bardzo dobrze i trzeba o tym pamiętać. Jest jednak spora różnica pomiędzy pamiętaniem i braniem pod uwagę a uznaniem za kwestię zasadniczą.

Jak zwykle wszystko jest kwestią zachowania odpowiednich proporcji. I jak zwykle często umiejętności ich zachowania nam brakuje.

wtorek, 22 września 2009
Ramadan w synagodze

Swego czasu pisałam o tym, że jedna z synagog w Indianapolis udostępniła swoje wnętrze dla grupy chrześcijan, których kościół akurat znajdował się w remoncie. W piątek wpadła mi w oko informacja o podobnej sytuacji - tym razem nieopodal Waszyngtonu.

Otóż w miejscowości Reston w stanie Wirginia lokalna społeczność muzułmańska miała problem w czasie Ramadanu - meczet nie był w stanie pomieścić przychodzących na modlitwy wiernych. Muzułmanie zaczęli rozglądać się za jakąś dodatkową przestrzenią do wynajęcia. Poszukiwania na szczęście nie były długie - do wykorzystania miejscowej synagogi zaprosili ich przedstawiciele lokalnej społeczności żydowskiej. Wedle relacji AP obie strony były bardzo zadowolone ze współpracy.

Co tu dużo gadać - serce rośnie! To zaledwie jeden z wielu przypadków pokazujących, że w różnych miejscach na świecie dobre relacje pomiędzy muzułmanami a Żydami nie tylko są możliwe, ale są faktem.

03:10, kakofonia , Judaizm
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 września 2009
Kłopot w święta

"A niech szlag trafi te wszystkie święta", przeklinałam dziś rano czując narastającą frustrację.

Dziś drugi dzień Rosz Haszana. Planowałam spędzić poranek w synagodze, na modlitwach. Planowałam usłyszeć dźwięk szofaru (wczoraj nie dęto w szofar, ponieważ był szabat). Plany spaliły na panewce, a dokładniej rzecz ujmując - w ogniu gorączki, z którą obudziłam się około godziny 4 rano. Ostry stan zapalny tego i owego. Żadna przyjemność. Trzeba iść do lekarza.

Pójście do lekarza nie jest takie proste dla osoby, która tzw. swojego lekarza ma w całkiem innym stanie. Nie jest też proste w niedzielę, kiedy wielu lekarzy cieszy się zasłużonym wypoczynkiem. Na szczęście w Arlington istnieje punkt pomocy działający 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Niestety znajduje się on w miejscu, do którego dojechać można wyłącznie samochodem. Nie dziwi to w kraju, w którym każdy obywatel rodzi się z prawem jazdy, a za kierownicą pierwszego własnego samochodu zasiada wkrótce po zdjęciu ostatniej pieluchy. Gorzej, gdy jest się dziwaczną istotą, która prawa jazdy i samochodu nie posiada. Wtedy trzeba brać taksówkę.

Zadzwoniłam, zamówiłam, taksówka przyjechała. W klinice obsłużono mnie uprzejmie, sprawnie i względnie szybko. Dostałam zastrzyk, dostałam receptę na antybiotyki, można wracać do domu.

Ponownie zadzwoniłam po taksówkę. "Tak, dziękujemy, że wybrała pani Firmę Taką-a-Taką, taksówka przyjedzie w ciągu 10-20 minut". Usiadłam na stojącej w cieniu ławeczce, oparłam głowę na kolanach, przymknęłam oczy i czekałam. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny. Dzwonię ponownie. "Ach, tak, tak, Barbara, adres taki i taki, zaraz połączę panią z dyspozytorem". W słuchawce odzywa się pan dyspozytor i zapewnia mnie, że taksówka została wysłana i niebawem po mnie przyjedzie. Niebawem to niebawem, myślę sobie. Nie tak źle. Z powrotem siadam na ławce. Nie mogę za długo stać, bo kręci mi się w głowie. I coś mi burczy w brzuchu.

Czekam dalej. 5 minut, 10, 15, 20, pół godziny... Sięgam ponownie po telefon i wybieram numer Firmy Takiej-a-Takiej. Tym razem spokojny głos pani po drugiej stronie nie działa na mnie kojąco. Gorączka w połaczeniu z burczeniem w brzuchu i godzinnym już oczekiwaniem na taksówkę najwyraźniej obniżają mój poziom tolerancji dla czegokolwiek. Pan dyspozytor wzdycha. "Bardzo przepraszam, ale mamy teraz niewielu kierowców. Nasi kierowcy to w większości muzułmanie, a dziś jest święto..." Rzeczywiście, jest święto - ostatni dzień Ramadanu. "A co mnie to obchodzi" - warczę w słuchawkę niczym rozeźlony brytan - "Albo państwo świadczycie usługi albo nie!" Pan zapewne pomyślał, że nie lubię muzułmanów.

Nie miałam w telefonie komórkowym numeru żadnej innej firmy taksówkowej. Zadzwoniłam pod numer świadczonej przez operatora usługi pomocnej w takiej sytuacji: dzwonisz, mówisz, gdzie jesteś, maszyna łączy cię z odpowiednią osobą, a ta następnie znajduje firmę, której usługi akurat potrzebujesz.

"Arlington, Wirginia" - mówię maszynie. Po sekundzie zamiast maszyny odzywa się męski głos. "Czy może mnie pan połączyć z jakąś firmą taksówkową" - proszę uprzejmie - "Byle nie żydowską, bo dziś Rosz Haszana i nie muzułmańską, bo dziś koniec Ramadanu..." A niech szlag trafi te wszystkie święta.

Leszana towa. Id mubarak.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42